PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 12 sierpnia 2017

Po-rachunki



Wniosek posła Mularczyka o zbadanie możliwości uzyskania reparacji wojennych od Niemiec wywołał stary temat. Zwykle nie chodzi o odszkodowanie - całkowicie nierealne, lecz o sygnał wobec Berlina. Głównie jednak o domowy użytek.

Jerzy Mąkosa

O reparacjach mówił już wcze­śniej, na konwencji Zjedno­czonej Prawicy w Przysusze, prezes PiS Jarosław Kaczyń­ski, zaskakując ponownym żądaniem wypłaty Polsce odszkodowań wojennych przez Niemcy. Przypomniał, że Polska poniosła gigantyczne straty ma­terialne i ludzkie w wyniku niemieckiej agresji i okupacji, „których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś” i które „są wła­ściwie nie do odrobienia”. Przypomniał, że „Polska była pierwszym krajem, który zbrojnie przeciwstawił się niemieckiemu hitleryzmowi”, i krytykujące dziś PiS kraje zachodnie powinny o tym pamiętać. Prezes przekonywał, że „Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań - a ci, którzy tak sądzą, są w błędzie”. Kilkanaście dni później, po­twierdzając niejako tezę o krajowym ad­resacie takich wystąpień, znacznie osłabił wymowę swoich słów z Przysuchy i spro­wadził kwestię zaledwie do „sygnału” oraz do „przypomnienia pewnych spraw”. Teraz
te sprawy znów wróciły. Przypomnijmy za­tem, jak się naprawdę mają.
Wychodzenie z żądaniem odszkodo­wań wojennych w 72 lata po zakończeniu wojny to droga w ślepy zaułek, to polityka wyprana z realizmu. Polska nie ma mocy sprawczej do realizacji takiej polityki, a rząd niemiecki, nawet gdyby chciał uznać nasze roszczenia, to nie jest w stanie prze­bić się przez opór powojennych pokoleń Niemców, którzy nie poczuwają się już do odpowiedzialności za wojnę. I każdo­razowo w takich przypadkach odsyłają nas do znaczącego wkładu Niemiec do wspól­nego unijnego budżetu, z którego Polska czerpie niespotykane nigdy wcześniej w hi­storii korzyści.
Niemcy przypominają nam także, że wprawdzie po wielu latach i z dużymi oporami, ale pogodzili się w końcu z gra­nicą na Odrze i Nysie i przejęciem przez Polskę ziem zachodnich, i ta kwestia po wiekach sporów granicznych przestała konfliktować i dzielić oba narody. Oceniają, nie bez racji, że przesunięcie terytorialne Polski po wojnie z rolniczego wschodu na zurbanizowany zachód pomogło nam w dokonaniu skoku cywilizacyjnego i przy­bliżyło zarówno geopolitycznie, jak i men­talnie do cywilizacji zachodniej. Uważają, że ten historyczny akt jest istotnym skład­nikiem ich zadośćuczynienia Polsce. Tyle, jeśli chodzi o standardowe, dobrze zna­ne argumenty.

Prawo międzynarodowe rozróżnia dwa rodzaje odszkodowań za szkody spowodowane przez agresora. Są to re­paracje, czyli zadośćuczynienie za straty materialne państwa ofiary agresji. W tym przypadku wszelkie kwestie z tym związa­ne są przedmiotem regulacji międzypań­stwowych bądź międzynarodowych.
Drugą kategorię stanowią indywidualne roszczenia cywilnoprawne do odszkodo­wań za straty materialne, moralne, utratę zdrowia, poniesione przez obywateli pań­stwa ofiary agresji wobec państwa agresora, jego instytucji, organizacji, firm, koncernów itp. Ta sfera roszczeń jest przedmiotem po - stępowania procesowego przed sądami. Państwo w tym przypadku może w interesie swych obywateli występować wobec agre­sora z roszczeniami, nie może natomiast za obywateli rezygnować z ich prawa do roszczeń. Politycy w Polsce wypowia­dający się w tych sprawach najczęściej nie znają prawa i wrzucają wszystko do jednego worka odszkodowań wojennych.
Jest sprawą oczywistą, że żaden polski rząd w okresie powojennym nie ogłaszał w imieniu obywateli polskich rezygnacji z ich indywidualnych praw do odszkodo­wań cywilnoprawnych. W świetle prawa taka rezygnacja byłaby zresztą nieważna. Polska natomiast oficjalnie zrzekła się pra­wa do odszkodowań, oczywiście nie mając pełnej swobody decydowania i naśladując Związek Radziecki. Uchwałą Rady Państwa z 1953 r. zrzekła się prawa do reparacji - jak brzmi tekst uchwały „od Niemiec”, a nie „od NRD”, jak postąpił ZSRR. Była to istot­na różnica. Uchwała Rady Państwa była - jest aktem wiążącym. Nikt nie kwestionu­je np. innej uchwały tejże Rady w sprawie zakończenia stanu wojny z Niemcami czy porozumienia w sprawie granicy na Odrze i Nysie.

Uchwała Rady Państwa o rezygnacji z reparacji wojennych od Niemiec była w prostej linii konsekwencją rozpa­du koalicji antyhitlerowskiej, forsowania polityki dzielenia świata na bloki i sfery wpływów oraz wkroczenia w etap zimnej wojny między Wschodem a Zachodem. Oba zwalczające się bloki szybko postano­wiły powiększyć swoje potencjały militar­ne i polityczne o okupowane przez siebie strefy Niemiec, tworząc dwa państwa nie­mieckie i uwalniając je po drodze od zobo­wiązań i ograniczeń okupacyjnych.
Stany Zjednoczone, W. Brytania i Fran­cja, tworząc Republikę Federalną Niemiec, zaniechały ściągania należnych im repa­racji wojennych, zawiesiły też realizację części reparacji należnych Związkowi Radzieckiemu z zachodnich stref okupa­cyjnych. Polska - jak wiadomo - miała we­dług postanowień alianckich otrzymywać 15 proc. reparacji z puli należnej ZSRR. Pewna, przez nikogo nierejestrowana, ilość sprzętu - jak np. traktory, rowe­ry i zegarki - dotarła do Polski i w tamtych czasach była dobrze spożytkowana.
Państwa zachodnie, przywra­cając z czasem RFN suweren­ność oraz włączając to państwo do krwiobiegu planu Marshalla, pozwoliły zarazem Niemcom na uchwalenie takich norm prawnych, które de facto wyklu­czają możliwość dochodzenia przed niemieckimi sądami in­dywidualnych roszczeń cywilnoprawnych z tytułu szkód wyrządzonych przez nie­mieckich okupantów. Z tych ograniczeń wyłączono jedynie Izrael i społeczność żydowską żyjącą w państwach zachod­nich, przeznaczając ogromne środki na za­spokojenie roszczeń odszkodowawczych tych osób.
Wbrew twierdzeniom niektórych na­szych polityków, jakoby Polska po wojnie nie otrzymała od Niemiec żadnych odszko­dowań, trzeba przypomnieć porozumienie o wypłacie zadośćuczynienia polskim ofia­rom hitlerowskich eksperymentów pseudo- medycznych w wysokości 140 mln ówcze­snych marek, wynegocjowane przez polskie MSZ i rozdysponowane wśród ofiar i ich rodzin. Resort wynegocjował z partnerami w RFN tzw. umowę rentową, na mocy któ­rej Polska w ramach wzajemnych rozliczeń emerytalnych otrzymała 1,3 mld marek. Kwota ta w cichym domyśle obu stron sta­nowiła w rzeczywistości namiastkę zadość­uczynienia za szkody wojenne. Podobnie było z wynegocjowanym kredytem finan­sowym dla Polski w wysokości 1 mld marek na bardzo korzystnych warunkach, którego spłata - jak z góry przesądzono - po kilku latach została całkowicie umorzona.

Nie sposób w tym kontekście nie wspomnieć także o szczelnie utaj­nionych rozmowach i po dziś dzień niewielu osobom znanych zabiegach o rozwiązanie kwestii odszkodowań
wojennych podejmowanych na początku lat 70. przez Fran­ciszka Szlachcica, wówczas członka Biura Politycznego i sekretarza KC, uchodzącego za osobę zaufaną Edwarda Gierka. Pamiętam zdumienie w MSZ, kiedy polecono nam przygotować kompleksowe dossier na eskapadę Szlachcica do Berlina Zachodniego, gdzie _ odbyły się negocjacje.
Zdumienie wzbudzał fakt, że Szlachcic nie miał nic wspólnego z polityką zagraniczną i nie miał nie­zbędnego obycia międzynarodowego. Dlatego też wprowadzenie w temat, tezy do prowadzenia negocjacji, sugestie tak­tyczne, sylwetka niemieckiego rozmów­cy i inne materiały przygotowane w MSZ były wyjątkowo obszerne i szczegółowe. Na partnera Niemcy wyznaczyli Egona Bahra, wytrawnego polityka i socjalde­mokratę, twórcę tzw. polityki wschodniej RFN, czyli otwarcia się Niemiec zachod­nich na Europę Środkową i Wschodnią. Sam fakt, że Niemcy zgodzili się pro­wadzić w pełnej tajemnicy negocjacje odszkodowawcze, wzbudzał pewne nadzieje.
Rozmowy zakończyły się jednak cał­kowitym fiaskiem. Dyrektor Depar­tamentu IV w MSZ (wówczas Europa Zachodnia), który asystował Szlachci­cowi, miał zakaz informowania o prze­biegu ustaleń. Zwierzył się nam jedynie, że Szlachcic niewiele korzystał z mate­riałów MSZ, postępował według wła­snego widzimisię, nie sprostał zadaniu. Nie wiem, czy w archiwach zacho­wały się jakieś dokumenty dotyczące tej sprawy.
PRL to epoka zamknięta. Nie chcę z góry przesądzać, jak potoczyłyby się później podobne rozmowy z Berlinem, z unijnym partnerem. Ale tu od początku nie chodzi o dyplomację, lecz wyłącznie o propagandę.

Jerzy Mąkosa - jest emerytowanym dyplomatą, byłym radcą, ministrem pełnomocnym w Bonn i Berlinie, byłym dyrektorem departamentu w MSZ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz