PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 18 listopada 2014

Hurtownik od heroiny



Giełdowi inwestorzy, a obok nich deweloper i potentat na rynku pomocy szkolnych obracali pieniędzmi narkotykowego barona. Każdy na swój sposób pomógł wyprać miliony zarobione na handlu heroiną.

WOJCIECH CIEŚLA

Ta historia zaczyna się prawdo­podobnie w styczniu 2011 roku. Z okna pokoju, w którym poli­cjant Centralnego Biura Śledczego prze­słuchuje Roberta, widać senną Warszawę. Robert, narkoman uzależniony od heroi­ny, ma opowiedzieć, jak i z kim handlował po praskiej stronie Wisły. Policja wie, że upłynnił wśród innych narkomanów hur­tową ilość narkotyku, co najmniej 13 kilo­gramów, i że nie pracował sam.
Tego dnia decyduje się na współpracę. W zamian za wsypanie własnej siatki zy­skuje status tzw. małego świadka koronne­go. Uniknie kary, trafi na leczenie.
Robert jest pierwszy. Wkrótce zaczyna­ją zeznawać następni chłopcy z Grocho­wa: Adrian R, Wirgiliusz L. Padają ksywki dilerów: Belmondo, Czarek, Ciemny, Ker- mit, Zdunek, Rudy, Smoku. CBS tylko po­twierdza to, co i tak wie od dawna - grupa zajmowała się handlem narkotykami, wy­muszaniem haraczy, rozbojami. Człon­kowie gangu dostawali od szefa regularne pensje - po 200 dolarów za przynależność i uczestnictwo. Wyjazdy na tzw. rozkminki, ataki na inne grupy - takie jak służbowe delegacje - opłacane były z funduszy grupy.
Robert K. zeznaje chaotycznie, ostat­nie dziesięć lat na ulicy odtwarza z pamię­ci. W pewnym momencie mówi: „Moim głównym dostawcą był Marek J.”.
CBŚ wkrótce namierza Marka J. Zaska­kujące, ale nie zakłada mu podsłuchu. Nie bada, z kim się kontaktuje. Idzie po niego szybko. Jakby ciut za szybko.


Gangster pędzi z reklamówką
18 maja 2011 r., ósma rano. Przed mieszka­niem J. na Mokotowie parkuje samochód z tajniakami. Zadanie: obserwować kie­rowcę srebrnego subaru.
J. pakuje reklamówkę do samochodu, ru­sza. Rozpoznaje policjantów, gna na zła­manie karku, po drodze wyrzuca przez okno plastikową siatkę. Kiedy w końcu wy­biega z auta, w mgnieniu oka leży na ziemi skuty kajdankami.
W reklamówce, którą wyrzucił, CBS znajduje kilogram narkotyków. W jego garażu - niemal kilogram heroi­ny, siedem kilogramów kokainy, dwa kilo­gramy marihuany, haszysz i amfetaminę. To już ilości hurtowe, towar wart ponad dwa miliony złotych. Do tego bentley za 600 tysięcy złotych.
W jednym z jego czterech mieszkań po­licjanci trafiają na 17 sztuk broni: strzelby, karabinki, uzi, dwa pistolety maszynowe Skorpion, 2 tys. sztuk amunicji. Do tego pięć rosyjskich zapalników do bomb i sie­dem tłumików na pistolety.
W innym mieszkaniu - dzieła sztuki, ponad sto obrazów najwybitniejszych pol­skich malarzy: Leon Tarasewicz, Jan Le­benstein, Jerzy Nowosielski, Władysław Hasior, Wojciech Fangor.
To nie jest płotka. To groźny gangster, ktoś z co najmniej średniego szczebla ma­fii. Gazety piszą po zatrzymaniu: „Zaopa­trywał w heroinę całą Warszawę”.

0 Marku tylko dobrze
Hotelowa knajpa, centrum Warszawy. 36-letni Michał D. do trudnej rozmowy jest przygotowany wzorowo - na stole kładzie lśniący nowością dyktafon i majstruje przy mikrofonie. - Dziś kupiony - uśmiecha się, po czym dyktuje jak na przesłuchaniu:
- Godzina szesnasta siedem, aparat Olym­pus VN415, uczestnicy spotkania Paweł N., Michał D., Wojciech Cieśla.
Rozmowa jest trudna, bo Michał D., zna­ny inwestor giełdowy, osobiście lub przez swoje firmy pożyczał grube miliony bandy­cie J. oraz jego mamie.
Spotykamy się też z Pawłem N., panowie od lat robią wspólne interesy. Przy stoliku brakuje tylko Krzysztofa M.
W Warszawie mówi się o nich „trójca”. Znają się towarzysko. Ich drogi przecina­ją się często: a to jeden sprzeda drugiemu udziały w spółce, a to drugi sprzeda pierw­szemu dwie inne spółki. A to zainwestują gdzieś razem. Obecnie D. i N. zaangażowa­ni są (pośrednio, przez braci lub konkubi­ny) w znaną giełdową firmę PC Guard.
Obaj to wykształceni światowcy, gieł­dowi inwestorzy. N. wywodzi się z branży hazardowej, D. to syn wieloletniego współ­pracownika Piotra Buchnera.
Krzysztof M., „Mały Krzyś”, jest jak­by z innej bajki. Tb dawny mechanik sa­mochodowy z Ząbek związany z gangiem z Pruszkowa, tak zwanym starym Pruszko­wem. D.: - Nie chcę mówić, że zaszkodzi­ło mi to koleżeństwo. Natomiast PR-owo, w relacjach z bankami, akcjonariuszami, uczestnikami rynku, hasło „mafia w spółce” uderza przede wszystkim w samą spółkę.
- „Mały Krzyś” jest z mafii?
Doszły mnie słuchy, że „Masa”, o którym pan wspomniał, twierdził w różnych oko­licznościach, w tym procesowych, że M. ni­gdy nie należał do mafii. Skoro nie należał, to nie jest mafiosem. I nigdy nawet nie po­stawiono mu takich zarzutów. A Marek J.? Mogę mówić o nim w samych superlatywach. Według mojej wiedzy w warszaw­skich galeriach sztuki wszyscy go znali.

Mój główny dostawca
CBS po aresztowaniu J. wie, że ma w garści kogoś ważnego. Dopytuje chłopców z Gro­chowa o ich zaopatrzeniowca - i bingo, to J.
Z zeznań dilerów i narkomanów: „Marek był moim głównym dostawcą”.
„J. wciągnął mnie w interes narkotyko­wy. Początkowo brałem od niego amfeta­minę, marihuanę i ecstasy, i raz wziąłem porcję 95 sztuk LSD. (...) Za gram amfeta­miny płaciłem mu początkowo 12 zł. Miał zawsze różne rodzaje amfetaminy, chodzi o to, że miał czystą, ale miał też mieszanki. Tak samo było z heroiną”.
„Od ok. 2006 r. zacząłem brać od J. więk­sze ilości amfetaminy jednorazowo. Interes szedł dobrze. Dwa razy po kilogramie kupił ode mnie Bogdan T., ps. Talar”.
„J. nie załatwiał już małych ilości [ecstasy - przyp. red.], interesowało go tylko 50 tys. tabletek przy jednej transakcji”.
Daniel D., leczony z narkomanii, uczest­nik programu terapii metadonowej. Co roku miesiąc spędza w szpitalach na detoksie: „Łącznie 40 gramów sprzedałem tej heroiny. Sprzedałem K-M, w ilości po 0,5 grama dziennie przez dwa tygodnie, ona paliła, przyjeżdżała matizem, a ostat­nio chevroletem, Michałowi K. sprzedałem po 6 ćwiartek po 0,25 grama, czyli łącznie 1,5 grama, on wciągał do nosa, przyjeżdżał bmw 7 na otwockich blachach, Hubertowi Z. łącznie 0,5 grama codziennie przez dwa tygodnie”.

Taksówkarz przelewa miliony
J. nie rozmawia z prokuraturą ani policją. Od ponad trzech lat nie powiedział ani sło­wa na temat broni, narkotyków, dzieł sztu­ki. Ani słowa o tym, dla kogo pracował.
CBS prosi głównego inspektora infor­macji finansowej (GIIF) o dane z kont J. To prosty chłopak, z zawodu elektromecha­nik. Po tym jak kilkanaście lat temu próbo­wał przemycić w majtkach i bucie półtora kilograma kokainy z Brazylii, wziął się do uczciwej pracy. Trochę jeździł na taksów­ce. Oficjalnie zarabia zaledwie kilka tysię­cy złotych rocznie.
GIIF sprawdza rachunki J. (ma ich kilka plus możliwość operacji na kontach rodzi­ców). Inspektorom opadają szczęki: cała rodzina ma majątek znacznie przewyższa­jący dochody. A gangster z matką w sie­dem lat przepuścili przez rodzinne konta 15 min zł!
Były oficer CBS: - Ja tego po prostu nie rozumiem. Człowiek karany za narkotyki, oficjalnie biedny jak mysz kościelna i nikt tego nie wyłapał? Tik duży cli ruchów na koncie?
Prokurator znający akta J.: - Za każdą transakcją matki stał synek.
Policjanci z CBS znajdują w mieszkaniu narkobarona umowy pożyczek na - bagate­la - pięć milionów. To wzruszające w swej prostocie dokumenty: żadnych poręczeń, żadnych żyrantów, żadnych zabezpieczeń. Nic.
Kto był tak hojny? I odważny? Kto nie bał się pożyczać bossowi mafii?

Narkobaron kupuje Fangora
Michał D. długo mógłby mówić o tym, jak traci się w biznesie na podejrzeniach o związki z bandytami. Tak, wzdycha, przyjaźń z „Małym Krzysiem” kosztowała go sporo. Dlaczego w takim razie pożyczał 5 min zł narkobaronowi z Mokotowa?
Jak ustaliło CBS, matka narkobarona zgłosiła skarbówce pięć olbrzymich poży­czek - od 100 tys. zł do ponad dwóch mi­lionów. Głównym pożyczającym był D. lub firmy, które kontrolował, czyli Gekko Hol­dings Ltd. i Nautum. - Poznałem go, po­życzyłem kiedyś pieniądze, oddał, zapłacił odsetki - oznajmia D. - Mogę o nim mó­wić w samych superlatywach. Miał gigan­tyczny zbiór sztuki. Pożyczał pieniądze pod handel sztuką, fascynował się Fangorem. Czy wyglądał na gangstera? W mojej oce­nie nie wyglądał.
- Czy wyglądał na konesera?
- Na zwykłego człowieka. Pożyczałem mu pieniądze, bo sprawdziłem, czy zna­li go w galeriach sztuki. Czysta pożyczka, wszystko oddane, perfekcyjnie. Później do­wiedziałem się z gazet, co się dowiedzia­łem. Dzisiaj bym mu nie pożyczył.
- To są modelowe transakcje prania brudnych pieniędzy. Jest pożyczka, na taki lub inny procent, ona wraca, facet zaj­muje się tym, czym się zajmuje, jest ba­ronem narkotykowym, sprzedaje heroinę - mówię.
D. uwagę zbywa milczeniem.

Zna go Warszawa, pożyczał i oddawał
Wróćmy do J. Opowieści o kolekcjonerze hobbyście brzmią na pozór wiarygodnie. Z tym że kolekcjoner miał rzadką przypad­łość. Wiele obrazów podziwiał przez folię bąbelkową i brązowy papier. - Nawet ich nie rozpakował - mówi osoba znająca akta sprawy. - Brał z galerii czy z aukcji, rzucał pod ścianę. Chodziło tylko o wypranie pie­niędzy z narkotyków. Płacił brudnym keszem z heroiny, a dostawał legalny obraz, za który na rynku można zarobić czyste pieniądze.
Policja sprawdziła: wszystkie 101 obra­zów z kolekcji pochodziło z legalnych gale­rii. Warte są co najmniej 2,5 min zł.
Ciekawostka: rodzina J. dorobiła się też wielu mieszkań i apartamentów w Warsza­wie, co najmniej siedmiu działek pod War­szawą. Na obrazy i nieruchomości wydali więcej, niż pożyczyli od D. Pytanie brzmi: jak ich było na to stać?
Prokurator znający sprawę: - Mieli pie­niądze z narkotyków. Dzięki pożyczkom - prawdziwym lub nie - J. wprowadził brudne pieniądze do legalnego obiegu.
W 2012 r. Paweł R., oficer CBŚ, przeglą­dając dokumenty pożyczek, notuje cenną uwagę: „Pieniądze były przedmiotem licz­nych operacji finansowych, przeniesień własności i wierzytelności”.

Jak latały pieniądze
W sprawie pożyczek prokuratura głupie­je. Z jednej strony D. zapewnia: pieniądze dostałem z powrotem, sprawa jest czy­sta. Z drugiej strony śledczy mają w garści inne umowy pożyczek, znalezione u bandyty,fikcyjne, z innymi osobami. Też na duże pieniądze. Typowy „słup” zaświadcza w nich np., że pożyczył babci gangstera mi­lion złotych. „Słup” jest bezrobotny.
A rzekome transakcje bandyty na ryn­ku dzieł sztuki? Nie ma po nich śladu. Owszem, kupował obrazy. Ale już nie od­sprzedawał dalej.
Jak ustalił „Newsweek”, jedna z war­szawskich prokuratur ma dostęp do zeznań świadka, który opowiada, że jeden z war­szawskich graczy giełdowych brał udział w praniu pieniędzy, konkretnie „dostawał pieniądze od bardzo groźnego przestępcy, który siedział w narkotykach i innych rze­czach. (...) Ten przestępca to Marek J.”.
Michał D. odrzuca podejrzenia o współ­pracę z mafią, nigdy nie był podejrzany o pranie pieniędzy.
Kolejna ciekawa rzecz: narkobaron ofi­cjalnie tylko jedną pożyczkę - 2,4 min zł - spłacił gotówką do spółki D. Z tym że nikt - prócz D. - nie widział powrotu gotówki (D. twierdzi, że rozliczył się ze spółką po­przez obniżenie jej kapitału zakładowego).
Pozostałe umowy też nie mają daty zwrotu. Choć formalnie wszystko jest OK, jesienią 2011 r. adwokat D. zgłasza się do pro­kuratury z pełnomocnictwem, na wypadek gdyby jego klient miał mieć postawione za­rzuty w sprawie narkobarona.
Policja odnajduje u J. prywatne e-maile D. i operaty dotyczące nieruchomości na­leżące do jego spółek. Z dokumentów wy­nika, że D. próbował sprzedać też bandycie bardzo tanio swoje mieszkanie na Moko­towie. I - bez żadnego zysku, wręcz cha­rytatywnie - część ośrodka w Wildze pod Warszawą. Do transakcji nie doszło.
Prokuratury nie zainteresowały te wątki.

Edukator, deweloper i mafia
Paweł B. to przykład tego, że na eduka­cji da się zarobić. Właściciel m.in. firmy Edukacja Polska (dawniej Elbox) od lat sprzedaje szkołom pomoce naukowe. To z tablic jego firmy dzieci w polskich szko­łach uczą się znaków drogowych. Kie­dy CBS wpada do garażu narkobarona, znajduje w nim wartego 600 tys. zł bentleya, auto należy do B. Nie jest ukra­dzione, kluczyki od auta ma w kieszeni bandyta. - J. pożyczał od D., ale sam też pożyczał ludziom na mieście. Uprawiał li­chwę - mówi nasz informator z organów ścigania.
Bentley to zastaw pod 200 tys. zł pożyczki.
Przedsiębiorca B. nie potrafi racjo­nalnie wytłumaczyć, na co potrzebował 200 tys. od bandyty. Dlaczego zarejestro­wał pożyczkę w skarbówce dopiero po akcji CBS? Dlaczego zamiast pożyczać od mafii, nie sprzedał jednego ze swoich samocho­dów - dwóch astonów martinów wartych około miliona, porsche, czterech drogich mercedesów, bmw M6, volkswagena phaetona czy ferrari GT? Zagadka.
Inna lichwa J. to pożyczka 1,2 min zl dla Wiesława S. To były sutener spod hote­lu Marriott, dziś właściciel restauracji przy ulicy Żurawiej. Gdy brakuje mu gotówki, zjawia się narkobaron. Pożycza 1,2 min zł. Kolejnym, który występuje w zeznaniach na temat J., jest Sławomir D., znany dewe­loper. Według jednego ze świadków prze­kazywał J. ok. 250 tys. zł gotówką. Z zeznań świadka po rozmowie z D.: „Pokazał mi foldery, na których Prezydent RP Broni­sław Komorowski wyróżnia Dolcan jako firmę developerską. (...) To mnie uspokoi­ło, bo słyszałem wcześniej, że wychował się w Ząbkach na jednym podwórku z Henry­kiem Niewiadomskim, pseudonim Dziad”.
Sławomir D.: - Nie kojarzę tego czło­wieka. Nie mam z tym nic wspólnego. To pomówienia.

„Pruszków" pyta: jak żyć?
J. siedzi. Czeka na proces i wyrok. A co z „trójcą” M., D., N.? W sprawie narkobarona śpią spokojnie. W kilku innych trochę gorzej. Znów - co za pech - z powodu kry­minalnego półświatka.
Warszawa, Wola. Restauracja Kiercelak, ulica Chłodna. Do baru koło południa schodzą się „starzy pruszkowscy” - czasem wpadnie „Słowik”, czasem „Bolo”, „Wań­ka”, „Młody Wańka”, „Fabian”. Siedzą, roz­mawiają. Tuzy półświatka sprzed piętnastu lat. Większość z nich po długich wyrokach. Mówi biznesmen związany w latach 90. z „Pruszkowem”: - „Stary Pruszków”? Lata świetlne im uciekły, nie znają mechani­zmów, jakie znają młodzi. Weźmy „Wańkę” był 15 łat w więzieniu, to co on wie? Siedzi i myśli. Kombinuje.
Jednak starzy bandyci, którzy robili prze­stępcze kariery w latach 90., są wciąż w for­mie. Przekonał się o tym na własnej skórze Michał D.
W 2013 r. kontrahent, który poczuł się przez niego oszukany, do kontaktów z D. wynajął Thomasa K., pseudonim Klapa. To groźny, trójmiejski bandyta, szef gangu znanego z porwań dla okupu. Cichy współ­pracownik Kury, podupadłego przestępcy z Trójmiasta.

Robi się mniej romantycznie
Pewnego dnia do D. dzwoni Klapa: - Mówi Thomas K. Posłuchaj mnie, kolego. Muszę rozkminić, czy te pieniądze są komuś win­ne. Czekaj na mnie, przyjadę. Jestem znany w Polsce, za granicą i na świecie. Wyguglasz mnie sobie.
D. wynajmuje ochronę (porusza się z nią do dziś), idzie na policję, ale ostatecznie rozlicza się z kontrahentem. Sprawa po ja­kimś czasie zostaje umorzona, a byty kon­trahent wpada w kłopoty na Śląsku (dziś jego operacje śledzi CBA).
Kolejny człowiek, który czuje się oszuka­ny przez „trójcę”, to Zbigniew R., król disco polo z lat 90., znajomy „Słowika”. Doma­ga się zwrotu kilkunastu milionów od D. i N. Szukając sprawiedliwości, trafia min. do Szymona K. ps. Szymon, bandyty z Ło­mianek, i do „Młodego Wańki” z „Pruszko­wa”. - To tacy windykatorzy, którzy nie są do końca windykatorami - tłumaczy nasz informator z CBS. - I na tym skończmy.
D.: - Wie pan, jak się słyszy, że ktoś szuka Czeczeńców, że był już u starych, był u mło­dych, u żoliborskich, w końcu że kupił pi­stolet, no to robi się mniej romantycznie.
W październiku M., D. i N. donoszą poli­cji, że R. chce ich zabić.
Zbigniew R. ląduje w areszcie.

„Pruszków” idzie do SKOK
Zanim Zbigniew R. trafi za kratki, zdąży opowiedzieć ludziom z półświatka o SKOK Wołomin. W aferę SKOK Wołomin (lip­nych kredytów, w rzeczywistości wielkiej pralni brudnych pieniędzy) zamieszana jest część biznesowej Warszawy. Bogacze i średni szczebel, do tego drobni bandy­ci. R. rozpowiada na mieście, że interesy w SKOK Wołomin miała „trójca” („trójca” zdecydowanie zaprzecza).
„Stary Pruszków” słucha, rozmyśla. Na początku września w hotelu Holi­day Inn „Młody Wańka” aranżuje spotka­nie z Janem L., przedsiębiorcą z branży budowlanej. - Cichy i pokornego serca - charakteryzuje L. mój informator z poli­cji. - Obaj ze wspólnikiem niedawno zała­twiali sobie kredyt w SKOK na 12 min zł. Ostatecznie dostali go w innym ban­ku, ale wiedzieli, co się tam wyrabia. Na spotkanie w Holiday Inn dołączają „Wańka”, „Parasol” „Bolo” „Słowik” i „Fa­bian”. - Nie wyglądali jak wycieczka przed­szkolaków - opowiada jeden z rozmówców „Newsweeka”. - Rozmowa była tego rodza­ju: mamy wiedzę, że wyłudzałeś kredyty ze SKOK Wołomin. I teraz ty mówisz, kto jeszcze wyłudzał, i dajesz nam listę tych ludzi, i my się po tych ludziach przejdzie­my. Bo to jest wszystko pajda [część zysku w slangu bandyckim - przyp. red.] i my coś byśmy z tego chcieli mieć. Z tego co wiem, byli u kilku osób.

Prokurator zamyka oczy
Sprawa Marka J. właśnie rusza przed war­szawskim sądem. Michał D. ma w niej sta­tus świadka. Zeznaje 17 listopada.
W połowie śledztwa zmieniono pro­wadzącego prokuratora. Żaden z dwóch śledczych nie pokusił się o sprawdzenie bi­lingów i esemesów gangstera. Żaden nie poprosił o ekspertyzę fachowców od prania brudnych pieniędzy.
Śledztwo prokuratury Warszawa-Praga nigdy nie wyjaśniło, komu podlegał J.
Zapewne nigdy nie dowiemy się, kogo w policji przekupili bandyci (opowiada o tym trzech świadków). Dlaczego J. „roz­prowadzali” po mieście byli policjanci z ko­misariatu na Wilczej.
Jakby na pocieszenie w akcie oskarże­nia przeciwko J. pobrzmiewa lekka samo­krytyka: „Skałę jego działalności jedynie w niewielkim stopniu ukazało prowadzone postępowanie. Działał na znacznie więk­szą skalę. (...) Zadbał przy tym o pozory legalnego pochodzenia środków, za które je [nieruchomości - przyp. red.] kupiono. Temu właśnie służyły umowy pożyczek”. I tyle. Ludzie z gangu pruszkowskiego nigdy nie zostali pozbawieni majątków.
Kiedy na początku XXI wieku prokuratu­ra wszczęła śledztwo w „wątku ekonomicznym” gangu, bandyci sprzedali mediom zdjęcia, na których prowadząca je prokura­tor bawiła się w towarzystwie członka war­szawskiego półświatka. Śledztwo straciło impet.
Wątek ekonomiczny „Pruszkowa” zo­stał umorzony kilka lat temu. Z powodu przedawnienia.

ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz