PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 21 czerwca 2014

Niemieckie biznesy Latkowskiego



Polecam jeszcze Były gangster dziś redaktor


Odnaleźliśmy w Berlinie człowieka, z którym obecny redaktor naczelny „Wprost" robił nielegalne interesy w latach 90. Jego relacja rzuca nowe światło na działalność Sylwestra Latkowskiego, który do tej pory nigdy się nie wytłumaczył ze swojej prawdziwej przeszłości

Ostatni numer tygodnika „Wprost” wszystkich wrażliwych ludzi wprawił w osłupienie. Oto pismo kierowane przez byłego gangstera zaini­cjowało obrzydliwą i kłamliwą nagonkę na prof. Bogdana Chazana, wspaniałego czło­wieka i lekarza, który nie chciał „dokony­wać aborcji”, czyli mordować niewinnych, bezbronnych istot.
Tymczasem Sylwester Latkowski, czło­wiek, który najlepiej spełniałby się w naszej ocenie w wywiadach o „kobietach mafii”, jest ostatnią osobą, która ma prawo do usta­wiania sumień innych. Jego kariera w III RP bardzo dużo mówi o mediach naszego kraju, o panujących w nich standardach. Ale — jak widać - nikogo nie dziwi, że człowiek z taką przeszłością, takimi linkami, ma dostęp do wielu informacji policyjnych, gospodarczych, potencjalnie wrażliwych. Co więcej, pismo, którym kieruje, mimo drastycznego spadku sprzedaży, stale zasilane jest szerokim stru­mieniem rządowych pieniędzy. Czym kierują się szefowie spółek skarbu państwa, tak hoj­nie łożąc na „Wprost”? Miejmy nadzieję, że ta zagadka kiedyś zostanie wyjaśniona.
Przypominamy, co ujawniliśmy w poprzed­nich publikacjach o Sylwestrze Latkowskim. Obecny naczelny „Wprost” swoją życiową karierę rozpoczyna jako nauczyciel w mało­miasteczkowej szkole pod Elblągiem. Jednak praca ta nie zaspokaja jego ambicji i otwiera on firmę Ladon, produkującą tani żel do włosów, oraz drugą - PPH Kajpol - zajmującą się sprzedażą konfekcji damsko-męskiej. Od roku 1990 zamiast zarabiać na sprzedaży, dopuszcza się serii wyłudzeń towarów, które następnie upłynnia przez swoją sieć dystry­bucji. Zarobionych pieniędzy nie zwraca wie­rzycielom. Nie były to wielkie kwoty, ale do prokuratury zaczęły wpływać zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa od oszukanych firm. Działalność gospodarcza Latkowskiego skończyła się dziewięcioma egzekucjami komorniczymi, listem gończym, aż w końcu skazaniem na karę łączną l roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności przez Sąd Rejonowy w Kwidzynie oraz 1,5 roku w Elblągu. Oba ostatnie wyroki były w zawieszeniu. W mię­dzyczasie Latkowski „rozkręca się” w nowej branży. Nawiązuje kontakty z gangsterami zza wschodniej granicy i rozpoczyna inny ro­dzaj działalności. W aktach jednej ze spraw, do których dotarliśmy, czytamy: „Sylwester Latkowski stał na czele struktury noszącej cechy zorganizowanej grupy przestępczej”.
To słowa prokuratora, padające w uzasadnie­niu jednego z aktów oskarżenia wobec Lat­kowskiego. Od kary wieloletniego więzienia uratował go fakt, że w czasie, kiedy popełniał przestępstwa, nie działał jeszcze w polskim prawie artykuł Kodeksu karnego dotyczący udziału i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Latkowski ma natomiast na koncie prawomocny wyrok za wymuszenie rozbójnicze, fałszerstwo, oszustwa w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. W tzw. sprawie gorzowskiej wyszło na jaw, że wraz z wynajętymi na Litwie bandytami sterroryzo­wał Mirosława T. i Sławomira S., którzy byli mu rzekomo winni 10 tys. marek. Tych dwóch han­dlarzy używanymi samochodami z Gorzowa Wielkopolskiego sprzedało sprowadzonego z Niemiec używanego VW Golfa człowiekowi ze szczecińskiego półświatka - Waldema­rowi Sulidze. Gangster ten blisko współpra­cował z Sylwestrem Latkowskim i Gracjanem Szmytkowskim, znanym dobrze szczecińskiej i pomorskiej policji. Razem postanowili sprze­dać auto z zyskiem na Litwie. Cała operacja jednak nie wypaliła, bowiem samochód okazał się kradziony. Skonfiskowali go celnicy na gra­nicy, a kuriera – Gracjana Szmytkowskiego - aresztowano. Handlarze z Gorzowa musieli zwrócić pieniądze nabywcy - Waldemarowi Sulidze. Wtedy zjawił się u nich Latkowski, który stwierdził, że w związku z tym przedsię­wzięciem też poniósł straty. Obciążył obydwu gorzowian kosztami adwokackimi i kaucji za wypuszczenie kuriera - Gracjana Szmytkow­skiego. Z roszczeniem tym zwrócił się również do Waldemara Suligi. Ponieważ nikt nie chciał mu dać żądanej kwoty, sprowadził z Litwy ludzi od „mokrej roboty” i usiłował sterroryzować obydwu handlarzy. Ci nie dali się zastraszyć i zawiadomili prokuraturę. Kilkanaście dni później w tajemniczych okolicznościach, do dziś zresztą niewyjaśnionych, giną zastrzeleni w Szczecinie Waldemar Suliga oraz jego narzeczona Agnieszka. Podejrzenia padają na Latkowskiego i Szmytkowskiego.
Obaj uciekają z kraju, po czym trafiają do Berlina. Tam, mieszkając u swojego znajomego (Vernando Kuemmele vel Hempel), podszy­wają się pod jego firmę i dopuszczają się serii wyłudzeń. Oferują klientom nieistniejące kre­dyty, pobierając zaliczki. Fakty te potwierdza zresztą sam Kuemmele w rozmowie z tygo­dnikiem „wSieci”. Później przez Sztokholm Latkowski przedostaje się do Rosji. Po czterech latach pobytu za granicą, kiedy sprawa o mor­derstwo zostaje umorzona, wraca do Polski. Oddaje się w ręce sprawiedliwości. Oprócz cytowanych wyżej wyroków dostaje jeszcze karę łączną 2 lat i 3 miesięcy pozbawienia wol­ności za „reket” w Gorzowie. Do prokuratury trafiła również sprawa poszkodowanych klien­tów w berlińskiej firmie. Gracjan Szmytkowski otrzymał wyrok 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu, natomiast sprawę Latkow­skiego z niewiadomych przyczyn umorzono.
Odnaleźliśmy Niemca, u którego zatrzymali się w Berlinie obydwaj poszukiwani w Polsce listem gończym. Rozmowa z nim rzuca nowe światło na działalność Sylwestra Latkow­skiego, który do tej pory nigdy nie wytłumaczył się ze swojej prawdziwej przeszłości.



Z VERNANDO KUEMMELE (byłym Hempel) rozmawia Andrzej Rafał Potocki
Kiedy i w jakich okolicznościach poznał pan Sylwestra Latkowskiego?
W 1993 r., kiedy wypożyczonym w Berlinie samochodem przyjechałem do Mikołajek. Po przekroczeniu granicy, już na polskim terytorium, jakiś gość zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym sprzedać swojego samochodu. Zgodziłem się. Wtedy pojechaliśmy do Gorzowa. Długo krążyłem po mieście za jego autem, żeby się upewnić, czy nas nie śledzą. W końcu podjechaliśmy do dwóch ludzi, którzy chcieli kupić mój samochód.

Czy tymi handlarzami aut byli Sławomir S. i Mirosław T., którzy później oskarżyli Sylwestra Latkowskiego o wymuszenie rozbójnicze, grożenie uszkodzeniem ciała i zabójstwem, ponieważ nie chcieli mu oddać pie­niędzy, które rzekomo byli mu winni?
To bardzo prawdopodobne, że ci z Gorzowa to byli oni. Jednak trudno dokładnie po tylu latach to pamiętać. W każdym razie  ci dwaj powiedzieli mi, że samochód mogą sprzedać dopiero w Szczecinie. Postanowiłem więc skorzystać z propozycji obu dżentelmenów i po wielu kilometrach kluczenia po Gorzowie w końcu udaliśmy się w kierunku Szczecina. Tam z kolei spotka­łem Gracjana Szmytkowskiego oraz niejakiego Waldemara Suligę i jego narzeczoną Agnieszkę.

Chodzi o tych dwoje, których kilka miesięcy później zamordowano?
Tak. Podczas spotkania potwierdziliśmy cenę za samochód. Zapy­tali mnie, czy na tym ubezpieczeniu auta mógłbym nim pojechać na Litwę. W tej sytuacji za samochód dostałbym 4,5 tys. dolarów, a za przejazd na Wschód - 1,5 tys. Jeszcze raz się zgodziłem. Po drodze zatrzymaliśmy się w Mikołajkach w Hotelu Gołębiewski. Tam Gracjan Szmytkowski przedstawił mnie Sylwestrowi Latkow­skiemu. Ten potwierdził cenę za przewóz auta do Wilna i dodał, że jeśli wszystko pójdzie gładko, to na miejscu postara się zaspokoić moje pragnienia, jeśli chodzi o kobiety.

Jako dodatkową nagrodę za dobrze wykonaną robotę?
Nie traktowałem tego w kategoriach przymusu, a Latkowski spra­wiał wrażenie, że może wyświadczyć mi przysługę.

Jak wyglądało przekroczenie granicy polsko-litewskiej?
Ponieważ miałem samochód wzięty z wypożyczalni, obawiałem się, że celnicy wstawią mi stempel przekroczenia granicy w paszporcie. Latkowski uspokajał mnie kilkakrotnie, że nie muszę się niczego obawiać, a wszystko pójdzie gładko. I rzeczywiście. Nikt z Polaków nie sprawdzał nam ani paszportów, ani dowodu rejestracyjnego. Także po litewskiej stronie wszystko zostało dobrze zorganizo­wane. Zgodnie z zaleceniem Latkowskiego łapówkę schowałem do paszportu i celnicy zrezygnowali ze stawiania stempla. Pano­wała, można by rzec, familijna atmosfera, a litewscy pogranicznicy zrobili sobie jeszcze „jazdę próbną” samochodem wokół przejścia granicznego.

I dojechaliście do Wilna...
Tam wysiedliśmy przed dużym, międzynarodowym hotelem. Ra­zem ze Szmytkowskim weszliśmy do środka i udaliśmy się w kie­runku restauracji. Zobaczyłem w niej Latkowskiego, który podnie­sionym głosem rozmawiał z kilkoma ludźmi, odzianymi w długie, skórzane płaszcze. Było bardzo ciepło i przyszło mi na myśl, że pod takim płaszczem można ukryć wiele rzeczy. Na przykład broń. Nie podobali mi się ci lokalni kolesie. Nagle zauważyłem, że cała ob­sługa i wszyscy goście opuścili salę i przy stoliku zostaliśmy tylko ja i Szmytkowski. Gracjan spostrzegł, że się niepokoję. Próbował mnie uspokoić, powtarzając w kółko: „Tylko zachowaj spokój, a wszystko będzie OK”. Jednak panująca wokół atmosfera przeczyła jego sło­wom. Odniosłem wrażenie, że lada chwila może się to skończyć jakąś jatką. Z drugiej strony widać było wyraźnie, że to Latkowski pociąga za sznurki i stara się kontrolować sytuację.

Gdy dostał pan już pieniądze, przyszedł czas na zabawę?
Kiedy „się dogadali”, rozsunęły się drzwi, które dzieliły salę na dwie części, i zobaczyłem bogato zastawiony bufet z pełną gamą alkoholi. Skorzystałem z okazji, by się odprężyć. W drugiej części restauracji siedziało dużo młodych kobiet i Sylwester Latkowski zaproponował, żeby się „zabawić”. Niestety wypiłem zbyt dużo alkoholu, by skorzy­stać z jego propozycji. Dwie dziewczyny próbowały nawiązać ze mną bliższy kontakt. Obie miały po 20 lat, długie włosy i były szarman­ckie. Jednocześnie zauważyłem, że ciągle komunikują się za moimi plecami z Latkowskim. Z tego powodu zrezygnowałem z nawiązania z nimi bliższej znajomości. Potem udaliśmy się na wypoczynek, ale już nie w hotelu, tylko - jak to oni nazywali - w mieszkaniu kon­spiracyjnym. Mieściło się na przedmieściach Wilna i miało jeden pokój, jak nasze mieszkania studenckie.

Jak dalej rozwijała się współpraca z Latkowskim i Szmytkowskim?
Jakiś czas później zapytali mnie, czy nie zaprowadziłbym jeszcze jed­nego auta na Litwę. Samochód ten przygotował Szmytkowski i razem udaliśmy się w kierunku Mikołajek. Tam postanowiłem skorzystać z wcześniejszej propozycji Latkowskiego, by - jak on to ujął - „zaspo­koić swoje pragnienia”. Sylwester osobiście zaprowadził mnie do po­koju, w którym przebywały dziewczyny. Doznałem totalnego szoku. To były te same dwie dziewczyny, które widziałem w Wilnie. Jednak już nie tak ładne jak wtedy. Krótko ostrzyżone, prawie na „zapałkę”, sprawiały żałosne wrażenie, jakby zostały ukarane. Zrezygnowałem z „wieczoru”, zostawiłem im 100 marek i wyszedłem z pokoju.

Właściwie w jakich relacjach były one z Latkowskim?
Według mojej oceny znajdowały się pod ścisłą kontrolą.

Jego?
Z tego, co widziałem, tak. Stworzył mi takie wrażenie, że mogę do­wolnie obejść się z tymi dziewczynami, a jeśli zechcę potraktować je jak swoją własność, to też by się nic nie stało. „Możesz je zabrać do Niemiec, rób z nimi, co chcesz” - to były jego słowa.

Transportował pan jeszcze jakieś samochody do Wschodniej Europy?
Kiedy zainkasowałem pieniądze za ostatnie auto, postanowiłem wrócić do swoich spraw codziennych. Pojechałem na urlop do Norwegii.

Jak dowiedział się pan o zabójstwie Waldemara Suligi i jego na­rzeczonej Agnieszki?
Po urlopie przyjechałem do Szczecina, by uruchomić tam produk­cję trumien do Niemiec. W tych okolicznościach postanowiłem nawiązać kontakt z Gracjanem Szmytkowskim. W tamtej okolicy przebywał wtedy również Sylwester Latkowski. To był listopad 1993 r. Gracjan podzielił się ze mną informacją, że Waldemar i Agnieszka zostali niedawno zamordowani. Mój stosunek do tych dwojga nie był zbyt bliski, ale znałem ich i darzyłem sympatią. Wia­domość mnie poruszyła. Z dalszych rozmów, w których także wziął udział Latkowski, dowiedziałem się, że policja w związku z tym morderstwem pytała też o mnie. Zdziwiłem się, ponieważ w tym czasie byłem na urlopie w Norwegii. Zaniepokojony zapytałem Szmytkowskiego wprost, czy śledczy nie łączą mnie przypadkiem z tym zabójstwem. Zaprzeczył i dodał, że w stosunku do mnie nie będzie prowadzone żadne dochodzenie. Poczułem się jednak tak, jakbym był pod naciskiem, i przeczuwałem, że mimo wszystko mogę zostać zamieszany w tę sprawę. Wypowiedzi Szmytkowskiego i Latkowskiego odebrałem jako sugestię, żeby lepiej od tej sprawy trzymać się z daleka i przede wszystkim milczeć.

To dlaczego później zaprosił ich pan do siebie, do Berlina?
Gracjan stwierdził, że bardzo mi pomogli, ponieważ podczas prze­słuchań trzymali mnie od tej sprawy z daleka, a poza tym proszą mnie o pomoc w nowym przedsięwzięciu.

„Nowym przedsięwzięciu”?
Obydwaj wiedzieli, że działam w tzw. sektorze finansowym. Stwo­rzyłem firmę, która m.in. tym się parała. Twierdzili, że chcą się zająć czymś podobnym na terenie Polski. Ponieważ u siebie byłem szefem, a nie pracownikiem, nie byłem w stanie ich na bieżąco kontrolować. Jednak w końcu zauważyłem, że oszukali kilka firm w Polsce, a pieniądze schowali do swoich kieszeni. Wykorzystywali moje przedsiębiorstwo jako przykrywkę do naciągania ludzi.

Dlaczego mieszkali u pana w Berlinie?
Ponieważ nie mieli mieszkania. W mojej firmie Novum Immobilien GmbH przy Weichselplatz nr 30 było wystarczająco dużo miejsca, ponad 200 m2 powierzchni biurowej i mieszkalnej. Na początku nie wiedziałem, że w Polsce wysłano za nimi list goń­czy z powodu morderstwa. Dopiero gdy kazałem im jechać do Szczecina, by sprawdzili, jak działa tam moja firma, dowiedzia­łem się od nich, że nie mogą przekroczyć granicy. Jednak - jak stwierdzili - nie chodziło o Waldemara i Agnieszkę, ale o szmuglowanie samochodów. W maju 1994 r. skradziono mi auto. Mercedesa SEL za 130 tys. marek. Poprosiłem Szmytkowskiego i Latkowskiego, by uruchomili swoje kontakty, żeby go odnaleźć. Nie mogłem zgłosić kradzieży do ubezpieczalni, ponieważ już miałem wpadkę z wypożyczonym autem, które sprzeda­łem w Wilnie. Drugi raz taki numer by nie przeszedł. Po jakimś tygodniu poin­formowali mnie, że samochód właśnie wyjechał z Elbląga i jedzie w kierunku rosyjskiej granicy. „Musimy go ściąg­nąć z powrotem”- powiedzieli. Dali mi namiar na człowieka, który mi go odda w zamian za 20 tys. marek. Wszystko poszło zgodnie z planem. Kiedy wło­żyłem kluczyk do stacyjki, o dziwo pasował. To znaczy, że złodzieje nie wyłamali zamka i nie wstawili nowej stacyjki. Musieli mieć kopię mojego kluczyka albo ktoś zeskanował pilota.
Poza tym odzyskanie auta poszło na­zbyt sprawnie i podejrzanie szybko. W zasadzie tylko ci dwaj znali mój „roz­kład jazdy” i mieli dostęp do kluczyków. Nigdy bym ich wtedy nie podejrzewał, ale to wszystko dotarło do mnie dopiero później. Zresztą po tej kradzieży Szmytkowski pojechał do Hamburga, a Latkowski chyba do Szwecji. Gracjana spotkałem dopiero po latach w więzieniu, a Latkowskiego nie widziałem po dziś dzień.

Poza tym jak się zachowywali ?
Gdy obaj przyjechali do Berlina, byli bardzo nerwowi. Szczególnie Latkowski. Dręczyły go poważne, psychiczne niepokoje. Parano­icznie przecierał okulary, które były czyste. Śmieszne w tym było to, że okulary te miały zwykłe szkła, a nie korekcyjne. Chyba chciał nimi zmienić swój wygląd. Traktowałem te zachowania jako strach przed listem gończym za szmuglowanie samochodów. Dopiero dużo później, kiedy się spotkałem ze Szmytkowskim w więzieniu, poinformował mnie, że wtedy byli poszukiwani nie za auta, ale w związku z zabójstwem Waldemara Suligi i Agnieszki. Próbowa­łem wyciągnąć od niego jakieś szczegóły, lecz nie chciał mówić. Uzgodniliśmy, że w razie pytań zachowujemy milczenie. Obydwaj znaliśmy swoje akty oskarżenia i tak długo zamierzałem dotrzymać słowa, aż on będzie siedział cicho. „A co będzie, jak zaczną pytać Suligę” - zapytałem. „Trzymaj gębę na kłódkę, inaczej może być gorzej dla mnie, Latkowskiego i dla ciebie” - odpowiedział.

Co Latkowski miał do Suligi?
Suliga był mu winien 5-6 tys. dolarów za różne samochodowe „interesy”. Poza tym wiem, że Suliga chciał się „wycofać” z branży i chciał mu to otwarcie powiedzieć. Latkowski nie sprawiał wra­żenia człowieka, który mógłby to zrobić osobiście, ale po tym, jak widziałem na Litwie jego ludzi, mogę sobie wyobrazić, że mógłby powetować swoją finansową stratę w inny sposób.

Dlaczego opowiada pan o tym dopiero dziś?
Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego po skazaniu w całkiem innej sprawie policja podejrzewała mnie o handel ludźmi, stręczycielstwo, przemyt nar­kotyków i o kierowanie grupą przestęp­czą. Niemiecki Sąd Najwyższy oddalił te zarzuty. Gracjana Szmytkowskiego spotkałem ponownie w Polsce w 1998 r. Prowadził agencję towarzyską i propo­nował mi współpracę. Ponieważ dalej zajmował się działalnością przestępczą, odmówiłem. Po powrocie przylgnęła do mnie opinia, że byłem szefem gangu. Mam przez to same kłopoty. Ponieważ wiem o cichych dealach pomiędzy podejrzanymi a prokuraturą, mam podstawy, żeby twierdzić, iż w wię­zieniu padłem ofiarą właśnie takich uzgodnień. Szmytkowski dość szybko opuścił areszt śledczy, a ja musiałem odsiedzieć cały wyrok. Poza tym, kiedy się dowiedziałem z prasy o przyznaniu nagrody „Człowieka Roku 2013" tygo­dnika „Wprost” naszej kanclerz Angeli Merkel, w żadnym przypadku nie chcia­łem dopuścić do tego, żeby taka osoba jak Latkowski miała ją osobiście wręczać. W kontekście obecnej sytuacji międzynarodowej, mam tu na myśli szczególnie Ukrainę, mogłoby to poważnie zaszkodzić nie tylko pani kanclerz, lecz - co za tym idzie - również polityce Niemiec. Dlatego też zgodziłem się na rozmowę z panem. A potem się ucieszyłem, że pani kanclerz tej nagrody nie odebrała. Takie osoby jak Latkowski, które w ten sposób obchodzą się ze swoją przeszłością, są dla mnie zaprze­czeniem mojego wyobrażenia wiarygodnego dziennikarstwa.

Od redakcji: wszystkie fakty i informacje podane przez roz­mówcę Andrzeja Rafała Potockiego weryfikowaliśmy i spraw­dzaliśmy we wszystkich dostępnych źródłach. Posiadamy pełną dokumentację tej pracy. Sylwester Latkowski, mimo wielokrot­nych próśb, nie odpowiedział na nasze pytania.

Polecam jeszcze Były gangster dziś redaktor

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz