PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 28 kwietnia 2017

Sfrustrowani



Im więcej władzy gromadzi obóz PiS i katolickiej prawicy, tym mniej w nim tolerancji na krytykę ze strony politycznych przeciwników. Jak to? Suweren nas wybrał, a oni wciąż mają czelność się z nas naśmiewać?

Kolejne wypowiedzi Jaro­sława Kaczyńskiego na temat własnej i swego obozu „pańskości”. Ko­lejne obraźliwe ataki na sędziów ze strony Zbigniewa Ziobry czy Patryka Jakiego. Ludzie obecnej wła­dzy wylewają z siebie całe potoki przez lata gromadzonej, toksycznej frustracji. Waszczykowski, Legutko, Krystyna Pa­włowicz, nowi ambasadorowie, wysocy urzędnicy państwowi, liderzy prawicowej opinii - ludzie dysponujący realną władzą obrażają, dają się prowokować, szukają alibi, żeby obrażać.
   Do tego dochodzą działania z obsza­ru realnego rządzenia - od wątpliwych nominacji na eksponowane stanowiska po ryzykowne zachowania na drogach kolumn uprzywilejowanych pojazdów, wiozących polityków rządzącej partii. Za­rzewiem grudniowego konfliktu w Sejmie była wściekłość prezesa na dziennikarzy, którzy zaczepiali go na sejmowym kory­tarzu, zadając „prowokacyjne” pytania; to dla ochrony godności lidera PiS utrudni­ło pracę dziennikarzom. Do tego dochodzi wielomiesięczna, irracjonalna wojna Ka­czyńskiego i Macierewicza o Bartłomieja Misiewicza, który nigdy nie przedstawiał dla PiS żadnej wartości, a tylko coraz bar­dziej partię kompromitował.
   Z politycznego punktu widzenia wyda­je się to serią błędów, budujących nega­tywny wizerunek rządzących. Wystarczy kilku manifestantów z antypisowskimi hasłami i już możemy usłyszeć od fak­tycznego lidera państwa, że jego prze­ciwnicy „mają twarze ludzi specjalnej troski”. Każda taka insynuacja staje się tematem medialnym, partia musi się wo­bec kolejnych wypowiedzi Kaczyńskie­go dystansować - niezbyt wiedząc jak, bo Beata Mazurek czy Ryszard Terlecki boją się go bardziej niż opinii publicznej.
Jednak straty wizerunkowe wydają się dla rządzących mniej ważne niż obrona ich własnej - jak to określają - „pańsko­ści”. Kaczyński nie pozwala swemu po­litycznemu otoczeniu na korygowanie nawet ewidentnych błędów w reakcji na krytykę ze strony „chamów”. Nie można przed „chamami” klękać, bo cała koncep­cja rządzenia państwem by się posypa­ła. A my rządzimy po to, żeby odbudować własną godność - upokorzyć i zniszczyć tych, którzy nam tej godności odmawiali.

HISTORIA PRZEMOCY
To godnościowe przewrażliwienie nie jest jedynie marginalną pato­logią kilku ludzi o najsłabszej psychi­ce. Godnościowe traumy odegrały istotną rolę w politycznych biografiach najważ­niejszych postaci rządzącego Polską obozu. Po przełomie 1989 r. ludzie wy­chowani w micie jedności walki z komuną z zaskoczeniem odkrywali ideowe i ambi­cjonalne podziały we własnym obozie; i nie bardzo umieli w cywilizowany spo­sób tymi podziałami zarządzać. Wrażliwość Kalego (zauważanie przemysłu pogardy wyłącznie po stronie przeciwni­ków) cechowało zarówno prawicę, jak też liberałów. Prawicowa opowieść o trans­formacji szybko zrezygnowała z trudniej­szych diagnoz polskiego peryferyjnego kapitalizmu i jego społecznych czy eko­nomicznych patologii. Zmieniła się w ła­twe piętnowanie komuchów i polowanie na agentów. Z kolei liberalny obóz chęt­nie wypychał przeciwników z centrum na prawo. Rzucane zbyt lekko podejrze­nia o faszyzm czy antysemityzm pojawi­ły się na długo przedtem, zanim faktyczny antysemityzm i akceptacja dla autorytar­nych rozwiązań pojawiły się w prawico­wym mainstreamie.
   Jednak najważniejsze pozostaje py­tanie, co czynimy główną treścią swojej polityki, a co jest jej narzędziem - nawet jeśli fatalnym. Prawicowe elity - może dlatego, że większość ówczesnych god­nościowych bojów z liberałami przegry­wały - główną treścią własnej polityki uczyniły godnościową zemstę.
   Ryszard Legutko, dzisiejszy europarlamentarzysta PiS i jeden z najbliższych intelektualnych współpracowników Ka­czyńskiego, w latach 90. na jednej z rad naukowych Polskiej Akademii Nauk zo­stał oskarżony o antysemityzm przez pewną profesor, która w ten sposób (przyznajmy, dość nieudolny) broniła krytykowanego przezeń Zygmunta Bau­mana. Legutko był za to później przepra­szany, także przez szefów PAN, ale nigdy przeprosin nie przyjął. Był też częstowa­ny przez liberalne media epitetami w ro­dzaju: „miłośnik muzyki marszowej” czy „filozof skinów”. Dodatkowym powodem jego frustracji była sprawa licealistów z Wrocławia, których nazwał rozwydrzo­nymi smarkaczami, gdy w petycji do dy­rektora szkoły poprosili o usunięcie z niej symboli religijnych (powołując się zresz­tą na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczący świeckości in­stytucji publicznych). Sąd zmusił wtedy Legutkę do przeproszenia licealistów, co czołowy intelektualista PiS uznał za osta­teczny dowód dekadencji III RP.
   Jarosław Marek Rymkiewicz z ko­lei nieraz opowiadał o własnej najboleś­niejszej traumie (sam miałem okazję wysłuchania tej anegdoty), kiedy to od­wiedzając w apogeum pierwszej wojny na górze swych ówczesnych przyjaciół, Artura Międzyrzeckiego i Julię Hartwig, pokłócił się z nimi o Wałęsę i Ma­zowieckiego, po czym został przez nich wyproszony z mieszkania, nawet je­śli gospodarze kulturalnie podali mu w przedpokoju płaszcz. Wkrótce potem pojawiły się rozważania Rymkiewicza, jak dużą część obywateli można by z Pol­ski usunąć, bo ze swoimi poglądami nie są tu nikomu do niczego potrzebni; potem przyszły rozważania o „wieszaniu” i „oby­watelska poezja” obiecująca oczyszczenie Polski z „łajdaków”. Ale przez cały czas powracało w opowieściach Rymkiewicza to symboliczne wykluczenie z salonu.
   Pamiętam też z okresu naszej wspól­nej pracy w „Dzienniku”, jak późniejszy autor pojęcia „przemysł pogardy”, Piotr Zaremba, wracał z kolejnych debat w Fundacji Batorego struty faktem, że potraktowano go tam bez wystarczające­go szacunku. A pewien znany liberalny publicysta przekręcił nawet jego nazwi­sko i pomylił imię! Zaremba był akurat jednym z tych prawicowców, którzy po­trzebowali akceptacji salonu, przyjaźni­li się z ludźmi z drugiej strony barykady, a każda brutalność czy choćby nieuwaga bardzo ich dotykały.
   Przywołam jeszcze świadectwo najbar­dziej chyba reprezentatywne, Zdzisława Krasnodębskiego, który - zanim stał się toksycznym politykiem dzisiejszej pra­wicy - był wybitnym socjologiem i histo­rykiem idei. W słynnym tekście „Już nie przeszkadza”, nadającym ton posmoleńskiej publicystyce polskiej prawicy, wy­mieniał epitety, jakimi był wcześniej obdarzany lub jakie sobie na swój te­mat wyobrażał, w rodzaju „pisowiec, li­zus, oszołom od ojca Rydzyka, wyrzucony z UW za głupotę”. Rekonstruował też martyrologię prawicowych intelektuali­stów, pisząc: „Od lat spadały na nas wy­zwiska..., drwiny dotyczyły sposobu bycia, wyglądu, ale wystarczyło się odciąć od Prezydenta i jego brata, by znowu zostać uznanym za subtelnego intelektualistę, by wznosić się w rankingach zaufania, by od­zyskać godność i urodę”. To nie tekst o Le­chu Kaczyńskim, tekst żałobny ani nawet polityczny. To świadectwo resentymentu człowieka umęczonego na pluszowym krzyżu godnościowych wojenek lat 90.
   Te historie nie są wyjątkowe. One kon­stytuują cały obóz, który Kaczyński do­prowadził do władzy. Każdy tutaj ma swoją historię naruszonej godności, ode­branej „pańskości”, niewystarczająco okazanego szacunku. To spaja cały obóz i dostarcza mu ogromnej, choć mrocz­nej energii. Ale to także czyni go grote­skowym i śmiesznym. I sprawia, że nawet upragniona władza nie przywróciła tym ludziom poczucia własnej godności.

SKAZANI NA AUTORYTARYZM
Człowiek resentymentu nie może znaleźć spokoju, bo sam dla siebie nie jest źródłem wartości, źródłem wartości są dla niego jego wrogowie, którzy uznania
jego „pańskości” mu odmawiają. A ponie­waż u człowieka resentymentu godnoś­ciowe rany są nieuleczalne, nawet gdy już pokona swych wrogów, to jego frustracja i tak nie ustaje, dopóki nie będzie mógł definitywnie zamknąć szydercom ust.
   Nie tylko Kaczyński, Macierewicz, Waszczykowski, Pawłowicz, ale tak­że Wolski, Ziemkiewicz, Karnowscy, Za­remba, Horubała czy Pospieszalski są dziś u władzy czy blisko władzy. A mimo to wy­dają się być jeszcze bardziej sfrustrowani, niż byli po przegranych z liberałami woj­nach na górze. I jeszcze bardziej agresyw­ni, brutalni wobec swych przeciwników, od których wciąż nie zaznali wystarcza­jącego uznania. Władza bowiem nie tylko nie pomaga leczyć się z frustracji i kompleksów, ale je jeszcze pogłębia. Rządzący jest wystawiony na jeszcze większą dozę ataków, szyderstw, świadomych prowo­kacji (dawne prowokacje Janusza Palikota pod adresem Lecha Kaczyńskiego zawsze były skuteczne).   Ludzie, którzy zdobyli władzę w państwie - nie po to jed­nak, by rządzić, ale aby leczyć własne god­nościowe traumy - są rozczarowani: mieli nas wreszcie słuchać, szanować albo na­wet się bać, a tu ciągle z nas żartują, ciągle obrażają, nic się nie zmieniło.
   Łatwiej jest politycznie dystrybuować pieniądze niż godność. Można kogoś za­trudnić w spółce skarbu państwa, w me­diach publicznych, można dać program, można przetransferować publiczne pie­niądze na honoraria dziennikarzy, którzy zgodzili się pełnić funkcje propagandystów. Można nawet zatrudnić własnych krewnych i powinowatych, jak to robią Waszczykowski czy Czarnecki. Jednak polityczna dystrybucja godności, lecze­nie tą metodą urażonej kiedyś dumy jest o wiele bardziej skomplikowane.
   Próba wykorzystania politycznej wła­dzy do leczenia własnych godnościo­wych traum prowadzi do zaostrzenia wewnętrznego konfliktu poza bezpiecz­ne granice. Ale przede wszystkim skazuje PiS na budowanie władzy nieliberalnej (także nieliberalnego rynku me­diów i upartyjnionych sądów), bo tylko taka władza może zamknąć usta zniena­widzonym szydercom, salonowi.
   Urażona godność cementuje również koalicję PiS z najbardziej antyliberalną częścią polskiego Kościoła, która prawa do szyderstw też nie rozumie i nie zamie­rza akceptować. Stąd coraz ostrzejsze na­gonki na teatralne spektakle i wystawy. Przecież zdobycie politycznej władzy miało spowodować, że nikt nas nie będzie obrażał. A wciąż obraża.
   To wszystko nieubłaganie spycha PiS i katolicką prawicę w stronę autorytary­zmu. Tylko bowiem w Rosji Putina dziew­czyny z Pussy Riot mogły zostać skazane na obóz pracy za prowokację w cerkwi - z paragrafu obrażania uczuć religij­nych, mimo że ich wystąpienie (może nie­smaczne, ale karanie łagrem za złą sztukę nie jest dobrym rozwiązaniem) nie było atakiem na religię, Jezusa czy Marię, ale na służebną rolę, jaką rosyjska Cerkiew zdecydowała się pełnić wobec świeckiej władzy autorytarnej.
   Ci, którzy w analizach zwycięstwa PiS i obecnej strategii obozu władzy uży­wają kategorii społecznych czy ekono­micznych, mają rację o tyle, że każde niedokonanie transformacji, każda niezałatana dziura po kryzysie ułatwiły zdo­bycie władzy przez Kaczyńskiego i jego gwardię resentymentu. Jednak w tym modelu rządzenia państwem to, aby zo­stać uznanym za członka klasy „panów” i móc zepchnąć przeciwników do katego­rii „chamów”, jest ważniejsze niż wszel­kie projekty, wizje i reformy państwa.
Cezary Michalski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz