środa, 17 kwietnia 2019

Pani Basia



Tylko Jarosław Kaczyński mówi do niej Basiu, czasami Basieńko, dla reszty to Pani Dyrektor. A tak w ogóle działacze PiS uważają ją za kogoś w rodzaju wiceprezesa partii. Kim naprawdę jest Barbara Skrzypek?

O jej wysokiej, choć nieformalnej, pozycji w struk­turze partyjnej świadczą pielgrzymki, jakie ciągną do siedziby partii na No­wogrodzką w Barbórkę 4 grudnia. Ministrowie, posłowie, prezesi państwowych spółek, a nawet lokalni działacze PiS schodzą się, by uczcić imieniny Barbary Skrzypek. - Przynoszą kosze pełne delicji, a kwiatów jest tyle, że brakuje wa­zonów - mówią ludzie z Nowogrodzkiej.
   Barbara Skrzypek przez lata była kierowniczką biura posel­skiego Jarosława Kaczyńskiego. Teraz jest dyrektorką biura pre­zydialnego partii. Formalnie do jej zadań należy obsługa admi­nistracyjna, obieg dokumentów, przygotowywanie materiałów na posiedzenia - słowem praca biurowa.
   - Niektórzy się na to nabierali - opowiada działacz PiS, częsty bywalec na Nowogrodzkiej. - Szczególnie co świeżsi posłowie myśleli, że to pani sekretarka. A to poważny błąd. Jest najbliżej prezesa, do którego bardzo trudno się dostać. Od niej zależy, czy kogoś w pilnej sprawie połączy, czy umówi na spotkanie z pre­zesem. To ważne, by znaleźć u niej wsparcie, gdy coś chce się u Kaczyńskiego załatwić.
   W praktyce wygląda to tak, że na dole przy wejściu do siedziby partii jest wideofon. Więc Barbara Skrzypek nie tylko słyszy, ale i widzi, kto chce wejść. Jeżeli ktoś nie jest zapowiedziany, nie jest zapisany na spotkanie w kalendarzu albo nie zaskarbił sobie sympatii pani Basi, może dzwonić i dzwonić. Jeśli jest cierpliwy, wystoi najwyżej tyle, że zejdzie do niego ktoś z ochrony. Prze­każe, że można pisemnie albo telefonicznie spróbować zapisać się na spotkanie. - U nas jest jak na każdym dworze - opowiada działacz partii. - Jeśli struktura oparta jest na jednej osobie, jak u nas, to nie­ważne, jakie człowiek pełni funkcje, tyl­ko jakie ma dojścia do najważniejszego.

Kobieta enigma
Jak Barbara Skrzypek osiągnęła taką pozycję? Tadeusz Kopczyński, dawny kierowca Kaczyńskiego, w rozmowie z POLITYKĄ wspomina czasy, gdy Jaro­sław Kaczyński objął w grudniu 1990 r. stanowisko szefa kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy.
   - Odebraliśmy nominację w Belwe­derze, pojechaliśmy do Kancelarii Pre­zydenta mieszczącej się przy Wiejskiej. A tam za biurkiem przy drzwiach ga­binetu szefa kancelarii siedziała już pani Barbara - opowiada.
- Kaczyński przedstawił się jej, że jest nowym szefem.
   Kopczyński mówi, że urzędniczka po prostu siedziała wcze­śniej za tym samym biurkiem w kancelarii prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego jako sekretarka szefa jego kancelarii gen. Michała Janiszewskiego. To zaufany człowiek Jaruzelskiego, pomysłodaw­ca nazwy i zarazem członek Wojskowej Rady Ocalenia Narodo­wego. - Ona wcale się z tym zresztą nie kryła, to była w biurze wiedza powszechna - dodaje.
   Tak by też wynikało z informacji, jakie na ten temat wyszły niedawno za sprawą zapytania poselskiego Krzysztofa Brejzy (PO). Barbara Skrzypek zaczęła pracę w Urzędzie Rady Mini­strów we wrześniu 1980 r. (Miała wówczas 21 lat). Zaczynała od stanowiska stażysty w archiwum, potem dostała awans na stopień referenta w dziale ogólnym, a następnie starszego referenta w Kancelarii Tajnej - to specjalna komórka, gdzie tra­fiają wszystkie materiały z klauzulą tajne, specjalnego znaczenia.
   I bezpośrednio stamtąd Barbara Skrzypek trafiła na bardzo wy­soki urzędniczy szczebel - do gabinetu prezesa Rady Ministrów na stanowisko starszego statystyka. A potem przeszła do gabi­netu ministra - szefa Urzędu Rady Ministrów, którym był wspo­mniany gen. Janiszewski. Niewykluczone, że wraz z nim „awan­sowała” do kancelarii prezydenta Jaruzelskiego. Jednak ówcześni wysocy rangą urzędnicy kancelarii prezydenta Jaruzelskiego, do których dotarła POLITYKA, w ogóle jej nie kojarzą. - Być może pracowała na jakimś innym stanowisku, bo gen. Janiszewski ni­gdy nie miał sekretarki, tylko dwóch adiutantów. Oni załatwiali pocztę, przynosili kawę czy herbatę dla gości generała - mówią.
   Sam Jarosław Kaczyński w swoim „Alfabecie” mówił tylko, że Barbara Skrzypek wcześniej była sekretarką Zbigniewa Mes­snera. Ten na fotel premiera trafił w 1985 r. prosto z Biura Po­litycznego KC PZPR. Tyle że znowu ówcześni urzędnicy URM, których odnalazła POLITYKA, kręcąc głowami, rozkładają ręce: - Kobieta enigma, nikt jej nie kojarzy. Z zapisu jej kariery w URM wynika, że była jedną z wielu pań obsługujących urząd - mówią w końcu.
   Kierowca Tadeusz Kopczyński, zagorzały antykomunista, który poznał Kaczyńskiego w „Tygodniku Solidarność”, nie krył swoje­go zdziwienia, że jego szef wziął sobie sekretarkę z poprzedniego systemu. - Przecież tam nie brali ludzi przypadkowych - tłu­maczy. - Pytałem Jarosława o to. Mówił, że na nią nic nie ma, a on tak sprawnej sekretarki nie poznał. Faktycznie była bardzo pracowita, przydatna, nie popełniała żadnych gaf. Gdy trzeba było, bez słowa zostawała dłużej.
   Przyznaje, że Kaczyński był nieufny. Kiedyś pojechali na Rakowiecką, Kaczyński miał listę nazwisk do sprawdzenia. - Nawet mnie sprawdzał, czemu się nie dziwię - opowiada Kopczyński.
- Skoro kierowców sprawdzał, to innych pewnie też.
   Krzysztof Pusz, bliski współpracow­nik Lecha Wałęsy i szef jego prezydenc­kiego gabinetu, pani Basi nie pamięta. Pamięta za to, że obecny prezes PiS w tamtych czasach nie stronił od lu­dzi z postkomunistyczną przeszłością.
- Wziął na przykład z kancelarii Jaru­zelskiego i nawet zrobił swoim zastępcą Jerzego Breitkopfa, członka PZPR, przez lata związanego z gen. Jaruzelskim - mówi Pusz. - Kaczyński tłumaczył, że on tak dobrze pisze ustawy, statuty, że lepszego nie znajdzie. Jak ktoś był przydatny, to Kaczyński nie oglądał się, czy czarny, czy czerwony.
   Potwierdza to Michał Kamiński, kie­dyś bliski współpracownik prezesa PiS, dziś jego krytyk. - Jarosław Kaczyński ocenia ludzi przez pryzmat ich użyteczności dla jego politycznych celów, a nie jakiejkolwiek ideologii, bo on jej nie ma. Dla niego ideologia jest wtórna. Czy może mu przeszkadzać, że pani Basia pracowała dla komuni­stów? Nie, jemu to kompletnie nie przeszkadza - mówi Kamiński.

Mieszkanie w Zatoce Czerwonych Świń
Jak wspomina Kopczyński, gdy trzeba było zostać dłużej w pra­cy, Skrzypek zostawała bez słowa protestu. Wtedy na prośbę Ka­czyńskiego odwoził ją do domu. Najpierw do Rogalina, gdzie mieszkała, ale, jak wspomina, gdzieś po roku przeprowadziła się do tzw. Zatoki Czerwonych Świń. To potoczna nazwa elitarnego osiedla w Wilanowie zbudowanego na zlecenie peerelowskiego Urzędu Rady Ministrów w latach 80. na terenie wywłaszczonym pod szpital. Barbara Skrzypek miała być członkiem spółdzielni budującej to osiedle. Zamieszkiwali w nim partyjni działacze i politycy PZPR. Tu mieszkanie dostał Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller, także Józef Oleksy czy Janusz Zemke. Formalnie mieszkania pochodziły ze służbowego przydziału URM i były przyznawane na czas pełnienia funkcji. Potem były wykupywane za grosze.
Jarosław Kaczyński pracował w Kancelarii Prezydenta niespełna rok - odszedł pokłócony z Wałęsą. - Kaczyński pojechał złożyć wymówienie i wtedy pani Barbara zapytała, czy może z nim odejść - mówi Kopczyński. Przeszła do Fundacji Prasowej So­lidarność założonej przez Kaczyńskiego. Gdy Kopczyński roz­stawał się z prezesem w 1999 r., Barbara Skrzypek była tylko sekretarką. Teraz, jak zauważa, jest już Panią Dyrektor.

Ostatni szlaban
„Pani Basiu” może zwrócić się do niej Joachim Brudziński, który urzędował na co dzień piętro wyżej na Nowogrodzkiej jako sekretarz generalny PC. Prominenci partyjni są z nią na „pani Barbaro”. Dla wszystkich innych to Pani Dyrektor. Tylko Jarosław Kaczyński mówi jej „Basiu”, niekiedy „Basieńko”, ona do niego mówi „szefie”, także „prezesie”, ale rzadziej.
   W żartach na Nowogrodzkiej mówią o Barbarze Skrzypek „ostatni szlaban”. - Bo każdy, kto dzwoni, żeby spotkać się z pre­zesem, trafia na panią Basię - wyjaśnia działacz PiS. - A dostać się do prezesa nie jest łatwo. Można go próbować łapać w Sejmie albo „w terenie”, gdy wyjeżdża.
   Niektórzy próbują go złapać przed wejściem do biura przy Nowogrodzkiej. Do dziś krążą tam opowieści o senatorze, który chciał dostać się do Kaczyńskiego na tzw. rympał. - Gdy zaje­chał samochód prezesa, senator zaczepił go, jak wysiadał, prosząc o rozmowę. Ten tylko machnął zniecierpliwiony ręką: „proszę się zapisać do pani dyrektor” - opowiada działacz. - Człowiek ani się nie przebił, ani się nie znalazł na liście wyborczej.
   - Spokojna, rzeczowa, zasadnicza, miła, stanowcza, czasem powie dowcip - charakteryzują Barba­rę Skrzypek politycy PiS, których o nią pytaliśmy. - Skrupulatna, każde pismo przeczyta, zadekretuje, nada bieg, inte­resuje się, co z nim dalej się dzieje, reda­guje odpowiedzi - mówią pracownicy.
   Kaczyński też przywiązuje do tego wagę, stąd na tym samym piętrze, gdzie jest gabinet Kaczyńskiego i urzęduje Barbara Skrzypek, obok są już dwa po­koje zapełnione od góry do dołu rzęda­mi segregatorów. Takie usytuowanie ar­chiwum nie jest przypadkowe, zwracają uwagę współpracownicy z Nowogrodz­kiej, bo powoduje, że nikt się w tym re­jonie nie kręci. W drugiej części koryta­rza są tylko panie z księgowości, ale one mają osobne wejście. Piętro wyżej jest centrala partii z dużą salą konferencyjną i gabinet sekretarza generalnego partii, w którym przez ostatnie lata urzędował na co dzień Joachim Brudziński.
   - Nawet Brudziński nie schodził do gabinetu prezesa, ot tak, żeby na przykład pogadać. Bo skoro przychodzi, to zna­czy nie ma nic do roboty - śmieje się dawna współpracownica z Nowogrodzkiej.

Spokój prezesa
W okolicach gabinetu musi być spokój. Na samym końcu ko­rytarzyka pod ścianą, przy drzwiach do gabinetu Kaczyńskiego, stoi stolik z dwoma krzesłami po bokach. Tu czeka się na umó­wioną już rozmowę. - To nie jest tak, że prezes siedzi w swoim ga­binecie i wciska interkom, prosząc albo o połączenie, albo o wpro­wadzenie gościa. Nie, on wychodzi, jak odprowadza gościa, czy staje w drzwiach i mówi na przykład „daj mi Joachima” albo połącz z tym, z tamtym - opowiada pracownik Nowogrodzkiej.
   Kaczyński, stojąc w swoich drzwiach, ma też widok na czekają­cych, na niektórych kiwa ręką, żeby weszli, innych potrafi nie wi­dzieć. Legendami obrosły opowieści o wysiadującym godzinami na krzesełku Ryszardzie Czarneckim albo o przyszłym ważnym prezesie, który starał się pochwycić za rękę Kaczyńskiego idące­go korytarzem. - Choć łapanie prezesa w drodze do toalety to mit. Prezes ma własną łazienkę przy gabinecie - śmieje się działacz.
   Dodaje, że oczywiście, jak na każdym dworze, ważne staje się to, kto uzyskał dostęp do prezesa. - Sam kontakt jest ważny, podnosi prestiż i pozycję w hierarchii - opowiada polityk PiS.
- Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, raz swoje spóźnienie na galę rocznicową swojego pisma usprawie­dliwiał z nieskrywaną dumą właśnie spotkaniem z prezesem na Nowogrodzkiej. „I wiecie, kto mnie tam widział? Morawiecki!” - chwalił się.
   Barbara Skrzypek wie doskonale, kto akurat jest w łasce u Ka­czyńskiego, a kto nie. To nie jest tak, tłumaczą jej współpracow­nicy, że na przykład rano prezes mówi, z kim ma go nie łączyć, nic z tych rzeczy. Ona po prostu ma ucho, wyczuwa, w końcu ma z Kaczyńskim bardzo częsty kontakt - czasami wystarczy sam grymas.
   - Gdy ktoś dzwoni, Skrzypek, przyciskając dłoń do słuchaw­ki, szeptem mówi nazwisko. Wystarczy, że prezes machnie ręką, że nie. A ona jest od tego, żeby wymyślać argumenty - mówi po­lityk. W pewnym momencie Barbara Skrzypek stała się szlaba­nem dla Michała Kamińskiego, wcześniej bardzo częstego gościa na Nowogrodzkiej.
   - Miałem specjalne traktowanie - przyznaje dziś. Po przegra­nej kampanii prezydenckiej w 2010 r. nagle wszystko jak nożem uciął. - Zacząłem odbijać się jak od ściany. Dzwoniłem parę razy, że chcę się spotkać, porozmawiać, próbowałem się dostać i pani Skrzypek za każdym razem mówiła: „nie da rady, panie Michale, niech pan spróbuje później”. W końcu przestałem dzwonić, bo czułem, że i jej jest z tym niezręcznie - wspomina Kamiński.

Uznanie za zaufanie
   - Lepiej z nią żyć dobrze - przyzna­je Michał Krzymowski, autor książki pt. „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskie­go”. Pisze w niej, że pani Barbara po­trafi też pomóc. - Przede wszystkim zawsze może podpowiedzieć, kiedy przyjść, żeby prezes przyjął, wpisze do kalendarza. Według autora karierę zawdzięczają jej Joachim Brudziński, Tomasz Poręba - obaj zostali poleceni szefowi przez Skrzypek. Dzięki niej do prezesa swego czasu wchodził też działacz PiS, obecnie wiceprezes PKO BP Maks Kraczkowski. - Jednych bardziej lubi, drugich mniej, a to ważne. Jak kogoś lubi, to pomoże, umówi go, powie prezesowi: „oj, tyle razy dzwonił”. Choć oczywiście nie ma wpływu na decyzje per­sonalne, czasami wystarczy, że szepnie dobre słowo - opowiada Michał Kamiński.
   Prezes włączył panią Basię do spółki Srebrna, która jest jego oczkiem w głowie. Skrzypek zasiadła w radzie nadzorczej. To dowód na najwyższe zaufanie, jakim darzy ją Kaczyński. Potwierdzają to wszyscy nasi rozmówcy. Jest także w radzie nadzorczej spółki Forum SA wydającej „Gazetę Polską”. Jako dyrektor zarabia ok. 10 tys. zł. Prezes zadbał też o jej syna - pia­stuje stanowisko w Brukseli, w międzynarodowej grupie Eu­ropejskich Konserwatystów i Reformatorów, w której zasiada PiS. Poza tym o jej życiu osobistym nic nie wiadomo. Skrzętnie ukrywa je nawet przed współpracownikami, którzy nawet nie wiedzą, jak wygląda jej mąż. - W biurze nigdy go nie widzieli­śmy, żeby po nią przyjeżdżał - mówi człowiek z Nowogrodzkiej. Pani Basia nie tylko redaguje pisma, układa kalendarz, ale dba też o sprawy prywatne szefa. Zapewnia komfort codziennego życia - choćby to, by prezes zjadł codziennie ciepły obiad. Dba, by dostarczano mu go do gabinetu, bo on nie lubi jadać z ludź­mi. Wygląda na to, że z upływem czasu Jarosław Kaczyński coraz bardziej potrzebuje pani Basi.
Violetta Krasnowska
Barbara Skrzypek nie odpowiedziała na prośbę POLITYKI o rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz