PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 4 maja 2018

Poseł śledczy



Udało mu się wydrążyć szczelinę w zaporze dającej obecnej władzy poczucie bezpieczeństwa i bezkarności. Sondaże wreszcie się ruszyły, a opozycja zyskała nadzieję, że PiS można pokonać. Krzysztof Brejza idzie więc za ciosem.

Kto wie, może gdyby nie historia z kozą, o po­śle Brejzie zrobiłoby się głośno już dużo wcześniej. Bo choć trudno w to uwierzyć, ten niespełna 35-letni polityk jest w Sejmie od trzech kadencji. Jednak z politycznego cienia wyciągnął go dopiero aktualny prze­wodniczący Platformy - jak sam wspomi­na, uwagę na młodego posła zwróciła mu mama, którą ujęła jego skromność i to, że tak po ludzku „dobrze mu z oczu patrzy”. Wcześniej Krzysztof Brejza miał w partii raczej pod górkę. A to z powodu regionalnych ukła­dów, miejscowych koterii czy wreszcie sympatii i antypatii ówczesnych władz PO. To typowe dla politycznej kuchni, w której czasem wekuje się młodych zdolnych, a wyborcom chętniej serwuje tych bardziej dla partii zasłużonych, choć nierzadko mniej strawnych.
   Ale po Wiejskiej krąży też anegdota, tłumacząca, co miało bezpośrednio spowolnić karierę ambitnego polityka z Ino­wrocławia. - Donald trzymał go pod wodą z powodu... kozy. Nie mógł mu tego darować - opowiada jeden z członków ga­binetu Tuska. Szef rządu i partyjna wierchuszka ponoć zapa­miętali Brejzie, że na pczątku 2011 r. wziął udział w proteście mieszkańców swojego rodzinnego miasta pod Kancelarią Premiera. Rzecz dotyczyła obwodnicy, którą długo inowrocławianom obiecywano, ale jak przyszło co do czego, kolejny raz wypadła z planów Ministerstwa Infrastruktury. Protestujący pod KPRM mieli ze sobą tablice z wizerunkiem szczerzącej się kozy i napisem: „Wybory tuż tuż... »Przyjdzie koza do woza«”.
   Było to, przy okazji, nawiązanie do popularnego na Ku­jawach ostatkowego obrzędu „chodzenia z kozą”. Ale przy Al. Ujazdowskich odczytano to dosłownie - w końcu wybory parlamentarne były za pasem, a Inowrocławiem kolejną ka­dencję rządził ojciec Krzysztofa Ryszard Brejza, tak wtedy, jak i teraz bezpartyjny (ale popierany przez PO). I jakoś tak przed wyborami decyzją ówczesnego zarządu krajowego niespodziewanie nazwisko posła Brejzy spadło z 4. miej­sca na liście na 7. Ale mimo to politykowi udało się kolejny raz wejść do Sejmu - osiągnął nawet drugi wynik w swoim okręgu, wyprzedzając szefa bydgoskiej Platformy Pawła Ol­szewskiego oraz współzałożycielkę partii w regionie Teresę Piotrowską. Lepszy był tylko Radosław Sikorski.

Dziś, kiedy Sikorski jest już poza Wiejską, to poseł Brejza wyrasta na nowego napastnika PO. On też skutecznie psuje krew politykom PiS - atakuje jednak bardziej meryto - rycznie, tropiąc nadużycia obecnej władzy i zasypując rzą­dzących pytaniami o wszelkie możliwe nieprawidłowości. A jest tego sporo. Najgłośniejszą sprawą ostatnich tygodni są oczywiście „nagrody”, czyli dodatkowe pieniądze dosypy­wane cichaczem do ministerialnych pensji w 2017 r. To jak na razie najbardziej udany „strzał” posła. Ale Brejza nie za­mierza się cofać z pola karnego. Interweniuje, interpeluje, dociska; uprzykrza życie rządzącym, bo ci muszą się nieźle gimnastykować, aby coś odpowiedzieć i nie powiedzieć
nic. Jak z kwestią nagród przyznanych poszczególnym mini­strom w 2016 r. Mając z tyłu głowy echa awantury o wysokość ekstrapensji z ubiegłego roku, szef Kancelarii Premiera Morawieckiego Michał Dworczyk na pytanie o rok wcześniejszy poinformował tylko ogólnie o rozpiętości wydatków na ten cel, choć treść interpelacji była bardzo konkretna. Ale Brejza nie odpuszcza. Próbuje udowodnić, że „nagrody” to nie była przypadkowa sprawa, ale przemyślany system dotowania po­lityków PiS, funkcjonujący być może również za pierwszych rządów, w latach 2005-07.
   I nie tylko to go interesuje. Jak sam przyznaje, uzbierało się w sumie kilkadziesiąt spraw - a to tylko bieżące zagadnienia, z 313 interpelacji, z którymi wystąpił w tej kadencji. Dzień zaczyna od lektury prasy, przyznaje, że sięga też po tabloidy, bo tam jest emocja, którą żyje społeczeństwo, sprawy, które bulwersuj ą, wymagaj ą interwencji. W jednej z gazet przeczytał, że dziennikarze nie doczekali się odpowiedzi na pytanie o wy­nagrodzenia. Więc zainterweniował. I poleciało. Jako posłowi jest mu często łatwiej wyegzekwować od instytucji państwo­wych dostęp do informacji. Drąży więc różne sprawy z zacię­ciem dziennikarza śledczego i prokuratora w jednym. Ostat­nio wziął na tapetę zakup kolekcji Czartoryskich: rolę ministra Glińskiego, sposób wyceny dzieł, powiązania gdańskiej kance­larii prawnej kojarzonej z PiS z fundacją Czartoryskich i spółką Solvere (tą od kampanii billboardowej szkalującej sądy). Pyta też o blisko ćwierćmilionowy grant przyznany przez Minister­stwo Nauki stowarzyszeniu kierowanemu przez asystenta par­tii Jarosława Gowina (po nagłośnieniu sprawy przez „Wprost” stowarzyszenie zrzekło się dotacji) oraz o koszty - i sens - wy­sadzenia blaszaka mającego imitować kadłub tupolewa (eks­peryment podkomisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza).
   Wcześniej udało mu się m.in. ujawnić, że warte 2,5 mln zł audi, którym podróżowała Beata Szydło i które rozbiło się pod Oświęcimiem, nie było ubezpieczone; że wojskową CAS-ę politycy PiS traktowali jak taksówkę dla vipów, a Witold Waszczykowski nie posiadał żadnych ekspertyz, które - jak twierdził - podważałyby wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. To Brejza wrzucił też w sieć zdjęcie okładki pły­ty metalowego zespołu Beyond the Bridge z 2012 r. łudząco podobnej do projektu smoleńskich schodów, które stanęły na pl. Piłsudskiego w Warszawie.

Na piątym piętrze Czytelnika, gdzie mieści się biuro krajowe Platformy i urzędują partyjne władze, mówią, że Krzysz­tof jest ich „oczkiem w głowie”. Doceniają jego nieprzeciętne zaangażowanie, a jednocześnie zwracają uwagę na pokorę młodego posła, umiejętność budowania relacji, gry zespołowej i brak tego narcystycznego pierwiastka, który tak często ciąży politykom. - Zna się na politycznej grze, ale nie jest cyniczny. To dobry chłopak, bardzo pracowity i bezkompromisowy - sły­chać na samej górze. I w klubie PO trudno znaleźć kogokolwiek, kto powiedziałby o Brejzie coś niepochlebnego. Jest lubiany także dlatego, że jest bardzo pomocny i nie wywyższa się.
   A przecież miałby powody. Mimo młodego wieku sporo już osiągnął: ukończył prawo na UW, później stosunki mię­dzynarodowe (również UW), obronił doktorat - poświęcony parlamentarnej kontroli nad służbami specjalnymi (SWPS).
Był radnym sejmiku kujawsko-pomorskiego, a od 2007 r. jest posłem na Sejm, obecnie - także ministrem sprawiedli­wości w Gabinecie Cieni PO. Zasiada też w komisji śledczej ds. Amber Gold. I psuje PiS propagandową narrację o złym Tusku knującym z chełpliwym oszustem, jak ograbić Polaków z oszczędności życia. Co więcej, udowadnia, że sprawę para- banku Marcina P można powiązać ze SKOK-ami. A stąd już blisko do PiS. Swoją dociekliwością i zarazem opanowaniem, z jakim drąży temat, niejednokrotnie udało mu się wyprowa­dzić Małgorzatę Wassermann z równowagi. Przewodniczą­ca zagroziła nawet kilka miesięcy temu, że wykluczy Brejzę z komisji po tym, jak ten zauważył, że rozpatrywany podczas posiedzenia stenogram (przekazany przez szefa ABW Piotra Pogonowskiego) został zmanipulowany - wynikało z niego,
że Jacek Cichocki ostrzegał właściciela Amber Gold, że do jego firmy wejdzie ABW. Tymczasem prawdziwy stenogram pro­cesowy temu przeczył. Po zweryfikowaniu tego Wassermann przyznała Brejzie rację. A włączone mikrofony wychwyciły, jak podczas przerwy Marek Suski komentuje, że oryginalny stenogram „wybiela po prostu Cichockiego”. Teoria padła. A Brejza kolejny raz naraził się przewodniczącej. Ta już rok wcześniej przecież żaliła się w wywiadzie dla TVP Info, że Brej - za „jest nastawiony wyłącznie na torpedowanie prac komisji”. „Po prostu łże, mówi nieprawdę, manipuluje informacjami”, a ona sama dawno nie miała do czynienia „z człowiekiem tak niegodziwym”.

Tyle że to tylko słowa, a faktami trudno w młodego Brejzę uderzyć. Dlatego swoim zwyczajem prawica zaczęła lu­strować mu bliskich. Rządowo-medialna machina ruszyła na jego ojca, byłego posła AWS, a od 15 lat z okładem prezy­denta Inowrocławia. W ratuszu zaczęły się kontrole: weszło nie tylko CBA, ale nawet MON - ponoć rutynowo sprawdzano „wykonywanie zadań obronnych”; były NIK i PIP Nie mogło też zabraknąć ekipy TVP. Ta gościła już w Inowrocławiu kilka razy. Po ostatnich sondażowych spadkach PiS też się pojawiła. Efektem prac rządowej telewizji był paszkwil, w którym po­kazano m.in. zdewastowane kamienice - dowód na rzekomą indolencję prezydenta. Tyle że - jak dowodzi Ryszard Brejza - były to akurat prywatne kamienice, a autorem materiału jest człowiek, który bezskutecznie starał się o etat rzecznika prasowego prezydenta. Brejza senior wystosował oficjalny list w tej sprawie do Jacka Kurskiego. A junior skwitował sprawę krótko: „To zabawne, że PiS wciąż się nie zorientował, że nie ma takiego sposobu, który zatrzyma moją dociekliwość”.
   Nie boi się gróźb, a i takie się zdarzają. Można rzec, jest za­hartowany. W jego rodzinnym domu pielęgnowana jest legenda stryja Jarosława, młodego niepokornego działacza inowro­cławskiego podziemia, twórcy Niezależnego Samorządnego Związku Młodzieży Szkolnej Solidarność, który po „czerwo­nym” prowincjonalnym mieście nie bał się 3 maja 1982 r. maszerować z flagą „S”. Zaszczuty przez SB, kilka miesięcy później popełnił samobójstwo. Miał 17 lat. Krzysztof urodził się niespełna rok po jego śmierci. - Choć wujka nie poznałem, jest dla mnie wzorem waleczności - podkreśla.
Mama Krzysztofa, Aleksandra, jest kompozytorką. To po niej odziedziczył zamiłowanie do muzyki, szczególnie bossa novy i jazzu. - Uwielbiam Antonio Carlosa Jobima, którego obok Bacha i Chopina uważam za najwybitniejszego kompozytora w dziejach cywilizacji - mówi. Fascynuje go też genealogia: tropi ślady przodków, przegląda parafialne księgi, zlecił nawet badania genetyczne. - Kilka lat temu zro­biliśmy z żoną taki rajd po Pomorzu Gdańskim; dotarliśmy do kilku członków naszej rodziny spod Starogardu Gdań­skiego i były to bardzo serdeczne spotkania. To był poziom rozwidlenia gdzieś z XIX w. - opowiada.
   Pasjonuje go historia, no i rzecz jasna polityka. Tą zainte­resował się jakoś w liceum, udało mu się nawet dostać do fi­nału olimpiady z WOS, dzięki czemu dostał indeks na wyższą uczelnię. Pytany o to, do którego skrzydła PO mu bliżej: kon­serwatywnego czy liberalnego, śmieje się: - Ja jestem skrzydło robocze! Ale już po chwili zupełnie poważnie dodaje: - Mam poglądy liberalno-konserwatywne, centrowe. Jeżeli jestem konserwatystą, to na pewno w sprawach ustrojowych: kon­serwatyzm to dla mnie rządy prawa, wspólnotowość, wsparcie samorządności i organizacji pozarządowych, zaufanie pań­stwa wobec obywateli oraz decentralizacja władzy. Wszystko to, co PiS zniszczył. Bo oni są zaprzeczeniem partii konserwa­tywnej; są ugrupowaniem etatystycznym, centralistycznym i populistycznym. Czystą bezideową partią władzy.
   Dopytywany o tzw. kwestie światopoglądowe, tłuma­czy: - Jestem zdecydowanym przeciwnikiem zaostrzania ustawy antyaborcyjnej. Postulatów liberalizacji nie chce komentować. Dodaje jednak: - Popieram związki partner­skie, takie, które szanują godność ludzi w nich pozostają­cych. I oczywiście in vitro.

Sam dochował się już trójki dzieci: po jednym na każdą kadencję, jak żartują znajomi. Najstarszy syn Mateusz ma 8 lat, Rozalka - 4, a najmłodszy Jaś - roczek. Z żoną Do­rotą poznali się na studiach. - Na wyjeździe integracyjnym, na który pojechałem jako opiekun. Po pewnym czasie okazało się, że jest tam piękna, bardzo mądra studentka, i tak to się zaczęło - wspomina poseł. - Zakładaliśmy razem samorząd studentów w naszym Kolegium MISH. Bo już wówczas Krzysz­tof angażował się społecznie: był m.in. wicemarszałkiem par­lamentu studentów UW.
   - Ma mądrą żonę, która rozumie jego pracę i bardzo go wspiera, również merytorycznie. Jest prawniczką, inteligentną dziewczyną, która wie, że to jest taki szczególny moment w ich życiu - mówi Tomasz Lenz, szef kujawsko-pomorskiej PO. To on w 2007 r. namówił Brejzę do startu w wyborach. Lubi wyszukiwać takich przyszłościowych polityków (ostatnim jego odkryciem jest Arkadiusz Myrcha). - Krzysztof wyrasta dziś na gwiazdę parlamentu. Jest bardzo rzeczowy, nabrał też odwagi i lepiej panuje nad językiem. Do tego jest bardzo skru­pulatny i dociekliwy. Powtarzam mu jednak, że przyszły takie czasy, że trzeba mieć grubą skórę - dodaje Lenz. Ale młody po­seł jest tego świadomy: - Jesteśmy na placu boju, toczy się bi­twa nie tylko o to, kto będzie rządził, administrował i zmieniał Polskę, ale przede wszystkim o nasze miejsce cywilizacyjne.
   Poseł Brejza to żywe zaprzeczenie tezy, że „opozycja nic nie robi”. Niespełna rok temu w rozmowie z POLITYKĄ (nr 31/17) Grzegorz Schetyna podkreślał, że „trzeba drążyć każdą szczelinę” w tej betonowej, jednolitej większości rzą­dowej. I jego młody poseł dokładnie to robi.
Malwina Dziedzic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz