PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 15 maja 2018

Polska na kolanie



Gdy Jarosław Kaczyński ma kontuzję kolana, PiS ogarnia paraliż. A młode wilki prawicy ustawiają się do wyścigu o sukcesję, bo czują, że prezes słabnie

Renata Grochal

Do końca wakacji prezes nie wróci już do objazdu po kraju. Będzie miał operację, a później czeka go długa rehabilitacja. Dla nas lepiej, żeby zrobił to teraz, a nie przed wyborami parlamentarnymi, bo wybory samorządowe nie są takie ważne - mówi mi jeden z najbliższych doradców Jarosława Kaczyńskiego.
   O tym, że sprawa jest poważna, świadczy fakt, iż Kaczyński w długi majowy weekend odwołał spotkanie z wyborcami w Gar­wolinie. Musiał jechać za niego premier Morawiecki. Po blamażu z premiami dla ministrów Kaczyński z innymi politykami PiS za­czął objazd po kraju. W najbliższych miesiącach mieli odwiedzić 600-700 miejsc. Ale po wyjeździe do Trzcianki stan zdrowia pre­zesa się pogorszył, musiał położyć się do szpitala.
   Kiedyś prezes zaliczał 40-50 wyjazdów w ciągu roku, ale od wy­borów parlamentarnych jeździł mniej, bo coraz częściej źle się czuł.
   - Kaczyńskiego i Putina dzielą zaledwie trzy lata. Ale Putin to judoka, trenuje, pływa, ciągle jest w świetnej kondycji. Dopiero na jego tle widać, jak bardzo Kaczyński wciągu ostatniego roku posu­nął się w latach - kreśli dość specyficzne porównanie polityk PiS.
   Od roku Kaczyńskiego bardzo bolała noga. W kolanie wytar­ła mu się chrząstka stawowa. Zdarzało się, że musiał przerywać spotkania, bo nie mógł wysiedzieć ze zgiętą nogą. Już rok temu lekarze doradzali mu operację kolana, ale się nie zgodził. To by oznaczało wyłączenie się z polityki na 2-3 miesiące, a tego sobie nie wyobrażał.
   Jednak jesienią ubiegłego roku przyszedł kryzys i ból się nasi­lił. To dlatego w listopadzie Kaczyński zdecydował, że nie zosta­nie premierem i wskazał Morawieckiego.
LĘK PRZED SŁABOŚCIĄ
Kaczyński regularnie jeździ do szpitala wojskowego przy ul. Szaserów, co wywołuje coraz częstsze plotki o pogarszającym się stanie jego zdrowia. Spekulacje się wzmogły, gdy tabloidy wytro­piły, że Kaczyński, który ostatnie dni spędził na badaniach w szpi­talu, nie leży na oddziale ortopedii, tylko na wewnętrznym. Więc może to coś poważniejszego niż tylko uraz kolana? Jednak dorad­ca prezesa zapewnia, że Kaczyński trafił na oddział wewnętrzny, bo tylko tam była salka dla VIP-ów.
   Według moich rozmówców Kaczyński źle znosi problemy zdro­wotne. Krzyczy na współpracowników, ma o wszystko pretensje. Był wściekły, gdy „Fakt” opublikował zdjęcia, jak dyrektor szpita­la wojskowego przywozi mu kule do domu, a później, gdy tabloidy pokazały, jak o kulach idzie do limuzyny.
   To było wbrew budowanemu przez niego wizerunkowi silnego lidera, który - mimo swoich 69 lat - ciągle daje radę.
   - Dla niego te kule stanowią wielki dyskomfort, bo nie lubi oka­zywać słabości - wyjaśnia polityk PiS.
   Przez lata atutem Kaczyńskiego było to, że nie miał rodziny i polityka była całym jego życiem. Przyjeżdżał do centrali partii na Nowogrodzką o godz. 11 rano i siedział do 21.
   - Teraz jego ograniczenia zdrowotne bardzo wpłyną na polity­kę - mówi wieloletni współpracownik prezesa. Kaczyński stwo­rzył system, w którym to on o wszystkim decyduje. W PiS legendą obrosła historia, jak to Wojciech Jasiński, były już prezes Orlenu, przyjechał na Nowogrodzką po decyzję, jaka firma ma sprzedawać parówki na stacjach Orlenu. Bez zielonego światła ze strony pre­zesa posady nie dostanie żaden kandydat na szefa większej spół­ki skarbu państwa.
   - PiS jest jak samolot bez drugiego pilota. Gdy pierwszy pilot ma ból w łokciu i nie ma kto go zastąpić, samolot może zacząć spadać - przewiduje jeden z moich rozmówców.

KACZYŃSKI STERUJE ZE SZPITALA
Kiedy Kaczyński nie może urzędować na Nowogrodzkiej, PiS jest jak sparaliżowane. Dopiero po interwencji prezesa ze szpitala szef klubu PiS Ryszard Terlecki zwołał posiedzenie, na którym objechał posłów Jacka Żalka i Bernadetę Krynicką za niewłaściwe zachowa­nie wobec protestujących w Sejmie niepełnosprawnych i ich opie­kunów. Krynicka powiedziała, że znalazłaby paragraf na rodziców, którzy - jej zdaniem - przetrzymują niepełno­sprawne dzieci w Sejmie. Z kolei Żalek mówił, że wśród rodziców osób niepełnosprawnych „mogą trafić się zwyrodnialcy”. Władze klu­bu PiS długo na to nie reagowały. W końcu Kaczyński polecił Terleckiemu, by ten kazał Żalkowi przeprosić protestujących. Wagi pro­testu nie docenił też premier Morawiecki. Do Sejmu na spotkanie z protestującymi pojechał po wyraźnej sugestii Kaczyńskiego. Jednak prezes nie był zadowolony z efektów wizyty, bo premier nie wykazał się empatią.
   Gdy pytam polityków PiS, jak zamierzają rozwiązać sprawę protestu, słyszę, że decyzji nie ma kto podjąć, bo Kaczyński jest w szpitalu. Z kolei ludzie Morawieckiego tłumaczą, że w budżecie nie ma pieniędzy na spełnienie postulatu 500 złotych dodatku rehabilitacyjnego, czego domagają się niepełnosprawni.
   Kolejne problemy, które wiszą nad PiS i rządem, to nierozwią­zany konflikt z Komisją Europejską oraz kryzys w stosunkach pol­sko-żydowskich. Prezes liczył, że w czasie choroby wsparciem będzie dla niego Morawiecki. Ale ten raczej przysparza nowych
problemów. W otoczeniu Kaczyńskiego sły­chać, że akcje Morawieckiego ostatnio spadły.
   Po serii wpadek premiera Kaczyński oso­biście zdecydował o zmianach w otoczeniu szefa rządu. W PiS odebrano to jako wo­tum nieufności wobec Morawieckiego. Do kancelarii wrócili Anna Plakwicz i Piotr Matczuk, właściciele spółki Solvere, która zrobiła kłamliwą kampanię o sądach. A ode­szli najbliżsi doradcy Morawieckiego.
   - Prezes zasugerował premierowi, że Pla­kwicz i Matczuk lepiej się znają na politycz­nym PR, umieją dbać o obrazki w telewizji. Mateusz mógł się postawić, ale uznał, że nie warto - zdradza mi bliski doradca Kaczyńskiego.

OFENSYWA ZIOBRY
Do tej pory sukcesja po Kaczyńskim była w PiS tematem tabu. Panowało przekonanie, że młode wilki rzucają się sobie do gar­deł, a Kaczyński siedzi na Żoliborzu, popija wino i się z tego śmieje, bo spokojnie porządzi jeszcze co najmniej dziesięć lat.
Sam prezes zbywał pytania dziennikarzy o sukcesję stwierdze­niem, że Konrad Adenauer został kanclerzem Niemiec w wieku 73 lat, a on ledwie dobiega 70.
   - Ale teraz po raz pierwszy widać, że prezes nie jest w pełni sprawny i coraz częściej słychać w kuluarach rozmowy o tym, co wtedy, gdy nie będzie już w stanie zarządzać partią - przyznaje je­den z moich rozmówców.
   Część polityków uważa, że proces słabnięcia Kaczyńskiego właśnie się zaczął. Politycy młodszego pokolenia to widzą i już się ustawiają do wyścigu. Tak w PiS odebrano występ ministra spra­wiedliwości Zbigniewa Ziobry podczas niedawnej konwencji PiS w Warszawie, gdy ogłosił, że trzeba zaostrzyć kary za najcięższe przestępstwa. Kaczyński był kompletnie zaskoczony, bo Ziobro z nim tego nie konsultował. Gdy minister sprawiedliwości skoń­czył swoje przemówienie, prezes wszedł na scenę i powiedział, że pomysł Ziobry jest ciekawy, ale dotyczy niewielkiego odsetka osób, a PiS stawia na „piątkę Morawieckiego”, czyli kolejne obiet­nice socjalne, bo chce dotrzeć do całego spo­łeczeństwa. To była reprymenda dla Ziobry.
   Jako przejaw rosnących ambicji Ziobry w PiS odebrano także ubiegłotygodniowy atak prawicowego tygodnika „Sieci” prowa­dzonego przez braci Karnowskich na ludzi Antoniego Macierewicza. Sympatyzujący z Ziobrą tygodnik oskarżył ludzi Maciere­wicza o wyprowadzanie pieniędzy z podle­głej MON Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Na osłabieniu Macierewicza może skorzystać Ziobro, który konkuruje z nim o wpływy u ojca Rydzyka. Bliski współpracownik Ka­czyńskiego zapewnia, że atak na Macierewi­cza to samodzielna akcja Karnowskich i nie był sterowany z Nowogrodzkiej.
   Kilku rozmówców przypomina, że Ziobro grał wcześniej na osłabienie Morawieckiego.
I to dlatego jego resort złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o IPN, która miała odciąć premiera od centrowego elektoratu. We­dług doradcy Kaczyńskiego na razie Ziobro w rozgrywce o schedę po Kaczyńskim się nie liczy. Zresztą nawet nie jest członkiem PiS.
Ziobro bardzo się boi posądzeń o rosnące ambicje. Sekretarz jego partii w przesłanym nam oświadczeniu zapewnia, że „So­lidarna Polska jest lojalnym członkiem koalicji Zjednoczonej Prawicy, a Kaczyński jeszcze przez długie lata pozostanie jej przy­wódcą”. - Zbyszek chciał wrócić do PiS. Leżał plackiem przed Ka­czyńskim, ale jego podanie zostało odrzucone, bo prezes wciąż mu nie ufa - mówi mój rozmówca.

KACZYŃSKI WSKAŻE SUKCESORA?
W PiS panuje przekonanie, że Kaczyński sam partii nie odda. Prezes tylko raz publicznie zadeklarował, kogo brał pod uwa­gę jako swojego ewentualnego sukcesora. Był to szef IPN Janusz Kurtyka, który zginął w katastrofie smoleńskiej. „Wiedziałby, o co chodzi w kwestiach suwerenności, patriotyzmu, co jest najważ­niejsze dla Polski. Bałem się tylko, że jego krakowski styl, pole­gający na utrzymywaniu dystansu wobec ludzi, którzy są niżej, w naszej partii mógłby bardzo zawieść” - pisał Kaczyński w swo­jej książce „Polska naszych marzeń” z 2011 r.
   Według części rozmówców Kaczyński chciał wychować na następcę Morawieckiego. To był jedyny polityk, o którym po­wiedział, że jest „niezwykle zdolnym człowiekiem, może najzdol­niejszym w polskiej polityce po 1989 r”. Jednak w PiS Morawiecki ciągle jest postrzegany jak ciało obce. - Mateusz miał do tej pory kontakt głównie z bankowcami i ciągle ma słaby kontakt z wybor­cami, chociaż jest coraz lepszym mówcą - ocenia ważny polityk PiS. Ale zaraz dodaje, że bez poparcia Kaczyńskiego Morawiecki byłby za słaby, żeby liczyć się w walce o schedę.
   Według moich rozmówców, gdyby stan zdrowia Kaczyńskie­go pogorszył się na tyle, że nie byłby on w stanie zarządzać partią, możliwy jest tylko jeden scenariusz. Kaczyń­ski usunie się na pozycję prezesa honoro­wego, a bieżące zarządzanie partią przekaże szefowi MSWiA Joachimowi Brudzińskie­mu. To jemu najbardziej ufa. Brudziński do Porozumienia Centrum, pierwszej par­tii Kaczyńskiego, zapisał się jeszcze w latach 90. Dziś to on jest najsilniejszym politykiem w PiS po Kaczyńskim. Kiedyś prezes powie­dział na ważnym partyjnym posiedzeniu, że gdyby złamał nogę, to Brudziński będzie go zastępował. Został jego pierwszym zastępcą.
   Brudziński świetnie zna PiS, kierował par­tyjnymi strukturami. Prywatnie Kaczyński lubi jego i jego żonę. Od czasu katastrofy smo­leńskiej spędza z nimi wakacje. „Joachim jest uczynny, łatwo się z nim pracuje. Jego obraz medialny jako strasznego typa jest komplet­nie nieprawdziwy. On ma tylko siłę, żeby twardo odpowiadać na ataki” - pisał o nim w swojej książce.
   Ale w PiS panuje przekonanie, że nawet gdyby Kaczyński zde­cydował się oddać Brudzińskiemu zarządzanie partią, to i tak bę­dzie sterował wszystkim z tylnego siedzenia.
Bliski współpracownik prezesa przekonuje, że kryzys zdrowot­ny minie i po wakacjach Kaczyński wróci na spotkania z wyborca­mi. A partią będzie zarządzał co najmniej do 2022 roku, bo wtedy skończy się jego kolejna kadencja na stanowisku prezesa.
   - Kilka razy myślałem, że Kaczyński już się nie podźwignie. Tak było po katastrofie smoleńskiej i po śmierci jego mamy. A on wra­cał i rzucał się w wir pracy, bo to jedyne, co mu w życiu zostało. Na­wet gdyby miał być w biurze tylko pięć godzin dziennie, a później zarządzać wszystkim z łóżka przez telefon, jak teraz, to nie odpu­ści - mówi bliski doradca prezesa.
   - A co będzie, gdy Kaczyńskiego zabraknie? - pytam.
   - Wtedy może powstać jakiś sojusz Ziobry z Brudzińskim albo partia się rozpadnie - podsumowuje mój rozmówca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz