PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Milionerzy i biedacy



Nasi posłowie będą mieli jedne z najniższych pensji wśród parlamentarzystów z krajów UE. Ale byli posłowie zarabiają miliony. Firma związana z Adamem Hofmanem byłym rzecznikiem PiS, tylko w ciągu roku zarobiła 3,6 mln zł - ustalił „Newsweek”

Grozi nam to, co było na Ukrainie, że wszy­scy posłowie będą społeczni, nie będą pobierać wynagrodzenia z Sejmu, Za­robię 15 tys. zł w firmie farmaceutycz­nej i będę lobbystą. A mój kolega pójdzie do firmy drogowej i będzie składał w Sej­mie poprawki firm drogowych. Chyba że CBA wszystkich pozamyka. I funkcjonariusze CBA będą za­rabiać po 20 tys. zł, żeby łapać posłów zarabiających po 5 tys. zł - mówi z goryczą jeden z bardziej znanych posłów opozycji . Nazwiska nie poda, żeby nie narazić się wyborcom, bo według sondaży większość Polaków popiera obniżkę wynagrodzeń parlamentarzystów.
BĘDZIEMY W OGONIE UNII
W tej historii trudno się doszukiwać logiki. Prawo i Spra­wiedliwość ukarało posłów i senatorów obniżką pensji, mimo że to nie oni, tylko ministrowie i premier Beata Szydło wzięli po kilkadziesiąt tysięcy złotych nagród. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki z rozbrajającą szczerością przyznał, że obniż­ka pensji była działaniem „pod publiczkę”, bo PiS przestraszy­ło się spadających sondaży. A większość Polaków i tak zarabia mniej niż parlamentarzyści. Teraz posłowie, którzy do tej pory dostawali 10 020,08 zł brutto, zarobią brutto 7913,84 zł, co daje 5,5 tys. zł na rękę. Oprócz tego poseł będzie miał co miesiąc 2505,20 zł diety.
   - Osiem tysięcy może się wydać dużą kwotą, ale ja mam dwa tysiące raty kredytu na mieszkanie, niepracującą żonę i dwo­je dorastających dzieci. Żyjemy na dwa domy. Muszę się ubrać, coś zjeść w Warszawie, a nie jestem gościem, któremu wystar­czy puszka browaru i popcorn wieczorem. Najtańszy garnitur kosztuje 1,3 tys. zł. Poseł potrzebuje czterech-pięciu garniturów, poczytać książki, żeby się rozwijać. Od kilku lat nie jeżdżę na wakacje, bo mnie na to nie stać - opowiada poseł opozycji,
   Inny dodaje, że jeśli opozycja przegra wybory w 2019 roku i pensje nie wrócą do dotychczasowego poziomu, to odejdzie do biznesu.
   - Z pensji posła nie będę w stanie dzieci wykształcić - narze­ka polityk PO.
   Według senatora niezależnego Marka Borowskiego, parla­mentarzysty z 27-letnim stażem, prestiż tego zawodu coraz bar­dziej spada. Przed obniżką uposażenie posła było równe pensji podsekretarza stanu w ministerstwie. Taką zasadę wprowadzo­no 20 lat temu.
   - To było wtedy dużo, może nawet za dużo. Poseł zarabiał ponad cztery średnie krajowe, co sytuowało nas w czołówce europejskiej. Od 2007 roku zarobki posłów zostały zamrożone. Po obniżce stanowią one 80 proc, pensji podsekretarza stanu - wylicza Borowski.
   Przed obniżką wynagrodzeń byliśmy w środku europej­skiej stawki, z zarobkami na poziomie ponad dwóch śred­nich krajowych. Teraz polscy posłowie zarobią 1,6 średniej pensji, co sytuuje nas w ogonie UE. Najlepiej zarabiają posło­wie w Grecji, we Włoszech i w Portugalii. Polska będzie na piątym miejscu od końca. Gorzej od naszych posłów zarabiają posłowie z Danii, Luksemburga, Hiszpanii i Rumunii. Jeszcze przed obniżką wśród posłów krążyła historia o tym, jak bank odmówił ministrowi w rządzie PiS 30 tys. zł kredytu, uznając, że skoro ma mandat tylko na cztery lata, to nie ma zdolności kredytowej.
   - To nie jest w porządku, że w ciągu kadencji zmienia się pensje. To jest tak jak w firmie. Przychodzi się na pewien kon­trakt i wiadomo, ile będzie się zarabiać. Problem mogą mieć posłowie, którzy brali kredyty, bo ich zdolność kredytowa się zmniejszy i bank może zażądać dodatkowych zabezpieczeń. Albo tacy, którzy mają po kilkoro dzieci - mówi Borowski. Do­daje, że winnej sytuacji jest senator PiS Jan Maria Jackowski, który wychowuje piątkę dzieci, a w innej Jarosław Kaczyński, który jest kawalerem i którego w dodatku częściowo utrzymu­je partia.
   Kaczyński, tłumacząc ideę obniżek, mówił, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Sam oprócz poselskiej pensji od dwóch
lat pobiera także emeryturę. Co miesiąc dostaje jej prawie 5 tys. zł na rękę. W sumie będzie miał więc około 13 tys. zł netto miesięcznie. A partia na dodatek opłaca mu ochronę i limuzynę z kierowcą.
   Z oświadczenia majątkowego prezesa PiS wynika, że jego sy­tuacja materialna w ostatnich latach się poprawiła. W ciągu roku jego oszczędności urosły z 5 tys. zł do 19 tys. Wciąż ma do spłaty 127 tys. kredytu w SKOK, ale spłacił już 80 tys. zł pożyczki, któ­rą zaciągnął u swojej przyjaciółki Janiny Goss na leczenie chorej mamy, a także 25 tys. zł pożyczki od innego kolegi, Kazimierza Kujdy. Gdy PiS doszło do władzy, Goss dostała stanowisko w ra­dzie nadzorczej spółki energetycznej PGE, a Kujda został preze­sem Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.


ILE MOŻE OSZCZĘDZIĆ PREMIER?
Obniżka pensji dotknie głównie posłów opozycji, bo przeciętne zarobki posłów Zjednoczonej Prawicy są wyższe. Wielu z nich jest szefami lub wiceszefami sejmowych komisji, za co dosta­ją dodatkowe wynagrodzenie. Szef komisji otrzymuje doda­tek w wysokości 20 proc. uposażenia, wiceszef - w wysokości 15 proc. pensji. Wielu posłów PiS pełni funkcje w rządzie, są mi­nistrami czy sekretarzami stanu w ministerstwach, co przekła­da się na wyższe zarobki.
   Gdy Beata Szydło, była premier z PiS, w 2005 roku weszła do Sejmu, w swoim pierwszym oświadczeniu majątkowym napi­sała, że jako burmistrz Brzeszcz zarabiała 89 tys. brutto rocznie. Oprócz domu o powierzchni 246 metrów kwadratowych war­tego 300 tys. zł oraz gospodarstwa o wartości 200 tys. zł miała 37,3 tys. zł w III filarze i funduszu inwestycyjnym i 1996 zł oszczędności. Dziś ma 42 tys. zł oszczędności. Tylko w ciągu dwóch lat, odkąd PiS wygrało wybory, Szydło zarobiła 610 520,57 zł. Większość tej kwoty stanowią zarobki premiera.
   Z kolei wicepremier oraz minister nauki i szkolnictwa wyż­szego Jarosław Gowin, który narzekał, że czasami nie starczało mu do pierwszego, w rządzie zarabia prawie dwukrotnie wię­cej niż posłowie. W ciągu dwóch lat Gowin zarobił 425 880,97 zł. Gdy w 2007 roku zostawał posłem, miał 12 tys. zł oszczędno­ści. W ostatnim oświadczeniu majątkowym jego oszczędności urosły do 80 tys.

TO ŚPIJ Z KACZYŃSKIM
Na sejmową trybunę wchodzi drobna szatynka w granato­wej koszuli z kartką w ręku. To posłanka PiS Teresa Hałas, któ­ra w czasie przewidzianym na oświadczenia poselskie zaśpiewa balladę „Wołyń” na cześć ofiar rzezi wołyńskiej. Filmik z nieco­dziennymi popisami posłanki PiS można obejrzeć w serwisie YouTube.
   - Byłam wtedy na sali i stanęłam jak wryta. Czegoś takie­go jeszcze nie widziałam, a jestem w Sejmie już kilka kadencji - opowiada mi jedna z posłanek. Hałas ukończyła liceum ogól­nokształcące w Tarnogórze, jest rolniczką, była w samorzą­dzie. Cztery razy bez powodzenia kandydowała do parlamentu. W końcu się dostała.
   Wielu moich rozmówców podkreśla, że konsekwencją obni­żenia pensji parlamentarzystów będzie jeszcze gorsza jakość nowych posłowi senatorów.
   Ryszard Petru, który przed wyborami w 2015 r. zakładał No­woczesną, przyznaje, że już przed obniżką pensji trudno było mu namówić do startu ludzi z dorobkiem.
   - Wielu prawników, przedsiębiorców, ekspertów odmówiło. Powody były trzy: spadek wynagrodzenia, upublicznienie ma­jątku i hejt. Mówili, że nie stać ich na to, żeby pracować za takie pieniądze. W związku z tym większość jedynek na listach No­woczesnej to byli ludzie, dla których, niestety, wejście do Sejmu było awansem finansowym. Zanim zaangażowali się w politykę, zarabiali 3-4 tys. zł miesięcznie - mówi Petru. Sam jest posłem społecznym, nie pobiera wynagrodzenia z Sejmu. - W przeszło­ści moje zarobki w prywatnych firmach często przekraczały pół­tora miliona złotych brutto rocznie. Odkąd wszedłem do polityki, spadły ośmiokrotnie. Żyję z oszczędności - przyznaje Petru.
   Wśród polityków prawicy krąży historia, jak znany ekspert do­stał propozycję wejścia do pierwszego rządu PiS. Przyszedł do domu i musiał jakoś przekonać żonę, żeby się zgodziła. Po dłuż­szej rozmowie żona pyta: „A ile ty będziesz zarabiał?”. Gdy odpo­wiedział, że kilka tysięcy na rękę, żona mu powiedziała: „W takim razie śpij sobie z Jarosławem Kaczyńskim”.
Według Kazimierza Marcinkiewicza, byłego premiera z PiS, obniżanie pensji parlamentarzystów jest psuciem państwa.
   - To czysty populizm, który źle wpływa na tworzenie klasy po­litycznej. Najliczniejszą grupą w Sejmie są nauczyciele i lekarze. Nauczyciele dlatego, że zarabiają w szkołach dużo mniej i chcą sobie poprawić status majątkowy, a jako posłowie zarobią dwu­krotnie więcej. A lekarze - bo mogą dalej uprawiać swój zawód i dostawać dodatkową pensję poselską czy se­natorską. Po obniżce płac jeszcze mniej zara­biające grupy społeczne będą się garnęły do tego zawodu, a ludzie sukcesu, którzy powin­ni nas reprezentować, zrezygnują ze startu - przewiduje Marcinkiewicz.

SKOK NA SPÓŁKI I BRUKSELĘ
Szansa na większe zarobki są dla polityków spółki skarbu państwa, które PiS upolitycz­niło na niespotykaną dotąd skalę. Prezesem PKN Orlen został Wojciech Jasiński, przyjaciel Jarosława Ka­czyńskiego ze studiów. Do zarządu PZU, największego polskie­go ubezpieczyciela, weszła była szefowa kancelarii prezydenta Małgorzata Sadurska, a do zarządu PKO BP - były poseł Maks Kraczkowski. Żadne z nich nie miało doświadczenia w biznesie. Jasiński, którego już nie ma w Orlenie, zarobił ponad 4 mln zł. Kraczkowski w rok wzbogacił się o ponad 1,5 miliona, a Sadur­ska - o pół miliona tylko w 2017 r.
   Finansową elitą wśród polityków są europosłowie, którzy za­rabiają nawet 70 tys. zł miesięcznie. Dlatego ucieczka do Brukse­li jest marzeniem wielu dzisiejszych ministrów. Decyzja o tym, kto się znajdzie na liście, będzie zależała od prezesa Kaczyńskie­go. To on rozstrzygnie, komu dać zarobić w ciągu pięcioletniej kadencji nawet kilka milionów.

MILIONY GIERTYCHA i HOFMANA
Jeszcze przed obniżką wynagrodzeń posłowie kombinowa­li, jak dorobić do pensji. Rzecznik PiS Adam Hofman wyleciał z partii, gdy wyszło na jaw, że wziął z Sejmu tzw. kilometrówkę za jazdę samochodem, a poleciał do Madrytu tanią linią lotniczą. Zgodnie z przepisami poseł ma 3,5 tys. km miesięcznie limitu na przejazdy samochodem w związku z piastowaniem manda­tu. W tej kadencji kilometrówkowym rekordzistą został poseł Adam Andruszkiewicz, kiedyś w klubie Kukiz ’15, dziś w kole Wolni i Solidarni. Andruszkiewicz pobrał z Sejmu 40 tys. zł kilometrówki, mimo że nie ma samochodu ani prawa jazdy. Tłu­maczył, że prawa nie złamał, bo korzysta z pomocy współpra­cowników.
   Hofman, pytany o obniżkę zarobków parlamentarzystów, po­wiedział, że „murarze za tyle na budowę nie przyjdą”. Odkąd od­szedł z polityki, wspólnie z kolegami prowadzi firmę PR-ową R4S. Jego wspólnikami są były rzecznik Komendy Głównej Po­licji Mariusz Sokołowski i eksasystent Jarosława Kaczyńskiego Michał Wiórkiewicz.
   - Mogę odpowiedzieć po polsku, że jest bardzo trudno, albo po amerykańsku, że jest doskonale, firma się rozwija, wzięliśmy no­wego prezesa Sławka Jastrzębowskiego, byłego naczelnego „Su­per Expressu”, żeby pozyskiwać nowych klientów - opowiada mi Hofman, pytany, jak mu idzie w biznesie. Nie chce powiedzieć, ile zarabia, ale zastrzega, że do polityki na razie nie wraca. Nie ma się co dziwić. Z dokumentów w Krajowym Rejestrze Sądo­wym wynika, że tylko w pierwszym roku działalności spółka R4S miała 3,6 mln zł zysku. Przychody netto ze sprzedaży usług wy­niosły w tym czasie 6,2 mln zł. Listę klientów Hofman trzyma w ścisłej tajemnicy. Nie chce powiedzieć, czy wśród nich są spółki skarbu państwa. Informacji o tym, z kim firma współ­pracuje, nie ma także w raporcie rocznym w sądzie.
   Były wicepremier i lider LPR Roman Gier­tych po odejściu z polityki został wziętym adwokatem. Zastrzega, że przez 10 lat nie re­prezentował żadnej spółki skarbu państwa, tylko prywatne firmy.
   - Chciałem uniknąć pytań, czy prezes jakiejś spółki zatrudnia mnie, bo jestem dobrym adwokatem, czy dlatego, że chce mieć dzięki mnie dojście do kogoś z polityków - mówi mi Giertych. Nie ukrywa, że stał się bardzo zamożnym człowiekiem.
   - Przez te dziesięć lat zapłaciłem wiele milionów podatków - przyznaje. Dodaje, że rozpoznawalna z polityki twarz jest na rynku kapitałem. Chociaż jemu początkowo utrudniało to pracę.
   - Przez pierwsze trzy lata było trudno, bo miałem bardzo ni­skie zaufanie społeczne. Dopiero stopniowo, wraz z moją pracą w sądach, ta opinia zaczęła się zmieniać. A jak się zmieniła, to zacząłem wygrywać sprawy i przyszli więksi klienci - opowiada były wicepremier.
   Kontakty z polityki przydały się byłemu premierowi Kazi­mierzowi Marcinkiewiczowi, który zajmuje się doradztwem finansowym. Po odejściu z rządu Marcinkiewicz był przedstawi­cielem Polski w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Póź­niej założył własną firmę.
   Kojarzy firmy z bankami i inwestorami. Działa głównie na Ukrainie, w Gruzji, Kazachstanie, ale też w Wielkiej Brytanii i Emiratach Arabskich. - Raz zarabiam bardzo dużo, a innym ra­zem w ogóle. Jestem zwykłym człowiekiem, który ciężko pracu­je na swoje utrzymanie - mówi Marcinkiewicz.
Współpraca Dariusz Ćwiklak
Renata Grochal

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz