PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wzmożenie narodowe



Pod nową władzą prawicowi radni prześcigają się w pomysłach w duchu narodowym, tradycyjnym i katolickim. Sięgając przy tym szczytów absurdu.

Na realizację projektu 18-metrowej wieży wi­dokowej ze stali, zwieńczonej tarasem i fi­gurą Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w te­gorocznym budżecie miasta przeznaczono 1,1 mln zł. Ogłoszono przetarg na wykonanie dokumentacji technicznej i wydawało się już, że mielecka Górka Cyranowska, zwieńczona Patronką Mielca Matką Boską, zacznie robić konkurencję Świe­bodzinowi z gigantycznym Jezusem, gdy nieoczekiwanie radni PiS wycofali się z własnego, forsowanego od sześciu lat pomysłu. W piśmie złożonym 10 marca do prezydenta miasta napisali: „Klub Prawa i Sprawiedliwości nie może pozwolić na dalsze wykorzystywanie wizerunku i świętości Matki Bożej do walki z budową wieży widokowej”.
   Protesty mieszkańców Mielca przybrały na sile właśnie z po­wodu pomysłu wydawania pieniędzy miejskich ma Maryję. I nie pomagały zapewnienia radnego Józefa Stali, głównego animato­ra pomysłu, że figura Matki Bożej stanie na tarasie widokowym tylko, jeżeli znajdą się prywatni darczyńcy. Nie przysłużył się zapewne idei sam radny Stala, któremu mielczanie wypominają pezetpeerowską przeszłość i złośliwie wypominają grzechy, jakie chce odkupić, stawiając monumentalną figurę Matki Boskiej.

   Komin narodowy
   Ale nie wszystko stracone. Te same mieleckie organizacje ka­tolickie, które apelowały do radnych PiS o zaniechanie projektu, by położyć kres „brutalnym atakom mielczan na Matkę Boską” (m.in. Rycerstwo Niepokalanej, Rodzina Radia Maryja, Akcja Katolicka, Róże Różańcowe Żeńskie i Róże Różańcowe Męskie, Straż Honorowa Najświętszego Serca Pana Jezusa, Klub Inte­ligencji Katolickiej, Rada Duszpasterska, Apostolstwo Dobrej Śmierci), jednocześnie wystąpiły do prezydenta miasta o wy­rażenie zgody na ustawienie na Górce Cyranowskiej „kolumny o wysokości wyższej niż rosnące drzewa, uwieńczonej figurą Matki Bożej Nieustającej Pomocy”. Nie chcieli obywatele wieży widokowej z Matką Boską, to będą mieć kolumnę.
   Trwa sezon nie tylko na przytup w manifestowaniu wiary katolickiej, ale i patriotycznych poglądów. Szczeciński radny osiedlowy Andrzej Grodecki ogłosił właśnie, że depcząc po pa­sach, możemy znieważać flagę narodową. Radny wystosował w tej sprawie interpelację do przewodniczącego Rady Miasta.
- Ja się nie domagam przemalowania pasów - zapewnia radny.
- Ja się tylko pytam, czy przypadkiem nie naruszamy ustawy i zapisów konstytucji.
   Z wykształcenia prawnik, z zawodu księgarz, z zamiłowania literat, startował w wyborach do Rady Miasta z list Prawa i Spra­wiedliwości. Wtedy po raz pierwszy w życiu zapisał się do partii - Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Ale kiedy zaczął pytać, jakie są kryteria przyznawania miejsc na listach wyborczych, najpierw przewodniczącego, a potem partyjny sąd, szybko go wyrzucili. W wyborach przepadł. Później kandydował na własną rękę do rad osiedlowych na swoim osiedlu Pomorzany. - Jestem takim Kubu­siem Puchatkiem, misiem o małym rozumku, więc jak mam wąt­pliwości, to się pytam mądrzejszych ode mnie Krzysiów - mówi. Teraz go naszły, bo niedługo będzie dzień flagi, poczty sztanda­rowe będą maszerować po tych biało-czerwonych przejściach i - jakby na to nie patrzeć - deptać flagę. Nie przeszkadzają mu biało-czerwone pasy na słupkach drogowych czy na kominach, bo nikt po tym nie chodzi. - To jest tak jak ze znakiem Polski Walczącej - tłumaczy. - Może być na samochodzie i na kubku do herbaty, ale na kijach bejsbolowych już nie. Tak orzekł sąd.
   Flaga narodowa może, a nawet powinna, dumnie powiewać na maszcie. Dlatego lubelski radny PiS Zbigniew Ławniczak (ten sam, który tydzień po otwarciu Areny Lublin domagał się od pre­zydenta miasta wyjaśnień, dlaczego jeszcze nie poświęcono sta­dionu), postanowił na placu Litewskim ustawić maszt pod flagę.
Na miejscu wyciętego właśnie Baobabu, czyli wiekowej czarnej topoli, pamiętającej podobno powstanie styczniowe. Baobab nie padł ofiarą lex Szyszko, tylko choroby grzybowej, która toczyła go od środka. Radny zaproponował w to miejsce maszt flago­wy, nie bacząc na to, że na placu Litewskim są już trzy maszty.
- W Lublinie stacjonuje międzynarodowy wojskowy korpus polsko-ukraińsko-litewski - argumentuje radny, który w tej sprawie konsultował się z dowódcą korpusu. - I oni potrzebują trzech masztów na trzy flagi. A co zrobimy, jak przyjadą Amerykanie? Umieszczenia na stałe polskiej flagi na ratuszu Wrocławia doma­gał się tamtejszy radny PiS Tomasz Małek, pisząc, że „to symbol naszej władzy nad tą dzielnicą”, i dodając, że niemieccy turyści mają sporo satysfakcji z powodu jej braku, na co z racji rachunku wojennych krzywd i strat nie można się godzić. W odpowiedzi miasto przywołało jednak ustawę, zgodnie z którą polską flagę wywiesza się jedynie w określone dni, „w celu podkreślenia zna­czenia uroczystości i świąt państwowych lub innych wydarzeń historycznych, w tym podczas Sesji Rady Miejskiej”. Pomysłu radnego na razie nie udało się przeforsować.

   Pół ulicy Kaczyńskiej
   Szerokie pole do popisu dała radnym obowiązująca już od niemal roku ustawa dekomunizacyjna, obligująca samo­rządy do usunięcia z przestrzeni publicznej nazw upamięt­niających osoby, organizacje, wydarzenia i daty symbolizujące i propagujące komunizm. Przez ostatnie miesiące toczyły się prawdziwe boje o nazwy ulic. W Tarnowie radni PiS, mimo protestów mieszkańców, chcą połączyć trzy ulice w jedną aleję im. Lecha Kaczyńskiego.
   Kompromisowe, ale dość niestandardowe rozwiązanie przyjęto w Starachowicach. Przy okazji zmiany nazw dwunastu ulic lokal­ny PiS postanowił uhonorować zmarłą cztery lata temu matkę braci Kaczyńskich Jadwigę, która pochodziła ze Starachowic. Jak postanowiono, tak zrobiono, ale w efekcie wyszło słabo, bo matka bliźniaków dostała tylko pół ulicy. - Nie umiem wyjaśnić, skąd taka decyzja, by jeden odcinek dawnej ul. Józefa Krzosa nazwać ul. Bankową, a drugi ul. Jadwigi Kaczyńskiej - mówi przewod­niczący Rady Miasta Starachowice Włodzimierz Orkisz z PiS.
I odsyła do szefa klubu radnych PiS Tomasza Andrzejewskiego (przebywa w sanatorium), który tę propozycję zgłosił w ostatniej chwili podczas obrad Rady Miejskiej. Inne były wcześniej kon­sultowane z mieszkańcami - i w trakcie tych konsultacji dla ulicy Krzosa podano tylko jedną nową nazwę: Bankowa.
   Być może radni PiS obawiali się reakcji mieszkańców. Ko­mentarze pod artykułami o decyzjach radnych jasno pokazują, że pomysł podziału jednej ulicy na dwie wydaje się starachowiczanom co najmniej tak dziwaczny, jak honorowanie matki prezydenta i prezesa. Czy sam prezes nie poczuł się urażony, że jego mama dostała tylko połowę ulicy? Na uroczyste odsło­nięcie tablicy, dzień przed czwartą rocznicą śmierci Jadwigi Kaczyńskiej, prezes przyjechał.
   Równie duże emocje wzbudziła w Starachowicach dawna ulica 9 Maja (dzień zwycięstwa Armii Czerwonej w drugiej wojnie świa­towej). Mieszkańcy chcieli ją przemianować na 8 Maja (data dnia zwycięstwa, obchodzona na Zachodzie), radni przegłosowali na­zwę Młyny. Ugięli się jednak pod petycją prawie 500 mieszkańców i zagłosowali jeszcze raz, przyjmując ostatecznie nazwę 8 Maja. Ulice 9 Maja były chyba w każdym mieście. Andrzej Grodecki ze Szczecina, ten od biało-czerwonych pasów na jezdniach, ma genialny w swej prostocie pomysł na dekomunizację tej nazwy bez jej zmiany. - Wystarczy zmienić konotację - mówi. - Zazna­czyć, że to 9 maja od święta Unii Europejskiej, a nie od dawanego Dnia Zwycięstwa. Interpelację w tej sprawie złożył jednak razem z pytaniem o profanację flagi na przejściach dla pieszych, i to po­mysł zgubiło. Podobny chwyt udał się radnym w Kruklankach na Mazurach, gdzie dekomunizowaną ulicę 22-Lipca, od Ma­nifestu Lipcowego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowe­go z 1944 r., zamieniono na 22 Lipca, od obchodzonego w Ko­ściele katolickim wspomnienia św. Marii Magdaleny. W Wierzbicy pod Radomiem Janka Krasickiego miał zastąpić Ignacy.
   Najchętniej upamiętnianym patronem w Polsce jest obecnie prof. Lech Kaczyński. Ulice, skwery i place otwiera się w wielu miejscach. Zwykle idzie gładko, ale nie zawsze. W Bydgoszczy trwa walka o most. To nowa przeprawa, wiosną 2010 r. była w trakcie budowy. Po katastrofie w Smoleńsku radni przegłoso­wali, że most będzie nosił imię Prezydenta RP Lecha Kaczyńskie­go. Gdy most ukończono, nowa rada zdecydowała, że most będzie się nazywał Uniwersytecki. Legenda bydgoskiej opozycji solidar­nościowej prawnik Jarosław Edward Wenderlich i współpracow­nik Lecha Kaczyńskiego zaproponował kompromisową nazwę: most Uniwersytecki im. prof. Lecha Kaczyńskiego. Po śmierci ojca propozycję forsuje (na razie bezskutecznie) jego syn, także radca prawny, radny PiS, Jarosław Wenderlich. Ten sam, który postulu­je, by parafie i związki wyznaniowe, zajmujące się działalnością charytatywną, zwolnić od podatku od deszczówki.

   Nie dla multi-kulti
   Narodowy trend w samorządach objawia się także czyszcze­niem lokalnej historii z obywateli nieprawomyślnego pocho­dzenia. Prawicowa większość w radzie miejskiej Białegosto­ku najpierw zlikwidowała Centrum im. Ludwika Zamenhofa (przez włączenie do Białostockiego Ośrodka Kultury), a potem zablokowała pomysł prezydenta miasta Tadeusza Truskolaskiego, by 2017 r. ustanowić rokiem Ludwika Zamenhofa. Mimo że właśnie przypada setna rocznica śmierci twórcy uniwersal­nego języka esperanto i propagatora dialogu międzykulturowe­go, obchodzona pod patronatem UNESCO, a słynny w świecie lekarz urodził się w Białymstoku. Radni PiS wybrali jednak na patrona roku 2017 marszałka Piłsudskiego. Popierający ich radny Dariusz Wasilewski (z klubu prezydenta Truskolaskiego) przekonywał, że ideologia stworzona przez Zamenhofa, naj­słynniejszego białostocczanina, „może wydawać się poczciwą utopią, ale tak naprawdę może być niebezpieczna. Obca na­szej kulturze i chrześcijaństwu”. Zamenhofa z radością przejął Słupsk i uroczyście obchodzi rok esperantysty.
   W Sopocie pozostający w opozycji radni PiS protestują prze­ciwko budowie pomnika Władysława Bartoszewskiego, twier­dząc, że profesor był „postacią zbyt kontrowersyjną, wciągniętą pod koniec swego życia do bieżących rozgrywek politycznych”, a w całej inicjatywie chodzi nie o upamiętnienie, ale wywołanie kolejnej awantury politycznej. W Gdańsku ich partyjni koledzy sprzeciwiali się bezskutecznie nadaniu rondu we Wrzeszczu imienia Guntera Grassa. Nie dość, że noblista jest według pisowskich radnych osobą kontrowersyjną, ponieważ w młodości należał do SS, to jeszcze nie jest Polakiem. A, jak zauważyła w dyskusji na sesji radna PiS Anna Kołakowska: „To tak, jakby­śmy nie do ceniali Polaków. Nie spotkałam w niemieckich mia­stach ulic z imieniem polskich pisarzy, a na pewno nie na taką skalę, jak to się dzieje w Gdańsku”.
   W Poznaniu trwa dyskusja nad hasłem promocyjnym dla miasta. Radny PiS Michał Boruczkowski (ten sam, który metodę in vitro nazwał ludobójstwem) ostro sprzeciwia się hasłom Poznań - mia­sto otwarte i Wolne miasto Poznań, wskazując, że „budzą skoja­rzenia liberalno-lewicowe (otwartość światopoglądowa na nowe doznania), a nawet separatystyczne (»wolne« względem władzy centralnej), co prowadzi do podziału społeczeństwa i wywoływa­nia konfliktów”. Niektórzy komentują, że Boruczkowski manife­stowaną pryncypialnością ideową usiłuje odkupić swoje winy. Rok temu zaproponował bowiem w oficjalnym piśmie do prezydenta, by komin wznoszący się nad Starą Gazownią w centrum Pozna­nia przekształcić w minaret, a część budynku oddać społeczno­ści arabskiej (muzułmanie zwrócili się do urzędu miasta o pomoc w znalezieniu lokalu na potrzeby wspólnoty). Jego pomysłu nie doceniono. Klub zawiesił go na pół roku. Dziś, już przywrócony na łono, tłumaczy: - To nie miał być prawdziwy minaret, tylko ele­wacja przypominająca minaret. Zresztą pomysł nie był mój, a zna­nej artystki Joanny Rajkowskiej, ja go po prostu zaadaptowałem na inny komin.

   Lamparty Putina
   Samorządowcy wszystkich opcji chętnie nawiązują do głów­nego nurtu polityki. Radni w wielu miastach starają się teraz poprawiać i doskonalić koncepcje rządowe. W Częstochowie rajcowie z PiS wpadli na pomysł, by miasto wypłacało rodzicom po 400 zł na drugie i kolejne dziecko, niezależnie od rządowego 500+. - Rządowy program dał wspaniały efekt w całej Polsce, ale nie w czerwonej Częstochowie - mówi radny PiS Piotr Wrona.
- U nas wciąż jest silna depopulacja, z miasta ubywa 11 osób dziennie. Projekt 400+ przepadł, Wrona szykuje zatem nowy: 1 tys. zł przy porodach mnogich. Może przejdzie, bo to żadne obciążenie dla budżetu. W ubiegłym roku w Częstochowie było zaledwie 28 porodów bliźniaczych, żadnych trojaczków.
   Łódzcy radni PiS chcieli wprowadzenia programu Bilet Senior 65+, imienne roczne bilety za 50 zł, co oznaczałoby blisko ośmio­krotną obniżkę ceny za przejazdy dla emerytów. Rządząca mia­stem większość z PO odrzuciła pomysł jako nierealny (bo miasta na to nie stać) i populistyczny (bo wpływy z biletów to tylko jedna trzecia wydatków na komunikację miejską, reszta idzie z kieszeni podatników i to oni płaciliby ze seniorskie bilety).
   Poznański radny PiS Michał Grześ poszedł w poprzek główne­go nurtu i zainteresował się losem drzew. A konkretnie tymi eg­zemplarzami, które są wycinane w nowym poznańskim ogrodzie zoologicznym, gdzie trwają prace nad budową nowych wybie­gów. Wybiegi trzeba ogrodzić i w linii ogrodzenia drzewa muszą być wycięte. Nowe zoo leży poza miastem, na olbrzymim terenie 120 ha, w większości jest to las. Jednak radnego martwi każde drzewo. Już dwa razy zwracał się do władz miasta o przedstawie­nie szczegółowej specyfikacji, ile czego wycięto. - Teraz wszyscy są wyczuleni na wycinkę drzew - przyznaje.
   Nie po raz pierwszy ten radny walczy z poznańskim ogrodem zoologicznym. Kilka miesięcy temu twierdził, że zoo wspiera pro­pagandę Putina. Poszło o lamparty perskie. Pojawią się wkrótce w poznańskim ogrodzie, to m.in. dla nich szykowany jest wybieg. W ramach programu ochrony zwierząt zagrożonych wyginięciem mają, pod okiem naukowców, rozmnożyć się i odchować potom­stwo, które później zostanie wypuszczone na wolność. Jednak, jak podkreślił radny Grześ, hodowla lampartów perskich to hobby Władimira Putina i chwyt propagandowy, który miał przekonać opinię publiczną przed olimpiadą w Soczi, że Rosja dba o Kaukaz. Dlatego radny poczuł się w obowiązku wystąpić do prezydenta miasta z interpelacją. - Akurat przeczytałem artykuł w „National Geographic" - wyjaśnia dziś. - I stąd moja wiedza o tym, jak drogo to kosztuje i że właściwie jest to fikcja, bo w związku z zabudową Kaukazu po prostu nie będzie gdzie wypuścić tych zwierząt. A te, które są w parku narodowym Soczi, dobrze się mnożą. Radny przyznaje, że chyba powinien był w swojej interpelacji powołać się na źródło. Ale czy pomysł nie wydaje mu się przesadzony? Skądże znowu. Rolą radnych jest kształtować przekonania, opinie i historię. We właściwy sposób.
Agnieszka Sowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz