PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 10 czerwca 2014

Klauzula okrucieństwa


Dramat młodej rodziny w Warszawie. Agnieszka i jej mąż wiedzą, że ich dziecko zaraz po urodzeniu umrze. Lekarz odmawia jednak aborcji, powołując się na klauzulę sumienia.

MAGDALENA RIGAMONTI

Szpital Św. Rodziny w Warszawie, popularnie zwany szpitalem na Madalińskiego. Jest kwiecień tego roku, niespełna 38-letnia pacjentka dowiaduje się, że jej dziecko, które od zaledwie 22. tygodni nosi w brzuchu, ma szereg wad głowy, twarzy, mózgu i jest tak chore, że po naro­dzinach umrze. Jest tak chore, że nie można go leczyć.
Przez ponad dwa tygodnie kobieta przechodzi serię badań potwierdzających tę diagnozę. W 25. tygodniu ciąży dostaje od prof. Bogdana Chazana, dyrektora szpitala i wybitnego ginekologa, dokument podpisany przez niego, w którym odmawia wykonania aborcji ze względu na konflikt sumienia.
Rozumiem klauzulę sumienia, rozumiem też deklarację wiary podpisaną za namową Wandy Półtawskiej - przyjaciółki Karola Wojtyły i lekarza - kilka tygodni temu przez ponad 3 tys. lekarzy, w tym ginekologów. Rozumiem, że ci ostatni, ze względu na tzw. konflikt sumienia, są w stanie odmówić przeprowadzenia zabiegu przerwania ciąży. Prawo mówi jednak, że w takim wypadku muszą się zatroszczyć o pacjentkę i wskazać szpital, w którym aborcja jest wykonywana. Prof. Chazan zamiast tego zaproponował pacjentce hospicjum dla jej dziecka.
Z naszych ustaleń wynika też, że przez prawie dwa tygodnie manipulował kobietą, u której dziecka zdiagnozowano śmiertelną wadę uprawniającą do przerwania ciąży. Zwlekał z decyzją, żądał kolejnych badań, byle tylko doprowadzić do tego, by nie mogła zgodnie z prawem przerwać ciąży. - Mam wiele pacjentek, nie mam przed sobą dokumentacji. Poza tym nie wiem, jak moje wypowiedzi zostaną wykorzystane.
Jadę samochodem. Dla pani propaganda jest ważniejsza niż życie. Zaznaczam, że mam na myśli moje życie - słyszę. Udaje mi się jeszcze tylko powiedzieć, że dziś, w piątek 6 czerwca, do wiceprezydenta Warszawy wpłynęła skarga na prof. Chazana złożona przez pacjentkę, której odmówił aborcji.
Tłumaczę, że kobieta oskarża go o działanie niezgodne z prawem, więc zależy mi na opinii profesora. Proszę go, żeby zgodził się ze mną porozmawiać, gdy już dojedzie na miejsce. Po godzinie odbiera telefon i kiedy pytam o pacjentkę, mówi o tym, że nie ma przed sobą dokumentacji. Kiedy pytam, ile odmów wyko­nania aborcji ze względu na konflikt sumienia podpisał w kwietniu, ile w ostatnim czasie, słyszę odpowiedź: - Pani pracuje w służbach. Pani musi pracować w służbach, skoro pracuje pani tu, gdzie pracuje.
Proszę, by ważył słowa, nie rzucał oszczerstw. Po chwili przeprasza. Kiedy proponuję, że wyślę jedno pytanie SMS-em, dostaję odpowiedź, że pracuje tylko do godziny 15 i właśnie wyłącza telefon. Tłumaczę, że skoro sprawa dotyczy życia o śmierci, a także oskarżeń o łamanie prawa, to godzina nie powinna grać roli.
Dziecko pacjentki jego szpitala urodzi się za kilka tygodni. Bez części czaszki, bez części podniebienia, bez części nosa, z nierozwijającym się mózgiem, ale za to z wodogłowiem. Jego mama czuje ruchy dziecka, bo wszystko oprócz głowy działa świetnie. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby się okazało, że moje dziecko, które noszę w brzuchu, jest w takiej sytuacji. Nie wiem, ale na pewno chciałabym wiedzieć, jakie mam możliwości działania, jakie są moje prawa. Przede wszystkim chciałabym mieć pewność, że prawo jest po mojej stronie i że lekarze są zobowiązani, by je respektować.

Rozmowa z Agnieszką i ojcem dziecka

W którym tygodniu ciąży pani jest?
Agnieszka: W 32. Początek 32. tygodnia.
To pani pierwsza ciąża?
Agnieszka: Nie. Piąta. Staramy się o dziecko od prawie 13 lat. Trzy ciąże poro­niłam w bardzo wczesnym okresie - zarod­ki się zagnieżdżały, ale się nie rozwijały.


To było in vitro?
Agnieszka: Tak, in vitro. Odkryto, że w moim ciele jest jakiś problem immu­nologiczny, przeciwciała, które blokują rozwój zarodków. Dostałam odpowiednie leki i zaszłam w kolejną ciążę. I wszystko było dobrze. Dziecko się świetnie rozwijało. Do 20. tygodnia, kiedy to szyjka macicy się niebezpiecznie skróciła - tak, jak to się dzieje przed porodem. Próbowano ratować, założono szew. Nie udało się. Dziecko było zdrowe, ale za małe, żeby żyć. Urodziłam je. Umarło. Nie wiem, jak to przetrwałam. Nie pamiętam. Potem kolejna ciąża. Ta, w której jestem.

Chora.
Agnieszka: Chora. Chore dziecko. Bardzo chore. Nieuleczalnie. Śmiertelnie. Bez szans na życie. Urodzę pewnie za kilka ty­godni. A miało być inaczej.

Jak?
Agnieszka: W klinice, w której przepro­wadzono zabieg in vitro, polecono, bym się skontaktowała z dr. Maciejem Gawlakiem, ordynatorem patologii ciąży w Szpitalu Św. Rodziny na Madalińskiego w Warszawie. On miał prowadzić moją ciążę. Świetny lekarz. Profilaktycznie założył mi szew na szyjkę macicy, żeby nie doszło do poronienia. Na początku 22. tygodnia ciąży doktor zrobił badanie USG. I widziałam po jego minie, że coś się dzieje. Po chwili zaczął mówić. Najpierw powiedział, że jest wodogłowie. Potem dodał, że są jakieś zaburzenia w rozwoju twarzoczaszki, że nos jest przesunięty, że jest tylko jego kawałek.

Mógł się pomylić. Nie chciała pani biec do innego lekarza?
Agnieszka: Nie musiałam, bo dr Gawlak ściągnął zaraz dwóch ginekologów specja­lizujących się w ultrasonografii. Nic im nie mówił. Poprosił tylko, żeby mnie zbadali. Potwierdzili. Dowiedziałam się jeszcze, że dziecko ma nieprawidłowe podniebienie, że mózg jest bardzo mały.

Powiedzieli, co to za wada?
Agnieszka: Nie potrafili jej określić. Nie znali też przyczyny. Wiedzieli, że przed zabiegiem in vitro zrobiono mnie i mężowi badania genetyczne, badania kariotypu, i one wyszły prawidłowo. Od dr. Gawlaka usłyszałam, że dziecko jest w bardzo cięż - kim stanie i według niego nie będzie w sta­nie żyć. A jeżeli będzie, to wegetatywnie. Pani Agnieszce drżą ręce. Płacze. Jej mąż siedzący obok odwraca się, chowa głowę w ramionach.
Poprosiłam doktora, czy jeszcze możemy to wszystko raz sprawdzić, upewnić się. Zaczął dzwonić po szpitalach, sprawdzać, gdzie w ekspresowym tempie mogą zro - bić rezonans magnetyczny. Następnego dnia zostałam przewieziona karetką do Instytutu Matki i Dziecka. USG zrobiła dr Jaczyńska, a rezonans dr Bekiesińska-Figatowska. Potwierdziła poprzednie diagnozy. Dodała też, że moje dziecko nie ma ciągłości kości głowy w części potylicznej, czyli po prostu nie ma czaszki. Mówiła też o niedorozwoju podniebienia, o brakach w rozwoju mózgu, o tym, że niektórych części nie widać. Czyli po prostu, że tego mózgu prawie nie ma.

Dlaczego nie wykonano tych badań w szpitalu na Madalińskiego?
Agnieszka: Teraz myślę, że dlatego, że dyrektor szpitala, prof. Chazan, zasłania się klauzulą sumienia, a ostatnio deklaracją wiary. W IMiD lekarze nie umieli przypisać choroby naszego dziecka żadnemu znane - mu zespołowi wad. Usłyszałam, że będę musiała podjąć decyzję, bo stan jest bardzo ciężki.

Naciskali?
Agnieszka: Nie, byli troskliwi, wiedzieli, że to ja muszę być pewna, co chcę zrobić. Rozmawiałam z psychologiem, z lekarzami. Nikt nie ukrywał, że stan jest na tyle ciężki, że nie ma perspektyw leczenia. Tyle że ja już wtedy podjęłam decyzję. Już to dziecko pożegnałam, pochowałam...

Wiedziała pani, jak to przerwanie ciąży się odbywa?
Agnieszka: Zapytałam. Powiedziano mi, że dostanę leki wywołujące poród. I będę musiała urodzić dziecko.

Martwe?
Agnieszka: Nie wiem.

Pytam, bo chciałam wiedzieć, jak panią przygotowano do przerwania ciąży.
Agnieszka: Powiedziałam lekarzom o mo­jej decyzji, usłyszałam, że musi się zebrać komisja etyczna, i tego samego dnia zosta­łam odesłana do szpitala na Madalińskiego.

Wiedziała pani, że na Madalińskiego odmawiają przerywania ciąży?
Agnieszka: Nie. Skąd miałam wiedzieć? Choć potem sobie przypomniałam, że jak jechałam karetką, to opiekowała się mną młoda pani doktor i ona mi mówiła, że są wygodne hospicja dla takich dzieci jak mo­je, że w ich szpitalu się nie zabija... Odesłali mnie z IMiD na Madalińskiego jako niewy­godną pacjentkę. Dr Gawlak powiedział, że już rozmawiał w mojej sprawie z prof. Chazanem i jest umówiony na kolejne spotkanie z naszymi wynikami badań,
zaproponował, bym odstawiła wszystkie leki, które do tej pory brałam, a które miały przeciwdziałać ewentualnemu poronieniu.

Miał nadzieję, że pani poroni?
Agnieszka: Nie wiem. Wiem też, że do­stał zgodę od prof. Chazana na usunięcie szwu z szyjki macicy, żebym naturalnie poroniła. Uprzedził mnie też, że natura jest przekorna i jeżeli są zaburzenia w rozwoju ośrodkowego układu nerwowego, to zdarza się, że akcje skurczowe nie występują, ciąże są nawet przenoszone. Usłyszałam też, że prof. Chazan upiera się, by porozmawiać ze mną osobiście. Po czym zostałam wypisana do domu i miałam czekać na telefon od dr. Gawlaka. Dzwoniłam sama i słyszałam, że prof. Chazan domaga się kolejnych wy­ników badań genetycznych.

Czyli jakich?
Agnieszka: Na kariotyp mój i męża. Nie wystarczały poprzednie wyniki badań. Zresztą nie wiem, co miały zmienić te wy­niki w naszej sytuacji. Później zrozumia­łam, że prof. Chazan chciał wszystko jak najdłużej przeciągać, bo wiedział, że kiedy będę w 24. tygodniu, to już nic nie będzie można zrobić.

A pani wiedziała?
Agnieszka: Wie pani, miałam poczucie, że cały zespół lekarzy z patologii ciąży wspiera mnie w mojej decyzji. Dla nich moja sprawa była tak oczywista, że prof. Chazan po prostu nie będzie mógł odmówić. Profesor przez dwa czy trzy dni nie miał czasu się ze mną spotkać. W końcu, kiedy już skończył się 24. tydzień ciąży, doszło do spotkania. Dr Gawlak
powiedział wtedy, że są wyjąt­kowe sytuacje, kiedy ciążę można przerwać po 24. tygodniu, wtedy, kiedy dziecko nie jest zdolne do życia. Profesor najpierw nie zareagował. A potem usłyszeliśmy, że on nie wie, jak jest z tymi terminami. I że musi się skontaktować z prawnikami i da mi od­powiedź pojutrze. Dr Gawlak przekazał mu wszystkie badania. Jeszcze raz musiałam słuchać, że nie ma czaszki, mózg jest w za­niku, że wodogłowie i że wady są tak rozle­gle, że dziecko nie ma szans na przeżycie. Miałam wrażenie, że profesor nie słu­chał mojego lekarza. Nie miało dla niego znaczenia, co mówił jego podwładny. Po czym usłyszałam, że przecież moje dziecko może ktoś chcieć adoptować. Pani sobie wyobraża?
Do rozmowy włącza się mąż pani Agnieszki.
Mąż: On chciał zrobić z nas morderców! Ludzi, którzy po to zaszli w ciążę, żeby za­bić własne dziecko.
Agnieszka: Powiedział, że w każdej chwili może nas skontaktować z hospicjum. Hospicjum? Cierpiące dziecko bez połowy głowy w hospicjum? Nie pozwolę na to. Profesora nie obchodzi ani los tego dziec­ka, ani nasz los... Podkreślał, że on zrobił w życiu wiele rzeczy, których dziś żałuje,
a my jesteśmy na tyle młodą rodziną, że wszystko przed nami, żebyśmy wszystko przemyśleli. Czułam, że to jest walka między dr. Gawlakiem a prof. Chazanem.

Zawahała się pani wtedy?
Agnieszka: Pani redaktor, ja naprawdę nie chcę, żeby moje dziecko cierpiało, żeby je bolało, żeby umierało w mękach. Nie chcę! Dr Gawlak uprzedzał mnie, że jeśli prof. Chazan odmówi, to on mnie skontak­tuje z innym szpitalem. Ja naprawdę byłam przekonana, że mamy jeszcze czas... Nie mieliśmy. Dwa dni później prof. Chazan za­prosił mnie na kolejne spotkanie. Okazało się, że dr. Gawlaka o tym nie poinformował. Kiedy potwierdziłam po raz kolejny, jaka jest moja decyzja, wręczył mi dokument, w którym jest napisane, że nie może wy­razić zgody na aborcję dziecka ze względu na konflikt sumienia. Nie zaproponował innego szpitala.
Mąż: Nie wiedzieliśmy nic o klauzuli su­mienia, o deklaracji wiary... I teraz będzie tak, jak chciał prof. Chazan.
Agnieszka: Zdaję sobie z tego sprawę. Po­jechałam do innego szpitala. Tam potwier­dzono wszystkie diagnozy i usłyszałam, że spóźniłam się pięć dni. Nie mogą złamać prawa. Wtedy pomyślałam, że prawo już zostało złamane, że to pismo, które do­stałam od prof. Chazana, jest podstawą do wniesienia oskarżenia do prokuratury. Wniesie pani?
Agnieszka: Chciałam tę sprawę zosta­wić na po porodzie. Na razie złożyliśmy skargę w urzędzie miasta, u wiceprezy­denta Wojciechowicza. Mam poczucie, że zrobiono wszystko, żebym musiała urodzić. Prof. Chazan zwlekał dwa tygodnie tylko po to, żebym nie mogła przerwać ciąży zgodnie z prawem.

Gdzie pani chce urodzić dziecko?
Agnieszka: Nie wiem. Dziecko ma wodogłowie. Jego główka już teraz jest wielkości główki dziecka w donoszonej ciąży. Jest duże ryzyko, że będę musiała rodzić siłami natury. Cesarkę odradza się mi ze względu na moją przyszłość, na ewentualną kolejną ciążę.
Mąż: Jeden lekarz zaproponował, że wykona tzw. odbarczenie główki dziec­ka.
Agnieszka: Czyli przez mój brzuch wbije igłę do główki dziecka i wyleci ta woda... Wtedy będzie można próbować rodzić naturalnie. Chciałabym, żeby po porodzie lekarze nie reanimowali mojego dziecka, nie podtrzymywali go sztucznie przy życiu. Mam nadzieję, że nie będą go męczyć, ratować bez sensu.
Mąż: Jeden lekarz sugerował, żebyśmy jechali do Anglii albo do Holandii, że nasz NFZ zapłaci za przerwanie ciąży, my musi­my tylko opłacić przejazd. Nie chcieliśmy tak robić, bo przecież mieszkamy w tym kraju, jesteśmy polskimi obywatelami.
Agnieszka: Najtrudniej jest, gdy się czuje ruchy dziecka. I od razu ta myśl, że ono przecież umrze. Wie pani, ja planuję po­grzeb. A przecież to jest dziecko, na które czekamy już tyle lat. Teraz się boję porodu, bo nie dość, że stracę dziecko, to mogę stracić jeszcze wzrok - jak pani widzi, mam spore kłopoty z oczami. Nie wiem, czy będziemy mieli jeszcze siłę na kolejną próbę in vitro. Mam 38 lat. Jeśli urodzę przez cesarskie cięcie, to będę musiała czekać rok na to, by móc zajść w kolejną ciążę.
Mąż: Ciężko mi. Wie pani, czekamy 13 lat na dziecko, robiliśmy wszystko, żeby to dziecko mieć, wydaliśmy pieniądze życia i jesteśmy tak blisko. Mamy dziecko w brzuchu mojej żony. I wiemy, że ono nie może żyć.
Agnieszka: Żadna kobieta starająca się dziecko nie zakłada, że będzie chciała potem je usunąć. Myślę, że lekarz, który manipulował nami, oszukiwał nas, nie ma sumienia.
Mąż: Nieoficjalnie się dowiedzieliśmy, że tylko w trzech szpitalach w Warszawie można by przerwać taką ciążę jak nasza że tylko w trzech robią badania prena­talne, genetyczne, potrzebne do pełnej diagnostyki.

Znacie państwo płeć dziecka?
Agnieszka: Tak, to jest chłopiec.
Mąż: Będziemy musieli wybrać imię. Ina­czej nie będziemy mogli pochować. Agnieszka: Bardziej jestem przygotowana na śmierć dziecka niż na jego życie. Ostat­nie badania USG wykazały, że jest jeszcze gorzej, niż myśleliśmy. Główka rośnie, a mózg się nie rozwija. Nie wiem, czy nie zanika.
Mąż: Ja jeszcze się z naszym dzieckiem chyba nie pożegnałem. Na razie jest w brzuchu, jest mu tam dobrze, ma ciepło. Głaszczę go. Wiem, że kiedy znajdzie się na świecie, to... Nie mam siły już nic mówić.

2 komentarze:

  1. Konkretne pytanie: czemu nie otworzyli umowy z in vitro i nie przeczytali paragrafu z usuwaniem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nastepny i nowy temat zastepczy, gdyz Madzia odeszla juz do lamusa ! Co za chore postepowanie, kobiety ktora juz 4 razy poronila i wyskrobala ciaze ! Skoro jej organizm blokuje rozwoj zarodkow, to po jaka cholere zapladnia sie jeszcze raz ?! No a ponoc jak twierdzi dr. Debski ma ochote sie zaplodnic 6-y raz ! Czy to nie chore ?! Teraz robiac taka afera, zdobyla szanse na wyciagniecie pieniezy od szpitala, na nastepne iv vitro !

    OdpowiedzUsuń