PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 11 listopada 2015

Naród panów kontra Polactwo



Mylą się optymiści, którzy sądzą, że PiS-owska rewolucja ograniczy się do ideologicznej nadbudowy i czystek w mediach publicznych, instytucjach kultury i muzeach.

Od kiedy Jarosław Ka­czyński odzyskał wszyst­kie instrumenty władzy, pytanie brzmi: „Gdzie uderzy, a jakie obsza­ry pozostawi we względnym spokoju?”. Większość polityków, ekspertów i dzien­nikarzy uspokaja, że to będzie tylko konserwatywna rewolucja w nadbudo­wie - w polityce historycznej, kulturze, świadomości Polaków, może w eduka­cji. Prawicowa „młodzież” (w PiS i oko­licach oznacza to ludzi do pięćdziesiątki włącznie, gdyż kategoria dorosłości zare­zerwowana jest dla Kaczyńskiego i jego najbliższych współpracowników) zado­woli się stanowiskami w mediach pub­licznych, muzeach, teatrach i nie będzie nikomu robić krzywdy, jeśli nie liczyć czystek w odzyskanych przez siebie in­stytucjach publicznych. Może trochę oberwą kobiety (ale tylko te wyzwolone, które nie uważają in vitro za holokaust), geje (dla nich prawica ma rozwiązanie putinowskie - tolerancja, czyli niezamykanie, ale bez „promocji zboczeń”). Jed­nak normalna większość nie ma się czego obawiać. A już na pewno Kaczyński nie wykona żadnego ryzykownego ruchu w polityce zagranicznej ani europej­skiej, gdy Polska dostaje kolejne 100 mi­liardów euro z funduszy spójności, kiedy mamy 30 procent wymiany gospodarczej z Niemcami, 75 procent wymiany ze stre­fą euro i te udziały wciąż rosną. No i nie będzie rewolucji w polskich finansach ani gospodarce, bo panika inwestorów i rynku szybko uderzyłaby w nastro­je społeczne, osłabiając władzę Kaczyń­skiego i PiS.
  Czy rzeczywiście ewentualne skoncen­trowanie się Kaczyńskiego i PiS wyłącznie na sferze ideologicznej nadbudowy będzie bezpieczne dla stabilności polskiego społeczeństwa i państwa? Czy to będą tylko barwne igrzyska, bez żadnego wpływu na dystrybucję chleba i wolności? Nie jestem tego aż tak bardzo pewien.

POLACY LEPSI I GORSI
Znaczna część dzisiejszej prawicy nie wierzy bowiem ani w demokrację  , ani w równość wszystkich obywateli wo­bec prawa, ani nawet w niezbywalne wol­ności wszystkich Polaków. Prawica, która doszła właśnie do władzy, uważa się za na­rodową elitę, a czasami po prostu za je­dynych przedstawicieli narodu, którzy z racji swoich poglądów są przeznaczeni do tego, aby panować, wychowywać, „inkulturować do polskości” resztę społe­czeństwa, która nawet narodem jeszcze nie jest, gdyż pozostaje zaledwie leminga­mi (Robert Mazurek), Polactwem (Rafał Ziemkiewicz), Serbołużyczanami, którzy przestali być narodem politycznym, za­dowalając się jedynie folklorem (Zdzisław Krasnodębski), Polską lokal no-tubylczą (Ludwik Dorn z 2011 roku).
  Autorem tezy o dwóch narodach (gor­szym, który powinien rządzić, i lepszym, który jest tylko miazgą dla patriotycznej elity) był Piotr Skwieciński. Przedstawił tę koncepcję jeszcze w latach dziewięć­dziesiątych, kiedy był działaczem Ligi Republikańskiej. Wówczas chodziło mu o dawnych komunistów (naród gorszy) dawnych antykomunistów (naród lep­szy, przeznaczony do rządzenia Polską bez względu na doraźne wyniki wyborów). Te dwa narody przeszły ponoć z PRL do III RP w uporządkowanych bojowych szy­kach, a konflikt z lat osiemdziesiątych ni­gdy się nie skończył. Skwieciński nie brał pod uwagę, że jedni postkomuniści wspar­li ustrojową i gospodarczą transformację, a także nasz zwrot ku Zachodowi, bę­dąc często większymi entuzjastami wej­ścia Polski do NATO i Unii Europejskiej niż część postsolidarnościowej prawi­cy. Tymczasem inni postkomuniści, któ­rzy się na transformację nie załapali, już wówczas wspierali Samoobronę, a później mieli wesprzeć PiS, całkowicie akceptując prawicowe tezy o nowej kolonizacji Pol­ski, tym razem przez Zachód. Także dawni antykomuniści podzielili się już w czasie wojny na górze.
  W ogniu konfliktu pomiędzy PO i PiS (dwiema partiami jak najbardziej postsolidarnościowymi) koncepcja dwóch narodów nie tylko wróciła, ale paradok­salnie uległa jeszcze większej radykalizacji. Szczególnie gdy Jarosław Kaczyński stracił władzę w 2007 roku, a w konse­kwencji wielu intelektualistów i dzien­nikarzy z bezpośredniego zaplecza PiS straciło albo stanowiska, albo poczucie, że zajmują jedyną pozycję społeczną, na którą w Polsce zasługują - czyli zarazem wieszczów i funkcjonariuszy państwa.
  Wizja dwóch narodów zmieniła się wówczas w eksterminację (o. Tade­usz Rydzyk) lub przynajmniej okupację i prześladowania (Krasnodębski, Rym­kiewicz, Legutko, Nowak, Ziemkiewicz i inni) lepszego narodu przez naród gor­szy czy wręcz przez naród łajdaków (jak to sformułował nieprześcigniony w sztuce obrażania Jarosław Marek Rymkiewicz). Niekończący się katalog pogardliwych określeń, jakie publicyści prawicy wynajdywali dla Polaków niegłosujących na PiS, dążących do zachodniej normalności (kolejny epitet w ustach lu­dzi prawicy), stawał się alibi zarówno dla nieakceptowania demokratycznych wy­borów w latach 2007-2014, jak też dla braku respektu wobec praw i wolności Polactwa, jeśli reprezentanci prawdziwej narodowej elity znów dojdą do władzy.
  Kiedy w kolejnych wyborach Polacy nie słuchali namiętnych, poetyckich we­zwań Jarosława Marka Rymkiewicza do głosowania na Jarosława Kaczyńskiego, wieszcz odpowiadał im: „Jebał was pies!... (w 1995 roku podobnie zwrócił się do wy­borców Kwaśniewskiego)... nie intere­sujecie mnie, róbcie sobie, co chcecie, idźcie sobie do Europy albo gdzie indziej, gdzie się wam podoba. Tu jest nasz kraj wolnych Polaków. Jedna czwarta, która głosowała na Kaczyńskiego, to zupełnie wystarczy, żeby być wolnym narodem". Ziemkiewicz, mający w mediach publicznych pod władzą Tuska zaledwie kilka „okienek” (zamiast kilkunastu pod wła­dzą Kaczyńskich), definiował Polactwo w sposób coraz bardziej obraźliwy i po­kazujący bezmiar jego pychy. W wywia­dzie dla „Frondy” mówił: „Polactwo to ludzie pozbawieni świadomości istnienia dobra wspólnego, nadrzędnego, rozumu­jący tylko w kategoriach sukcesu oso­bistego. Czyli typowa w gruncie rzeczy mentalność niewolnicza, pańszczyźnia­na, i ona cechuje teraz - można to osza­cować na podstawie różnych zachowań około połowy mieszkańców Polski”.
  Ludwik Dorn, kiedy jeszcze nie star­tował z listy PO, przyznawał w jednym z wywiadów, że musi przekonywać swo­ich najbardziej nawiedzonych prawico­wych kolegów i koleżanki, aby zamiast grozić Andrzejowi Wajdzie czy Agnieszce Holland wykluczeniem z polskości i ode­braniem prawa do kręcenia polskich fil­mów, zajęli się raczej ich „inkulturacją do polskości”. Zapytany, czy nie jest gro­teskowy obraz, w którym Rafał Ziemkiewicz miałby „inkulturować do polskości” Agnieszkę Holland, a Anna Sobecka An­drzeja Wajdę, Dorn odpowiadał: „Pan re­żyser Andrzej Wajda jest niewątpliwie wybitnym twórcą niesłychanie zasłużo­nym dla kultury narodowej, ale poprzez swoje odrzucenie idei narodu jako wspól­noty politycznej należy niewątpliwie do obozu Polski lokalno-tubylczej”.
  Poczucie intelektualistów i publicystów prawicy, że są jedynymi prawdziwymi Po­lakami w morzu Polactwa, wzmocnił Smoleńsk. Nie chodziło im o żadną żało­bę, ale o tryumf polskiej martyrologii nad sukcesami codziennego polskiego życia, który polskiej prawicy miał zagwaranto­wać obalenie PO jako „partii ciepłej wody z kranu” i powrót do władzy. W pierwszych dniach po katastrofie Tomasz Terlikowski pisał - chyba najbardziej szczerze spośród wszystkich swoich kolegów udających ża­łobę: „próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w »normalność« Zachodu. Jeśli tak było, to ta tragedia jest wyraźnym przypomnieniem, że nie bę­dzie nam dane bycie »normalnym« naro­dem, który może żyć w świętym spokoju, że od nas Pan Bóg wymaga co jakiś czas daniny krwi”.

IDEOLOGIA SIĘGA PO WSZYSTKO
Znów jednak powraca pytanie: „A co to szkodzi, że sobie trochę poświrują, przecież najważniejsze, żeby Ter­likowski nie został ministrem finansów, a Rymkiewicz, żeby nie poszedł do służb”.
  Problem w tym, że po zwycięstwie Ka­czyńskiego do instytucji i służb polskiego państwa pójdą ludzie wychowani przez prawicę w pogardzie dla innych. Głębo­ko uwewnętrznione poczucie elitarno­ści w stosunku do lemingów, Polactwa czy Serbołużyczan jest źródłem przy­zwolenia na łamanie reguł. Jarosław Ka­czyński miał już ze strony prawicy pełne przyzwolenie nałamanie reguł demokra­tycznych, kiedy pozostawał w opozycji, dostanie je także, kiedy będzie rządził.
  W dodatku ideologia nigdy nie zadowa­la się obsadzaniem muzeów czy kręceniem patriotycznych filmów. Prędzej czy później sięga do ekonomii lub polityki zagranicz­nej, stając się złym fundamentem złej poli­tyki. Kiedy Piotr Zaremba (z wykształcenia historyk) pisuje dziś regularnie o wcho­dzeniu lub nie wchodzeniu Polski do stre­fy euro, w ogóle nie interesują go kryteria ekonomiczne - ani te, które mogłyby prze­mawiać „za”, ani te „przeciw” przyjęciu przez nasz kraj europejskiej waluty. Uży­wa wyłącznie kryteriów ideologicznych, godnościowych, ostrzegając przed „tożsa­mościowym rozpłynięciem się Polski”, je­śli przyjmiemy wspólną walutę. Tak jakby przyjęcie euro doprowadziło do rozpły­nięcia się Niemiec czy nawet Słowaków, Estończyków, Łotyszy, a ewentualny po­wrót do drachmy gwarantował nierozpłynięcie się pogrążonemu w permanentnym kryzysie państwu greckiemu.
  Z kolei ekspert Instytutu Sobieskiego i PiS-owskiego think tanku Polska Wielki
Projekt Filip Staniłko zaproponował, żeby zamiast przyjmować kiedykolwiek euro, Polska uczyniła złotówkę regionalnym od­powiednikiem euro, walutą ponadnaro­dową, którą z entuzjazmem przyjmą kraje Europy Środkowej i Wschodniej. W mię­dzyczasie kraje bałtyckie i Słowacja przy­stąpiły do euro, a Węgrom bliżej jest dziś politycznie do rubla transferowego niż do złotówki jako waluty ponadnarodowej.
  Andrzej Zybertowicz zaś, kiedyś do­radca Antoniego Macierewicza przy li­kwidacji WSI, dziś jeden z czołowych doradców prezydenta Dudy, gładko prze­chodzi od ideologii do gospodarki, propo­nując, aby Polska naśladowała azjatyckie tygrysy (Koreę Południową, Tajwan czy Singapur), które w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku bu­dowały gospodarczą suwerenność me­todami twardego etatyzmu - chroniąc
krajowy przemysł wysokimi cłami, zamy­kając rynek pracy, odbierając obywatelom paszporty, nie cofając się przed dyktatu­rą, a nawet strzelaniem do strajkujących związkowców. Wizja Zybertowicza, po­dzielana w jakiejś części przez Kaczyń­skiego i najstarszą część PiS-owskiej elity, jest tak samo anachroniczna, jak wizje Adriana Zandberga z Partii Razem, pro­ponującego powrót do szwedzkiej so­cjaldemokracji z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wszystkie te sympatycz­ne lub okropne ideologiczne nostalgie nie biorą pod uwagę globalizacji, która spra­wiła, że już nie tylko kapitał może uciec z takich zamkniętych i „suwerennych” państw, ale masowo uciekają z nich także ludzie, w poszukiwaniu większej wolności lub lepiej płatnej pracy.
  Dosłownie w ostatnich dniach Andrzej Duda świadomie wyznaczył pierwsze
posiedzenie nowego Sejmu na 12 listo­pada, choć akurat tego dnia wciąż urzę­dująca premier Ewa Kopacz powinna wziąć udział w nadzwyczajnym szczycie Unii Europejskiej dotyczącym uchodź­ców. Faktu, że była to decyzja czysto ideologiczna, nie ukrywał nawet dorad­ca prezydenta ds. polityki zagranicznej Krzysztof Szczerski, który z ogromną sa­tysfakcją stwierdził, iż „nie ma powodu, by polski kalendarz dostosowywać do międzynarodowego”.
  Wszystkie te przykłady przypomina­ją, że ideologia nigdy nie zadowala się „nadbudową”. Zawsze, prędzej czy póź­niej, wyciąga rękę po państwo, po jego politykę zagraniczną i gospodarczą, czy­li po nasze bezpieczeństwo, dobrobyt i wolność.
Cezary Michalski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz