PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 5 listopada 2015

DANIEL PASSENT - LUDWIK STOMMA - STANISŁAW TYM



Kasa na kartki
Do Fundacji Rockefellera I przyszła prośba od Alber­ta Einsteina o 500 dolarów na finansowanie badań. „Daj mu tysiąc. To, co robi, wygląda
obiecująco” - powiedział John D. Rockefeller. (Polecam książkę Andrzeja Lubowskiego „Alfabet amerykański”). Anegdota ta przyszła mi na myśl, ponieważ my też mamy swojego geniusza i szkoda, że w tym roku Nagrody No­bla zostały już rozdane. Mam na myśli genialny w swo­jej prostocie pomysł, żeby na każde dziecko do 18 roku życia państwo wypłacało 500 zł miesięcznie, tylko trzeba na to zagłosować.
  Co w tym genialnego? A no to, że kto inny obiecuje, a kto inny zapłaci. Obiecuje PiS, czyli partia, a zapłaci budżet, czyli społeczeństwo. Gdyby PiS zapłaciło z własnej, par­tyjnej kasy, umowa byłaby fair: „Wy nam dajecie wasze głosy - my wam naszą kasę”. Byłoby to zwyczajne kupo­wanie głosów. Jednak za taką umowę żadna nagroda, na­wet leninowska, się nie należy. Natomiast za umowę „wy dajecie nam wasze głosy, my - wypłacamy wam wasze pieniądze” - Nobel się należy. Kto obiecuje pieniądze? PiS. A kto zapłaci milionom rodzin za miliony głosów odda­nych na Prawo i Sprawiedliwość? Państwo polskie, czyli my wszyscy. Chapeau bas - jak mówią Szwedzi. Idę o za­kład, że za rok król Szwecji na uroczystości w Sztokholmie wręczy milion dolarów nagrody geniuszowi z ulicy No­wogrodzkiej. Bo rozdać 20 mld zł i jeszcze na tym zarobić milion dolarów- tego chyba nawet Rockefeller nie potrafi.

  W uzasadnieniu Komitet Noblowski nie omieszka wspomnieć, że Polska, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła kasę na kartki. Wy nam kartkę wyborczą, my wam kartkę zieloną, czyli tzw. sałatę. Historia naszego kraju pełna jest dramatycznych zwrotów i paradoksów, jak np. znany w naukach społecznych „paradoks polski” albo „paradoks Rostowskiego” (od nazwiska ówczesnego ministra finansów - red.): IM LEPSZE WSKAŹNIKI - TYM GORSZE NASTROJE. „Ściskając w ręku kartkę zieloną”, pomyślisz, skąd państwo będące w ruinie ma do rozdania tyle pieniędzy? Pierwszy lepszy ekonomista z PiS (oksymoron?), odpowie ci tak: To nie są pieniądze rozdane, tyl­ko za-in-we-sto-wa-ne. Wystarczy przestudiować „Ogól­ną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza” (nazwisko i adres autora znane redakcji), żeby zrozumieć, że spośród wszystkich inwestycji najbardziej opłacalne są inwestycje w dzieci. Według exit polls 67 proc. wyborców, wychodząc z lokali wyborczych, śpiewało „Zielono mi”.
  Jest tylko jeden warunek: pieniążki mogą być wstrzy­mane, jeśli ktoś „marnotrawi wypłacane mu świadczenie wychowawcze lub wydatkuje je niezgodnie z przeznacze­niem”. Zapis o złym gospodarowaniu pieniędzmi doty­czy rodzin patologicznych, a oceny ewentualnej patologii dokonywać będą ośrodki pomocy społecznej - tłumaczy „Wyborczej ” poseł PiS Henryk Kowalczyk, z wykształcenia matematyk, z przekonań katolik, przymierzany do fotela ministra resortu, w którym trzeba umieć liczyć.
  Domokrążna kontrola patologii ma bogate tradycje. Za moich czasów szkolnych była to tak zwana lekka kawaleria, czyli zwiad nauczycielski. Drużyna złożona z zaufanych harcerzy lub zetempowców wpadała do mieszkania sprawdzić, czy nieobecny na lekcjach delikwent fak­tycznie leży z gorączką, czy też wagaruje na poranku w kinie Moskwa. Obecnie zwiad będzie uzupełniony o proboszcza, który „przy oka­zji” sprawdzi, czy nieobecność na katechezie lub innych praktykach religijnych jest usprawiedliwiona.
  Spróbujmy sobie wyobrazić taką wizytę u rodziny pa­tologicznej. Dzieci zaniedbane, rodzice żyją na kocią łapę, nie mogą odnaleźć świadectwa chrztu najstarsze­go syna. W domu brak paragonów za wyprawkę szkol­ną - tornister, kredki, obiady „na stołówce”. W pokoju dziecka żadnych książek, tylko komiksy. Na ścianie roz­kładówka króliczka z „Playboya” z czasów świetności tego pisma, bezpowrotnie minionych (i komu to prze­szkadzało?). W lodówce tylko nóżki w galarecie i resztka żołądkowej gorzkiej. Czy to już jest rodzina patologicz­na? Trzy razy pięćset to jednak tysiąc pięćset, piechotą nie chodzi. Starczy na wódkę i na zakąskę.
  Inny casus: południe. Dzieci poza domem (podob­no w szkole), matka w łóżku (podobno z mężem). Żad­nej dokumentacji rozchodowania 500 zł świadczenia wychowawczego, z wyjątkiem dowodu nadania przez męża alimentów na dzieci z poprzedniego związku. Je­dyne dokumenty, jakimi matka dysponuje, to dwa świa­dectwa ślubu (z pierwszą i drugą żoną), pieczołowicie złożone w plastikowej koszulce formatu A4.
  Kolejna wizyta. Czwarte piętro bez windy, mieszkanie dwupokojowe 36 m kw. z wygodami, w którym gnieździ się czworo dzieci oraz trzy osoby dorosłe, w tym babcia w fotelu bujanym i dziadek na wózku inwalidzkim, który nigdy nie wychodzi na świeże powietrze z powodu patrz wózek inwalidzki. Ciepła woda w kranie, i nic po- nadto. Lodówka nieczynna, w środku pokarm dla kota „Kici, kici” oraz garnek zupy; na kuchence gazowej czaj­nik. Brak mleka, nabiału, ryb i warzyw, rzuca się w oczy brak białka (i żółtka - dopisek odręczny na protokole pokontrolnym). Zdaniem ośrodka pomocy społecznej - rodzina patologiczna, wsparcie finansowe konieczne, przynajmniej do czasu wyjścia ojca z zakładu karnego. Przewidywany termin upływu kary - listopad 2019 r.
  Matka w izbie wytrzeźwień, ojciec na zmywaku w Wielkiej Brytanii, dzieci pod opieką wujostwa, młod­sze (4 lata) w przedszkolu, starsze (7 lat) w szpitalu, dochodzi do siebie po szoku, jakim było wysłanie go do szkoły w wieku 6 lat, bez matury.

Na czarnym rynku można już kupić paragony za ze­szyty, kredki, spodenki gimnastyczne, podręczniki (S. Szczur - „Historia Polski. Średniowiecze”, H. Samso­nowicz - „Historia Polski do 1796”. „Religia dla 3- i 4-latków. Pan Bóg kocha dzieci”, 13,60 PLN. Dostawa do domu - 5 PLN) .W związku z „wygaszaniem” gimnazjów szykuje się znaczna przecena nieaktualnych podręczników oraz nauczycieli. Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowia­da dostawę bezrobotnych nauczycieli do domów spokojnej starości. I to wszystko za 500 zł!
Daniel Passent

Człowiek orkiestra
Niesie wieść gminna, słowiki śpiewają, bydlęta porykują, bory szumią, że oto szczęśliwy nam dzień nadchodzi: Jarosław Gowin zostaje ministrem obrony narodowej.
Oto prawdziwie renesansowy człowiek. Filozof, redak­tor, teolog, znawca kwestii służby zdrowia, trudnych porodów w szczególności, i wymiaru prawa (minister w tej mierze) teraz bierze do ręki karabin i rusza na bój. Jakaż szerokość zainteresowań i poglądów! Da Vinci by z zazdrości pękł.
  O ile dobrze rozumiem, wiedza militarno-obronna Jarosława Gowina opiera się (skąd by miał mieć inną?) na rzetelnym i wyczerpującym wychowaniu w uniwer­syteckim Studium Wojskowym. Ja także wyniosłem z niego wiele. Do toalety wchodzi pułkownik Matuszyk (stałem wtedy przed kiblem na warcie) i zderza się nie­mal z wychodzącym z niej kapitanem Tyńcem. „Witajcie pułkowniku! ” - rzecze Tyniec i wyciąga rękę na powita­nie. „Kapitanie - odpowiada Matuszyk - przed chwilą żeście fujarę trzymali w tej łapie, a teraz mi podajecie?” - „Ależ nie - załkał niemal Tyniec - ja lewą, ja lewą!”.
Czyż można mieć lepszą, piękniejszą i pełniejszą lekcję zasad hierarchii wojskowej i porządku w armii? Od pułkownika Omelana dowiedziałem się z kolei, czym różni się działo od czołgu. Otóż działo stoi w miejscu, a czołg przemieszcza się w przestrzeni. Pułkownik Omelan był zdecydowanym zwolennikiem czołgów: „Bo widzicie, jak artylerii zabraknie amunicji, to syf i beznadzieja. Czołg w takim przypadku też strzelać nie da rady, ale zawsze może jeszcze dopaść i rozjechać wroga. A jak już weźmie go pod gąsienice i zakręci się w kółko, tylko mokra plama zostanie”.
  W obliczu ataku atomowego - nauczał major Kucejko - trzeba położyć się na ziemi, nie pomnę już (ale Jarosław Gowin, który zawsze był prymusem, na pewno pamięta) głową albo nogami w kierunku eksplozji, zamknąć oczy i zaczerpnąć tchu na najbliż­sze parę minut. Owa wiedza wojskowa, a umiałbym jeszcze - taki małpi atawizm zostaje do starości, dzięki puł­kownikowi Fałatowi - rozebrać i złożyć kałasznikowa, jest gwa­rancją zwycięstwa.
  Widzę już we snach, jak pod dowództwem ministra Gowina i najwyższego zwierzchnika sił zbrojnych Rzecz­pospolitej prezydenta Dudy (wykształcenie militarne po­dobne) ruszamy na podbój Moskwy.

„Idą, a w słońcu kołysze się stal,
Dziewczęta zerkają zza płota,
A oczy ich dumnie utkwione są w dal,
Piechota, ta szara piechota!”

Przed zwartymi szeregami piechoty tylko Jarosław Gowin na białym koniu (trzeba w końcu dbać o le­gendy - na takim miał wjechać Anders do Warszawy). Na prawym skrzydle dywizja kapelanów wojskowych. Od jaskrawych i świetlistych barw feretronów oczy nieprzyjaciela ślepną. Na lewym sami prawdziwi Pola­cy - pysznią się kontusze, błyszczą dwururki z 1863 r., na piersiach oficerów ryngrafy takie same jak ongiś redaktor Wołek ofiarowywał generałowi Pinochetowi w podziękowaniu za rzeź ateistycznych lewicowych opozycjonistów. W centrum, z przodu, urodzeni in vitro. Stara to zasada-i do tego mają służyć-rozpoznawania pozycji nieprzyjaciela siłą żywą. Wprawdzie żywą być za chwilę przestanie, ale dla zachowania życia słusznych żołnierzy warto zawsze poświęcić garść zwyrodnialców.
  Za invitrowcami husaria. Łopoczą skrzydła, parskają konie, wysuwają się do przodu niezłomne kopie, słońce łamie się na puklerzach i szturmakach. Zaraz za nimi powstańcy warszawscy, każdy butelkę z benzyną krzep - ko trzyma w dłoni. Dalej kosynierzy. Ruszyli. By zaś iść krokiem równym i nie łamać szeregów, poczęli wszyscy powtarzać: Zdro - waś - Ma - ry - ja - Łas - kiś - peł - na -Pan-zTo-bą!... I szli jak powódź.
  Cóż więcej opowiedzieć można o ogromnych tych chwi­lach? Katedra oszalała! Ze wszystkich sił dzwoni. Księża idą z katedry w czerwieni i złocie, białe kwiaty padają pod stopy piechocie, szereg za szeregiem! Sztandary! Sztan­dary! A Gowin mówić nie może! Mundur na nim szary.
Jak pisze nieznany autor:
Marsz, marsz Gowinie, z Tobą łaska Boża, Zbudujemy Polskę od morza do morza!

Owszem, znam takich, którzy krzywili się na wyniki ostatnich wyborów. To im Jarosław Kaczyński nie pa­sował, bo jak powiadali za Sienkiewiczem: „wydął policzki - począł miętosić dudę pod pachą”, to do pani Beaty mieli zastrzeżenia, ale o naszym człowieku orkiestrze nikt złego słowa nie waży się powiedzieć.
„Przyszedłeś do nas, z daleka, z daleka...
Aż spod Kircholmu, Cecory i Warny,
Wiedząc, że naród z zapartym tchem czeka Na Ciebie, Wodzu, i na czyn mocarny”.
Zaś studia wojskowe wszelkich polskich uczelni są dumne ze swojego absolwenta.
Ludwik Stomma

Wyżerka
We wsi Cielętniki pod Czę­stochową polscy pielgrzy­mi zagryzają na śmierć 700-letnią lipę. Święcie wierzą, że kora tego biednego drzewa ule­czy ich spróchniałe zęby. Oto do czego prowadzi wciąż jeszcze gwarantowana przez konstytucję wolność prze­konań. Drodzy pielgrzymi, ratujcie swe szczęki, dopóki konstytucji wam nie zmienią.
  Poza tym nuda, zgaga i niestrawność, by się posłużyć Gombrowiczem. Gimnazja się wygasza, kopalnie się wyci­sza, a zwycięskie hasła niczym pacierz się wygłasza. Coraz więcej matek doznaje mieszanych uczuć, słysząc pierwsze słowa swoich dzieci: dobra zmiana, damy radę. Zdarzają się też dłuższe wypowiedzi: dotrzymamy obietnic, wiemy, skąd wziąć pieniądze. Dorosły poseł Gowin co godzinę nas zapewnia, że każde ministerstwo jest w zasięgu jego zain­teresowań i kompetencji, Beata Szydło ukrywa się przed samą sobą, a Witold Waszczykowski składa patriotyczny donos, że ważna wizyta prezydenta Dudy we Francji zo­stała zmarginalizowana przez media, co pokazuje „poziom zaangażowania przeciwko prezydentowi”.
  Na miarę moich skromnych możliwości pędzę Waszczykowskiemu z odsieczą. Oto fragment zagranicznej wypo­wiedzi naszego prezydenta: „Bardzo się cieszę i powiem więcej - jestem dumny że spotykam się z państwem w pol­skiej ambasadzie w Paryżu, która jest tak piękna i która w tak wspaniały sposób reprezentuje nasze państwo. Każdy Po­lak, który wchodzi do tego niezwykłego budynku, czuje za­razem, że Polska jest państwem poważnym”. Lżej, panie pośle? Bo mi lżej. I przede wszystkim cieplej tu i tam, i gdzie indziej, bo Polakom - tym prawdziwym - trzeba mówić prawdę. A prawda jest taka, że mamy przepiękną ambasadę.
  Ciut brzydszą mamy za to kadrę naukową i to w murach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Oto pracownik tej uczelni w randze doktora napisał na Twitterze: „Wy­szykujemy Tuskowi celę ze stalo­wymi kratami i pedofilem do towa­rzystwa”. Inny prawdziwy Polak, Robert Winnicki, przewodniczący Ruchu Narodowego, a od niedawna poseł z ruchu Kukiz’15 - pisze listy. Jeden z nich wysłał do Adama Michnika: „Dzień, w którym wyemigruje Pan do Izraela, będzie początkiem nowej ery”. Jej zręby Win­nicki już buduje. Przed wyborami swoim kandydatom ka­zał podpisywać „Kontrakt narodowy”. Posłowie (a jest ich dziesięciu) musieli poprzeć walkę o etniczną spoistość Narodu, odrzucenie roszczeń żydowskich, bezwarunko­wy sprzeciw dla euro, wspieranie militaryzacji narodu oraz zacieśnianie więzi z Białorusią, Turcją i Chinami.
  A Adam Michnik w Polsce na szczęście się ostał. Prze­trwali Marzec ’68, i stan wojenny w 1981 r., więc Winnickie­mu oraz jego kompanom sukcesu nie wróżę. Niech pakują walizki i jadą się szkolić do najbardziej zmilitaryzowane­go państwa na świecie - Korei Północnej. Jeśli uda im się wrócić - pogadamy. Nikt natomiast nie pogada z posłem Liroyem, bo o czym? On ma tylko jeden pomysł: starym politycznym dziadkom, którzy nie rozumieją młodych, chce „domknąć wieko trumny”. Niech pójdą w nicość, a Liroy - kto wie - może dochrapie się jakiegoś stanowiska w jednym z planowanych przez drużynę PiS nowych woje­wództw? Już widzę te afisze: „Rapuje wojewoda Liroy”. Ży­cie lubi takie niespodzianki. To wszystko są na razie mało groźne pomruki, które uważam za remanent antyestablishmentowych planów Kukiza i śp. JOW. Ale jego poselska zbieranina wyżarła kilkadziesiąt foteli w Sejmie.

A propos wyżerania. Parę dni temu wspomnianą na po­czątku 700-letnią lipę ogrodzono metalową siatką. Demokracja i immunitety parlamentarzystów na taki zabieg w Sejmie, niestety, nie pozwalają.
Stanisław Tym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz