PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 8 lipca 2015

NOWA DROGA DO IV RP



Prezes PiS nie zrezygnował ze swej idei. Chce dojść do państwa z Bogiem w konstytucji, z nowym ustrojem i z ochroną tradycyjnej rodziny. Ale nie przez konflikty, lecz metodą drobnych kroków.

RAFAŁ KALUKIN

Dekadę temu PiS szło po władzę, strojąc się w rewolucyjne sza­ty i obiecując nowe państwo - IV RP. Z jasno zadeklarowanym celem obalenia postkomunistycznych hierarchii.
Dziś eksperckie dyskusje na Śląsku i każ­demu miła lawina socjalnych obietnic - oto nowe PiS przed decydującą batalią. Partia, która ma posprzątać po Platformie i zapew­nić Polakom życie zgodne z ich aspiracjami.
Czy rewolucyjne cele partii Kaczyńskie­go ostatecznie wyparowały?


Nie mówmy o IV RP...
„W polityce sztuką jest naraz wyjechać i nie wyjechać z Paryża” - trzy lata temu stwier­dził Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla dwumiesięcznika „Arcana”. Chodziło o manewr Talleyranda z 1814 r., gdy upa­dała Francja, wrogie wojska podchodziły pod Paryż, a Napoleon wydał rozkaz ewa­kuacji rządu. Przebiegły dyplomata chciał zostać w stolicy, aby wziąć udział w ro­kowaniach pokojowych; z kolei złamanie rozkazu groziło rozstrzelaniem. Talleyrand upozował więc komendanta policji na sie­bie samego i sprawił, aby na oczach wzbu­rzonego ludu opuścił Paryż. Sam pozostał i dzięki tej intrydze po restauracji monar­chii mógł stanąć na czele rządu.
Od upadku IV RP prezes PiS nieustan­nie odtwarza manewr Talleyranda. Uza­sadniając: „Na tym polega polityka. To nie jest tak, że się ją uprawia jako swego ro­dzaju sztukę, kiedy się idzie prostą drogą i odrzuca się to, co jest trudne...”.
Taktyka powtarzana od lat, schematycz­na i przewidywalna. Długo wydawało się, że również jałowa - kolejne kampanie ze znikającym prezesem prowadziły PiS do frustrujących porażek. Lecz dziś, gdy raz jeszcze materializuje się w ramach pro­jektu „premier Szydło”, okazuje się jednak skuteczna.
Choć metaforę z Tallcyn landem pre­zes przywołał w odpowiedzi na pytanie o posługiwanie się tematyką Smoleńska, to równie dobrze opisuje ona cały kom­pleks tradycyjnych pisowskich tematów, łącznie z najważniejszym - czyli IV RP. Co się z nim dzieje? Tutaj nawet otoczenie Kaczyńskiego nie ma jasności.
On sam dawał sprzeczne odpowiedzi. W kampanii prezydenckiej 2010 r.: „Nie mówmy o IV RP, (...) mówmy o przyszło­ści. Myślę, że każdy z nas chce uczciwego państwa stawiającego na pierwszym miej­scu dobro jego obywateli”. Po przegranych wyborach pojednawczy ton natychmiast zniknął, zastąpiony hasłami rozliczenia rządów Tuska. Lecz nawet wtedy Kaczyń­ski rzadko przywoływał IV RP. Jeśli już, to tylko pomiędzy swoimi. Jak dwa lata temu, zwracając się do aktywistów klubu „Gazety Polskiej” z Opola: „Musimy Polskę przebu­dować. Zakończyć mocno niejednoznacz­ne dzieje III RP i rozpocząć dzieje IV RP”.
To jednak tylko mobilizujące wezwa­nia. Zbyt się to pojęcie rozmyło, aby nieść wyraźne treści. Przed 2005 r. stanowi­ło chwytliwy szyld, wychodzący naprze­ciw rewolucyjnej fali domagającej się po aferze Rywina naprawy skorumpowanego państwa. Po zdobyciu władzy Kaczyński pragnął wykorzystać tę falę do rozprawy z elitami III RP, pozostawiając na póź­niej głębokie reformy ustrojowe. Tyle że nie było żadnego później - po dwóch la­tach zmuszony był oddać władzę. Potem zapewniał, że jego rząd w ogóle nie był rządem IV RP. Być może z powodu nie­godnych idei koalicjantów. A może dlate­go, że uwikłany w bieżące potyczki, nawet nie zbliżył się do realizacji ustrojowych celów.
Co nie znaczy, że lata 2005-2007 były nieznaczącym epizodem. Wnioski, które Kaczyński wyciągnął z porażki, wpłynęły na ewolucję jego partii.

Ocalić substancję
Najważniejszy jest taki, że o ile zrywy re­wolucyjne są chlebem codziennym hi­storii, to rewolucje spełnione należą do rzadkości. „Rewolucja się udaje, jeśli wy­grywa, natomiast - jeśli nie wygrywa - to może oczywiście doprowadzić do bardzo daleko idących negatywnych skutków” - mówił Kaczyński na łamach „Arcanów”. To właśnie na łamach krakowskiego pe­riodyku w regularnie publikowanych tam dialogach z prof. Andrzejem Nowakiem prezes otwierał się najbardziej, tłumacząc swe polityczne ruchy i szczerze szkicując plany. Czytane po latach skłaniają do re­fleksji, że długie lata spędzone w opozy­cji były czymś więcej niż tylko bezładnym miotaniem się wiecznie przegrywającego polityka.
Dlaczego rewolucja z lat 2005-2007 przegrała? Rok po klęsce Kaczyński wska­zuje na czynniki obiektywne: „bardzo złych sojuszników”, „opór aparatu urzęd­niczego” oraz wrogie media, z którymi - jak tłumaczy - nie da się wygrać. Póź­niej zaczyna jednak doszukiwać się przy­czyn we własnej polityce. W tym, że nadał jej rewolucyjny wymiar. Cały impet obró­cił się bowiem przeciw niemu. Im mocniej uderzał taranem w bramy III RP, tym da­lej go odrzucało i tym trudniej było zebrać nowe siły do kolejnego szturmu. Dla ogó­łu Polaków stał się irracjonalnym agre­sorem, zaś wspomnienie jego rządów nabrało rangi przestrogi przed ponownym dopuszczeniem PiS do polskich spraw. Źródłem klęski staje się zatem sama re­wolucja, choć rozumiana niejako cel, ale polityczny środek działania.
W 2011 roku Kaczyński stwierdza: „Za­kładam, że możemy wygrać wybory wte­dy, jeżeli świadomość kompromitacji tej ekipy [PO] będzie jednak bardzo dale­ko posunięta. Jeżeli dojdziemy do władzy po raz drugi, to ta nadzieja naszych prze­ciwników z lat 2005-2007, że jesteśmy tyl­ko takim incydentem, minie. Będą nas już inaczej traktować, także w aparacie pań­stwowym. Już niejako chwilowy wybryk natury, który należy przeczekać, ale jako stały, poważny element polskiego krajo­brazu, z którym trwale, poważnie trzeba się liczyć”.
Ta deklaracja - w istocie rzeczy deklara­cja rezygnacji z rewolucji - nie przebiła się do opinii publicznej. PiS już się wówczas zapadało w odmęty smoleńskiej teologii zamachu. Z partii rewolucyjnego projek­tu IV RP stawał się partią rewolucyjnej ze­msty. Jednak smoleńskie szaleństwo miało polityczny sens - w latach klęski służyło krzepieniu prawicowych serc i mobilizo­wało topniejące szeregi przez odwołanie się się do archetypowych pojęć; ocalając polityczną substancję PiS.

Śladami Tuska
Smoleńsk legitymizował nadszarpnię­te przywództwo Kaczyńskiego, lecz zara­zem podtrzymywał wizerunek „strasznego PiS”, sprawnie przez Platformę podgrze­wany. Polacy - mając do wyboru ofero­wany przez PO „spokój” oraz pisowskie „szaleństwo” - wybierali to pierwsze. Po­czucie bezalternatywności z czasem okaże się jednak usypiające dla zwycięzców.
Kaczyński jeszcze w 2008 roku przy­znawał, że z wizją „spokoju” wygrać się nie da. Sugerował, że należy cierpliwie czekać, aż „ujawnią się inne potrzeby”. „Wtedy po­jawi się sytuacja nowa i cały problem po­lega na tym, aby umieć ją wykorzystać” - tłumaczył. Na czym te „inne potrzeby” miałyby polegać - tego określić jeszcze nie potrafił. Wiedział tyle, że przy silnej polaryzacji jest skazany na dalsze klęski.
Mówił więc w 2012 roku tak o PO: „Oni - mówiąc to w mocnym uproszcze­niu - żyją z tego podziału i tego podzia­łu chcą. Jak ich z kolei pozbawić władzy? Stworzyć takie mechanizmy, które pozwo­lą osłabić oddziaływanie tego podziału i pozwolą pewnej części społeczeństwa, tej wahającej się, niezaangażowanej tak bar­dzo w ten podział ocenić obecną władzę w sposób realny. Nie z punktu widzenia zagrożenia, że ci »inni, straszni pisowcy« dojdą do władzy, lecz z punktu widze­nia pewnego minimum wymogów wobec każdej władzy, wobec rządu”.
Już wtedy w modelu opozycyjności PiS, choć niezmiennie totalnej, przesuwały się akcenty. Zwiastował to projekt „premier Gliński” - jeszcze niezdarny, ale bez nie­go nie byłoby kolejnych projektów Ka­czyńskiego: „prezydent Duda” i „premier Szydło”. Tam, gdzie obserwatorzy chcie­li widzieć po prostu chowanie się niepo­pularnego prezesa, odbywało się poważne przeformułowanie linii politycznej. Plat­formę coraz rzadziej przedstawiano jako wspólnika Putina w smoleńskim zama­chu, coraz częściej zaś - jako nieudaczni­ków pogrążających Polskę w gospodarczej ruinie. Z czasem zapowiedzi PiS traciły jakikolwiek rewolucyjny wymiar. Niepo­strzeżenie partia Kaczyńskiego stawała się partią reakcji: co Platforma zmieni, to PiS odkręci.
Aż tak wiele oczywiście PO nie zmie­niała, lecz nie o fakty tu przecież chodziło, tylko o zbudowanie przekonania, że sym­bolizowany przez Tuska „spokój” tak na­prawdę oznacza stagnację i prowadzi do systematycznego ubożenia obywateli. Ka­czyński postanowił pokonać Tuska jego własną bronią. Skoro Platforma karmi­ła się aspiracjami Polaków do zamożnego życia „jak na Zachodzie”, to należało rozli­czyć ją właśnie z tego, w jakim stopniu je zaspokaja. Lecz to wiązało się z opuszcze­niem tradycyjnych dla prawicy rewirów godnościowo-historycznych i przejęciem dialektyki rywala.
Co prawda w projekcie IV RP postu­lowane przecięcie nieformalnych sieci („układu”) też miało wzmocnić państwo i zapewnić wyższy wzrost PKB. Tam jednak istotniejszy był wymiar moral­ny - dziejowa sprawiedliwość, narodowa godność, powrót do tradycyjnej hierarchii wartości. Później aksjologiczna hierar­chia uległa odwróceniu. „Kompleks za- późnienia jest nieusuwalny, polityka musi prowadzić do modernizacji i wzrostu za­możności” - mówił Kaczyński przed kil­koma laty, wyraźnie już podążając śladami Tuska. PiS przestawało być rewolucyjną antytezą „ciepłej wody w kranie”. Coraz lepiej się za to czuło w kostiumie dostar­czyciela iluzji, który sprawniej zrealizuje rozbudzone przez Tuska nadzieje na syte i wygodne życie.
Zapytany w 2011 roku o nowy wymiar IV RP, Kaczyński wskazuje na „wiel­kie przedsięwzięcia zbiorowe, które dziś nie wychodzą”. Czyli - wymieniał - au­tostrady, energetykę, porty, kolej, teatry, infrastrukturę sportową. Innym razem py­tany o „Polskę swych marzeń” odpowiadał: „Marzę o Polsce, w której zrównalibyśmy się z tym, co na zachód od naszych granic. (...) Abyśmy też jeździli po autostradach, wśród ładnych domów, w tej samej prze­strzeni cywilizacyjnej”. Czyli prawie jak z przekazów dnia dla PO autorstwa Igora Ostachowicza.
Ten nowy program sprowadzający się do obietnicy „zrobimy to samo, co Platforma, tylko lepiej” prezes starał się jeszcze zako­rzenić w tradycyjnej pisowskiej aksjolo­gii („Nie zrealizujemy go bez mobilizacji, a to jest możliwe tylko w oparciu o moralne wzmożenie, o powrót do wartości”), lecz był to już tylko pusty ornament. Tuskowi do wybudowania tysięcy kilometrów auto­strad żadne wzmożenia nie były potrzeb­ne, czego Kaczyński nie mógł przeoczyć.
Dziś wielkie inwestycje infrastruk­turalne straciły wyborczy powab, więc PiS uciekło w festiwal socjalnych obiet­nic bez pokrycia oraz ekspercki dyskurs mający dowodzić profesjonalizacji. Lecz wszystkie ostatnie pomysły - od hojnej polityki prorodzinnej, przez podniesienie kwoty wolnej od podatku, po opodatko­wanie wielkich sieci handlowych - równie dobrze mogłyby zostać zgłoszone przez Platformę. Są tylko sformułowane bar­dziej życzeniowo, co typowe dla partii opozycyjnych.

Czwarta znów antykomunistyczna
Czy inspirowany Tuskiem Kaczyński stał się więc minimalistą zaspokajającym spo­łeczne potrzeby? Czy opuścił Paryż na do­bre? Jeszcze niedawno deklarował wszak pogardę dla takiej polityki („Nie chcę być komiwojażerem, wiecznym załatwiaczem” - mówił). I faktycznie trudno przypusz­czać, aby w chwili długo wyczekiwanego triumfu dobrowolnie zrzekł się nie tyl­ko premierowskich godności, lecz także osobistych ambicji pozostawienia po so­bie czegoś trwałego. Wygląda więc na to, że od drobnych usług świadczonych ludo­wi będzie Beata Szydło, ale już przecho­dzenie do historii Kaczyński pozostawia sobie. Techniczny rząd co najwyżej ma zapewnić społeczne poparcie dla głębo­kiej zmiany.
Pod koniec lat 70. Leszek Moczulski ogłosił słynny manifest „Rewolucja bez rewolucji”. Wychodząc poza dominują­cy w ówczesnej opozycji reformistyczny horyzont, sformułował wizję odzyskania pełnej niepodległości poprzez konsekwen­tny, lecz wyrzekający się przemocy nacisk na komunistów. Rewolucja bez rewolucji - czyli traktowana jako cel, lecz uciekają­ca od rewolucyjnych metod - zapewne jest teraz planem Kaczyńskiego.
Czyli rewolucja rezygnująca z tarana. Wy­rzekająca się dróg na skróty oraz zuchwa­łych haseł zerwania z liberalną demokracją. Realizowana w długim marszu, cierpliwa i precyzyjnie dawkowana. Wymierzona nie przeciwko całemu systemowi (to pole zosta­nie oddane Kukizowi), lecz stopniowo po­konująca polityczne przeszkody.
Czyli, w pierwszej kolejności, zapewne osłabiająca nieprzychylne media, które tak uwierają prezesa. Lecz czy poważy się na frontalne starcie? W mediach publicznych nieraz już sugerował nie czystkę, a przy­wrócenie równowagi: jeden kanał TVP dla władzy, drugi dla opozycji. Podział cynicz­ny, lecz stanowiący niezłą polisę na wypa­dek utraty władzy w przyszłości.
Co więcej, jeszcze w 2008 r. Kaczyński przyznał, że także frontalne starcie z mediami prywatnymi w epoce IV RP było błędem. Zapytany, jak lepiej sobie z nimi poradzić, odparł: „To byłby proces podob­ny do upadku przedsiębiorstw powołanych w oparciu o dawne komunistyczne centra­le handlu zagranicznego. Wystarczyło, że (...) przestano je zasilać z budżetu i one zaczęły usychać”. Co zapowiada przekierowanie budżetów reklamowych publicz­nych spółek.
Nie należy się też pewnie spodziewać ryzykownych politycznie wojen z innymi grupami niecieszącymi się uznaniem pre­zesa - korporacją sędziowską, adwokaturą, kadrą akademicką. Ani nazbyt łapczywe­go pożerania koalicyjnych przystawek, na­rażających na szwank większość w Sejmie. Agresywny i nacjonalistyczny orbanizm, prowadzący do międzynarodowej izola­cji, też zapewne Polsce nie grozi. Nawet kwestia smoleńska - kluczowa od stro­ny tożsamościowej - ma być wtłoczona w państwowy gorset. A więc nie typowe dla myślenia z 2005 roku speckomisje i nad­zwyczajne trybunały, a po prostu nowe śledztwo i zwrócenie się o międzynarodo­we wsparcie do sojuszników.
Lecz to samoograniczenie ma jedynie tworzyć pozory opuszczenia Paryża. Cel nadrzędny się nie zmienił. Jest nim nadal IV RP, a chodzi o to, aby niezbędnego do jej wprowadzenia potencjału politycznego nie roztrwaniać w doraźnych konfliktach. „Tylko zmiana konstytucyjna oznacza au­tentyczną przebudowę państwa” - stwier­dził Kaczyński w wywiadzie sprzed dwóch lat, zapowiadając inwokację „W imię Boga wszechmogącego”, jednolity ośrodek wła­dzy (zamiast dwuwładzy premier - pre­zydent), wyższość prawa krajowego nad europejskim, twardą ochronę tradycyjnej wizji rodziny.
A wszystko w imię ideologicznej racji, która od lat pozostaje niezmienna: „Obec­na konstytucja jest naprawdę niedobra. Spetryfikowała ona czysty postkomunizm. Przecież polski aparat państwowy nie zo­stał zbudowany od nowa, jest mutacją aparatu komunistycznego”.
Tak więc - ciszej jedziesz, dalej zajedziesz. Wprost do IV RP. Tylko czy wygłodniałe i żądne zemsty zaplecze polityczno-medialne wytrwa w taktycznym umiarkowaniu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz