PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 16 listopada 2014

Zabójczy trójkąt



Miał jednocześnie dwie narzeczone Aby się nie wydało, jedną zabił.

HELENA KOWALIK

Zakochała się w nim od pierw­szego spojrzenia, gdy wszedł do jej klasy. Wysoki, uśmiech­nięty, sprężysty w ruchach. Wychowawczyni przedstawiła Marka K. jako instruktora narciarstwa, który przygotuje uczniów do wyjazdu w góry w czasie ferii zimowych. 14-letnia Marta B. jak na skrzydłach pobiegła do domu prosić rodziców, aby kupili jej narty.
Gdy po powrocie z Zakopanego Marta zaczęła zamykać się w swym pokoju i godzinami rozmawiała z kimś przez telefon, jej matka zaproponowała córce, aby zaprosiła tego kogoś do domu na kawę. I tale starszy od niej pięć lat Marek K., student pierwszego roku chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim, zadomowił się w willi rodziców swej uczen­nicy z kursu narciarstwa. Po kilku miesiącach traktowano go jak chłopaka Marty. Rodzice - praktykujący katolicy - byli przekonani, że związek młodych jest jeszcze na etapie wyłącznie romantycznych westchnień. Ale nie ukrywali, że gdyby znajomość z Martą
dojrzała do narzeczeństwa, gotowi są na przypieczętowanie związku ślubem. Oczy­wiście kościelnym. Na razie „dzieci” miały pilnować nauki.
Marek im się podobał i nie mieli nic przeciwko temu, żeby w przerwie między zajęciami na uczelni wpadał do nich na obiad. Też mieszkał w Krakowie, ale w odległej dzielnicy, zbyt dużo czasu tracił na dojazd.
Na drugim roku studiów 21-letni Marek poznał studentkę Monikę K. Wkrótce zostali parą. Okazało się, że ich matki ukończyły tę samą akademię medyczną, co z kolei otwo­rzyło studentowi drzwi do domu Moniki. Mógł tam przebywać nawet wówczas, gdy jej rodzice byli w pracy, a dziewczyna na uczelni. Otwierał sobie pilotem do bramy garażu.
Marek zataił przed studentką, że spotyka się z Martą. Gdy szedł do licealistki, mówił Monice, że wyciągnęli go na piwo koledzy z podstawówki - nierozłączni Alek i Krzy­siek. Tak naprawdę od opuszczenia szkoły nie widzieli się ani razu.
W odróżnieniu od wpatrzonych w stu­denta rodziców Marty, matce Moniki nie podobało się, gdy Marek bez pytania otwierał lodówkę w jej kuchni, myszkował po całym mieszkaniu. Rok później zeznała w sądzie:
- Byłam rozdrażniona nachalną obecnością tego młodego człowieka w naszym życiu codziennym. Uważałam go za źle wycho­wanego, a ponadto infantylnego. Opowiadał niestworzone historie, które rzekomo mu się przydarzyły; z daleka pachniało to kłam­stwem. Niestety, Monika była nim zafascy­nowana. Ambicjonalnie cierpiałam, widząc, jak mu usługuje: daje notatki z wykładów, na które nie chciało mu się chodzić, pisze za niego prace semestralne. Ale córka nie pozwoliła nic na niego powiedzieć. Zaręczyli się.

36 CIOSÓW NOŻEM
Taka sytuacja utrzymywała się ponad dwa lata. Dziewczyny nadal nic o sobie nie wie - działy. Student czuł się świetnie, brylował w towarzystwie. Jednakże pewnego dnia ten błogostan zakłóciła rozmowa z Martą na Gadu-Gadu. Licealistka zwierzyła się ze swych obaw: ma poranne nudności, chyba jest w ciąży.
- Na pewno nie, przecież uważałem - odpowiedział. - Po prostu dopadła cię grypa żołądkowa.
Następnego dnia Marek wyjechał na za­wody jeździeckie - przez trzy dni ani razu nie telefonował do Marty, choć wcześniej robił to co kilka godzin. Zaniepokojona, wysłała mu SMS, w którym domagała się spotkania. Zasłaniał się brakiem czasu, ale ona nalegała.
Wreszcie uzgodnili, że on przyjedzie pod szkołę, gdy Marta skończy lekcje.
Zaproponował, że spokojnie porozma­wiają w jego drugiej willi, w której na razie nikt nie mieszka. Tam też będzie mogła zrobić test ciążowy. Skłamał - zawiózł ją do domu Moniki, o tej porze pustego. Gdy wjeżdżali do garażu, niepostrzeżenie zabrał Marcie telefon i rozmontował, wyrzucając baterie.
Weszli do kuchni. Marek dał dziewczynie kupiony wcześniej test ciążowy, a sam zabrał się do smażenia jajecznicy. Po chwili Marta przybiegła z łazienki, pokazując wyraźną kreskę w okienku obudowy testera. Już nie mogła mieć złudzeń. Marek akurat kroił kiełbasę. W ręku trzymał nóż...
Zadał jej 36 ciosów. Ciągle jeszcze żyła, więc uderzał w głowę dziewczyny metalową patelnią. Tak mocno, że aż się wygiął uchwyt. Ostatecznie dobił ofiarę wałkiem do ciasta.
Zdjął spodnie, aby nie zabrudzić ich krwią. Umył podłogę w kuchni, posprzą­tał, nóż skrzywiony w czasie mordowania dziewczyny próbował wyprostować kom­binerkami. Następnie włożył ciało Marty do przygotowanego wcześniej worka, umieścił w bagażniku. Pojechał tym samochodem do swego domu, aby się przebrać. Nie odmówił koledze, gdy go poprosił o pomoc w kupnie i przewiezieniu pralki. Jeździli samochodem Marka (w bagażniku nadal leżały zwłoki) od sklepu do sklepu. Dwukrotnie dzwonił w tym czasie do matki Marty z pytaniem, czy dziewczyna wróciła. Poprosił o przekazanie, że telefonował.
Wieczorem pojechał nad wcześniej upatrzony zbiornik wodny. Obciążył ciało kanistrami i zatopił. Następnie wysłał SMS Monice z wyjaśnieniem, dlaczego od południa nie odbierał jej telefonów: nie­spodziewanie przyjechał do niego kolega z liceum i się zagadali.

TYLKO MNIE NE WYDAJ
Marta, żarliwa katoliczka, nie pojawiła się wieczorem w kościele na rekolekcjach. Za­przyjaźniony z jej rodzicami ksiądz zadzwonił do nich z pytaniem, czy aby nie jest chora. Odpowiedzieli bardzo już zdenerwowani, że dziewczyna nie wróciła ze szkoły, a jej telefon nie odpowiada. - Podejrzewam, że została uprowadzona - ojciec Marty wypowiedział głośno swoje obawy.
Myśli matki krążyły wokół innej kwestii. Zatelefonowała do Marka: - Czy możliwe, że Marta jest w ciąży? Wiesz coś o tym? Student zapewnił, że takie podejrzenia nie mają podstaw. Zaproponował pomoc ojcu Marty w rozwieszaniu w Krakowie plakatów ze zdjęciem zaginionej. Bardzo się do tego przykładał. Nie odstępował ojca dziewczyny ani na chwilę, podpowiadał coraz to inne tropy. W pewnej chwili zapytał, czy jest możliwe zlokalizowanie komórki, jeśli nie ma w niej baterii.
Następnego dnia Marek wyszedł na uczel­nię razem z Moniką (mieszkali w pobliżu) i po drodze wyznał jej, że Marta nie żyje. Za­mordowali ją Krzysiek z Alkiem, jego szkolni koledzy, bo była z jednym z nich w ciąży.
- Najgorsze jest to - wyznał narzeczo­nej - że ja im pomogłem, wskazałem zalew, gdzie mogli pozbyć się ciała. Błagam, nikomu o tym nie mów.
Monika była w szoku, ale nie poszła na policję. Wkrótce narzeczony znów się jej zwierzył: - Okłamałem cię, mówiąc o udziale w morderstwie kolegów z klasy. To ja zabiłem. Jeśli mnie wydasz, odbiorę sobie życie. Przysięgnij na naszą miłość, że tego nie zrobisz.
Studentka zobowiązała się do milczenia. Ale postanowiła odejść od Marka. Zadzwo­niła do swego promotora, że nie będzie pisać z tym kolegą pracy licencyjnej. Na pytanie „dlaczego” rozpłakała się. Profesor nie nalegał.
Zwłoki Marty zauważyli wędkarze na peryferiach Krakowa w zbiorniku wodnym, który lada dzień miał być zasypany przez firmę ojca Moniki. Marek K. wiedział o tym z racji zadomowienia się w domu studentki. Sekcja zwłok wykazała, że 16 -letnia uczen­nica była w ciąży.
Na adres rodziców Marty nadszedł list pożegnalny córki. Informowała, że opuszcza dom, gdyż nie znajduje w nim zrozumienia. Nie trzeba było grafologa, aby stwierdzić, że nie pisała go Marta.

ZABIŁEM, ABY NIE CIERPIAŁA
Zaczęły się przesłuchania. Gdy Marek po raz pierwszy stanął przed prokuratorem, za­przeczył, że miał coś wspólnego ze śmiercią Marty. Odmówił składania wyjaśnień.
Potem zdecydował się odpowiadać na niektóre pytania śledczych. - Jeśli Marta była w ciąży - wyjaśniał - to nie ze mną, bo tylko raz doszło do współżycia, potem ona wyjechała na narty do Austrii, tam poznała niejakiego Szymona z Zakopanego. Po jej powrocie do Krakowa już się nie spotykali­śmy. Kontakt telefoniczny też się urwał. Ja znalazłem sobie inną dziewczynę.
Sprawdzono komórkę podejrzanego. Aż do dnia, kiedy Marta zaginęła, była zapełniona rozmowami z tym kontaktem. Podobnego adresata miały wysyłane SMS-y.
Biegli z telekomunikacji odtworzyli też dwie rozmowy Marka z Moniką, tuż po jego powrocie z wyścigów konnych. O godzinie drugiej w nocy wzburzona studentka pytała narzeczonego, czy to prawda, że spotyka się z jakąś uczennicą o imieniu Marta. Zagroziła zerwaniem. Marek wszystkiemu zaprzeczał.
Rozmawiali do świtu. Na koniec on po­wiedział, że jest bardzo zmęczony, nie pójdzie na poranny wykład. Obiecała, że zrobi mu notatki i podpisze go na liście obecności. 010.47 wysłał jej SMS, że kocha i będzie się uczył do egzaminu w jej pokoju. Jak zwykle wejdzie do domu przez garaż.
W domu Moniki ujawniono ślady krwi ofiary. Przesłuchiwany Marek K., nadal nie przyznając się do zabójstwa, wyjaśnił, w jakich okolicznościach Marta straciła życie. Otóż, gdy zdenerwowana wybiegła z łazien­ki, aby pokazać mu potwierdzający ciążę test, on akurat kroił kiełbasę. Dziewczyna wymachiwała rękami, krzyczała, więc się cofał... W pewnej chwili stracił równowagę. - Poleciałem do tyłu, upadłem na plecy, ona na mnie, odruchowo puściłem nóż i trafiłem w jej szyję.
Z ust Marty wylewała się krew, jęczała z bólu. - Postanowiłem ją ogłuszyć - zeznał przesłuchiwany - aby tak nie cierpiała. Chciałem zadzwonić na pogotowie, ale bałem się, że nikt nie uwierzy w moją nie­winność. Wtedy pomyślałem, że lepsza jest dla niej śmierć niż takie męczarnie. Wziąłem z gazu patelnię, uderzałem ją w tył głowy. A gdy się wygięła, pomogłem sobie wał­kiem do ciasta. Gdy już było po wszystkim, zdjąłem spodnie, żeby się nie pobrudziły, i posprzątałem kuchnię.
Podejrzany usiłował przekonać prokura­tora, że to wszystko zdarzyło się tak nagle, nie wiedział, co robi. - Ale kanistry, worek na zwłoki, sznurki przygotował pan wcześniej i włożył do samochodu - zauważył śledczy.
Na kolejnym przesłuchaniu K. odwołał poprzednie wyjaśnienia. Twierdził, że opowiadał śledczym sen. Śniło mu się, że niechcący zabił kochaną Martę, bo gdy mocno zdenerwowana napierała na niego z krzykiem, potknął o jej buty. A trzymał w ręku kuchenny nóż. Nie ma pojęcia, co naprawdę wydarzyło się w domu Moniki K. Niczego nie pamięta.
Do aresztu trafiła też Monika K. Postawiono jej zarzut, że przez trzy tygodnie wiedziała o zabójstwie, a nie powiadomiła policji. Dziewczyna ciężko przeżyła wplątanie jej w morderstwo. Przerwała studia, leczyła się psychiatrycznie.

ZARAZ ZEMDLEJĘ
Badanie psychologiczne wykazało u podejrzanego górny poziom inteligencji i dużą niedojrzałość emocjonalną, brak empatii. Miał niską ocenę własnej osoby i aby ją podwyższyć, grał kogoś innego. Na przykład globtrotera - opowiadał, jak niebezpieczne przygody rzekomo go spotkały w Ameryce Południowej. W rzeczywistości nie wyściubił nosa poza granicę polsko-niemiecką.
Również na rozprawie oskarżony nie przestał grać. Osuwał się na ławę, udawał omdlenie. Po raz kolejny trzeba było wzywać lekarza, który nie widział powodu do prze­rwania procesu. Gdy Marek K. odzyskiwał świadomość, konsekwentnie wracał do swej linii obrony: nie chciał zabić, to był wypadek, bo Marta na wiadomość o ciąży wpadła w szał, rzuciła się na niego z pię­ściami. Zasłaniał się przed ciosami i wtedy niechcący ugodził ją nożem, który wyjął do ukrojenia wędliny.
Prokurator udowadniał, że los Marty był już przesądzony w chwili, gdy po lekcjach weszła do samochodu. Mógł ją uratować tylko brak kreski na teście ciążowym. K. zda­wał sobie sprawę, że dziewczyna zwierzy się rodzicom, a ci nie pozwolą na aborcję. Nic już nie da się ukryć w tajemnicy, Monika z nim zerwie. A bardziej mu pasowała: była bogatsza i dbała o jego interesy - właściwie tylko dzięki niej zaliczał studia.
Działał szybko i metodycznie. Zabrał Marcie telefon i wywiózł ją do domu, w którym o tej porze nie było nikogo. Nie przypadkiem też, wjeżdżając do garażu, ustawił samochód tyłem do bramy tak, aby niedostrzeżony przez sąsiadów mógł przenieść zwłoki do bagażnika. Potem ukrył rzeczy osobiste Marty. I usiłował wrobić w zabójstwo swoich dwóch kolegów.
Marek K. został skazany na 25 lat wię­zienia. Jego obrońca upierał się przy tezie, że do zabójstwa doszło przypadkiem, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Gdyby K. planował zbrodnię, miałby ze sobą odpowiednie narzędzia. A nie wycią­gnięty z szuflady wałek do ciasta i patelnię.

OPOWIADAŁEM SEN
Prokurator i oskarżyciel posiłkowy - ojciec ofiary, złożyli apelację, domagając się do­żywocia. Eksponowali cynizm 22-letniego mężczyzny, który spotykając się z dwiema narzeczonymi, cały czas kalkulował, z którą będzie miał wygodniejsze życie. Długo nie mógł się zdecydować, bo obie panny były posażne, urodziwe, a ich rodzice mu życzliwi.
Sąd apelacyjny uchylił wyrok do ponow­nego rozpoznania. Na rozprawie Marek K., który przesiedział już trzy lata, złożył oświadczenie: - Nie jestem w stanie odpowiadać na żadne pytania sądu ani prokuratora, ponieważ z dnia na dzień coraz bardziej przeżywam to, co się stało. Nie mieści mi się głowie, że mogłem coś takiego zrobić. Z jednej strony chciałbym zapaść się pod ziemię, z drugiej, wyspowiadać się przed światem. Pamiętam tylko początek tej strasznej tragedii, gdy weszliśmy z Martą do domu Moniki. Kolejne wydarzenia, aż do tragicznego finału, widzę jak w sennych majakach. Do dziś nie wiem, co jest prawdą, a co fikcją. Śledczym od początku mówiłem, że zamiast faktów opowiadam dręczące mnie sny. W protokole nie odno­towali tej uwagi. Podczas przesłuchań byłem oszalały z rozpaczy, nie zwracałem uwagi na to, co podpisuję. Oni naciskali, mówiąc: nieważne, czy powiesz prawdę, byleby to się trzymało kupy. Jak było naprawdę w tej kuch - ni, tylko Bóg wie. Gdybym mógł, oddałbym za Martę życie.
W maju 2013 r. Sąd Okręgowy w Krakowie ponownie skazał Marka K. na 25 lat więzienia (wyrok dla Moniki K. za ukrywanie informacji o zbrodni - rok w zawieszeniu - był już prawomocny). W kategoriach prawnych zamordowanie dziewczyny zostało ocenione jako działanie z zamiarem nagłym. Adwokat skazanego wystąpił do Sądu Najwyższego o kasację wyroku. Sprawa nie była jeszcze rozpatrywana.
W rocznicę śmierci Marty jej matka spo­tkała się w sanktuarium w Łagiewnikach z siostrą Marka K. Modliły się w intencji ich najbliższych. - To dla nas obu jest wielka tragedia - powiedziała matka zamordowanej uczennicy do siostry mordercy. I włożyła jej do dłoni drewnianą owieczkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz