PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 25 czerwca 2014

To już jest koniec



Co poszło źle? Brak czujności. Pewnie jakieś własne błędy, bo trochę pychy gdzieś zawsze się wkrada. Może za bardzo uwierzyłem, że jestem już naprawdę silny - mówi Sławomir Nowak, jeden z bohaterów afery podsłuchowej.

Rozmawia TOMASZ LIS


NEWSWEEK: I co teraz?
SŁAWOMIR NOWAK: Nie wiem. Koniec. Ko­niec pewnego etapu, pewnego fragmentu życia, poważnego fragmentu. Mam 40 lat, ale może to właśnie jest dobry moment, żeby rozpocząć wszystko na nowo.

Pan mówi: poważnego etapu, a tak naprawdę to całego dorosłego życia.
- Całego dorosłego życia, tak. Zapisałem się do KLD w 1993 r., gdy miałem 18 lat.

Odchodzi pan z polityki nie na swoich warunkach.
- Trzeba się z tym pogodzić. Nie mam na to żadnego wpływu.

Ale czy sam pan częściowo nie napisał tego scenariusza?
- Jestem mimowolnym aktorem tej trage­dii. Ale ona się musi odbyć. W porządku, pewnie popełniłem błędy, ale w normal­nych warunkach prawdopodobnie nie by­łyby one żadnym powodem do tego rodzaju działań, a tu tak się stało. Trudno.

Kiedy pan nabrał pewności, że już nie ma odwrotu?
- Z zamiarem pożegnania się z polityką no­siłem się od kwietnia tego roku.

Dlaczego od kwietnia?
- Może nawet ciut wcześniej. Po zarzutach prokuratorskich w sprawie niewpisania ze­garka od najbliższych. Miałem już tego do­syć. Szarpania mnie, mojej rodziny. Tego poczucia niesprawiedliwości i nierówne­go traktowania. Janusz Palikot nie wpisał do oświadczenia majątkowego samolotu, Kaczyński dostał 400 tys. na prawników, a mnie przypisuje się złe intencje, że nie wpisałem do oświadczenia zegarka, który został nabyty za własne pieniądze, którego nie ukrywałem, bo noszę go na ręku. Oto sprawiedliwość.

Ale do kilku różnych oświadczeń pan nie wpisał.
- Tak. nie wpisałem. Sąd to rozstrzygnie.

Czyli pan ma poczucie, że został potraktowany niesprawiedliwie.
- Po pytaniach tabloidu zapytałem asystent­kę, która wypełniała moje oświadczenie, czy wszystko jest w porządku. Powiedzia­ła, że tak. Umówmy się, że nigdy nie byłem pupilkiem tabloidów. Robiono ze mnie lansera, cclebrytę, pisano, w czym biegam, za ile mam płaszcz... Pytanie o zegarki potrak­towałem tak samo - jako złośliwe.

A dlaczego tabloidy pana nie lubiły?
- A nie mam pojęcia.

Oczywiście, że ma pan pojęcie. Gadajmy szczerze.
- Gadamy szczerze. Polityka w Polsce zastąpiła show-biznes i jest napędem dla tabloidów oraz dla większości me­diów elektronicznych. Wszystko jest na sprzedaż.

Pytanie brzmi, dlaczego Nowak, a nie poseł Kowalski.
- Bo byłem politykiem, ministrem. Zawsze miło komuś takiemu dokopać.

Jest całkiem sporo ministrów, a pan byt szczególnie na celowniku. Kiedy to wszystko się zaczęto, nie pomyślał pan, że może życie byłoby prostsze, gdyby pan założył trochę gorszy garnitur, trochę gorsze buty i nosił trochę gorszy, a na pewno dużo tańszy zegarek?
- Ale nie mogę przepraszać za to, jaki je­stem. Nie noszę drogiego garnituru, noszę Vistulę. Noszę bardzo normalne buty, żad­ne wyhajowane.

Co to znaczy wyhajowane?
- No, żadne drogie buty.

Ale wrażenie było takie, że dba pan o siebie w sposób nadzwyczajny, ponadstandardowo.
- Tb w takim razie jest pytanie o ten stan­dard. Może trzeba zapytać, dlaczego inni noszą brudne buty, zaplamiony albo za duży garnitur, to powinno się piętnować.

A często noszą?
- Nie wiem. Nie interesuje mnie to.

Sugeruje pan, że prokuratura potraktowała pana surowiej niż innych. Dlaczego surowiej?
- Nie wiem. I nie wiem, czy się kiedykol­wiek dowiem.

W zeszłym roku, a może nawet wcześniej pana kariera nagle zaczyna się załamywać. Nie wierzę, że nie poświęcił pan dużo czasu, żeby się dowiedzieć: dlaczego.
- Wszystko zaczęło się od pierwszej kłam­liwej publikacji „Wprost” o tym, że jakieś układy kolegom z biznesu załatwiałem. Prokuratura wszczęła postępowanie w tych sprawach i wystawiła absolutną laurkę. No­wak nikomu nie pomagał w biznesach! Nie wiem, dlaczego „Wprost” zrobił całe fałszy­we story o mnie...

Tylko błagam, niech pan po raz kolejny nie mówi: nie wiem dlaczego.
- Aleja naprawdę nie wiem.

A może odciął pan kogoś od pieniędzy?
- Możliwe. Jako minister transportu podją­łem wiele decyzji chroniących państwowe pieniądze przed wyciekiem. Mogę się do­myślać, ale nie będę snuł domysłów. Mam świadomość tego, co mi zrobiono z życia, jak je zrujnowano. To jest już nie do odwró­cenia. Kiedyś pewnie pojawią się przepro­siny albo sprostowanie małym druczkiem.

Czyli jest pan na ścieżce wojennej, ale wojna już przegrana?
- Tak, w tym zakresie uważam, że tak.

Mówił pan, że od kwietnia nosił się z myślą o odejściu z polityki.
- Zdecydowałem, że przy takiej ruinie mo­jego wizerunku, przy tym poziomie pub­licznego zdyskredytowania dalej w polityce funkcjonować już nie mogę. Abstrahując od tego, że uważam to za niesprawiedliwe.

A żona panu coś doradzała?
- Powiedzmy, że od dłuższego czasu nie była entuzjastką mojego funkcjonowania w polityce, a poza wszystkim chciała mieć męża częściej w domu.

Teraz miała w domu więcej faceta, ale przegranego...
- Trzeba nauczyć się na nowo żyć.

Kiedy się pan dowiedział o nagraniach?
- W piątek, w zeszłym tygodniu.

Zadzwonił pan zaraz do żony?
- Zobaczyliśmy się po południu i jej powiedziałem.

Żona pewnie zapytała: dobra, a co tam jest na tym nagraniu?
- Nie pamiętałem dokładnie tamtej roz­mowy, ale opowiedziałem jej wszystko, co pamiętałem.

Chyba musiał pan pamiętać rozmowę o tym, jak pomóc własnej żonie?
- To nie jest rozmowa o tym, jak pomóc. W żadnym miejscu. To jest rozmowa o sta­nie emocjonalnym.

Intencja jest jasna, wybór rozmówcy też. Generalny inspektor informacji finansowej.
- Żaden z nas nie pełnił już żadnej funkcji. Parafianowicz był jedyną znaną mi osobą, którą mogłem zapytać, o co chodzi w takiej kontroli.

Pan nie wiedział, czy on może coś załatwić, ale może mógł pomóc...
- Proszę wyraźnie przesłuchać nagranie - ja tam o nic nie proszę. Co więcej, kolej­ne miesiące pokazały, że ta rozmowa nie zmieniła biegu wydarzeń. Wiem, że jak dzi­siaj mówię, że nie występowałem o żadną protekcję, to ktoś może powiedzieć: „Nie kupuję tego”. W sumie wisi mi, czy ktoś to kupuje, czy nie. Wiem, jakie miałem inten­cje. I wiem, że moja żona bardzo ciężko to znosiła.

Ciężko to znaczy?
- W sensie emocjonalnym. Cały zeszły rok byliśmy przesłuchiwani, sprawdzani, ja do­staję zarzuty, akt oskarżenia etc. I nagle ko­lejna ponadstandartowa kontrola. Można mieć obawy, czy to rzeczywiście nie jest jakiś plan zniszczenia nas. Może i histeria, paranoja, ale zaszczuty człowiek ma różne myśli. Rozmawialiśmy z żoną także o tym...

Codziennie?
- No, często. Nawet czasami nie trzeba wy­powiadać słów, żeby wiedzieć, jaka jest atmosfera.

I znaleźliście odpowiedź?
- Nie.

Pan Parafianowicz mówi: „Ja już zablokowałem, bo mi to wyskoczyło”. To wie pan, że wtedy Kowalski i Malinowski myślą sobie, że jemu nikt niczego by nie zablokował.
- Ale nic Parafianowicz nie zablokował! Kontrola się normalnie odbyła, wnio­ski zostały przez biuro ra­chunkowe uwzględnione.

Powiedział, że zablokował.
- Proszę jego zapytać, co miał na myśli. Fak­ty są takie, że ta roz­mowa niczego nie zmieniła. Po rozmo­wie z nim wyszedłem w jeszcze gorszym sta­nie emocjonalnym niż przedtem.

Fakty są takie, że pana żona musiała dopłacić podatek.
- To jest najlepszy dowód, że nikt niczego nie zamiótł pod dywan. Fakty są takie, że jak u tysięcy podatników pojawiły się błę­dy i jest ścieżka prawna, jak je sprostować.

Żona się rzeczywiście bała więzienia?
- Nie, nie bała się więzienia, to są absurdy. Mówiłem o atmosferze zaszczucia.

Nie? Tak pan powiedział.
- To była wyłącznie ilustracja poziomu emocji, że dzieje się coś dziwnego z na­szym życiem... Ta rozmowa to dialog face­tów, którzy mają dużo zmartwień w życiu i ich emocje wypływają na wierzch.

A nie myśli pan, że jakby z zegarkiem było wszystko correct, jakby w oświadczeniu było wszystko correct, jakby żona nie jechała na stracie i jakby nie trzeba było robić korekty w zeznaniach, to byłby pan w zupełnie innym miejscu?
- No oczywiście, jakby ciocia miała wąsy, toby wujkiem była. Żona miała straty spo­wodowane inwestycjami, zawsze uczciwie się rozliczała, taka jest prawda.

Mówię o tych wąsach z bardzo prostego powodu. Czy nie było oczywiste, że powin­no się powiedzieć: „Kochanie, tu są takie plany i takie nadzieje, więc my musimy być sto razy bardziej czyści niż wszyscy inni, bo z założenia będą do nas strzelać częściej i mocniej". Wywala się pan na zegarku, zeznaniu podat­kowym i 70 tysiącach? To jest w jakimś sensie kuriozalne.
- Moją rodzinę prześwietla­no dziesiątki razy. Prowadzimy normalne i uczciwe życie - jak każdy popełniamy drob­ne błędy. A w zezna­niu podatkowym nic nie było nie w porządku.

Ale trzeba było korektę zrobić.
- Kontrola po­kazała błędy, które praw­dopodob­nie popełnia wielu, zresz­tą nie moja żona, ale biuro rachunkowe.

Nie ma pan czasem takiej prostej myśli: „Do cholery, na czym ja się wywaliłem?”
- Mam, ale jak trzeba uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie.

Pan sam dat im kij.
- Dobrze, nie ten, to byłby inny. Każdy po­pełnia drobne błędy.

Pana rozmowa z żoną, kiedy się pan dowiedział, że jest nagranie, musiała być diabelnie trudna. Tym razem na celowniku nie jest już facet z ringu politycznego, tylko jego żona, która na tym ringu nigdy nie była.
- O tym rozmawialiśmy... I o tym, że prze­ze mnie będzie miała publiczny problem, trochę.

Trochę?
- Duży. Bo to jest bez wątpienia, tak po­wiedziałem, próba zniszczenia jej reputacji jako lekarza i jako człowieka. Ja to już trud­no. Ja na tym w sumie postawiłem krzyżyk. Ale jej mi żal.

Na swojej reputacji położył pan krzyżyk?
- Tak.

Przed panem kilkadziesiąt lat życia, jak można żyć z myślą, że reputacji już nie ma.
- Mam nadzieję, że życie poukładam sobie w innych miejscach.

A jest takie miejsce, gdzie można się obyć bez reputacji?
- Można sobie zbudować nową, inną, dobrą.

To musi być dramatyczna sytuacja: jest trafiony polityk, a na talerzu jest jego żona. Ile trwa taka rozmowa w takim dniu i w takiej sytuacji?
- Nawet nie trzeba wypowiadać słów, żeby wiedzieć, na czym to wszystko... Ale tak, mieliśmy trochę żali...

Trochę?
- Ja mam żal, że ją ciągnę za swoimi problemami.

Długie nocne rozmowy?
- Mniej sza z tym, jak to wszystko wygląda­ło... Mój dom, moja twierdza.

A następny dzień?
- Staramy się jakoś żyć, tak? Jakoś normalnie.

Jakoś to znaczy?
- (milczenie) Monika stara się normal­nie chodzić do gabinetu. W miniony po­niedziałek atak mediów, bezczelny, próba wtargnięcia do gabinetu z kamerami. Sta­cje telewizyjne przed domem... Wbieganie do hali garażowej za samochodem... Takie rzeczy...

Pan mówi: „Monika stara się chodzić do pracy”. Czyli to nie jest takie proste i oczywiste.
- Nie jest. Ona sama mówi, że gdyby nie wsparcie pacjentów, to byłoby jej jeszcze ciężej.

A pan jak ją pocieszał?
- Staramy się wspierać nawzajem, choć obawiam się, że nie jestem teraz najlepszym materiałem do wspierania. Ale ona mi daje przede wszystkim wsparcie, także dzieci.

Dlaczego pan nie jest najlepszym materiałem do wspierania?
- Bo sam to próbuję znosić jakoś. Nie jest łatwo.

Wychodząc z domu, patrzy pan, jak na pana patrzą?
- Nie spotkałem jeszcze żadnej wrogiej re­akcji. Czasami ktoś powie: „Niech się pan nie przejmuje”, „To jest jakieś szaleństwo” i to jest fajne, bo człowiek pielęgnuje wtedy myśl, że może nie jest tak strasznie. Ale jest strasznie. Zonie jest ciężko, ale robi dobrą minę do złej gry. Jest dzielna i jestem z niej bardzo dumny. Ciężko jest też dzieciom.

Dzieci są w jakim wieku?
- 14 i 7 lat, córka i syn.

Czyli córka już doskonale rozumie, o co chodzi.
- Ona... przychodzi... przytula się, mówi: „Tato, spoko, damy radę”...

A są sytuacje, że pan je musi pocieszać po powrotach ze szkoły?
(milczenie, przerywamy rozmowę na kilka minut)

Złoży pan mandat poselski?
- Tę decyzję podjąłem już jakiś czas temu - może trudno w to uwierzyć, ale przed ta­śmami. Tak - złożę mandat. W ciągu kilku tygodni. Żeby być posłem, trzeba mieć za­ufanie publiczne. Ja tego zaufania dzisiaj nie mam. Więc w tym sensie uważam, że jestem to też winny wyborcom, żeby zrobić krok w tył i ten mandat oddać.

Jak pan mówi „nie mam zaufania", to myśli pan: „zawiodłem ich zaufanie”?
- Nie, nie mam poczucia, że zawiodłem. Mam wewnętrzne przekonanie, że wiele dobrego zrobiłem dla Polski jako polityk. Na pewno nie zrobiłem nic złego z jakąś własną intencją, co kazałoby mi powie­dzieć: „Przepraszam, zawiodłem was”. Nie, nie przepraszam i nic złego nie zrobiłem. Wierzę, że kiedyś to się jakoś wszystko wy­jaśni i odzyskam reputację, przynajmniej w części. Ale do polityki już nie wrócę.

Nigdy?
- Nigdy.

Bo Donald Tusk powiedział, że jak długo on będzie w PO, to pan nie wróci?
- Nie. Dlatego że podjąłem taką decyzję już jakiś czas temu.

A słuchał pan tamtej konferencji?
-Nie

Dlaczego?
- Bo nie oglądam mediów

Od kiedy?
- Od dawna.

Jak dawna?
- Od momentu złożenia dymisji. Nie czy­tam prasy i nie oglądam telewizji.

W ogóle?
- No, Twitter. Czasami trochę internet.

Bo?
- Bo coraz mniej znajduję ciekawych infor­macji. I był to też taki świadomy odwyk. To mnie w końcu doprowadziło do decyzji, że odchodzę.

Pan podjął tę decyzję przed czerwcem?
- Na pewno przed taśmami. Myślę, że osta­tecznie to byłem przekonany już w maju. Mogę tylko żałować, że styl rozstania z poli­tyką nie jest taki, jakbym sobie tego życzył.
I smak jest gorzki. Ale to i tak by się stało.

Ludzie, którzy z bliska oglądali pana karie­rę, mówili, że przez lata mieli wrażenie, że Donald Tusk traktuje pana niemal jak syna.
- No cóż mam powiedzieć...

Miał pan takie poczucie?
- Na pewno miałem poczucie bardzo bli­skich relacji. Na pewno byliśmy sobie bar­dzo bliscy w polityce.

W polityce nie ma kumpli?
- Nie ma. Nie ma też skrupułów. Zresztą w mediach też.

Kiedy ostatni raz pan rozmawiał z premierem?
- A to nasza sprawa.

Bo nie chce pan go dekonspirować czy nie chce pan przyznać, że nie rozmawiacie?
- Nic z tych rzeczy. Nie mam potrzeby o tym opowiadać. Donald Tusk będzie dla mnie zawsze ważną osobą.

W jakim sensie?
- W takim życiowym. Przez 20 lat jakoś by­łem z nim związany.

Już w czasie afery hazardowej nie pomyślał pan, że kiedyś przyjdzie czas na gilotynę?
- Nigdy człowiek nie ma takich myśli, aż się to nie wydarzy.

Kiedy pan oglądał, jak głowa marszałka Schetyny służy do gry w piłkę nożną, to nie miał pan poczucia, że piłkę można wymienić?
- Taka jest polityka. I z taką polityką się właśnie rozstałem.

Jak pan przeczytał to, co premier - panu powiedział, to nie miał pan takiej myśli, że mógł to powiedzieć delikatniej?
- Wie pan, to jest kwestia formy...

Właśnie o to pytam.
- Nie mam żalu do premiera. Musiał się do tego odnieść. Myślę, że musiał to zro­bić jednoznacznie, żeby nie było żadnej przestrzeni do interpretacji. I tak to zrobił. A kwestia moich odczuć i mojej estetyki to już jest drugorzędna sprawa.

I tamtej konferencji pan nie oglądał?
- Nie.

I następnej też nie.
- Też nie.

I nie słuchał pan w radiu.
- Nie.

To na solidny odwyk pan poszedł.
- Staram się. W normalnym życiu nie trze­ba cały czas oglądać, co TVN24 uzna­ła w Polsce za najważniejsze i w związku z tym stawia pół rządu na baczność i pani z mikrofonem włamuje się do gabinetu mi­nistra, żąda reakcji. I szczerze - uważam, że bycie z daleka od mediów informacyjnych jest normalne. Większość Polaków funk­cjonuje bez tych newsów i prowadzi spo­kojne życie.

Nie lubi pan tych ludzi mikrofonami?
- Jednych lubię, innych nie.

No szczerze! Łażą za panem, stoją pod do­mem, wjeżdżają do garażu.
- Z częścią dziennikarzy miałem bardzo sympatyczne relacje, co nie zmienia posta­ci rzeczy, że często jest dwulicowość w tych relacjach i to jest uciążliwe na dłuższą metę.

W jakim sensie dwulicowość?
- Jak koledzy dziennikarze mogą kogoś za nogi powiesić i ministra mieć na kolbie jako kolejnego odhaczonego, to bez żad­nych skrupułów tak robią. To chore, że prestiż w świecie dziennikarzy buduje się przez niszczenie polityków.

Wśród wieszających byli ci, których uważał pan za kolegów?
- Tak. Wzdragałem się, jak czytałem ko­mentarze niektórych oburzonych na for­mę naszej rozmowy z Parafianowiczem, że przekleństwa i szokujący język, a wiem, że ten człowiek rzuca mięsem na lewo i prawo przy każdej okazji.

Czy od listopada zeszłego roku musi pan odbierać telefon rzadziej niż kiedyś?
- Nie, nie było czegoś takiego. Miałem bar­dzo silne wsparcie w Platformie po dymi­sji. A teraz telefon dzwoni rzadziej. Ale nie cierpię z tego powodu.

Jest cisza?
- Jest mnóstwo esemesów, w których ludzie wyrażają wsparcie i solidarność.

A są tacy, o których pan pomyślał, że się nie odezwali, a powinni?
- Ci, na których liczyłem naprawdę, to się odezwali. Pozostałych rozumiem.

Boją się dzwonić?
- Nie wiem, czy się boją. Może mają inne sprawy.

Ale jak ktoś, kogo uważam za kumpla, ma kłopoty, to dzwonię. To jest naturalne. Nie ma takich obowiązków, które by to uniemożliwiły.
- No może... Ale to jest bez znaczenia! Ja rozumiem każdego i jego postępowanie oraz to, w jakiej jest sytuacji. Premier wy­powiedział swój pogląd w tej sprawie, więc myślę, że to dużo ludzi w Platformie też w jakimś sensie ustawia. To naturalne.

Że już dzwonić nie trzeba?
- Myślę, że dla niektórych tak.

Jest takie chińskie przysłowie: jak idziesz w górę, to się wszystkim kłaniaj, bo może będziesz wracał tą samą drogą. Wystarczająco często się pan kłaniał?
- Niezależnie od funkcji zawsze starałem się być człowiekiem, a nie politykiem czy urzędnikiem - mieć zasady. Co nie zmienia faktu, że wykreowano mi wizerunek aro­ganta, młodzika, który wszystko zawdzię­cza Tuskowi, a tak naprawdę nic sobą nie reprezentuje.

Łatwość, z jaką tę gębę przyprawiano, nie dawała panu do myślenia?
- Dawała, ale co miałem zrobić?

A co pan myślał?
- Takie rzeczy wkurzają. Ciężko pracowa­łem, udowadniałem jako minister, że jest inaczej. Wielu się przekonało chyba...

Nie pomyślał pan: a może to ja wkurzam, może to ja jestem winny?
- Bez wątpienia.

Jest coś w panu wkurzającego?
- Wiem, że wielu ludzi denerwowa­łem swoim sposobem działania, tylko że ja taki jestem. Może zbyt szybko działa­łem, zbyt brawurowo. Bez tego paru rze­czy bym nie osiągnął, nie wygrał dla PO czy rządu...

Polityka dawała panu czasem szczęście?
- Szczęście?

Takie szczęście, że pan myślał: kurczę, dziś o tej porze, o tej godzinie, teraz jestem szczęśliwy.
- Tak. Dawała.

Kiedy najbardziej?
- Jak się wygrywa wybory. Zwłaszcza te w 2007 r., gdy kierowałem kampanią PO. To był moment poczucia wielkiej satys­fakcji i zwycięstwa, gdy przejmowali­śmy Kancelarię Premiera z rąk PiS. Kiedy urzędnicy nas powitali przy wejściu okla­skami. Kiedy weszliśmy do gabinetu pre­miera i nasz premier przejmował urząd z rąk wicepremiera Gosiewskiego, bo Ka­czyński się oczywiście nie zjawił, bo było to dla niego upokarzające. Widziałem przerażonego Błaszczaka, jak się trząsł niczym galareta, gdy jako szef Kancela­rii Premiera stał obok. Tego nikt mi nie odbierze, tak jak tego dobrego, do czego przyłożyłem rękę.

Nie lubi ich pan?
- Czyja ich nie lubię...

No.
- (milczenie) Chyba nie lubię. I na pewno będę glosował na Platformę, bo uważam, że to jedyna formacja, która nie wciągnie Polski z powrotem w to piekło, w to bagno, jakim były rządy PiS.

W Ameryce po jakiejś złej historii często się zadaje pytanie: what went wrong. Jakby pan w jednym zdaniu miał powiedzieć, co poszło źle?
- Brak czujności z mojej strony. Za duże zaufanie do niektórych ludzi. Pewnie ja­kieś własne błędy, bo trochę pychy gdzieś zawsze się wkrada. Może za bardzo uwie­rzyłem, że jestem już naprawdę silny, że nic złego się stać nie może. Zawsze się może coś złego stać.

Czy ma pan dług?
- Rozumiem nie w sensie bankowym, bo taki oczywiście mam.

Czy ma pan dług wobec żony i dzieci?
(długie milczenie)
Krótko mówiąc, czy nie ma pan poczucia, że gdzieś tam po drodze spieprzył im pan życie?
- (milczenie) Trochę tak.

We czwórkę gdzieś jedziecie na weekend?
- Wyjedziemy na wakacje za jakiś czas. Bę­dziemy odpoczywać, myśleć.

Gdzieś daleko?
- Daleko.

Tak, żeby nikt nie znalazł?
- Tak, żeby nikt nie znalazł. Dzięku­ję wszystkim, których miałem możli­wość spotkać na mojej drodze politycznej. Teraz czas odejść. Do zobaczenia już w innej roli.

ROZMAWIAŁ TOMASZ LIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz