PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 23 lipca 2015

Pociągi pod specjalnym nadzorem



Pralki, maszyny do pisania, płaszcze dziecięce... Wszystkie te trudno dostępne w PRL dobra można było dostać w okolicach Rejowa. Właśnie tam, gdzie zwalniały pociągi towarowe jadące do ZSRR.

Helena Kowalik

Pierwszego listopada 1972 r. na cmentarzu w Skarżysku-Ka­miennej przy co drugim grobie stała kobieta w jesionce w dużą czarno-białą kratę. Towarzyszą­cy im mężczyźni mieli tyrolskie kapelusze. Nazajutrz po Wszystkich Świętych Zofia Sa­nocka, emerytowana nauczycielka, napisała list do Prokuratury Generalnej w Warszawie: „Informuję, że w moim Rejowie [dzielnica Skarżyska - HK] mało kto kupuje w sklepie, tylko od tych, co okradają towarowe pociągi. W końcu października złodzieje wyrzucili z wagonów płaszcze Mody Polskiej, bardzo eleganckie, paser sprzedawał po 200 zł. Zgłaszałam naszej milicji, że wystarczy iść we Wszystkich Świętych na cmentarz i po­pytać, skąd tyle takich samych okryć w kratę. Niestety, posterunkowy nic nie zrobił, bo jest w zmowie ze złodziejami; jego córka też ma nowy płaszcz w kratę. Proszę o poważne potraktowanie mego listu, bo tutejsza milicja z racji tego, że od dawna powiadamiam or­gany ścigania o złodziejstwie, uważa mnie za stukniętą”.

Kilka tygodni później pani Sanocka wy­słała do prokuratury anonim, jaki przyniosła jej poczta. Ktoś napisał kulfonami: „Czekaj, k..., skończysz pod kołami pociągu, a będzie to wyglądało na nieszczęśliwy wypadek. Ale najpierw lutniemy cię w lipo jak Zawadową, aż się nakryjesz nogami”. Rozalia Zawada mieszkała w pobliżu meliny niejakiej Kozaczkowej, u której zbierali się kolejowi „skoczkowie”, jak potocznie nazywano w Rejowie tych, którzy rabowali pociągi. Gdy wracała z popołudniowej zmiany w fa­bryce, została mocno poturbowana przez nieznanych osobników, bo poprzedniego dnia w złości powiedziała szefowi ferajny Feliksowi Borce, że się dorobił na złodziejstwie.
Stara, biedna nauczycielka pozostała nie­ugięta. Nie wycofała skargi do prokuratury nawet wtedy, gdy skumplony z hersztem „skoczków” sąsiad otruł jej psa. Co kilka tygodni prokurator otrzymywał listę deficy­towych artykułów, które można było za pół ceny kupić na czarnym rynku w Skarżysku - -Kamiennej. Sugerowała, aby sprawdzić, jakie towary ostatnio zginęły z jadących na wschód pociągów towarowych, i wyciągnąć z tego wnioski.
Ponaglana przez zwierzchnie władze milicja zaczęła spisywać raporty. Zaginął transport czajników z gwizdkiem, pojawiły się w co drugim domu na Rejowie. To samo z szampanem, jelitami do robienia wędlin, płynem owadobójczym, szufelkami do śmieci. Zapuszczona melina – matecznik „skoczków” - została nagle wyposażona w eleganckie rzeźbione drewniane krzesła (ciemny orzech), których 50 sztuk wyparo­wało z wagonu tydzień wcześniej, gdy pociąg stał pod semaforem.
Aby znaleźć dowody kradzieży, funk­cjonariusze nie musieli nawet zaglądać do mieszkań. W lesie otaczającym kolejowe tory tuż przed Skarżyskiem leżało kilkadziesiąt nowych, ale poobijanych z emalii garnków. Uszkodziły się w czasie wyrzucania ładunku z pociągu, więc je zostawiono. Milicjan­tom zdarzyło się natknąć na opróżnioną do połowy beczkę z kiszonymi ogórkami. Do obręczy miała starannie przyklejony list przewozowy. Zawartością musiało się raczyć spore towarzystwo, sądząc po licznie rozrzuconych pustych butelkach po wódce i szczególnej dekoracji gałęzi sosen. Wisiało na nich, dla zgrywy, kilkadziesiąt lepów na muchy ukradzionych z pociągu i uznanych za niepotrzebne.

REMANENT NA STACJI
Od Kielc składy towarowe jadące w kierunku Skarżyska przecinały obrzeża Puszczy Świę­tokrzyskiej, a pociągi zwalniały nie tylko z uwagi na przebiegającą zwierzynę; również dlatego że musiały pokonać wzniesienia. Za kolejnym, już w okolicy Rejowa, stał semafor. Wystarczyło go opuścić i pociąg się zatrzymywał. Na to czekali „skoczkowie”
Gdy skład dojeżdżał do stacji Skar­żysko-Kamienna, funkcjonariuszom Komendy Kolejowej MO pozostawało jedynie stwierdzenie przybycia wagonów z usterkami ładunku. Następuje rutynowe sprawdzanie przesyłek, spisanie protokołu, niedbałe śledztwo zakończone konstatacją o niemożności wykrycia sprawców. Jeszcze wnioski: wzmocnienie kontroli na szlaku i na stacji.
Nie byłoby łupów, gdyby nie pomoc pracowników kolei. Podczas wymuszonego przez prawomyślną nauczycielkę śledztwa ustalono, że „skoczkowie” wchodzący do wagonów jeszcze przed Rejowem najpierw oceniali towary. Jeśli ich wartość wydawała im się atrakcyjna, zatrzymywali w odpo­wiednim miejscu pociąg hamulcem, bo nie warto ryzykować skoku. Zazwyczaj działo się to w okolicy stacji rozrządowej, w której akurat pełnił służbę Stanisław Anik.
Kolejarz nie chwytał za telefon, by po­informować Skarżysko o nieplanowanym zatrzymaniu się pociągu. On ucinał sobie pogawędkę z wychylającymi się z wagonu znajomymi „skoczkami”. Znał ich dobrze, mówił im po imieniu. Spokojnie patrzył, gdy rabusie wynosili z wagonu w pobliskie krzaki lodówki Polar 160. Wieczorem dostawał za życzliwość jak zwykle 100 zł i coś do przepłukania gardła. Gdy doszło do przesłuchania, początkowo wszystkiego się wypierał, ale słysząc, że jako już karany za kradzież dostanie surowy wyrok, wyśpie­wał wszystko. Okazało się, że w ostatnim miesiącu przed aresztowaniem przymykał oko na wyniesienie z wagonów: 10 wersalek, 200 sztuk płytek eternitowych, ładunku papy, smoły, kilkudziesięciu worków grochu, pszenicy oraz cementu.
Śledczy poradzili mu, aby dla własnego dobra sięgnął pamięcią głębiej. Anik po kolejnej nocy na aresztanckiej pryczy poprosił o kartkę i ołówek. Skrupulatnie wyliczył zdobyczne towary, zastrzegając się, że za dyżury kolegów na stacji rozrządowej on nie odpowiada.
Jego bilans: wieczór sylwestrowy 1972. Marek i Waldek wynieśli z wagonu 100 kg cukru. On był na tym stratny, bo schowany w lesie worek ktoś w nocy zabrał i „skocz­kowie” nie postawili nawet pół litra.
Marzec 1973. Waldek, Marek i Witold wytoczyli z wagonu trzy beczki z piwem o wartości 4,5 tys. zł. Następnego dnia Waldek z Marianem wynieśli z wagonu dwa transportery wódki wycenione w liście przewozowym na 5,4 tys. zł. Część butelek potłukła się podczas transportu samo­chodem warszawa, który wpadł w głęboką dziurę na polnej drodze.
W maju Stanisław Anik trzymał opuszczony semafor, póki banda Borka nie wyniosła 100 toreb damskich i 30 walizek ze skóry. W czerwcu ci sami złodzieje wy­rzucili 33 płaszcze dziewczęce, 260 zamków błyskawicznych, 50 piłek do gry, szlifierkę elektryczną, komplet śrubokrętów i 92 wier­tła. W lipcu wanienki kąpielowe, kotły do bielizny oraz garnki emaliowane.
Towary głównie kupili mieszkańcy Skarżyska, ale to, co zostało, nabył kie­rownik państwowego sklepu z artykułami gospodarstwa domowego. Deficytowy towar sprzedawał potem spod lady.

ŚMIERTELNE PORACHUNKI:
Po ośmiu miesiącach gromadzenia materiału dowodowego 24 „skoczków” oskarżonych o ponad 500 rabunków towarów o wartości 2 mln zł trafia do aresztu. Śledztwo nadal się rozszerza; uczciwi, ale milczący dotychczas mieszkańcy Rejowa podczas przesłuchania w prokuraturze śmielej odsłaniają mroczne tajemnice swojej dzielnicy.
Przede wszystkim - jak to było ze śmiercią 23-letniego Zygmunta Gali, który według oficjalnej wersji przed dwoma laty zginął, bo pijany wszedł pod koła pędzącego pociągu. Tak ustaliła milicja, ale ludzie co innego szeptali między sobą. Galę znaleziono na torowisku z obciętymi palcami u ręki i dziurami w głowie. - Jakby go uderzył pociąg, nie byłoby co zbierać - twierdziła jego siostra.
Zygmunt Gala był starym, samotnym kawalerem, jego rodzice już nie żyli, tylko siostra bardzo rozpaczała na pogrzebie. Chciała się rzucić do grobu, krzyczała, że nie daruje mordercom. Potem była u dziel­nicowego i na komendzie, ale oficer dyżurny po wysłuchaniu lamentu powiedział:
- My już mamy wszystko ustalone, idźta, kobieto, do domu, widzę, że słabo wam na głowę.
I oto w związku z dochodzeniem w sprawie okradania pociągów wychodzą na jaw nowe okoliczności śmierci Zygmunta Gali. Okazuje się, że był w bandzie Borka, włamywał się do wagonów, ale kumple go oszukiwali. Kiedyś im to wygarnął, gdy nocą pili wspólnie w melinie Kozaczkowej. I to go zgubiło.
Dopiero co obrabowali pociąg, zdobyli kilka paczek z piżamami. Na zapleczu knajpy dzielili towar i Gala kolejny raz poczuł się pokrzywdzony. Postraszył, że jeśli nie dosta­nie swojej doli, sypnie ich milicji. Dostał od Borka w szczękę, polała się krew, meliniarka wyrzuciła towarzystwo na podwórko. Wy­szło trzech, wróciło dwóch, bez Zygmunta.
Nazajutrz emerytowana nauczycielka dowiedziała się od swego byłego ucznia maszynisty kolejowego, co się zdarzyło w nocy. Właśnie szedł z restauracji Kosmos do swego kolegi, bo czuł się niedopity. Było ciemno, ale koło przejazdu kolejowego zobaczył dwóch mężczyzn, którzy wlekli trzeciego w stronę torów. Zdziwiło go, że ten ciągnięty po chodniku był jak worek kartofli. Zupełnie bezwładny. Bliżej się im nie przyglądał, strach go zdjął. Kiedy po północy wracał do domu od kumpla, na torach była już kolejowa milicja, ostro świeciły reflektory w radiowozie. Podszedł do milicjanta - chciał zeznać, że widział morderców Zygmunta Gali, ale tamten go przegonił jako pijanego. Maszynista nie dał jednak za wygraną, zapukał w okno domu swego sąsiada, który miał telefon. Chciał się poskarżyć w komendzie na funkcjonariusza kolejowego. Ale sąsiad nie wpuścił go, tłu­macząc, że środek nocy, rano sam zadzwoni na posterunek. I tak zrobił. Dyżurny oficer spisał dane, zapowiedział, że maszynista wkrótce będzie wezwany na przesłuchanie. Nigdy do tego nie doszło.
Śledztwo dotyczące śmierci Zygmunta Gali zostało wyodrębnione do osobnego prowadzenia. Po roku je umorzono z powodu zatarcia wszelkich śladów prowadzących do wyjaśnienia, dlaczego mężczyzna znalazł się na torach.

KOLEJ JEST UBEZPIECZONA
Gdy akta w sprawie Gali leżą odłożone na górną półkę, kieleccy śledczy skupiają się na bandzie Feliksa Borka. Starszy wiekiem, z zawodu ślusarz, ma posłuch wśród mło­dzieży zwerbowanej do okradania wagonów. Ponieważ potrzebuje chłopaków spraw­dzonych, z refleksem (sam już nie ryzykuje wyskakiwania z pociągu w biegu), pilnuje swojej bandy jak własnych dzieci. Na tych, którzy chcą odejść, ma sposoby: szantaż, kuszenie pieniędzmi.
Do akt trafia zeznanie rodziców 20-letniego Ryszarda, którzy raz po raz usiłowali wyciągnąć go ze złodziejskiej ferajny. Za­łatwili mu robotę w skarżyskich Zakładach Metalowych - porzucił ją po tygodniu. Wysłali do kopalni, wytrzymał tam do najbliższego urlopu. Wypoczywając w domu, zaszedł do meliny Kozaczkowej, gdzie akurat Borek pił z kumplami. Chłopak dał się na­mówić na jeden skok. Akurat trafił się wagon załadowany maszynami elektrycznymi do pisania - towarem luksusowym, paser już czekał na odbiór. Rysiek w ciągu jednej nocy zarobił 35 tys. zł (ówczesna średnia pensja wynosiła 2,5 tys. zł). Na Śląsk już nie wrócił.
O ile wskakiwanie do pociągu w biegu (bo nie zawsze stoją pod semaforem) było zarezerwowane dla młokosów, to pozostałą robotą, jak np. noszeniem ukradzionego towaru i chowaniem go w leśnych kryjów­kach, zajmowali się z woli herszta starsi mężczyźni chcący dorobić do emerytury. W tej grupie znalazł się były partyzant, legendarny dowódca oddziału AK. Zszedł na psy przez alkohol. Podobnie jak jego kumpel, też dorabiający złodziejstwem, były radny i sekretarz partyjny. „Wagonowe” śledztwo odsłoniło wiele takich wstydliwych kart ze światka miejscowych notabli.
Prokuratora bardziej jednak od towarzy­skich skandali interesują kontakty złodziei z kolejarzami, zwłaszcza Służbą Ochrony Kolei. Jest wiele dowodów, że funkcjona­riusze pozostają w dużej zażyłości z bandą Borka.
Oto przykłady: dwaj sokiści łapią na gorącym uczynku złodziei węgla. Sprawcy się zapierają, twierdzą, że opał nie pochodzi z zatrzymanego pod semaforem pociągu, dyskusja trwa. Na „wyjaśnieniach” mijają trzy godziny. W tym czasie jeden ze złodziei ucieka, drugi zabiera wóz z węglem. Nie ma dowodu, funkcjonariusze rezygnują z powia­domienia o kradzieży swych przełożonych. SOK pogrążają też statystyki - w latach 1969-1973 te służby ujawniły na terenie Skarżyska 12 czynów przestępczych, podczas gdy Komenda Kolejowa Milicji 823.
Inne zdarzenie: do stacji dochodzi to­warowy skład. Maszynista dostrzega, że na trasie jeden z wagonów został uszkodzony, ma nie tylko zerwaną plombę, ale i dziurę w drzwiach. Po spisaniu protokołu przez SOK maszynista, już rozluźniony, wyciąga przez otwór butelkę wódki.
Wiele też daje do myślenia czas odprawy na stacji Skarżysko-Kamienna. Wagon z cementem jest wysyłany w dalszą drogę w ciągu pół godziny, a z alkoholem czeka na raport zdawczo-odbiorczy trzy dni. Cały Rej ów wie o łakomym ładunku.
Władze kolejowe tłumaczą się trudno­ściami kadrowymi. Drogi żelazne obsługują głównie chłoporobotnicy; nie dość, że nie mają kwalifikacji, to ich ręce grabią do siebie. Bo na własnym gospodarstwie wszystko, co państwowe, może się przydać.
Prokurator dochodzi do wniosku, że podobny stosunek do państwowego mają władze kolei. Z doświadczenie wie, że gdy zdarzają się kradzieże w zakładach pracy, kierownictwo interesuje się przebiegiem śledztwa, często wręcz drży przed zarzu­tem z paragrafu o niegospodarności. Gdy trzeba prowadzić dochodzenie w sprawie splądrowanego na trasie wagonu, nikt do prokuratury nie chodzi. PKP są ubezpie­czone, za szkody zapłaci Skarb Państwa.

NA WOLNOŚCI
Na mocy amnestii z 1974 r. ci, którzy przy­znali się do winy, mają ją odpuszczoną. Powrót niedoszłych skazanych w domowe pielesze zostaje przyjęty przez większość mieszkańców Skarżyska-Kamiennej z ulgą. Martwili się, że będą problemy z zaopatrze­niem w węgiel na zimę.
Prokurator jest niepocieszony. Dobrze wie, że większość mieszkańców korzystała z usług złodziei. Była szansa, aby z kilkuset przesłuchanych świadków co najmniej kilkudziesięciu posadzić. No, ale amnestia...
Z kolei emerytowana nauczycielka, od której zaczęło się dochodzenie, wyznaje reporterowi miejscowej gazety Stanisławowi Ramsowi na pożegnanie:
- Wypuścili ich? To przyjedź pan na mój pogrzeb.

NAZWISKA BOHATERÓW ZOSTAŁY ZMIENIONE.

W prasowych relacjach z procesu kolejowych rabusiów nigdzie nie pojawia się informacja, dokąd wyładowane wszelkimi dobra­mi pociągi jechały. Prawdopodobnie autorom zdarzy­ło się to, co mnie, wówczas młodej reporterce „Życia Warszawy”. Cenzura starannie wykreśliła mi słówko „wschód”, nie wspominając już o granicznej stacji przeładunkowej Ma­łaszewicze. Wcześ­niej nie ujawniał też trasy pociągów prokurator. Nato­miast zależało mu, aby dziennikarze zaakcentowali, że w Rejowie tradycja okradania pociągów wzięła się jeszcze z czasów okupacji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz