PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Resort dziwnych kroków



Zapowiedziana weryfikacja kadr dyplomacji pokazuje bolszewickie myślenie PiS o państwie. I gwarantuje, że „zwycięstw" takich jak 1:27 w polityce międzynarodowej będzie więcej.

Przegrana w głosowaniu nad prze­dłużeniem kadencji Donaldowi Tuskowi to tylko jedna z klęsk polityki zagranicznej PiS ostat­nich tygodni. Oto kolejne: szczyt czterech dużych państw UE (bez Polski) w Wersalu i zapowiedź budowy Europy wielu prędkości - wbrew polskim intere­som. Przegrana w unijnym glosowaniu nad nowymi zasadami liczenia emisji CO2. Brak gwarancji przywilejów socjalnych dla Po­laków na Wyspach ze strony Brytyjczyków, rzekomo sojuszników PiS.
   Wszystko to pokazuje dwa groźne zjawi­ska. Po pierwsze, postępującą samoizolację Polski na arenie międzynarodowej, uzna­wanie ekipy PiS przez partnerów za niepo­trzebnego nikomu dziwaka. I po drugie, ignorowanie przez Jarosława Kaczyńskiego i spółkę opinii profesjonalnej dyplomacji - od roku lekceważonej i demontowanej przez rządzących. Procedowana właśnie nowa ustawa o służbie zagranicznej do­kończy ten proces z opłakanymi dla pań­stwa i obywateli skutkami.

Agenci to pretekst
Wbrew propagandzie PiS ustawa ta nie jest „rozliczeniem z rządzącą MSZ agentu­rą komunistyczną” i uderzeniem w „służbę zagraniczną - bezpośredniego kontynua­tora służby dyplomatyczno-konsularnej zakorzenionej (...) w PRL”.
Ponad 80 proc. obecnych pracowni­ków przyszło do MSZ po 1989 r. „Agen­tów”, co przyznają sami autorzy ustawy, jest w MSZ mniej niż 100 - na 3600 pra­cowników, których PiS chce zweryfiko­wać. Zresztą tylko część z nich to dono­siciele czy oficerowie bezpieki (choć są i tacy). Wielu to byli oficerowie wywiadu, którzy za PRL robili to samo co za wolnej Polski - zbierali informacje wywiadow­cze np. na Bliskim Wschodzie. W dodat­ku od 10 lat obowiązuje ustawa lustra­cyjna, wymyślona za pierwszych rządów PiS (2005-07). Wiadomo więc było, kto j est kim, i ludzie ci za rządów PO nie byli w MSZ awansowani. Tych, którzy w de­klaracjach lustracyjnych sprzed dekady skłamali, zwolniono lata temu.
   Tego, że PiS chodzi nie o zasadę „esbecy won”, dowodzi wysłanie rok temu przez Kaczyńskiego (jak wszędzie, w MSZ o ważnych nominacjach decyduje prezes) na ambasadora do Niemiec Andrzeja Przyłębskiego, o którym już wtedy było wiadomo, że za młodu miał kontakty z SB.
   O co więc chodzi? Dyplomaci są prze­konani, że o czystkę niewygodnych, sta­nowiska dla swoich i ugruntowanie stra­chu wśród wszystkich innych. Ponieważ w „dyplomacji PRL-Bis” szerzyły się pato­logie, „przeglądowi kadr poddany zosta­nie cały personel resortu” - pisze w liście do pracowników Andrzej Jasionowski, dyrektor generalny MSZ, uznawany za człowieka Kaczyńskiego. W ciągu sze­ściu miesięcy od przyjęcia ustawy zwe­ryfikowany zostanie każdy z ok. 1200 za­wodowych dyplomatów i dwukrotnie większa grupa zatrudnionych czasowo. Można zostać wyrzuconym, stracić sto­pień dyplomatyczny, stanowisko i pen­sję. W uzasadnieniu ustawy kierownic­two MSZ samo pisze, że zmiany dotkną jedną trzecią zatrudnionych.
   W przekonaniu, że w nowej ustawie chodzi o leninowskie „zabezpieczenie kadr”, utwierdza pracowników MSZ zestaw jej autorów. Są wśród nich były członek PZPR, dwaj dyplomaci odwoła­ni z placówek za spowodowanie wypad­ków samochodowych, jeden oskarżony o mobbing.
   Mało jest dziedzin, w których ska­la sukcesów RP po 1989 r. byłaby tak znaczna jak w polityce zagranicznej. Traktatowe unormowanie sąsiedztwa z Niemcami, wyprowadzenie wojsk so­wieckich z Polski, wejście do NATO i UE, dwa rewelacyjne dla Polski budżety Unii, pomoc krajom posowieckiego Wscho­du, zwłaszcza Ukrainie, w tym program Partnerstwa Wschodniego UE, świetne stosunki z Izraelem, budowa i dobre działanie Grupy Wyszehradzkiej i Trój­kąta Weimarskiego.
   Te wszystkie projekty zostały zreali­zowane przez różne rządy i prezydentów - i z woli większości Polaków. Jednak rola zawodowej dyplomacji w każdym z tych osiągnięć była znaczna. Tymczasem PiS głosi, że przed jego rządami i dyploma­cja, i całe państwo polskie były skażo­ne, skarlałe, półniepodległe. Promując ustawę, minister Witold Waszczykowski mówi o „niedostatecznie silnych więzach łączących dyplomatów z pań­stwem polskim”.
   - Czuję, jakby po ponad 20 latach pracy dla Polski rządzący od tygodni codziennie pluli mi w twarz - mówi dyplomata z za­ciągu solidarnościowego, ważny uczest­nik zarówno starań o członkostwo Polski w NATO w latach 90., jak i wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu z ostatnich lat.
   PiS krzyczy np. o „klikach” w MSZ. Ale doprawdy trudno uważać za aferalny fakt, że wielka, kilkutysięczna organiza­cja (państwowa czy prywatna) ma w sobie grupy złączone wspólnotą biografii czy osobami liderów, wspierających współpracowników. Tak jest w Pentago - nie, Microsofcie - i w polskim MSZ.
   W MSZ niewątpliwie najważniejszą grupą był dotąd tzw. zaciąg Skubiszew­skiego, Bartoszewskiego i Geremka, czyli duża grupa ówczesnych 30-latków o ko­rzeniach solidarnościowych i różnych poglądach, którzy w latach 90. budowali nową dyplomację. Przez naście lat wol­nej Polski grupa ta toczyła rywalizację z dyplomatami wywodzącymi się z PRL - i walkę tę wygrała z powodu takoż racji historycznej, co czystej biologii.
   Jest też w MSZ zwarta grupa byłych pracowników UKIE i mniej zwarta ab­solwentów KSAP. Jest demonizowana przez PiS grupka studiujących na mo­skiewskim MGiMO (nie tylko w PRL, też w latach 90.) - z doświadczenia wiem, że ponadprzeciętnie dyplomatycznie sprawna. Jest wreszcie - im dalej od prze­łomu 1989 r., tym większa - grupa niepo­wiązanych z nikim profesjonalistów.
   Wszystkie te umowne i luźne frak­cje łączyły dwie rzeczy. Pragmatyzm, przekonanie, że rywalizacja wewnątrz struktury jest o wpływy, a nie na śmierć i życie. I ważniejsza - że razem pracują na rzecz państwa. Np. wejście do NATO i UE było bez wątpienia sukcesem i soli­darnościowców, i postkomunistów. Jak z takiej umiarkowanej „frakcyjności” MSZ ma wynikać konieczność weryfika­cji całych kadr na wzór stanu wojennego?
   Koronnym argumentem PiS uzasad­niającym ustawę weryfikacyjną jest „nieudolność państwa, które przez 20 lat nie potrafiło zbudować ambasady w Berlinie”. Po pierwsze, argument ten pomija fakt, że w tym czasie wybudo­wano, kupiono lub wyremontowano kil­kadziesiąt innych ambasad. Po drugie, w administracji rzeczywiście, co zrozu­mie tylko ten, kto w niej był, z powodu nadmiaru przepisów wszystko dzieje się wolniej niż w prywatnym bizne­sie. Po trzecie, za rządów Sikorskiego i Schetyny w MSZ doprowadzono proces budowy ambasady w Berlinie na ostat­nią prostą. Przeprowadzono konkurs architektoniczny, z trudem uzyskano zgody władz niemieckich, przygotowa­no plac budowy i ogłoszono przetarg na wykonawcę.
   Wtedy nastał PiS. Przetarg unieważ­nił, bo oferty były trochę droższe, niż zakładano. Normalną praktyką byłoby szybkie ogłoszenie nowego z ciut wyższą ceną - po to, by z wykonawcami spotkać się w pół drogi i skończyć budowę za dwa lata. Tymczasem nowe władze MSZ ogłosiły zmianę koncepcji budowy - na part­nerstwo publiczno-prywatne. Teraz am­basadę ma wybudować prywatna firma, która w zamian dostanie na 30 lat ponad połowę powierzchni. To absurd - amba­sada mieszcząca się na poddaszu banku będzie pośmiewiskiem. A i tak nie po­wstanie przez kolejne lata.
   To właśnie jest PiS w praktyce: pro­blem zdiagnozowany słusznie, ale demonizowany - niewybudowanie ambasady w Berlinie; odrzucenie pracy poprzed­ników, która była blisko rozwiązania problemu; rewolucyjne koncepcje, które do niczego nie prowadzą. Tak jest zresztą w całym państwie PiS.

Ludzie państwa
MSZ naturalnie nie było - i nigdy nie będzie - instytucją idealną. Gdy w 2010 r. przychodziłem do ministerstwa jako rzecznik, jedna z pierwszych osób, z którą rozmawiałem, zastrzeliła mnie wyznaniem: „Wie pan, my to takie tro­chę lepsze biuro podróży jesteśmy - na­szych pasażerów wysyłamy na rozmowy do innych krajów, a stamtąd gościmy pasażerów wysyłanych przez podobne biura. Tyle że obsługujemy vipów...”. To credo cyników i leni, jak się przeko­nałem, nie było w MSZ rzadkie - i wśród starych pracowników pamiętających komunizm, i ludzi z zaciągu solidarno­ściowego. A także, co najbardziej niepo­kojące - wśród młodych 30-latków. Ale takie postawy nie przeważają.
   Tak, widziałem w MSZ urzędników, którzy zrobili karierę na lizusostwie, lub „ślizgaczy”, których całą ambicją było nikomu się nie narazić i wyjść z pracy o 16. Ale MSZ opiera się na świetnych lu­dziach, którzy są w stanie przygotować poufne notatki na poziomie, jakiego inne dyplomacje UE nam zazdroszczą. Któ­rzy swoją pracą, często po 14-16 godzin na dobę, zwiększali przez dwie dekady bezpieczeństwo i dobrobyt nie tylko Pol­ski, ale i regionu. Ludzi, którzy przeko­nali sceptyków w Waszyngtonie do roz­szerzenia NATO, skąpców w Brukseli do zwiększenia budżetu UE, a naszych partnerów z regionu uczyli, jak o ten bu­dżet aplikować.
    Poznałem dyplomatów samodzielnie robiących na małych placówkach wielkie imprezy kulturalne, które profesjonalna firma organizowałaby za dziesiątki ty­sięcy dolarów, siłami kilkunastu ludzi. Czy konsulów, którzy w czasach arab­skiej wiosny jeździli do ogarniętych zamieszkami krajów organizować ewa­kuacje polskich turystów. Ludzi, którym chce się sprawnie i sensownie pracować dla państwa.
   I to tacy urzędnicy przez większość okresu 1989-2015 awansowali. W cza­sach PO-PSL to na nich spoczywała odpowiedzialność za polską politykę zagraniczną, to oni przeważnie byli wi­ceministrami, najważniejszymi amba­sadorami, dyrektorami kluczowych de­partamentów. To dzięki takim ludziom Polska w UE wybierała Tuska na prze­wodniczącego Rady, a nie dostawała baty 1:27. To dzięki nim minister Sikorski w kluczowym momencie ukraińskiego Majdanu był w stanie w 24 godziny zor­ganizować tam misję z kolegami z Berli­na i Paryża.
   Dziś PiS nie potrafi zbudować jakiego­kolwiek projektu z Grupą Wyszehradzką już od roku. To teraz tryby państwa kompletnie się zacierają. Do ambasad centrala MSZ wysyła dziś - zamiast in­strukcji działań politycznych - polece­nia wyświetlania filmu „Smoleńsk” i tezy tłumaczeń wewnętrznej sytuacji w kraju.
   Naturalnie PiS wszystkich kompetent­nych ludzi w ministerstwie nie zwolni - ktoś musi pisać notatki i organizować spotkania. Nie wszyscy też odejdą. Ale nawet ideowych ludzi w MSZ ogarnia marazm. Łomot 1:27 wynikał przede wszystkim z absurdu pomysłu politycz­nego, ale również z tego, że część ludzi w systemie, zagrożonych weryfikacją, już nie chciała kłaść się Rejtanem przeciw głupiemu pomysłowi. Po co się narażać, skoro panowie z PiS i tak zrobią swoje?

Co po PiS
Podstawą kontraktu niepodległego państwa z cywilnym korpusem urzęd­niczym było przyrzeczenie: jeśli nie po­pełniasz przestępstw, jesteś nieusuwalny (choć możesz być odsuwany na boczny tor), nawet jeśli politycznie od obecne­go rządu jesteś daleko. Obecna ustawa o MSZ z tym kończy.
   Po tzw. pierwszym PiS w latach 2005-07 bliscy Kaczyńskim dyplomaci mieli się nieźle - Waszczykowski pozostał wiceministrem („największa pomyłka personalna” Sikorskiego), inni ambasa­dorami czy konsulami generalnymi, choć w miejscach raczej drugorzędnych. Teraz, wyrzucając z pracy kilkudziesięciu (kil­kuset?) kolegów, PiS zmienia reguły gry.
   Ktokolwiek pozbawi PiS władzy, będzie musiał przywrócić urzędnikom po czucie odpowiedzialności za decyzje, ale i pod­stawowe bezpieczeństwo. Strach przed wyrzuceniem za poglądy, pod jakimkol­wiek pretekstem („rozprawy z komucha­mi” w MSZ czy „zmiany koncepcji” w ar­mii) skutkuje tym, że urzędnicy jeszcze mocniej unikają podejmowania decyzji.
   Nie będzie jednak powrotu do wersji korporacyjności sprzed 2015 r. Służba zagraniczna i korpusy innych urzędów państwowych będą musiały się w więk­szym stopniu otworzyć. Na wchodzących „od dołu” młodych, ale bardziej nawet na idących „z boku” specjalistów - eks­pertów z think tanków czy piarowców.
   By ich przyciągnąć, w służbie pu­blicznej potrzebne będą wyższe zarobki (dziś dyplomaci zarabiają, mimo podwy­żek za PO, dwa razy mniej niż koledzy z Czech czy Estonii). To może oznaczać konieczność redukcji etatów. By to było możliwe, potrzeba będzie mniejszej, a nie większej, jak to robi dziś PiS, liczby przepisów - główną przyczyną puchnię­cia urzędów od lat są regulacje wymu­szające opinie i zgody wielu osób pod jedną decyzją. Państwo będzie musiało być bardziej elastyczne, szybsze w dzia­łaniach, lepiej przedstawiające je wybor­com - i ich słuchające.
   Nie wystarczy już pokazywać, że nar­racja o „państwie w ruinie” była kłam­stwem. Dyplomacji i innych struktur państwowych nie da się już po prostu przywrócić do stanu z 2015 r. Po spusto­szeniu PiS trzeba będzie państwo zbu­dować na nowo.
Marcin Bosacki do lipca 2016 r. był ambasadorem RP w Kanadzie, wcześniej rzecznikiem MSZ, szefem działu zagranicznego - korespondentem w USA „Gazety Wyborczej”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz