PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 13 kwietnia 2017

Patriotyzm w czasach tresury,Orędzie,Spalić kota,Zielona fala,Sijulejter,Co zostało ze slajdów Morawieckiego,Czy to ten moment



Patriotyzm w czasach tresury

Polska jakoś przetrwa ten czas demolki, hucpy, epo­kę złej polityki i złych manier. Pytanie brzmi: jacy wtedy będziemy.
   W sensie politycznym i strategicznym PiS przesuwa Pol­skę na Wschód. Ale czyni to, niestety, także w sferze ducho­wości i estetyki. Brutalność, pazerność, arogancja, granie patriotycznej melodii na najniższych rejestrach i odwoływa­nie się do najniższych instynktów - resentymentów, kseno­fobii i nietolerancji. To jest ten mentalny Wschód i estetyka peryferii. Coś, co oblepia; coś, czemu często ulegamy, nawet jeśli całym sercem się temu sprzeciwiamy. Cały ten nacjona­listyczny smog, który zatruwa atmosferę i na który - chcąc nie chcąc - jesteśmy skazani.
   Swoją propagandę PiS kieruje wyłącznie do własnego elek­toratu, ale infekuje tym cały kraj, bo nie żyjemy tu w oddzie­lonych od siebie, nieprzeniknionych dwóch przestrzeniach. To jest osmoza, która może być dobra lub zła, w zależności od tego, jakie zapachy (lub zapaszki) rozpyla się w powietrzu.
   PiS-owska propaganda z racjonalnego punktu widzenia jest tak toporna, prymitywna i niemądra, że nie może być skuteczna. Jednak w wielu zakątkach kraju jest ona szalenie skuteczna właśnie ze względu na swój prymitywizm i swoją toporność. Nie tak skuteczna jak w Rosji, gdzie pompowane przez Kreml hasła „odzyskiwania dumy i chwały”, histeria, ksenofobia i paranoja skutecznie zmarginalizowały liberalne elity. Ale na tyle skuteczna, by ożywić upiory z przeszłości. I to naprawdę zamierzchłej, dokładnie sprzed półwieku.
   Na oczach milionów Polaków reanimowany jest archetyp zgniłego Zachodu i złego Niemca. Groźnego Żyda zastąpił wprawdzie muzułmanin, ale w końcu to dalej Bliski Wschód. Intryguje łatwość tej operacji, choć organizm miał ponad ćwierć wieku na wytworzenie przeciwciał.
   Putinowska w zamyśle, narodowa w treści i bolszewicka w formie propaganda obecnej ekipy ma trzy zasadnicze mo­tywy. W miarę możliwości unicestwić albo przynajmniej zmi­nimalizować łączący Polaków wspólny mianownik. Po drugie - zdetronizować wszystkie niezależne autorytety. Po trzecie - używając języka brutalnej agresji, zepchnąć oponentów do narożnika, by cały czas byli w defensywie.
   Cele? Minimalizując to, co nas łączy, i wykopując między nami głęboki rów, uczynić jedną trzecią elektoratu emocjo­nalnym zakładnikiem władzy. Ta jedna trzecia ma resztą gar­dzić. a jej polityczną reprezentację ma uznawać za istotne zagrożenie. Przyczyni operacja nie musi się odbywać na polu czysto politycznym. TVP nie przez przypadek niemal zupeł­nie zignorowała orkiestrę Owsiaka i miliony Polaków wciąż nie mają pojęcia, że odniosła ona fenomenalny sukces. Ow­siak łączy, jest więc z założenia niebezpieczny. Do tego łączy nie pod sztandarami narodowo-katolickimi, co zagrożeniem jest podwójnym.
   Cel drugi - niszcząc wszelkie możliwe autorytety (immuni­tetem cieszą się tylko wybitni sportowcy), kompromituje się elity, dokonania III RP i kasuje się wszystkich, którzy w mo­mencie próby mogliby do owej jednej trzeciej elektoratu prze­mówić z przesłaniem jednoczącym. Demonizując zaś wrogów - i to cel trzeci - tworzy się w umysłach milionów przekona­nie. że jest jakieś stronnictwo narodowej zdrady. Ma to swój element afirmujący - w przeciwieństwie do nich wy jesteście zdrową tkanką narodu, ale i dezintegrujący - z nimi nie bę­dzie wam po drodze nigdy, bo was nienawidzą i wami gardzą.
   Wystarczy posłuchać polityków władzy i pooglądać jej pro­pagandowy biuletyn, „Wiadomości” w TVP, by zorientować się, jak metodyczna jest ta codzienna tresura publiki, owe ko­repetycje z nienawiści i pogardy.
   Jak u Putina w tej propagandzie jest i wróg zewnętrzny (ciekawe, że już nie Rosja, ale Unia i Niemcy), i wróg we­wnętrzny. który zewnętrznemu się wysługuje. Na potrzeby tej propagandowej obróbki odkurzono stereotyp groźne­go Niemca i jego polskich pomagierów (Tusk, opozycja i „niemieckie media”). Na pewien paradoks słusznie zwrócił ostatnio uwagę Paweł Kowal. Po wyborze Karola Wojtyły na papieża to KGB twierdziło, że jest on proniemiecki. Po­dobnie o kardynale Wyszyńskim mówili komuniści w Pol­sce. Cóż, gdy dla Polski nadchodzi zły czas i gdy nastaje zła władza, ci, którzy chcą Polski europejskiej, zawsze stają się Niemcami lub volksdeutschami.
   Obrona przed tą świadomie serwowraną nam infekcją wy­maga sporego wysiłku duchowego i intelektualnego. Wy­maga nie tylko świadomości tego, z jakim konceptem mamy do czynienia, ale także gotowości, by nic ulegać emocjonal­nemu szantażowi (żeby mnie nie nazwali gorszym Pola­kiem), i odwagi, by głośno się przeciwstawiać tej kampanii nienawiści.
   Nie mamy innego wyjścia. Naprawianie szkód, jakich wsa­dza dokonuje teraz w Polsce, wymaga bowiem także tego, by zminimalizować szkody, których próbuje ona dokonać w na­szych sercach i umysłach.
Tomasz Lis

Orędzie

Drodzy Czytelnicy, przepraszamy za brak w tym numerze felietonu redaktora Melle­ra, ale dostaliśmy nowe rozkazy z Berlina i w miejscu jego skądinąd coraz słabszych tekstów pub­likujemy orędzie pani premier Beaty Szydło poświęcone 60-leciu Unii Europejskiej.

Drodzy Rodacy! Umiłowani Polacy!
Zwracam się do was w przeddzień jubileuszowego szczy­tu Unii Europejskiej, który odbędzie się we Włoszech, czynię to z mieszanymi uczuciami, niekiedy z praw­dziwym bólem. Unia w swych założeniach była projek­tem szlachetnym. Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdyż to z polskiej ofiary życia rodził się projekt europej­skiej wspólnoty. To my przelewaliśmy krew od Cedyni przez Płowce, Grunwald, Jasną Górę, Wiedeń, Radzie­jowice, Olszynkę Grochowską, Wolę Cyrusową, Warsza­wę, Bzurę, jeszcze raz Warszawę i znowu Warszawę, by Europa mogła zjednoczyć się w Chrystusie. A prze­cież na długo przed jego narodzinami my już nieśli­śmy sztandar chrześcijaństwa. A poza tym uważam, że Donalda Tuska należy posadzić.
   Sami traciliśmy niepodległość, ale nie prosząc o nic, dawaliśmy ją Belgom, Niemcom, Anglikom, kto chciał, to brał i nas zdradzał. Kiedy wielki projekt polskiego ducha ziścił się w postaci Europejskiej Wspólnoty Gospodar­czej. my dyszeliśmy w okowach niewoli. Za sprawą świat­łego i chrześcijańskiego przywództwa Wielkiego Polaka Jarosława Kaczyńskiego i jego znakomitego fortelu po­legającego na tym. że był przeciwko wstąpieniu do Unii głosowaniu za wejściem do niej w referendum, by tak naprawdę skłonić Polaków do głosowania za wejściem, znaleźliśmy się w klubie, który duchowo zakładaliśmy. A poza tym uważam, że Donalda Tuska należy posadzić.
   Ale to już nie była Unia na miarę naszych marzeń. W tej Unii promuje się homoseksualizm i terroryzm, trawi ją genderyzm, hipsteryzm i okultyzm, depcze ona najbardziej podstawowe prawa człowieka rozumiane w sposób właściwy, czyli że we własnym kraju możemy z gorszym sortem człekokształtnych robić, co nam się żywnie podoba. Nic dziwnego, że dla takiej Unii najbar­dziej demokratyczne państwo kontynentu, jakim jest Polska pod światłym i chrześcijańskim przywództwem Wielkiego Polaka Jarosława Kaczyńskiego, stało się ce­lem agresywnych i haniebnych ataków. Zaś dla nas, wolnych i dumnych Polaków, dla samego istnienia naszego państwa i wspólnoty Unia Europejska stała się śmiertel­nym zagrożeniem. Oczywiście popieramy członkostwo Polski w Unii. O ile stanie się taką Unią, jaką naszkico­waliśmy na Żoliborzu i w Toruniu. A poza tym uważam, że Donalda Tuska należy posadzić.
   Degrengoladę Unii może zatrzymać tylko wiatr znad Wisły, którego pierwszy podmuch można było odczuć na szczycie w Brukseli. Cieszy nas to zwycięstwo, ale nie możemy zatrzymać się w pół drogi, nie możemy za­mykać się jedynie na sprawy unijne. Bowiem nie tylko nasz kontynent zmierza w złym, oderwanym od warto­ści chrześcijańskich kierunku. Problem ma cały świat. Zapytajmy śmiało: dlaczego prezydentem USA mógł być Barack Obama, a Kenią bądź Ugandą nie może rzą­dzić biały przywódca? Dlaczego pouczający Polskę pan Timmermans nie rozdziera szat, że Indonezją nie kieruje chrześcijanin? Tak się sprawy na tym świecie mają, drodzy Rodacy. A poza tym uważam, że Donalda Tuska należy posadzić.
   Ukochani Polacy! Żyjemy w trudnych czasach. Ata­kują nas pogańskie drzewa, pasy dla pieszych w pro­wokacyjnych kolorach i wielbiciele hummusu. Walka toczy się na każdym polu. Spójrzmy choćby na decyzje Komitetu Noblowskiego. Jak używając logiki i dobrego smaku, można wyjaśnić, że dwukrotnie uhonorowano w dziedzinie literatury lewackich pisarzy, pana Miło­sza i panią Szymborską, a nie dostrzeżono poruszającej głębi i piękna twórczości choćby Bronisława Wildsteina czy Marcina Wolskiego? Jak, jeśli nie najgłębszymi antypolskimi uprzedzeniami można wyjaśnić, że Po­kojową Nagrodę Nobla dostała tak wątpliwa postać jak Lech Wałęsa, a nie uhonorowano autora wprowadzane­go w Polsce od półtora roku pakietu demokratycznego - Wielkiego Polaka Jarosława Kaczyńskiego. Z prawdziwym wzruszeniem pragnę więc się podzielić z Wami, Drodzy Rodacy, informacją, że decyzją Rady Ministrów do Pokojowej Nagrody Nobla za rok 2017 Polska zgłosi kandydaturę naszego Umiłowanego Przywódcy. A poza tym uważam, że Donalda Tuska należy posadzić.
Marcin Meller

Spalić kota

Od kilku tygodni krążą po internecic filmi­ki z sejmowymi wystąpieniami Janusza Palikota sprzed kilku lat. Nie wszystkimi jak leci - powiedzmy, że są to „dzieła wybrane”. Robią fu­rorę. Palikot okazuje się Nostradamusem, facetem ze szklaną kulą, wróżką Agatą. W roku 2012 i w 2014 kil­ka miesięcy przed ostatnimi wyborami w dramatycz­nych przemówieniach skierowanych do ówczesnego premiera Donalda Tuska i ludzi jego gabinetu prze­powiada punkt po punkcie, co grozi Unii Europejskiej (m.in. mówi o użyciu weta), co zrobi PiS z Polską, gdy wygra wybory. W emocjonalnym tonie pyta Tuska, dla­czego brakuje procedur, które uniemożliwiłyby łama­nie prawa przez PiS, gdyby to ugrupowanie wygrało wybory; dlaczego nie wprowadzono odpowiednich pro­cedur, blokujących wiszące w powietrzu zagrożenia.
   Jakby jednym zwojem swojego mózgu sięgnął w przyszłość, wysłał go wehikułem czasu do roku 2017 i zdawał relację z tego, co tam widzi. Tusk słuchał po­ruszony - obok niego w ławach rządowych milczący ministrowie, nie dowcipkują, nie plotkują, nie rzucają awanturniczych kontr.
   A jednak Palikot przegrał. Wkrótce przegrał też sro­motnie wybory i jego partia wylądowała w krzakach poza boiskiem. PO również przegrała i oddała władzę. Tymczasem PiS, przed którym ostrzegał - wygrało. I teraz punkt po punkcie realizuje proroctwa z Palikotowych przemówień, wypychając Polskę dalej niż te krzaki - poza europejski stadion.
   Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dziś cały inter­net (poza PiS) cmoka z podziwem nad wizjonerskimi mowami Palikota, a wtedy je zlekceważył, jego same­go zaś uznał za pajaca? Odpowiedź jest prosta: Palikot jest ekscentrykiem. Ma w głowie skłonność do paten­tów kuglarskich, efekciarskich, cwaniakuje, prowokuje, sądząc, że tzw. cwancyk, czyli wycięty światu skandalizujący numer, zapewni mu poklask i sukces. A tak nie jest.
   Zmiany garniturów na wyzywające, nieoczekiwane wprowadzenie kolorowych oprawek do okularów (któ­re nagle się pojawiły i równie nagle znikły), wystąpienia ze sztucznym fallusem i pistoletem, mowa wygłoszo­na na stosie papierów (które miały być owocem jego pracy, a okazały się bezużytecznym papierowym zło­mem) - wszystko to umiejscawiało go bliżej Lady Gagi niż Tadeusza Mazowieckiego. Stał się gwiazdą widowi­ska, zmieniającą fryzury i zapuszczającą brodę, by nie znudzić sobą gawiedzi. Ale kto pamięta słowa klauna?
   Palikot przegrał sam ze sobą. Miał bowiem w reper­tuarze również słowa straszne, które go w moich oczach dyskwalifikowały: o ochlapaniu spermą Schetyny, o rzekomym alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, o krwi na rękach Jarosława Kaczyńskiego. Został polską wer­sją Salvadora Dalego w polskiej polityce. A takiego się chętnie ogląda w galeriach, ale nie słucha, gdy wydaje prognozy wojenne.
   Żałuję, że go nie ma w polskim parlamencie. Wszedł do niego ze słowami: „Tak mi dopomóż Bóg”, jako wydawca pisma sekującego homoseksualistów, ale gdy zorientował się, że po Polsce krąży nowa myśl i inni od lat piszą o ko­nieczności akceptacji i tolerancji, wykonał woltę i nagle wszyscy zawdzięczamy mu Roberta Biedronia w świecie wielkiej polityki. Zawdzięczamy mu oswojenie Polaków z osobą transpłciową - Anną Grodzką. Nagle stał się orę­downikiem legalizacji marihuany - o co inni zabiegali la­tami - bo uznał, że to jest postępowa działanie.
   Machałem wtedy ręką na jego różne wcześniejsze wybryki, na demolującą wojnę wewnątrz Platformy, którą poprowadził dla własnej autopromocji (był „po­litykiem dissującym” - diss to ujęty w ramy występu monolog rapera, pełen pogardy i zniewag pod adresem innej osoby). Ale przegapił sygnał, jaki dostał od mło­dego pokolenia: sam został zdissowany, gdy chciał się podłączyć do protestów w sprawie ACTA.
   Dziś w parlamencie obowiązuje poziom intelektualny szorujący po dnie. Słowo „parlament” zaczyna być nad­użyciem wobec tego gremium. W polskiej polityce bra­kuje postaci nowych i wyrazistych. Głoszących poglądy wcześniej nieznane, a obecne już w społeczeństwach na całym świecie. Brakuje mi więc Palikota - takiego, jaki jest - choćby po to, by nowe myśli się w naszym Sej­mie pojawiły. Brakuje mi Adriana Zandberga. Brakuje mi Zielonych. Brakuje mi młodzieży spoza istniejących partii. Brakuje mi przedstawicieli innych religii. I braku­je mi ludzi kultury, choćby mieli być ekscentrykami.
Zbigniew Hołdys

Zielona fala

Jak informuje POLITYKA INSIGHT, Baudoin Denis został nowym szefem BMW w Polsce. Wystarczyły dwa wy­padki (minister Macierewicz i wiceminister Kownacki) i prezes BMW poleciał. A u nas prezes jak był - tak jest. Pan Denis powiedział, że bawarski koncern przystępuje do pracy nad pancerno-wyścigowym modelem specjalnie na rynek polski. - Jedno tylko polskie ministerstwo - stwierdził w wypowiedzi udzielonej nam 1 kwietnia - kupiło więcej naszych limuzyn niż cała Skan­dynawia. Cieszy nas zaufanie, jakim darzy nas Warszawa, o czym świadczy fakt, że kupuje hurtowo i z wolnej ręki. Wystarcza codzienna kosmetyka blacharska i nasze samo­chody są jak nowe. Nawet wymagający minister Misiewicz nie składał reklamacji. W ślad za Polską rządy Międzymo­rza kupują nasze samochody. Łotwa i Estonia nabyły już pierwszą limuzynę do spółki.
   Dzięki trwałości samochodu BMW minister Macierewicz po incydencie na trasie Rydzyk-Kaczyński cały i zdrowy powstał z kolan i odjechał z miejsca »kolizji« (jak to nazywa prokuratura). A wszystko to dzięki specjalnemu urządze­niu, jakie instalujemy w naszych samochodach. Pozwala ono pasażerowi VIP, za pomocą zwykłego pilota, zmieniać światła drogowe tak, żeby nasz kierowca miał cały czas tzw. zieloną falę. Nowy model nazywa się BMW Zielona Fala. Będzie montowany w Zielonej Górze i tam też prze­widujemy centrum powypadkowe Grupy Wyszehradzkiej. Samochód ministra Kownackiego był dodatkowo wyposa­żony w wizytówki Sekretarza Stanu w MON. Poszkodowa­ny kierowca Volvo, natychmiast po otrzymaniu wizytówki z dedykacją, odjechał dumny i zadowolony. Wszystkie egzemplarze BMW dla rządu zostaną wyposażone w wi­zytówki, co umożliwi identyfikację sprawców oraz ofiar wypadku i powinno je zadowolić - kończy prezes BMW.
   W piątek, 30 marca, minister Kownacki - zachęcony sukcesami w dziedzinie motoryzacji - zapowiedział kupno trzech samolotów VIP; z których jeden ma być wyposażony w rozmaite cuda-niewidy, prawie tak jak samolot Air Force One w USA. Ma to być „powietrzny punkt kierowania kra­jem”. Nasuwa się pytanie: czy prezydent Duda wyczerpał już wszystkie możliwości naziemnego punktu kierowania krajem? Jeżeli kupujemy trzy samoloty - dla prezesa, pre­zydenta i ministra obrony, z których każdy chce kierować krajem z punktu powietrznego, to jak uniknąć katastrofy? Normalnie już jeden samochód i jedno drzewo stanowią dla ministrów problem, dlatego zarządzono wycinkę drzew, pozostawiając po jednej lipie na ministra.

Wszystko, czego dotknie się PiS, zmienia się w gówno” - powiedział ostatnio Adam Michnik w telewizji au­striackiej. Jest to krzywdzące i mało eleganckie. Apeluję o umiar, o odrobinę kultury. Oto, co mówią np. o Tusku lu­dzie kulturalni. „Antypolski kandydat Malty... Polityk wro­gi Polsce... Już jako unijny dygnitarz aktywnie włączył się w plan obalenia polskiego rządu w kabaretowym »puczu grudniowym«...” (Joanna Gwiazda i Andrzej Gwiazda, le­genda Solidarności, Kawaler Orderu Orła Białego). Donald Tusk przejdzie do historii Polski w roli „złowrogiej. To jeden z najczarniejszych charakterów Polski pokomunistycznej. na wła­sne oczy mogłem obserwować, jak jeden człowiek potrafi zarażać po­lityczną nienawiścią coraz szersze rzesze. wciągani w młyn antypisowskiej wścieklicy... diaboliczny geniusz. w polityce wewnętrznej Tusk był rekinem ludojadem, a tam (w Brukseli - D.P) milusińskim, który przyklapuje interes największych graczy.” (Ryszard Legutko, profesor, były minister, eurodeputowany PiS).
   A oto niektóre tytuły z portalu braci Karnowskich 31 marca: „Histeria Petru”, „Skandaliczna sprawa Nie­siołowskiego”, „Szczyt bezczelności” (Siemoniak o sto­sunkach Macierewicz-Duda), „Paranoiczna wypowiedź Wałęsy” i „Wściekły atak Michnika”.
   Na wściekłe ataki opozycji poseł Pięta z PiS odpowia­da, że „całą tę czerwoną lumpeninteligencję wywaliłby na zbity pysk”. Ciekawe, czy w oczach prezesa Kaczyń­skiego autor tych słów, skierowanych pod adresem straj­kujących nauczycieli, jest człowiekiem silnym, którego cechuje tylko pewna ekstrawagancja. Moim zdaniem ani Macierewicz, ani Pięta, ani posłanka prof. Pawłowicz z jej listem do przewodniczącego Junckera, jako do alkoholi­ka, to nie są ludzie silni, tylko wręcz przeciwnie - słabi, gdyż agresja jest przejawem słabości, bezsilności, strachu. Można różnie oceniać strajk zorganizowany przez ZNP (wycofanie się rządu z wątpliwej „reformy” edukacji trud­no sobie wyobrazić), ale mówienie o tej organizacji jako „postkomunistycznej, progenderowej i prorosyjskiej” to absurd, nic innego jak przejaw złości i bezsilności.

Co pewien czas (ostatnio w wywiadzie dla RMF) prezes Kaczyński powtarza, że mówienie o dyktaturze czy autorytaryzmie w Polsce jest bezpodstawne. Ba, prezes uważa krytykę za zjawisko normalne w demokracji, ale prędko zastrzega, że musi to być krytyka „oparta na fak­tach”, czyli (w nowomowie PRL) „krytyka konstruktyw­na”, a nie totalna. Wywiad Kaczyńskiego dla RMF obej­rzałem w skupieniu, ponieważ w rozmowach jeden na jednego, w atmosferze kameralnej, prezes jest dużo lepszy niż kiedy cyklicznie krzyczy na schodkach przed Pałacem Prezydenckim.
   Niestety, także w studiu, prezes opowiada banialuki. Ma za złe opozycji, że ta twierdzi, jakoby białe było czarne, czyli po prostu kłamie, wywraca kota ogonem. Kaczyński przyznaje, że zdarzają się zjawiska negatywne, które nale­ży poprawić (w PRL mówiono, że „tu i ówdzie” występują niedociągnięcia), ale tak w ogóle, to opozycja łże. Warto zapytać prezesa, który zjadł zęby w polityce, czy istnieje opozycja, która zdaniem rządzących nie kłamie? Która nie jest szkodliwa? Nie jest totalna? Niesprawiedliwa? Destrukcyjna? Czy opozycja, która twierdziła, że Polska jest w ruinie, nie spełniała wszystkich tych warunków: kłamała, szkodziła, niszczyła? I czy kłamie tylko opozycja? A ci, którzy twierdzą, że 27:1 to sukces, że audi z premier Szydło jechało 50 km/godz., że pozycja Polski na świecie rośnie, a wybór Tuska był sfałszowany - co robią? Jadą zieloną falą od drzewa do drzewa.
Daniel Passent

Sijulejter

Co by się stało, gdyby któregoś dnia przerwano nagle telewizyjne wia­domości, a na ekranie pojawiłby się Antoni Ma­cierewicz i powiedział, że właśnie rozpoczęła się trzecia wojna światowa? A nic, naród by zachichotał i spokojnie rozszedł się do swoich zajęć. Widok rosyjskich czołgów na ulicach Suwałk zaniepokoiłby jednak żonę wicemi­nistra Jarosława Zielińskiego. - Co tam się dzieje? - za­pytałaby. - Właśnie miałem telefon, że Ruscy wchodzą. Widocznie film jakiś kręcą. - Ruscy kręcą? - zdziwiła się żona. - Nie, no co ty, nasi. „Rozdziobią nas wnuki i drony” czy coś takiego, Gliński się chwalił - odpo­wiedział minister i wrócił do swoich spraw wewnętrznych.
   W tym samym czasie w Tucznie po bagiennych wodach, wśród chmur w kształcie husarskich skrzydeł, prze­chadzały się nasze wierzby rosochate.
Prof. Jan Szyszko wyszedł ze stodoły z karabinem, by wśród odziomków po dawnym dębowym lesie oganiać się od natrętnych saren. Z rowu wy­chynął leśniczy: - Tak cicho jakoś, że nie słyszałem strza­łów, a tu widzę dwie już... - Pozyskuję z tłumikiem, żeby reszty nie płoszyć - wyszeptał minister. - Ale wojna, panie profesorze. - Czyś ty na ten swój puszczański łeb upadł, czy cię kornik drukarz uciął? Jaka wojna? Szykujemy się do obchodów siódmej rocznicy katastrofy smoleńskiej, tu masz program. Leśniczy wziął do ręki ozdobny składany kartonik. Oddech zatrzymał i czytał: - Poranna msza, po­łudniowy anioł pański, koronka do Bożego miłosierdzia, wystąpienie prezydenta, jeszcze jedna msza. Dzwon Zygmunta by się jeszcze przydał, profesorze. Ale minister już tego nie słyszał, zajęty pozyskiwaniem.
   W telewizji, już drugi raz w ciągu godziny, pojawił się Antoni Macierewicz, tym razem z noktowizorem zamon­towanym przy hełmie: - Polscy patrioci! Kontrolujemy sytuację. Wszystkie nasze trzy drony są w powietrzu, z czego dwa bezawaryjnie przekazują informacje. Wojska wroga posuwają się dokładnie tak, jak przewidziałem. W całym kraju w kościołach są odprawiane spontaniczne msze zaporowe. Ich skuteczność sięga 95 proc. Nawet chmury nam sprzyjają. Tak! Chmury! Świadome grozy sytuacji spadły kwaśnym deszczem na żelazo najeźdźcy, w ciągu kwadransa zamieniając czołgi w proszek. Rymowaną frazą chcę ci, narodzie, dodać otuchy:
Łza się w oku rozbłyska,
że Polakiem się zwiesz,
że pradziadów koły­ska
twoją Polską jest też.
Sijulejter.
   Beata Szydło od dwóch dni klęczała w toruńskim kon­fesjonale. - Dostałem wiadomość, moja córko, że jest wojna - wyszeptał spowiednik. - Wiem, ojcze, sama ją prowadzę. To wojna z małością i pod­łością ludzi, którzy szkalują nasz kraj. Europa nie radzi sobie dziś z wstrzą­sami i kryzysami, bo wyrzekła się wartości i walczy z chrześcijaństwem. A Polska? Polska to szczera mowa,
słowa proste jak te,
to współpracy odmowa
z tym, co wrednie nam łże.
Więcej nie powiem, bo mi grzęźnie.

W tym momencie we wszystkich polskich domach zgłośniono telewizory. Czuło się, że to historyczny moment. Przed kamerami pojawił się Antoni Macierewicz w towarzystwie dwóch rosyjskich generałów. Poinformo­wał: o godzinie 17.07 powstała Słowiańska Rada Ocalenia Europy. Prezes PiS został wyprowadzony z Nowogrodzkiej na zupełnie inną ulicę. Obszerne fragmenty rządu Beaty Szydło przeszły na stronę SROE. Film „Smoleńsk” będzie nakręcony jeszcze raz. Usłyszymy w nim ciekawe wypowiedzi, prawdopodobnie Jarosława K. Skończył czytać, położył kartkę na stole. - Proszę, powiedział. Zza kotary wyszedł prezydent. Usiadł, podpisał i wzniósł pieśń:
Pol­ska to polskie drogi,
poplątana ich sieć,
dzięki ci, Boże drogi,
że możemy je mieć*.
Stanisław Tym
* Ten proroczy utwór powstał do filmu „Ryś” w reżyserii autora.

Co zostało ze slajdów Morawieckiego

Polskie media żyją aferami, a lekceważą tak ważny dla Polski dokument, jakim jest Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), owoc wytężonej pracy wicepremiera Morawieckiego. Można to zrozumieć, bo niełatwo przeczytać ze zrozumieniem 315 stron (!) drewnianego tekstu, ale nikt dziennikarzom nie obiecywał, że będzie łatwo. Ja wszakże przeczytałem i specjalnie dla czytelników POLITYKI staram się wypełnić tę lukę.

Na wstępie przypomnę, że w końcu sierpnia ubiegłego roku Mateusz Morawiecki skierował Strategię do konsultacji spo­łecznych. Po pół roku skonsultowany dokument został zatwierdzo­ny przez Radę Ministrów. Moja wrodzona ciekawość - oczywiście niezdrowa, bo czego się spodziewać po gorszym sorcie? - kazała mi zainteresować się bliżej efektami tych rozmów z suwerenem.
Na swojej stronie Ministerstwo Rozwoju poinformowało o wyni­kach konsultacji, w tym o zmianach w dotychczasowym tekście. Porządne sprawozdanie z realizacji postulatów powinno wyglądać następująco: w pierwszej kolumnie treść postulatu, w drugiej - kto zgłasza, w trzeciej - przyjęto, nie przyjęto, przyjęto częściowo, w czwartej - uzasadnienie decyzji. Rzecz w tym, że to sprawozda­nie, sporządzone przez Ministerstwo Rozwoju, porządne nie jest.
   Uwagi i propozycje wymieniono ciurkiem, jak leci, w ogóle się do nich nie odnosząc, a rozdział zatytułowany „Zmiany w SOR będące odpowiedzią na zgłaszane uwagi” wypełniono ogólnikami i nowomową w stylu: „podkreślono rolę regionów”, „bardziej precyzyjnie opisano”, „wzmocniono zapisy” czy „wyraźniej zaznaczono”. Konia z rzędem temu, kto zorientuje się, co z tych zmian wynika, z czego się rezygnuje, a co konkretnie dodaje.

Czy to oznacza, że po półrocznych konsultacjach w SOR nie nastąpiły żadne istotne zmiany? Nic podobnego, nastąpiły i to znaczne, ale raport z konsultacji z jakichś powodów o nich nie wspomina. Aby je wykryć, trzeba było przeczytać nie tylko 315 stron poprawionej Strategii, ale i 294 strony projektu skierowanego wcześniej do konsultacji oraz starannie, strona po stronie, tabela po tabeli, porównać oba teksty ze sobą. Rezultaty okazały się zaskakujące!
   Otóż, jak zapewne wszyscy pamiętają, projekt Strategii zawierał wiele krzepiących zapowiedzi. Pierwszą z nich była obietnica wyprowadzenia Polski z „pułapki średniego dochodu” (rzekomo gonimy Zachód za wolno, a będziemy gonić szybciej).
W związku z tym w projekcie zapisano, że Polacy, których średni dochód na głowę w 2015 r. wyniósł ok. 70 proc. średniej unijnej, już w 2020 r. będą zarabiać co najmniej 80 proc. tej średniej, a w 2030 r. - 100 proc.! Naród - co zrozumiałe - przyjął te słowa oklaskami.
   Nie minęło pół roku i po cichutku się z tego wycofano.
W ostatecznej wersji poziom ten dla roku 2020 obniżono do 76 proc. I trudno, aby było inaczej, bo tempo wzrostu PKB, które w projekcie w latach 2016-20 miało średniorocznie wynosić 4 proc., obniżono do 3,6 proc., a tempo wzrostu inwestycji, które początkowo miało wynosić w latach 2016-20 średniorocznie 6,8 proc., obniżono do 4,1 proc. I chociaż, wbrew twierdzeniom Mateusza Morawieckiego, Polska nie wpadła w pułapkę średniego dochodu, to gdyby nawet rzeczywiście tak było, Strategia z takimi założeniami na pewno nas z niej nie wyprowadzi.
   Idźmy dalej. Polska do 2015 r. mozolnie odzyskiwała równowagę finansową, systematycznie zmniejszając deficyt budżetowy i tempo narastania długu publicznego. Ucieszyłem się zatem, gdy w projekcie Strategii dostrzegłem kontynuację tej polityki. Zapisano tam, że deficyt budżetowy (a ściślej: finansów publicznych) obniży się w 2019 r. do 1,3 proc. PKB (obecnie 3 proc.), a dług publiczny zmniejszy się do 50,4 proc. PKB (obecnie 52,5 proc.). Radość moja trwała jednak tylko pół roku, bo w przyjętym ostatecznie tekście Strategii zakłada się, że w 2020 r. deficyt finansów może wynieść 3 proc. PKB, a dług publiczny nawet 59,9 proc. PKB, czyli na granicy dopuszczonej konstytucją!
   Powstaje pytanie, czy jeszcze jest to strategia „odpowiedzialnego rozwoju” czy też raczej niebezpieczna jazda po bandzie? Nie pytam już, dlaczego nie poinformowano opinii publicznej o tak zasadniczych zmianach - po prostu nie było się czym chwalić. Mam nadzieję, że przynajmniej poinformowano panią premier i pana prezesa, aby nie żyli nadal w przekonaniu, że wszystko idzie tak, jak to kiedyś przedstawiono na slajdach.

Skromne ramy felietonu nie pozwalają na szersze omawianie tajemnic Strategii, a jest ich znacznie więcej. Ale jeden fragment tak mnie zaintrygował, że nie mogę go pominąć. Otóż wśród wielu wskaźników, które Polska ma osiągnąć, znalazł się wskaźnik „jakości stanowionego prawa”. Jak to zmierzyć - nie wiadomo, ale w SOR za­pisano, że w 2015 r. wyniósł 1,2. Według projektu miał on w 2020 r. wzrosnąć do 1,5, ale w ostatecznej wersji stanęło na 1,3. Wnioski są oczywiste: obecna produkcja bubli prawnych będzie trwała na­dal. Rządowi to widać jednak nie przeszkadza.
   Agencja ratingowa Moody's podwyższyła prognozę wzrostu PKB dla Polski w 2017 r. z 2,9 do 3,2 proc. To niżej od założeń rządowych (3,6 proc.), ale i tak ogłoszono sukces. Zdaje się, że od kolejnych sukcesów rząd ma już wyraźne objawy zawrotu głowy, bo wicepremier Morawiecki oświadczył, że wzrost będzie nawet wyższy niż zaplanowane 3,6 proc. Radziłbym jednak wicepremierowi daleko posuniętą ostrożność w prognozowaniu, żeby nie było równie śmiesznie jak w ubiegłym roku.
   Dziennikarz Rafał Hirsch zebrał kolejne prognozy Morawieckiego z całego 2016 r. i zestawił je ze sobą. Oto rezultat:
25.01. - „Wzrost PKB w 2016 r. przyspieszy do 3,7-3,8 proc.”.
16.03. - „Jest szansa na wzrost PKB powyżej 3,5 proc.”. Szansa odpływała w siną dal, ale wicepremier nie tracił optymizmu:
4.08. - „Nadal szansa na ok. 3,5 proc. wzrostu PKB”. Minęły trzy tygodnie i o 3,5 proc. należało zapomnieć, ale wicepremier nadal podgrzewał nadzieje:
30.08. - „W całym 2016 r. możliwy wzrost PKB o 3,3-3,4 proc.”. I wreszcie, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że w 2016 r. wzrost będzie niższy od 3 proc. (ostatecznie wyniósł 2,8 proc., co oznaczało poważną wizerunkową porażkę rządu), Mateusz Morawiecki ani myślał się sumitować i oświadczył: „Wzrost PKB nie jest teraz najważniejszy dla Polski!”.
   I słusznie, przecież nikt nam nie będzie wmawiał, że czarne jest czarne, a białe jest białe...
Marek Borowski

Czy to ten moment?

Kolejnym sondażom potwierdzającym, że PiS utracił - po­kaźną wcześniej - przewagę nad opozycją, towarzyszy pytanie: czy to już ten moment? Wahnięcie nastrojów społecznych czy zapowiedź zasadniczego zwrotu? Oczy­wiście każdy wie, że dwa lata przed wyborami sondaże poparcia nie mają wielkiego znaczenia, ale jakaś dość powszechna intuicja podpo­wiada, że jednak stało się coś ważnego. Czar prysnął. Propaganda PiS nadała swemu sukcesowi wyborczemu wymiar dziejowy. To nie było zwykłe, ledwo trzymandatowe zwycięstwo, ale moralny triumf dobra nad złem, początek wielkiej, obejmującej całą rzeczywistość rewolucji. I zwolennicy, i przeciwnicy mieli ten patetyczny przekaz odczytywać podobnie: nie wybraliście nowego, przejściowego zarządu państwa, ale jego - na lata, może na pokolenie - doczesną i duchową władzę. Pewnie dlatego Jarosław Kaczyński, zdawałoby się wbrew politycznej logice, nie pozwalał swoim ludziom się cofać, okazywać wątpliwości, szukać kompromisów, negocjować. Cała partia przebrała się za żoł­nierzy niezłomnych. I nagle bum: brukselska eksplozja zerwała czapki, pagony i spodnie. Mitowi przytrafiło się to, co najgorsze: śmieszność.

Nawet jeśli PiS ma nadal solidne sondażowe 28-30 proc., to do­okoła nic już nie jest takie samo. Przede wszystkim od podmuchu pękła emocjonalna skorupa, która po wyborczej klęsce nie pozwo­liła Platformie Obywatelskiej urosnąć ponad 15-20 proc. poparcia. Obecne, rekordowe 26-28 proc. oznacza, że spora część dawnego elektoratu byłej rządzącej formacji „odobraziła się” na PO i zaakcep­towała domyślny przyszłościowy tandem wyborczy: Tusk-Schetyna. Zaskakujący jest, wykazany już w paru sondażach, wzrost popularno­ści (i to do poziomu 8-12 proc.) kompletnie nieobecnego publicznie SLD. Prawdopodobna hipoteza: część antypisowskiego centrowego elektoratu, wciąż niechętna PO, zaparkowała przy liberalnej, świeckiej, reprezentującej „konstytucyjne wartości” (a uwolnionej od Millera i Ogórek) niby-lewicy. Urosła też trochę (nawet do wysokości progu wyborczego) młoda lewica z Razem. To jeszcze nie przełom: w sumie sondaże wróciły do poziomu z wyborów 2015 r.; z jednym wszakże wyjątkiem - spadkiem notowań PiS. Nadzieje na premię powyborczą, samodzielne zwycięstwo w następnych wyborcach, a nawet przyszłą większość konstytucyjną rozsypują się jak piasek na wietrze.

Ta sytuacja ma poważne konsekwencje polityczne. Wizja praw­dopodobnej, a przynajmniej niewykluczonej przegranej może naruszyć spoistość tzw. Zjednoczonej Prawicy. W partii, której son­daże spadają, zawsze zaczyna się szukanie winnych. Nie wyobrażam sobie, aby nie było tam dziś po kątach szeptanek, że prezes może i jest genialnym diagnostą (polecam znakomity tekst Rafała Kalukina), ale jednak daje się ponieść, a na pewno ma złych doradców (tu niech państwo dopowiedzą sobie nazwiska); że trzeba by wreszcie okiełznać towarzyszy (nazwiska) psujących wizerunek partii. Tysiące działaczy pisowskich, ich krewnych i znajomych, którzy objęli intratne posady w urzędach i spółkach Skarbu Państwa (niekiedy z pensjami i bonusami idącymi w miliony złotych rocznie), chcia­łoby pewnie w spokoju pocieszyć się życiem, wpływami i pieniędz­mi, a obsesje samego prezesa, szaleństwa Macierewicza, mściwość Ziobry, brednie Waszczykowskiego, arogancja Szyszki, rozbijanie służbowych aut - narażają interes całej formacji. Liderzy tej partii już zaczynają ze sobą rywalizować, wzajemnie się podgryzać, blokować, szukać własnego dojścia do ucha prezesa. Kolejne złe sondaże - gdy­by się utrwaliły - uruchomią (by użyć ulubionej frazy Kaczyńskiego) „dynamikę polityczną”; nad którą coraz trudniej będzie zapanować.

Widać, jak gorączkowo kierownictwo partii próbuje zarządzać nieoczekiwanym kryzysem; w pierwszym odruchu sięgając po stare sprawdzone metody. Jak wizerunkowa trwoga, to trzeba wypchnąć do przodu Dudę i Szydło. Dlatego pewnie prezydent otrzymał zgodę na pewien bunt przeciwko „ekstrawagancjom” min. Macierewicza, a premier Szydło zorganizowała uroczyste obchody rocznicy 500 plus (może będą też miesięcznice?), przy­pominając, kto dał pieniądze „Polkom i Polakom”. To na froncie; na zapleczu, jak słyszymy, trwają prace nad takimi rozwiązaniami prawnymi i pozaprawnymi, które pozwolą „raz zdobytej władzy nie oddać nigdy”. Można się spodziewać zmiany ordynacji wyborczych, prób szybkiego opanowania naczelnych sądów, Krajowej Rady Sadownictwa, Sądu Najwyższego, Państwowej Komisji Wyborczej. Zapowiedziano (mętnie) zamiar przejęcia mediów regionalnych i wprowadzenia kontroli treści (!) prasowych (sugerował to prezes Urzędu Ochrony Konkurencji). Ograniczane będą prawa parlamen­tarnej i pozaparlamentarnej opozycji.

Tymczasem silnie nadwątlone morale zwolenników ma podbu­dować siódma rocznica katastrofy smoleńskiej, w wersji rozdętej do rozmiarów święta państwowego (s. 12). Wyborcy PiS otrzymają kolejną dawkę emocji w formie tradycyjnych pomówień, oskarżeń, gróźb, obrażania i przeganiania opozycji, werbalnego odwetu na Tu­sku. Trudno jednak przewidzieć, czy sam spektakl, od strony widowni, nie wymknie się spod kontroli, bo i tym razem mają tam protestować przeciwnicy „pisowskiego kłamstwa” I w sprawie smoleńskiej coś się zmienia w nastrojach społecznych. Kiedy przed laty Janusz Palikot oskarżał o przyczynienie się do katastrofy samych braci Kaczyńskich, a zwłaszcza Lecha i jego kancelarię, oraz wzywał, aby i oni zostali ob­jęci śledztwem smoleńskim - oburzała się nawet Platforma. Dziś stare przemówienia Palikota stają się przebojami mediów społecznościowych, zyskując dziesiątki tysięcy nowych odtworzeń. Jak się strunę przeciąga, to potrafi boleśnie odbić.
   Ledwie kilkanaście miesięcy po wyborach PiS sam wprowadził się w stan „rozwibrowania”. Na wszystkich frontach ofensywa utyka.
Tak, to może być„Ten Moment”. I dlatego robi się niebezpiecznie.
Jerzy Baczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz