PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 24 maja 2018

Globalne wybory lokalne



W wyborach samorządowych chodzi o ścieżki rowerowe, żłobki i wodociągi, ale przede wszystkim o krajową politykę. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek. PiS to rozumie, druga strona, jak pokazuje trwająca już nieformalna kampania, na razie słabo.

To będą pierwsze wybory od feralnego dla liberal­no-demokratycznych formacji 2015 r. Przez ten czas PiS przejął państwo niemal w całości, robił, co chciał. Pozostały już tylko samorządy, których partia Kaczyńskiego jeszcze nie ma i w dodatku nie lubi, bo odstają od jej centralistycznej wizji kraju, są według niej siedliskiem „układów i korupcji”. Dlatego mają być podporządkowane władzy, która będzie wreszcie całkowicie jednolita (z trójpodziałem PiS już sobie poradził).
   Jeśli jest jeszcze jakakolwiek niezależna od partii rządzącej po­lityka społeczna, finansowa, kulturalna, zdrowotna, edukacyjna, muzealna, to szukać jej można już tylko w województwach, po­wiatach, większych miastach. Wygrana PiS w jesiennych wyborach oznaczałaby, że już dokładnie cała władza i wszystkie publiczne pieniądze znajdą się w rękach jednego ugrupowania, jednej ideologii, wręcz jednego człowieka. Druga strona nie będzie miała nic. Niezależna przestrzeń publiczna, już dzisiaj nieduża, zniknie.

PiS głosuje na PiS, a reszta się rozgląda. Polityczny wymiar nadchodzących wyborów jest niby jasny. Ale zdaje się słabo docierać do tej „drugiej strony”. Słychać już rutynowe nawo­ływania, aby porzucić polityczne szyldy, zresetować się, „ode­rwać od bieżącej walki”, że trzeba wybierać po prostu „dobrych gospodarzy”, patrzeć na „interesujące pomysły”, „lokalne ini­cjatywy”, a nie przywiązywać się do partyjnych barw. To podej­ście miałoby sens, gdyby dotyczyło w podobnym stopniu obu stron politycznego podziału. To znaczy, gdyby także wyborcy PiS kierowali się zasadą, iż w przypadku tych wyborów nie ma co patrzeć na szyldy, tylko popierać „rozsądnych kandydatów”.
   Ale tak nie jest. Ten samorządowy idealizm dotyczy tylko niePiSu. To tam kandydaci mnożą się z dnia na dzień, każda najmniejsza formacja, ruch miejski, jednocelowa inicjatywa, niemal towarzyskie koła, wystawiają i będą wystawiać swoich kandydatów, z niedużymi szansami na wybór, a niemal zawsze bez szans na realny udział w lokalnych rządach. Wyborcy PiS zagłosują na PiS, a wyborcy niepisowi - na te tysiące komitetów, ruchów, platform, na „zdrowe wody”, „miasta bez spalin” i „wol­ności dla rowerów”. Znowu wyborcy PiS będą się zachowywać jak zawodowcy, a ich przeciwnicy jak amatorzy - oczywiście przekonani o swojej ustrojowej wyższości.
   Bez trudu można przewidzieć tłumaczenie takiej postawy, bo już się wielokrotnie pojawiało: nie można dać się szanta­żować, trzeba wybierać sercem, stawiać na zaangażowanych ludzi z dzielnicy, na tych, którym o coś chodzi, chcących być z dala od bieżącej polityki itp. Bo to właśnie jest demokratyczna postawa. Tyle że dla wyborców PiS ci społecznicy, wartościowi kandydaci z osiedla - tak się dziwnie złoży - będą akurat z PiS. Wiele wskazuje na to, że znowu obie strony, jak w 2015 r., będą grały winne gry. NiePiS będzie uprawiał teoretyczną demokra­cję, a PiS będzie walczył o prawdziwą władzę, aby tę demokrację w dalszym ciągu ograniczać i wrogów pogonić. Dla PiS wybory samorządowe będą kolejną polityczną batalią, którą trzeba wy­grać, a dla ich przeciwników - „wyborami o odmiennej specyfi­ce”, „prawdziwą demokracją” oraz „obywatelskim spełnieniem”.

Lokalny spryt, globalne cele. Kandydaci PiS oczywiście przyj­mą zewnętrzne reguły tej lokalnej rozgrywki. Już wyraźnie dostali od władz ugrupowania swoistą dyspensę i mogą w pewnych przy­padkach odstępować od „centralnego” programu. Patryk laki rezo­lutnie mówi o dopuszczalnej paradzie równości, o in vitro, o tym, że lotnisko w Warszawie może by się jeszcze przez jakiś czas przy­dało, oczywiście także o żłobkach, parkingach i mostach. Ostro też ruszył w Gdańsku Kacper Płażyński, który chce teraz zaznaczyć swoją tożsamość samorządowca i szczegółowe poglądy na temat lokalności. Krótko mówiąc, będą udawać zatroskanych prowin­cjonalnych działaczy, którzy nie mają nic wspólnego z brzydką ogólnopolską polityką. Wszystko to są instrumenty do odbicia samorządów, do przejęcia kolejnych setek instytucji, placówek, muzeów teatrów, spółek, posad, finansowych zasobów. I w użyciu tych instrumentów kandydaci PiS są o niebo zręczniejsi od swoich rywali, ponieważ lepiej rozumieją reguły politycznej gry. Stosują te same chwyty, które przyniosły im zwycięstwo w 2015 r.
   Jeden przykład. Kiedy kandydat PO Rafał Trzaskowski mówi o ograniczaniu dostępu samochodów do centrum Warszawy i zapowiada zamykanie stołecznych placów, Patryk Jaki opowiada o tym, że zbuduje nowe parkingi, aby te samochody mogły wje­chać. Może cywilizacyjnie i zdrowotnie Trzaskowski ma rację, jest bardziej trendy, ale Jaki wie, że ludzie w większości chcą jeździć samochodami tam, gdzie im się podoba, a ekologią się mało przej­mują. Widać tu analogię - chodzi o sam mechanizm - ze sprawą uchodźców, która walnie przyczyniła się do ostatniego wyborcze­go zwycięstwa PiS. Ci, którzy szlachetnie pochylali się nad dolą imigrantów, przegrali, a ci, którzy lepiej wyczuli realne poglądy Polaków na tę kwestię - odnieśli sukces i reszcie obywateli urządzają Polskę. Jeśli Trzaskowski nie stanie się realistą, tyle że demo­kratycznym, czeka go w Warszawie porażka.
   PiS wciąż wygrywa tym, że jest sprytniejszy, bliższy rzeczy­wistości, lepiej wyczuwa nie to, jak powinno być, ale jak jest bo wbrew pozorom to jest właśnie partia, która najbardziej chce, „żeby było, jak było”. Swoją rolę odegrają również obiet­nice, które mają być sfinansowane z budżetów miast, powiatów czy województw, ale tylko wówczas, kiedy wyborcy zdecydują, że PiS będzie miał marszałka, prezydenta czy większość w ra­dzie. Rząd może zawsze zlecić samorządom nowe cele i je doto­wać, a rząd jest z PiS. Opozycja nie ma takich możliwości.
   PiS może, poprzez rząd i nowe regulacje prawne, coś samo­rządom dodać, sypnąć groszem, ale jest też w stanie im bardzo zaszkodzić, utrudnić lub nawet uniemożliwić działanie. Już raz starał się dobrać do nich, ale przeszkodziło mu weto prezydenta do ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych. Ta groźba wisi wciąż w powietrzu, zwłaszcza gdy okaże się, że wyniki wy­borów nie będą dla Kaczyńskiego satysfakcjonujące. Tym bar­dziej walka z partią Kaczyńskiego na poziomie lokalnym będzie bardzo trudna i wymagała globalnej wyobraźni politycznej.

Mit drugiej tury. Często słychać tezę, że w pierwszej turze wy­borów na prezydentów i burmistrzów miast można sobie po sza­leć, wystawiać wielu kandydatów i głosować według prawdzi­wych sympatii, bo rzecz rozstrzygnie się w drugiej turze, gdzie obowiązywać będzie strategia „wszyscy przeciw PiS”. A duża liczba kandydatów aktywizuje ludzi i skłania ich do wyrwania się z marazmu. Całkiem ładnie to brzmi, ale ten mit drugiej tury jest w dużej mierze fałszywy. Już widać, że kandydaci niePiSu będą walczyć nie z kandydatami PiS, ale między sobą. Niemal każdy nowy kandydat niepisowski rozpoczyna swoją kampa­nię od bezpardonowego ataku na innego niepisowskiego pretendenta. Nie widząc szansy na wyrwanie wyborców partii Kaczyńskiego (bo ci wiedzą, o co chodzi), będą zaciekle atakować innych niepisowców, próbować ich ośmieszyć, skom­promitować, podważyć kompetencje i przejąć ich wyborców.
   Jeśli słychać, że nadchodząca kampania ma być wyjątkowo brutalna, to można zakładać, że ta brutalność będzie dotyczyć głównie rozgrywek w obozie niePiSu. I niby potem, po wielu ty­godniach takiej wyniszczającej kampanii, wyborcy przegranych kandydatów mieliby spokojnie głosować na tych, których ich fa­woryci regularnie mieszali z błotem? Tak się nie dzieje, bardziej naturalną emocją jest niepójście do urny. Druga tura w znacznej mierze rozstrzyga się w pierwszej. Jeśli wystartuje zbyt wielu kandydatów, nawet tych dwu-, trzyprocentowców (swoją dro­gą, pytanie, może bardziej do psychologa, po co oni to robią i na co liczą?), którzy napuszczą na siebie swoich wyborców, druga tura w wielu przypadkach może być podana PiS na tacy.
   Hasło wspierania w wyborach silniejszych przeciwników PiS, mających większe szanse na zwycięstwo - dla wyższego celu zachowania demokratycznych standardów - jest traktowane przez część niePiSu pogardliwie. Brak refleksji, że nie chodzi tu o faworyzowanie konkretnych formacji, np. parlamentarnych, kosztem nowych ruchów. Jeśli w jakiejś gminie, mieście, powie­cie czy województwie największe szanse miałaby Partia Razem, jakiś ruch miejski, lokalny komitet czy miłośnicy zieleni, to logi­ka podpowiada, aby przeciwnicy PiS na nie głosowali. Ale to jest typowa logika ostatnich lat: słabi nie zagłosują na silnych, bo ich nie lubią, dlatego wygrają najsilniejsi i najbardziej nielubiani.

PiS obniża oczekiwania. Dlatego wybory samorządowe są dla opozycji bardzo zagrożone. W wielu miastach wyniki faworytów z niePiSu wcale nie są takie rewelacyjne - do zniwelowania w cią­gu intensywnej kampanii. Nie ma żadnych stref gwarantowa­nych, gdzie PiS nie ma prawa wejść. To złudzenia. A PiS jeszcze zręcznie obniża oczekiwania. Główni marketingowcy tej partii od pewnego czasu zgodnie twierdzą, że każdy sukces kandyda­ta PiS będzie wielkim osiągnięciem. Że duże miasta to bardzo trudny teren, że już druga tura będzie zwycięstwem, że tylko Jaki w Warszawie i Wassermann w Krakowie, ewentualnie jeszcze Stachowiak-Różecka we Wrocławiu, mają „niewielkie szanse”, a reszta może liczyć wyłącznie na szczęście.
   Z jednej strony ma to przygotować na porażkę, ale też uśpić przeciwnika przez niby zejście z pola walki. Komunikat jest na­stępujący: nie zajmuj się PiS, bo nie jest to twój najważniejszy przeciwnik, skup się na innych, bliższych ci kandydatach, bo ich „kumasz”, a nas nie. Pretendentów niePiSu specjalnie do tego zachęcać nie trzeba, a wszystko to tworzy atmosferę, że PiS jest monolitem, działającym w innej przestrzeni, nie do ruszenia i zrozumienia, a prawdziwa demokratyczna walka toczy się w niePiSie. To tylko na tej trawce, wydzielonej z betonu PiS, ma rozkwitać sto demokratycznych kwiatów. Takiego przekonania oczekuje właśnie Kaczyński.

Nowe wybory czy dokończenie 2015 r.? Wybory samorzą­dowe nie są tak specyficzne, jak się powszechnie sądzi. Do rad powiatów i sejmików wojewódzkich obowiązuje ordynacja według reguły d’Hondta, taka sama jak do Sejmu, gdzie PiS ma władzę absolutną, zdobywając trzy lata temu ok. 37 proc. Głosów - bo premiuje zwycięzcę kosztem dalszych miejsc. I pokazują trend na przyszłość.
   W 2014 r. PiS pokonał, co prawda nieznacznie, Platformę w wyborach do sejmików i był to pierwszy sygnał, że sytuacja polityczna w Polsce zmienia się (Platforma zachowała władzę w sejmikach dzięki wysokiemu wynikowi PSL). Potem w sonda­żach PO zyskiwała jeszcze przewagę, ale właśnie lokalne wybory pokazały tendencję, która w pełni ujawniła się rok później.
   Teraz partyjna opozycja będzie walczyć nie tylko z PiS, ale wie­loma ruchami, które chcą zbudować swoją pozycję nie na zwal­czaniu partii rządzącej, ale na negowaniu osiągnięć dotychcza­sowej władzy samorządowej, które kontestuje także PiS. Już teraz widać, w wielu przypadkach niepisany, sojusz obozu rządzącego z aspirującymi do samorządów nowymi ruchami.
   Dużo zależy od tego, jak zbliżające się wybory lokalne zostaną potraktowane przez ogół wyborców. Czy jako dalszy ciąg rozprawy z dawną władzą PO i PSL, tym razem na poziomie samorządów, gdzie te partie wciąż w wieki przypadkach rządzą - czyli dokończe­nie wyborów z 2015 r.? Czy jednak będzie to nowa odsłona politycz­nej walki, umieszczona w ciągu wszystkich wyborów, uwzględnia­jąca już to, co PiS robił po wyborach parlamentarnych, czyli forma bieżącej reakcji i odpłaty? To kluczowe pytania. Jeśli te wybory mają pomijać aspekt ogólnopolskiej polityki i służyć głównie likwidacji „złogów” PO, PSL i SLD w samorządach, to PiS już ma władzę lo­kalną w kieszeni. Bo żadne inne siły, zbyt małe i rozproszone, nie są w stanie przeciwstawić się ugrupowaniu Kaczyńskiego.
   PiS będzie robił wszystko, aby wybory samorządowe były trak­towane jako dalszy ciąg 2015 r., finał tamtej rozprawy z byłą wła­dzą. Wiele środowisk, zwłaszcza lewicowych, wyraźnie chce wziąć w tym udział. Traktują tegoroczne wybory oddzielnie, a PiS zamie­rzają ewentualnie pokonać w 2019 r. - za politykę ogólnopolską.
   Do mrzonek można zaliczyć wyobrażenia, że wybory samo­rządowe sobie, a te centralne sobie. Polityka jest jedna, to cią­głość. Wybory samorządowe nie mają swojego oddzielnego cy­klu, są elementem nieustannej politycznej gry. Nie odnoszą się do poprzednich wyborów lokalnych, ale do ostatnich wyborów w ogóle. Samorządowy poziom polityki jest związany z tym cen­tralnym, zwłaszcza w wydaniu partii, która jest programowo, tak jak PiS, na wskroś centralistyczna. Sztab PiS doskonale rozumie, o co gra i w co. Problem niePiSu polega na tym, że nie ma on żad­nego porównywalnego sztabu. Wszystkie pomysły, argumenty, instrumenty i chwyty przeciwko niePiSowi są w jednych rękach. Druga strona nawet się do tego nie zbliża.

Walka o samorządność w ogóle. Jedno zdaje się jasne: kwestie lokalne w kampanii samorządowej będą miały duże znaczenie. Jeśli opozycja chce pokonać PiS, musi wykazać biegłość w poli­tyce samorządowej, znajomość problemów, rozeznanie w miej­scowych nastrojach. Jednak o wyniku tych wyborów i trendzie na następne lata zdecyduje ogólnopolska polityka. Oraz poziom politycznej orientacji niepisowskiego elektoratu. Czy zdoła się wznieść ponad poziom dróg, ścieżek rowerowych, parkingów czy planów zagospodarowania przestrzennego (wszystko to skąd­inąd sprawy istotne) i dostrzec, że istota politycznego sporu jest dzisiaj na innym poziomie - swobód demokratycznych, pozycji samorządów w systemie państwa, filozofii sprawowania władzy i jej podziału czy miejsca Polski w Unii i jej budżecie.
   Pozostając tylko na poziomie lokalnym, opozycja z PiS nie wy­gra, bo nie ma w zanadrzu takich prezentów jak władza. Prawa i Sprawiedliwości nie pokonają ruchy miejskie, lokalne komitety, niszowe moralne sprzeciwy, pospolite ruszenia. I nie chodzi tu o lekceważenie takich inicjatyw, ale wyłącznie o realizm. Zakła­dając, że jest zgoda co do tego, że chodzi - także w przypadku wyborów samorządowych - o przywrócenie demokratycznego porządku w kraju. Zresztą doświadczenia minionych wyborów samorządowych są pouczające. Wiele z tych środowisk, które przeszły jakoś z powodzeniem przez wybory, następnie znik­nęły w tyglu walki politycznej, rozszarpane przez mocniejszych i rychło skorumpowane politycznie, także przez PiS.
   W nadchodzących wyborach będzie chodziło przede wszyst­kim o obronę idei polskiej samorządności w ogóle. Dlatego będą to najbardziej ogólnopolskie wybory lokalne po 1989 r.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz