PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 17 listopada 2015

500 ZŁ I INNE OBIECANKI



Jeśli ktoś miał szczęście, to na realizacji obietnic wyborczych PiS może teoretycznie zarobić nawet kilkanaście tysięcy złotych rocznie. A praktycznie? Praktycznie to trzeba na to znaleźć pieniądze.

RADOSŁAW OMACHEL

Jeśli w styczniu PiS nie wypłaci zapo­wiadanego dodatku 500 zł na dziecko, to zorganizuję pozew zbiorowy - za­powiedział kilka dni temu w telewizji Roman Giertych. Były wicepremier, który kandydował z rekomendacji Platformy Obywatelskiej do Senatu, sam ma czwórkę małych dzieci. Więc choć jest majęt­nym człowiekiem, to jeśli potraktować poważnie pro­jekt Prawa i Sprawiedliwości, może liczyć na 18 tysięcy złotych rocznego wsparcia. Wszystko jednak wskazu­je, że pr2ynajmniej jeszcze w przyszłym roku aż tyle nie dostanie. - Wypłata mszy w okolicach kwietnia - mówi „Newsweekowi” Henryk Kowalczyk, jeden ze współau­torów programu gospodarczego Prawa i Sprawiedliwo­ści, bliski współpracownik Beaty Szydło.
   500 zł będzie przysługiwać rodzicom na drugie, trzecie i kolejne dziecko. W rodzinach, w których do­chód na głowę nie przekracza ok. 800 zł miesięcz­nie, premia obejmie wszystkie dzieci. Takich rodzin jest jednak tylko 7-8 proc. Czy rozdawanie pieniędzy jak leci, nawet tym słabo zarabiającym i dobrze sytuowanym, jak Roman Giertych, ma sens? Zdaniem byłej wiceminister pracy Agnieszki Chłoń-Domińczak PiS-owski program 500+ to prze­de wszystkim chwyt wyborczy.
   - Jeśli ten dodatek miałby zastąpić dotychczasowe zasiłki i zapomogi dla rodzin, to być może taki prosty system miałby sens. Ale jeśli będzie to dodatkowa premia za posiadanie dzie­ci, to wiele rodzin wpadnie w pułapkę dochodową. Rodzice przyzwyczają się do nie pracowania, a kiedy dzieci podrosną i wypłaty się skończą, powrót na rynek pracy będzie już w zasadzie nie­możliwy - ostrzega Chłoń-Domińczak.
   Znacznie taniej byłoby te pieniądze przeznaczyć na żłobki i in­westycje, tak by rodzicom łatwiej było znaleźć pracę. Albo sko­rzystać z rozwiązania, które właśnie wdrażają władze Nysy: tam 500 zł miesięcznej premii będzie przysługiwać rodzicom dzie­ci w wieku od 13 miesięcy do 6 lat. Czyli wtedy, kiedy opieka nad dzieckiem jest najbardziej kłopotliwa - choćby z tego powodu, że brakuje miejsc w przedszkolach i żłobkach.

KRÓTKA KOŁDRA
Jeszcze później, bo dopiero od 2017 roku, wejdzie w życie drugi filar kampanijnego programu PiS: podwyższenie kwo­ty wolnej od podatku. - Podwyższanie kwoty wolnej w trakcie roku jest niemożliwe, a na uchwalanie zmian w tym roku jest już za późno - tłumaczy Henryk Kowalczyk.
   Nowy rząd musi podwyższyć kwotę wolną od podatku, bo Trybunał Konstytucyjny uznał, że obecna - niewaloryzowane od niepamiętnych czasów 3081 zł, które można zarobić w ciągu
roku, nie budząc zainteresowania fiskusa - to zdecydowanie za mało. PO zapowiadała zwiększenie tej sumy do około 4,5 tysią­ca złotych. Prawo i Sprawiedliwość rzuciło w kampanii na stół 8 tysięcy zł.
   Tyle że, jak przyznawał niedawno minister finansów Mateusz Szczurek, kwota wolna to tępe narzędzie polityki podatkowej, które bynajmniej nie wspiera najbardziej tych, którzy zarabia­ją najmniej. Przeciętnie zarabiający Polak na zwiększeniu kwo­ty wolnej do 8 tysięcy złotych rocznie zyska 888 złotych, czyli 74 zł miesięcznie. Ale osoby zarabiające w okolicach pensji mi­nimalnej płacą PIT zbyt niski, żeby z dobrodziejstw dużej kwo­ty wolnej skorzystać. Dużo więcej zyskają ci, którzy zarabiają średnią krajową.
   - Państwo powinno wydawać pieniądze bardziej precyzyj­nie - uważa Agnieszka Chłoń-Domińczak. Tłumaczy, że wol­ne środki na cele polityki społecznej powinny posłużyć raczej do podniesienia zasiłków rodzinnych czy pielęgnacyjnych, któ­re dziś są symboliczne, albo obniżenia podatków osób najmniej zarabiających.



MILIARD W ŚRODĘ...
Problem w tym, że „wolnych środków” tak naprawdę nie ma. Owszem, po zdjęciu z Polski unijnej procedury nad­miernego deficytu nowy minister finansów ma nieco większe pole manewru, ale przecież rząd PO już przygotował na przy­szły rok hojny budżet z deficytem na poziomie 54 mld zł. Zgod­nie z wyliczeniami PiS od 2017 roku wypłata dodatku na dzieci będzie kosztować 21,5 mld zł rocznie (w przyszłym roku nieco mniej, bo premia obejmie tylko osiem-dziewięć miesięcy). A pis liczy, że może nie wszyscy uprawnieni zgłoszą się po pieniądze osobiście do urzędów gminy (będzie je można odbierać tyl­ko w ten sposób, co między innymi ma wyeliminować osoby przebywające za granicą).
   W 2017 roku do kosztów programu 500+ dojdą koszty zwięk­szenia kwoty wolnej - PiS szacuje ubytek dochodów z tego ty­tułu na kolejne ok. 10 mld zł rocznie. Ale niezależna fundacja Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA ocenia, że może on być dwa razy wyższy.
   Podwyższenie kwoty wolnej uderzy w finanse samorządów, do których trafia połowa wpływów z PIT zebranych na ich tere­nie. Ze wstępnych wyliczeń wynika, że Warszawa straci około 800 min zł rocznie, a miasta takie jak Kraków czy Wrocław - po około ćwierć miliarda. Paweł Szałamacha, który w rządzie PiS będzie ministrem finansów, zapowiada, że ubytki w samorzą­dowych budżetach będą łatane przez budżet centralny. W su­mie jednak dwa główne projekty wyborcze PiS maj ą kosztować 30-40 mld zł rocznie. A na tym przecież nie koniec.

KONIEC „PRACY DO ŚMIERCI”?
Nowy rząd chce obniżenia wieku emerytalnego. - Będzie­my bazować na projekcie, który prezydent Andrzej Duda wy­słał do Sejmu poprzedniej kadencji - mówi Henryk Kowalczyk. Przypomnijmy, że prezydencki projekt znosił wspólny dla ko­biet i mężczyzn wiek przechodzenia na emeryturę (67 lat) i przywracał możliwość odchodzenia z rynku pracy przez ko­biety po 60. roku życia, mężczyzn - po 65.
   PiS zapewnia, że koszty tej operacji nie będą wysokie, przy­najmniej w pierwszej fazie. Jednak potem ruszy lawina. Z pro­gnoz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że po 2023 roku coraz gorsza sytuacja demograficzna spowoduje, że koszty przywrócenia obniżonego wieku emerytalnego będą wynosić po kilkanaście miliardów złotych rocznie.
Autorzy programu PiS mają nadzieję, że nie będzie tak źle. - Wcześniejsze odejście z rynku pracy oznacza, że świadczenie będzie niższe, więc wcale nie jest powiedziane, że będzie na to wielu chętnych - spekuluje Henryk Kowalczyk. Najwyraźniej PiS liczy tu na elektorat Platformy Obywatelskiej. Z badań opinii publicznej wynika, że mniej więcej dwie trzecie wybor­ców PO i Nowoczesnej wolałoby dłużej pracować w zamian za wyższą emeryturę. Wśród wyborców PiS czy PSL taką wolę wyraża zaledwie co czwarty. Sama Beata Szydło przekonywa­ła niedawno, że „wmawianie ludziom, którzy mają uwierzyć w to, że podwyższenie wieku emerytalnego wpłynie korzyst­nie na wysokość ich emerytur, to tylko i wyłącznie zabieg PR-owski”.
   Ostateczny rachunek za zgłaszane w kampanii pomysły obejmie też prawdopodobnie 1,5 miliarda zł ulgi dla KGHM (po zniesieniu podatku od kopalin) i to już w 2016 roku. Kolejne 1,5 mld zł ma kosztować wprowadzenie niższej stawki CIT dla małych firm. Zaś 5 mld zł to koszt zapowiadanych nowych wy­datków na obronność. Sporo kosztowałoby też zrealizowanie zapowiedzi finansowania przez państwo zakupu leków przez seniorów. Skąd PiS weźmie na to pieniądze?

PAN PŁACI, PANI PŁACI...
Koncepcja podatku od sklepów wielkopowierzchniowych jeszcze się dociera. Pierwotnie PiS planowało, że nową daninę zapłaci każdy sklep o powierzchni ponad 250 metrów kwadra­towych. - Może minimum powinno być wyższe, około 400 mkw. - zastanawia się Henryk Kowalczyk. Stawki podatku będą pro­gresywne; najwięcej, po około 2 proc., od obrotów mają płacić właściciele dużych sieci handlowych.
   Wojciech Kruszewski, prezes firmy Lewiatan Holding, za­rządzającej siecią sklepów Lewiatan, uważa, że pomysł jest nie­trafny. - Właściciele sklepów będą je dzielić na mniejsze.
Ci, którzy przekroczą li­mit, nieznacznie będą skle­py zmniejszać, byle podatku nie płacić. Zahamuje to roz­wój polskich firm i ułatwi ekspansję zagranicznym korporacjom. Podatek po­winien być progresywny - uważa. W ostatecznym ra­chunku nowy podatek i tak spadnie na klientów. - Nie będą to wielkie podwyżki.
Towar kosztujący 5 zł po­drożeje o grosz, dwa - mówi Kruszewski.
   Z naszych szacunków wy­nika, że ten podatek bę­dzie kosztował przeciętną rodzinę zaopatrującą się w supermarkecie kilkadzie­siąt złotych rocznie. Na Wę­grzech wprowadzenie podobnego podatku od sieci handlowych podbiło wskaźnik inflacji o 0,3 punktu proc. Wcale nie tak mało.
   Podobnie będzie z drugą nową daniną - od aktywów firm finan­sowych. PiS zapowiedziało wprowadzenie od 1 stycznia 2016 r. podatku w wysokości 0,39 proc. od wartości aktywów banków, ale też funduszy inwestycyjnych. Wiadomo, że formalnego wy­łączenia kojarzonych z PiS SKOK-ów nie będzie. Będzie za to ustawowy limit wielkości aktywów, które zostaną objęte podat­kiem. - Małe banki spółdzielcze czy SKOK-i podatku nie zapła­cą. Ale duże kasy SKOK już tak - zaznacza Henryk Kowalczyk.
Co wprowadzenie takiego podatku oznacza dla podatników? Nic dobrego. Dziś zyskowność sektora bankowego - mierzo­na wskaźnikiem ROE, czyli stopą zwrotu z kapitału własnego - to średnio 8-9 proc. Jak wylicza Marcin Materna, szef depar­tamentu analiz Domu Maklerskiego Millennium, po wprowa­dzeniu podatku wskaźnik spadnie do 6-7 proc. Jednocześnie Komisja Nadzoru Finansowego podwyższa wymagane wskaź­niki wypłacalności, zmuszając banki do większej dyscypliny finansowej, a Kancelaria Prezydenta szykuje kosztowną dla nie­których banków ustawę o kredytach walutowych. - Właściciele banków staną przed wyborem: albo zrezygnują z części dywi­dendy, albo ograniczą sprzedaż produktów, na których zarabia­ją mało. Moim zdaniem wybiorą to drugie rozwiązanie - mówi Marcin Materna.

CO ONO W PRAKTYCE OZNACZA?
Oznacza to między innymi, że gminom będzie trudniej za­ciągnąć kredyty (marże takich kredytów są symboliczne). Zamiast sprzedawać kredyty hipoteczne, banki postawią na po­życzki konsumpcyjne. - Marże kredytowe wzrosną, a oprocen­towanie depozytów nieznacznie spadnie - uważa Materna. Do tego dojdzie zwiększanie opłat i prowizji za korzystanie z usług bankowych, które ostatnio i tak rosną, po tym jak trzeba było podnieść obowiązkowe składki na Bankowy Fundusz Gwaran­cyjny, wydrenowany z 3,5 mld zł na ratowanie SKOK. Na Wę­grzech po wprowadzeniu podatku bankowego opłaty i prowizje za usługi bankowe w ciągu dwóch lat wzrosły prawie o połowę. W sumie, w przeliczeniu na klienta detalicznego, koszt nowego podatku można szacować na 87 zł rocznie.

NIE IGRAĆ Z OGNIEM
Nowe podatki przyniosą w ciągu roku góra 8-9 mld zł. Ułamek tego, co potrzeba na sfinansowanie powyborczego karnawału. Brakujące dziesiątki miliardów mają pochodzić z uszczelnienia systemu podatkowego, czyli likwidacji dziur w systemie poboru CIT i VAT. PiS planuje utworzenie centralne­go rejestru przedsiębiorców-podatników (choć taki rejestr moż­na już obecnie znaleźć na stronach Ministerstwa Finansów). Zapowiada też powstanie centralnej bazy faktur, czyli narzędzia do walki z przestępcami wyłudzającymi zwroty VAT (i znowu - w resorcie finansów można usłyszeć, że taka baza już powsta­je, będzie gotowa w 2017 r.).
   Narzędzi do walki z unikającymi płacenia podatków jest wię­cej, ale na efekty trzeba poczekać. Może nawet kilka lat. - Z jed­nej strony mamy więc bardzo konkretne zapowiedzi zwiększania wydatków przez nowy rząd oraz dość mglisty i niepewny sposób ich sfinansowania. Apeluję do rządu o rozwagę. Niech najpierw uszczelni system podatkowy i dopiero jeśli w budżecie pojawią się dodatkowe miliardy, zajmie się ich wydawaniem - mówi prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów w rządzie PO.
   W podobnym tonie (najpierw efekty, potem nowe wydatki) wypowiadał się do niedawna Paweł Szałamacha, ale przecież ton zarówno w PiS, jak i w rządzie tej partii nadaje Jarosław Kaczyń­ski. - Jeśli efekty walki z wyłudzeniami i unikaniem płacenia po­datków będą słabe, to po przeforsowaniu wszystkich pomysłów wyborczych PiS deficyt sektora finansów publicznych wzrośnie z obecnych 3 do 6 proc. - prognozuje prof. Gomułka. A w razie spowolnienia gospodarczego skoczy nawet do 8-9 proc.
   To oznaczałoby, że inwestorzy kupujący obligacje skarbo­we polskiego rządu zażądają ogromnej premii za ryzyko. Kosz­ty obsługi długu - i tak dziś niemałe - sporo wzrosną. No, ale to nie wcześniej niż za cztery lata. Może nawet po kolejnych wyborach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz