PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 22 października 2015

Kaczyński: Tak – Nie



Każdy wyborca, oddając swój głos 25 października, odpowie w istocie na jedno zasadnicze pytanie: czy chce, by Polską przez cztery lata niepodzielnie rządził Jarosław Kaczyński. Tak czy nie?

Nie ulega wątpliwości, że Prawem i Sprawiedliwością na swoich wyłącznie prawach kieruje jego prezes. Także swoimi nominatami na różne urzędy i funkcje, nie wyłą­czając urzędującego prezydenta i kandy­datki na premiera. O roli Kaczyńskiego świadczy choćby niedawny obrazek, jak Krystyna Pawłowicz wręcz błaga prezesa, aby powiedział o niej jako kandydatce cie­płe słowo, a po spełnieniu prośby niemal całuje go po rękach. Prezydent Duda zaś w telewizyjnym wywiadzie bronił jak lew znanej wypowiedzi Kaczyńskiego o cho­robach przenoszonych przez uchodźców. Dochodzą do tego wiernopoddańcze sy­gnały z biznesu, mediów, szkół wyższych, urzędów, samorządów. Jeśli już teraz ko­niunkturalizm jest tak silny, to można sobie wyobrazić, co stanie się po zwycięstwie PiS.
  Przekazanie władzy PiS będzie więc oddaniem jej w jedne ręce - Jarosława Kaczyńskiego. To człowiek, który zawsze chciał ułożyć rzeczywistość według swo­ich osobistych planów. Stopień spersonalizowania, wręcz prywatności, koncepcji Kaczyńskiego nie da się chyba z niczym w polskiej, ale też europejskiej polityce porównać. Dlatego zbliżające się wybory nie są momentem w zwykłym politycznym cyklu, w którym rządzących podmienia opozycja - choć takie wrażenie próbuje wytworzyć od wielu miesięcy samo PiS. (Jak pokazują sondaże, z powodzeniem).
  Umożliwienie Kaczyńskiemu dojścia do pełni władzy jest zmianą znacznie dalej idącą, bo odchodzącą od przewidywalne­go modelu liberalnej demokracji na rzecz idei czy obsesji jednego tylko człowieka. Jest oddaniem państwa w ręce tylko po­zornie znane, ale w istocie całkiem nowe, ponieważ nigdy jeszcze formacja w ro­dzaju PiS, narodowo-katolicko-postendecka, z tak specyficznym przywódcą, nie zdobyła w Polsce pełni rządów. Dopiero teraz miałoby się okazać, co tajemniczy i nieprzenikniony Kaczyński ma naprawdę w ideologicznym zanadrzu i jak zamierza wprowadzić w życie swoje koncepcje.

Właśnie z powodu cech osobowo­ści Kaczyńskiego, i osobliwości jego świata, PiS nieporównanie bardziej różni się od wszystkich pozostałych partii niż one same między sobą. To inny gatunek, twór wyjątkowy, mający jedynie formalne cechy ugrupowania politycznego. Stąd pojęcie „nie-PiS” nie jest tylko kampanijną figu­rą, ale ma głęboki, trwały sens. Ogląd rze­czywistości szefa PiS, rozciągnięty na jego partię, a oczyszczony z bieżących, nie­istotnych w sumie naleciałości i wybor­czego zgiełku, zawiera kilka zasadniczych, niezmiennych punktów, które wpływają na polską politykę daleko mocniej niż formalne programy i deklaracje tej partii.

Pochwała nieufności. To, po pierwsze, daleko idąca podejrzliwość wyrastająca z przekonania, że ludzie, zwłaszcza nie­właściwie nadzorowani, są raczej źli, nie­moralni, winni oraz że zło i zdrada mogą wynikać z różnych nieodkrytych powią­zań, niejasnych biografii, wstydliwych tajemnic. PiS jest jedynym polskim ugru­powaniem, które daje do zrozumienia, że dzieci odpowiadają za winy rodziców i są nimi naznaczone. Dlatego tak ważne, aby państwem rządzili „właściwi ludzie”, a demokracja powinna umożliwić im dojście do władzy. Jeśli nie umożliwia, nie jest prawdziwą demokracją.
Z tego powodu absolutnie kluczowe są dwa organy sprawdzające ludzi: CBA bada ich teraźniejszość, a IPN przeszłość. Ponadto szkoła pod rządami właściwych ludzi wychowuje, Kościół zaś nadzoruje moralność. Dopiero w pięciokącie: CBA  (z właściwym kierownictwem) - IPN (z dodatkowymi kompetencjami) - Ko­ściół (zaprzyjaźniony, ale i zdominowany) - szkoła (wraz z zapowiadanym Instytu­tem Wychowania) - prokuratura (kierowa­na znowu przez ministra), obywatel może zyskać pożądany ideowy kręgosłup.

Niewidzialna prawda. To, co widać, jest tylko złudzeniem dla naiwnych, a realność rozgrywa się za kulisami, w tajnych gabi­netach. Tam są podejmowane decyzje i tam rozgrywają się, na przykład, akcje czynienia narodowi krzywdy przez obcych lub swoich. Słynne jest stwierdzenie Ka­czyńskiego, że „jeśli to prawda, to wszyst­kie dowody zostały zniszczone” - to bodaj kwintesencja jego politycznej wizji, praw­dziwe credo. Im bardziej istnienia niewi­dzialnego świata nie daje się udowodnić, tym bardziej jest on prawdziwy. W tezie o ukrytych machinacjach zawiera się zara­zem całe zwątpienie w demokrację, bo ja­kie może mieć ona znaczenie, skoro i tak główne rozstrzygnięcia zapadają poza jej procedurami. W domyśle: tylko zatem myślenie kategoriami spisku (Smoleńsk) pozwalana jego zdemaskowanie, na włą­czenie się w walkę z ciemnymi realnymi siłami. A kluczem do niewidzialnego świa­ta jest niewymagająca dowodów insynua­cja, żelazny instrument w arsenale PiS.

Uczciwa krzywda. Uczciwy człowiek to ten, który nie bierze łapówek - co oczy­wiste, ale przede wszystkim ten, który do­znaje krzywdy. Prawdziwi bohaterowie żyją w niezasłużonej biedzie, a bogaci są potencjalnie winni. „Jeśli ktoś ma pie­niądze, to skądś je ma” - to kolejna ge­nialna w swojej prostocie fraza Jarosława Kaczyńskiego (w aktualnej wersji, już z tej kampanii: „Chcielibyśmy mieć nowych Gatesów. Ale mamy ogromne zastrze­żenia dla tego mechanizmu, który ludzi zupełnie innych w tej chwili promuje”). PiS zawsze przyciągało skrzywdzonych, czy też przekonanych o swej krzywdzie, na rozmaitych polach: przez sądy, urzę­dy, rodzinę czy choćby w wyniku odebra­nia programu w telewizji. Obiecywał im zadośćuczynienie, coś, co Ludwik Dorn nazwał kiedyś trafnie „redystrybucją pre­stiżu". Jak napisał niedawno anonimowy internauta, zresztą na jednym z prawi­cowych portali: „PiS ma o tyle prosto, że u nas w Polsce, aby uzyskać uznanie większości, nie trzeba poprawiać życia ludziom mającym nieudane życie, wystar­czy pogorszyć je tym, którzy mają udane ”.

Obcy i tutejsi. Kaczyński trafia w czuły punkt tradycyjnej obyczajowości, gdzie obcość (etniczna, kulturowa, religijna) przeciwstawiana jest pozytywnie nace­chowanej „tutejszości”, zasiedziałości, swojskości. To stąd każdy może czerpać dumę i godność, których mu brakuje w co­dziennym życiu. Wspólnota musi więc się bronić przed zagrożeniem tożsamości, przed wewnętrznymi wrogami albo ludź­mi o nieustalonych intencjach. Nie ma miejsca na szarą, niedodefiniowaną strefę dowolności, na osobność, na nieuczestniczenie. „Są tacy, którzy... ” - ulubiona fraza Kaczyńskiego streszcza pojęcie „obcego”. Oczywiście można próbować się wyłączyć ze wspólnoty, ale nierozsądne byłoby wte­dy liczyć na te same względy, jakie mają ci, którzy się w nią z entuzjazmem włączyli.
  Na prawicowych forach drużyna PiS daje właśnie ostatnie ostrzeżenia i „ostatnie szanse”. Potem już będzie za późno, za­cznie się rozliczanie. „Rozliczanie” to ko­lejne słowo klucz w tym specyficznym ję­zyku PiS, podobnie jak „krąg podejrzeń” - to na pozór pojęcia prawnicze, ale w rze­czywistości stricte polityczne, służą nie tyle formalnemu oskarżaniu („nie ma dowo­dów"), ale piętnowaniu, usuwaniu i wy­kluczaniu. I wymierzaniu sprawiedliwości.

Jedna racja. Kaczyński może najbardziej uosabia podstawowy paradoks polskiej polityki, gdzie filarami demokracji są par­tie, które same mają zasadnicze problemy z demokracją. Gdyby państwo było urzą­dzone strukturalnie na podobieństwo PiS, to byłoby karykaturą swobód obywatel­skich. Tak jak Kaczyński ma zawsze rację w PiS, tak PiS chce mieć zawsze rację w kra­ju. Kiedy ktoś się czuje religijnie obrażony, to niemal zawsze polityk PiS, jeśli oprote­stowana została jakaś impreza, to prawie zawsze przez posła czy radnego PiS. Kiedy niedawno otwierano w Sejmie salę im. Jó­zefa Oleksego, obelżywe komentarze poja­wiły się na prawicowych portalach wspie­rających PiS. Partia Kaczyńskiego zawsze jest w posiadaniu racji nadrzędnej, bez­kompromisowej, bezlitosnej i nieprzebaczającej. To ugrupowanie raczej starotestamentowe niż ewangeliczne.
  Jeżeli w jakimkolwiek gronie trzech roz­mówców różni się w czymś od czwartego, to tym czwartym jest najpewniej ktoś z PiS. Dogada się lewica, prawica, centrum, ludo­wcy, liberałowie i konserwatyści, na coś się zgodzą, coś ustalą, ale PiS nigdy. Kaczyński zaszczepił w swoich ludziach poczucie wy­jątkowości i moralnej przewagi. Mają się nie zgadzać, nie iść na żadne kompromisy (poza tymi ustalonymi ze względów tak­tycznych), mają protestować i się odcinać.
  Kiedy współczesne demokracje idą w kierunku coraz większej negocjowalności, dzielenia się władzą, szukania kompromisu, odstępowania, odpuszcza­nia, Kaczyński i PiS zmierzają dokładnie w przeciwnym kierunku. Wszystkie insty­tucje, które utrzymują pewną niezależ­ność, są albo deprecjonowane, jak Trybu­nał Konstytucyjny w latach 2005-07, albo obchodzone, co ma się stać z KRRiT pod przyszłymi rządami PiS, kiedy to media publiczne mają zostać wyłączone spod jej kontroli. W tej filozofii jeśli można coś zro­bić, to należy to zrobić. Nie ma żadnego hamulca ani samoograniczenia. Nie może być, skoro decydent ma jedyną rację - on w takiej sytuacji ma wręcz obowiązek do­chodzić swojego wszystkimi sposobami.

Bezwzględny prymat celu. Długotrwa­ły rozwój liberalnych demokracji polegał także na zrównywaniu wagi celu i metod jego osiągania. Przekładając to na bliższe realia - trzeba ścigać korupcję, ale tak, żeby sposób tego ścigania nie był gorszy od sa­mej korupcji. Należy lustrować, ale tak, by cierpienia niewinnych nie przekroczy­ły zysków wynikających ze wskazania win­nych. Można walczyć z aborcją, ale zważa­jąc, aby władza nad rozrodczością kobiet nie prowadziła do nieszczęść gorszych niż sama aborcja. Kaczyński z PiS zanegowali tę zasadę. Wskazane i wyróżnione przez nich zło należy zwalczać wszelkimi me­todami, resztę wlicza się w koszty. „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą” - było słychać przy głośnych akcjach lustracyjnych i prowokacjach CBA w latach 2006-07. Ktoś ucierpi, może czyjeś życie będzie bez po­wodu złamane, ale ogólny interes wspól­noty, określony przez PiS, jest ważniejszy.
  Nie można ulegać sentymentom, litości, tradycyjnej przyzwoitości, kiedy chodzi o interes narodu (wyznaczony przez PiS). Tę bezwzględność lider PiS zaszczepił nie tylko swojemu ugrupowaniu, ale też medialnej drużynie „niepokornych”. Ja­kiekolwiek zawahanie, momenty ludzkich uczuć, są tam postrzegane jako akty nielo­jalności wobec dziejowej misji. Wszystkie epitety, insynuacje, nietakty są z góry roz­grzeszane jako konieczne do ostatecznego zwycięstwa. Dla pokonania wrogów moż­na odstąpić od zwyczajnej moralności. Obrona politycznej wspólnoty uzasadnia akty nawet największego grubiaństwa.

Zawężenie pola wyboru. Najważniej­szą bodaj cechą liberalnej demokracji było stopniowe poszerzanie pola wyboru w miejsce wcześniejszych przymusów re­ligijnych, ekonomicznych, obyczajowych. Szerszy wybór ma też ten walor, że zwięk­sza poczucie jednostkowej sprawczości i odpowiedzialności, nadaje działaniom etyczne znaczenie, kiedy można sobie wybrać nie tylko sposób życia, zarabiania, miejsce zamieszkania, posiadania dzieci, ale też nawet pleć i formę rodziny.
  Kaczyński i PiS proponują, aby to pań­stwo wskazywało, a nawet wymuszało, właściwe modele, wzorce, zachowania. Widać to dobrze na świeżym przykładzie: PiS domaga się zakazu aborcji z przy­czyn eugenicznych i chce zmusić kobiety do heroizmu wychowywania dzieci z wa­dami genetycznymi. A wspomaga ich w tym matka takiego dziecka, która sama podjęła decyzję o jego urodzeniu bez prawnego przymusu. Ale po zwycięstwie PiS takiej decyzji najpewniej nie będzie już można podjąć na zasadzie wolnego wyboru, bo będzie ona obowiązkowa. Prywatne zwątpienie i możliwość wyboru mają być zastąpione państwową pewno­ścią i ustawowym rozwiązaniem.

Czy istnieje zatem dowód na to, że przez ostatnie osiem lat Kaczyń­ski zmienił się, skoro jego determina­cja po wielu przegranych i upokorzeniach może być tylko większa? Czy istnieją sen­sowne powody, aby Kaczyński nie powró­cił do koncepcji IV RP, skoro nic w progra­mie PiS od lat się nie zmieniło, wciąż jest ten sam projekt konstytucji, a niektóre kwestie PiS stawia wręcz ostrzej niż kie­dyś? Czy ktoś może mu w tym przeszko­dzić, sprzeciwić się, zabronić? Odpowiedź na te pytania brzmi negatywnie. Szef PiS co prawda zapewnia, że opozycja będzie „tolerowana i szanowana”, ale zarazem mocno potwierdził powrót do znaczenia byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego, który - choć skazany wyrokiem sądu za nadużycie władzy - ma znowu czuwać na publiczną uczciwością.
  Nie brakuje opinii, że Jarosław Kaczyń­ski wcale nie jest znowu tak anachroniczny, jak się mogło zdawać, że wyczuwa ducha epoki, chcąc poprowadzić Polskę kursem autorytarnym. I wielu Polaków jest go­towych wejść na tę drogę, dać się popro­wadzić w tych czasach zagrożeń, spadku poczucia bezpieczeństwa i wszechogarniającej niepewności. Bo Jarosław Kaczyński ma swoją odpowiedź na te strachy. Sfor­mułował ją już po kilku latach politykowania, po przejściu przez 1989 r. przy boku Lecha Wałęsy, potem po porzuceniu tegoż i założeniu Porozumienia Centrum, które było partią niby programowo inteligencką i proeuropejską.
  Założenie PiS było nie tylko szukaniem nowej formuły organizacyjnej i wyjściem naprzeciw szansie, która otwierała się wraz z wcześniejszym upadkiem AWS i późniejszym SLD. To była właśnie od­powiedź na kryzys polityczny i szukanie nowego, atrakcyjnego projektu - nowo­czesnego marketingowo, ale świadomie skierowanego ku przeszłości, bazującego na resentymentach, historycznych rosz­czeniach i rozliczeniach. Kaczyński prze­czekał euroentuzjazm, pozwolił opaść nastrojom sprzyjającym globalizacji, szu­kaniu zachodniej tożsamości i odrodził polskie „krzywdy”. Polacy płacą za dużo, dostają za mało, obrywają za nie swoje winy, są obrażani, lekceważeni, dyskry­minowani. Stracili na Unii, NATO ich nie obroni. Świat jest wrogi i nieprzyjemny, zewsząd czyhają zagrożenia, a to, co głu­pio cieszy, powinno martwić. Kaczyński znajduje recepty na problemy, które sam określa. I oczekuje, że inni podzielą jego wizję rzeczywistości, akceptując milcząco instrumenty, jakie zamierza zastosować.
  Dlatego potrzebne jest mu silne, ogarniające wszystkie dziedziny życia, państwo. Jego projekt wyłożył już w lutym 2005 r. 2 w wykładzie wygłoszonym w Fundacji im. Stefana Batorego pt. „O naprawie Rze­czypospolitej”. Tam było wszystko, jasno i klarownie przedstawione, późniejsze wy­wody i wypowiedzi prezesa PiS aż do dzi­siaj są tylko rozwinięciem lub aplikacją wykładu sprzed 10 lat. Już wtedy mówił nawet o polskich „głodnych dzieciach”, co jest także jednym z wątków dzisiej­szej kampanii PiS. Można się co do tego przekonać, wysłuchując przemówień Kaczyńskiego wygłaszanych w kampanij­nej podróży po Polsce. Dominuje w nich tęsknota za sprawczością, za prawdziwą władzą. I to nie za tworzeniem kolejnych ustaw gospodarczych, na których można się pomylić i przegrać, ale za kształtowa­niem nowego - starego Polaka. Kaczyński na władzę czeka w istocie od 25 lat, nie ma powodu, aby zrezygnował choćby z jedne­go pomysłu. Nie ma na to czasu, dlatego teraz to ma być jego czas.

Jarosław Kaczyński czerpie wzo­ry i inspiracje zewsząd, zwłaszcza że obóz narodowy, tak się historycznie złożyło, nie sprawował w Polsce nigdy władzy, a więc nie używał państwa i nie zebrał własnych doświadczeń. Swoje przekonania zatem lider PiS bierze z lek­tur, wiadomo, że zaczytuje się w książkach historycznych, w tym także poświęconych rewolucji bolszewickiej; czerpie ze studio­wania przykładów innych, stąd fascynacja polityką Orbana; zapewne też korzysta z obserwacji uczestniczącej, czyli z PRL, w której żył i studiował. Do tego - studio­wał prawo i to na wybitnym seminarium profesora Stanisława Ehrlicha, gdzie roz­poznawano mechanizmy władzy. Władzy, która właśnie używała państwa dla reali­zacji swoich celów.
  Jeśli zatem ktoś zamierza głosować na Ja­rosława Kaczyńskiego z pełną świadomo­ścią, że decyduje się na zmianę modelu de­mokracji, na inną wizję państwa, historii, kultury, edukacji, roli religii, że powierza wszystko prezesowi PiS, bo pamięta to, co było 10 lat temu i chce tego jeszcze wię­cej, to przynajmniej wiadomo, o co cho­dzi. Dostanie to, czego chce. Ale jeśli ktoś zamierza oddać temu politykowi pełnię władzy z powodu zasiłku na dziecko czy zapowiedzi obniżenia wieku emerytalne­go, to kieruje się przesłankami, o które cho­dzi tu najmniej. Chce szczegółów, dostanie w pakiecie kompletny zamknięty system, którego być może wcale nie chce, i z któ­rego nie będzie mógł wyjść.
  Nadchodzące wybory - chciałoby się powiedzieć: niestety - to znowu plebi­scyt: czy ma rządzić Kaczyński? Odpowie­dzi „trudno powiedzieć” będą zapisane na konto szefa PiS.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz