PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 16 kwietnia 2016

Teoria i praktyka chaosu



Przez dekady polska polityka wydawała się w miarę racjonalna. Owszem, bywała cyniczna, nieudolna czy niekonsekwentna, ale miała kontakt z realiami. To się właśnie dramatycznie zmienia.

Jarosław Kaczyński prowadzi politykę osobistą, wolicjonalną, niepoddającą się obiektywnym kryteriom i ogólnie przyjętym regułom. Już w kampaniach ze­szłego roku zarówno Andrzej Duda, jak i Beata Szydło wprost stwierdzali, że nie ma rzeczy niemożliwych, że tak mówią tylko źli, niekompetentni ludzie i żeby im nie wierzyć. Po nudnej, suchej wła­dzy Platformy oto zjawia się siła, która mówi językiem demiurga: popatrzcie - nie było, a jest, nie dało się, a się robi. Wystarczy chcieć. Dla części społeczeń­stwa, mimo całej bałamutności tych stwierdzeń, brzmiało to jak objawienie.
   Nastąpiła zasadnicza zmiana reguł gry, bez uprzedzenia graczy. Przeło­mem było słynne „500 zł na dziecko”. Nieprzypadkowo żadna inna siła poli­tyczna nie wpadła na ten pomysł, po­nieważ jest to koncepcja z innego po­rządku, zrywająca z niepisaną zasadą, że nie ma rozdawnictwa publicznych pieniędzy, bo na to mógł każdy wpaść. Ale nie wpadł, bo się nie odważył.

   Triumf woli
   To był właśnie pierwszy przykład poli­tyki osobistej, czyli wystawienie podat­nikom rachunku za powrót do władzy prezesa PiS (pojawiła się ostatnio infor­macja, że pomysł ten podrzucił Kaczyń­skiemu pewien biznesmen, przekonując go, że poparcie wyborców najlepiej ku­pić za konkretną gotówkę).
   Potem były dalsze przykłady „triumfu woli”. Kiedy ZUS ogłosił, że powrót do po­przedniego wieku emerytalnego spowo­duje w perspektywie deficyt w finansach państwa na kwotę około 400 mld zł, wła­dza to kompletnie zignorowała. Premier Szydło właśnie spokojnie zapowiedzia­ła, że obniżenie wieku przechodzenia na emeryturę nastąpi „po wakacjach”. Komisja Nadzoru Finansowego obliczyła niedawno, że projekt ustawy prezydenta Dudy, mającej pomóc tzw. frankowiczom, kosztowałby około 67 mld i upadek kilku banków.
   W reakcji pojawiły się na prawicy ko­mentarze, że KNF jest szkodliwą insty­tucją, na usługach poprzedniej władzy; zajęto się też troskliwie osobą szefa KNF (dopiero teraz, po cichu, projekt jest poprawiany). Bo gdy rzeczywistość nie pasuje do obietnic, to winę ponoszą ci, którzy to zauważają.
   Plan Morawieckiego, do łez wzruszają­cy tych, którzy „dają szansę PiS”, polega w zasadniczej części na wykorzystaniu funduszy unijnych. Nie przeszkadza to jednak politykom rządzącej partii w dramatycznym psuciu relacji Polski z Unią Europejską, w rzucaniu inwektyw pod adresem najważniejszych jej urzęd­ników, w nazywaniu flagi Unii szmatą. Plan ten, by w ogóle miał jakąkolwiek szansę, musi być wsparty pozytywnymi ocenami ratingowymi, a także przeko­naniem, że Polska pozostaje państwem prawa, gwarantującym przewidywalność i szeroko pojęte bezpieczeństwo inwesty­cji i obrotu gospodarczego. A tymczasem wiarygodność państwa jest dewastowa­na, każdy dzień przynosi tego przykłady.
    Komisja Wenecka, zaproszona przez szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, wydała opinię, której główny punkt sta­nowi o konieczności wydrukowania wy­roku Trybunału Konstytucyjnego w spra­wie tzw. pisowskiej ustawy naprawczej; ten postulat podtrzymali ostatnio wyso­cy europejscy urzędnicy wizytujący Pol­skę. I właśnie ten najważniejszy postulat został ostentacyjnie przez władzę zigno­rowany. Tę samą, w której Morawiecki jest wicepremierem i która spodziewa się unijnego strumienia pieniędzy. I co nam zrobicie? Rzeczywiście, nic nie można zrobić, tyle tylko że rachunek będzie płacić całe społeczeństwo.
   PiS gra jednak o całość w wymiarze metapolitycznym, chce przejąć władzę nie tylko nad rzeczywistością, ale także nad kryteriami jej oceny. Przecież sto­pień zaawansowania procesu „wstawania z kolan”, polepszenie tożsamości i pod­miotowości ocenią sami rządzący i o tym poinformują w swoich mediach publicz­nych. Zwycięzców wszak nikt nie sądzi, a rodzaj i pole zwycięstwa określa władza. Wystarczy ją utrzymać. A do utrzymania potrzebne są dobrozmianowe prezenty. To jest taka specyficzna piramida finan­sowo-polityczna, którą trzeba stale zasi­lać, żeby nie upadła.

   Polityka magiczna
   Irracjonalność nowej polityki polega także na kreowaniu bezcennych, nie­przeliczalnych na złotówki wartości. Ro­zumiana po pisowsku suwerenność jest warta każdych (także utraconych) pienię­dzy i wszelkich poświęceń. Jeśli Unia nas nie chce, to my nie chcemy takiej Unii. Jeśli Amerykanie dąsają się za rzekome naruszanie u nas standardów demokra­cji, to my będziemy dla Amerykanów nieuprzejmi i przypomnimy, że ich de­mokracja ma śmiesznie krótki rodowód. Mimo że to USA ma być jedynym gwarantem bezpieczeństwa Polski. Tu się nic nie zgadza. Ale im bardziej się nie zgadza, tym bardziej PiS jest górą, bo ta partia zawsze dąży do sytuacji, kiedy w każ­dym wariancie ma rację (np. Unia daje pieniądze, sukces władzy, Unia nie daje - bo suwerenna władza jej przeszkadza). Znowu Polska jest jedynym sprawiedli­wym, ponownie możemy być zdradzeni o świcie lub wieczorem, ale trudno. Stałe odtwarzanie rytuału krzywdy i oszustwa są jedną z cech rządzącej prawicy.
   Będziemy obrażać silnych (Niemcy, Francja, USA), a stworzymy koalicję sła­bych (nowe Międzymorze, choć nie ma chętnych na polskie przewodzenie dru­giej europejskiej lidze). Nie będziemy słuchać pouczeń, bo jesteśmy wielkim narodem, ze wspaniałą przeszłością, otoczeni krajami z moralnymi długami. W takiej wizji osobista racja, specyficzne napawanie się własną mocą są ważniejsze niż realne, długofalowe interesy kraju. Jak w starej anegdocie, gdy gość przychodzi do baru, pyta, kto jest tu najsilniejszy, wali go w twarz i ucieka. Ambicje, urazy, rzekomo naruszony prestiż, rozmaite resentymenty zaczynają dominować nad chłodną oceną sytuacji Polski.
    Właściwie wszystko może się teraz zdarzyć, nie ma żadnych nieprzekra­czalnych ram i reguł poprawności, żad­nego systemu wartości i szanowanych procedur, które mogłyby być tamą dla autorytarnych zapędów. Może przejść każda ustawa, regulacja, najbardziej absurdalny pomysł. Zwłaszcza że język symboliczny wdarł się w strefy dotąd przed nim chronione, w gospodarkę, w politykę międzynarodową, w praw­ne regulacje. Za sprawą PiS pojawiła się specyficzna parapolityka, w której ele­menty realnego świata przemieszały się zwierzeniami, mitami, siłą woli, potęgą i sprawczością przywódcy. Jarosław Ka­czyński, zapytany o stanowisko w spra­wie ewentualnego projektu całkowitego
zakazu aborcji, odpowiedział, że jako katolik nie może mieć tu innej opinii niż episkopat, nie ma wyboru. Chyba po raz pierwszy najważniejszy polski polityk stwierdził, że bezdyskusyjnie podlega nauce Kościoła. A Antoni Ma­cierewicz, minister obrony kraju NATO, bez najmniejszych dowodów insynuuje, że sąsiednie mocarstwo zabiło polskiego prezydenta. Polityka symboliczna, ma­giczna, wygrywa z tą realną.

   Koniec starego piekła
   Premier Szydło przy okazji inaugu­racji programu 500 plus powiedziała, że to kwestia godności. To stwierdze­nie dobrze pokazuje owo przemiesza­nie porządków, realnego z mitycznym. Godności nie wypada ograniczać twar­dymi ekonomicznymi wymogami. Jeśli są dzieci, to musi być na dzieci. Oczy­wiście nikomu się przez to nie odbie­rze - to też deklaracje z kampanii wy­borczych. Publiczne daniny nie będą przecież zwiększone, najwyżej zmieni się „system podatkowy”. To ten sam syndrom demiurga. Ale nie tylko. Poka­zuje to również rozchwianie wszelkich kryteriów racjonalności, przekonanie, że dotychczasowe reguły już nie obowią­zują, że jest jakiś nowy świat, a starego piekła parametrów i procedur już nie ma. Że znowu przychodzi czas silnych ludzi i ich zbawczych wizji. Że wystar­czy bardzo, bardzo chcieć. A prezes PiS chce najbardziej.
   W rozważaniach, o co właściwie cho­dzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, domi­nują dziś trzy opcje. Według pierwszej ma on dalekosiężny, piekielnie konse­kwentny plan stworzenia katolickiego, konserwatywnego państwa, z narzuconą przez władzę tradycją, historią, edukacją i systemem wartości. W tej wizji Kaczyń­ski krok po kroku, bez cienia przypad­kowości, realizuje ustrojowy program.
   W drugiej opcji, podtrzymywanej tak­że przez część prawicowych publicystów, konsekwencja i wyrachowanie Kaczyń­skiego są przeceniane i diabolizowane, bo dużą rolę odgrywają też emocje, wy­mogi bieżącej chwili, sytuacyjne okazje. Choć oczywiście przy tym wszystkim prezes nie rezygnuje z chęci całkowitej przebudowy państwa.
   I trzecia możliwość, że Kaczyńskiemu nie chodzi w gruncie rzeczy o nic zwarte - go i konkretnego, że nie ma określonego celu, a jedynym prawdziwym dążeniem jest gromadzenie władzy i przewodze­nie partii. Jest kolejnym graczem, tyle że sprytniejszym i bezwzględniejszym od innych. Oczywiście ma swoje upodo­bania i preferencje, nazwalibyśmy je ak­sjologiczne, ale bez przesady, one także podlegają kalkulacjom politycznym. I są demonstrowane wtedy, gdy mogą być użyte właśnie w polityce.
   Wiele wskazuje na to, że prawda o Kaczyńskim leży dzisiaj bliżej dwóch ostatnich wersji. Że całościową strategię, wciąż kierunkowo istniejącą, w praktyce zastąpiła bieżąca taktyka, logika chwilowej sytuacji. Rzeczywistość, zwłaszcza globalna, stała się tak skomplikowana, że pojawia się chęć oderwania od niej. Porzucenia gry, której reguły są niejasne, a skutki nie do ogarnięcia. I skierowania energii na pole czysto wewnętrzne, swojskie, w miarę przewidywalne, łatwiejsze do opanowania i skontrolowania (jak Trybunał Konstytucyjny).

   Wielki finał
   Pokusa politycznego autyzmu, powro­tu do „ojczyzn”, nigdy chyba nie była tak silna jak teraz. Kaczyński nie wie, jak zachowają się wielcy światowi gracze, ale mniej więcej wie, co mogą zrobić „na prowincji” Schetyna, Petru, Kukiz, Kosiniak-Kamysz. To całkowite przejście na rynek wewnętrzny i oderwanie się od realiów zewnętrznych jest być może najbardziej wyrazistym przykładem irracjonalności współczesnej polskiej polityki - nie rozumiem, to odrzucam. W oficjalnej wersji - rozumiemy teraz więcej i głębiej, przejrzeliśmy na oczy, wstaliśmy z kolan, zdemaskowaliśmy prawdziwe intencje wrogów - dlatego je odrzucamy. Ale sens jest ten sam.
   Następuje zatem powrót do polityki pierwotnej, quasi-plemiennej. Ważne stają się symbole, totemy, tożsamość, wielkość i godność. Jako przeciwieństwo polityki „małej”, „marnej”, uwikłanej w kompromisy, konsultacje i zewnętrzne zależności, czyli polityki de facto normal­nej. W takiej odsłonie, jako logiczna ko­nieczność, powraca stary motyw prawicy - wielki finał, który zwieńczy dzieło, bę­dzie odkupieniem za wszystkie krzywdy, stanie się ziemskim edenem. Stale u po­lityków PiS pojawiają się stwierdzenia w rodzaju: jeszcze trochę wysiłku, kon­sekwencji, twardości, nieodpuszczania, a potem będzie już naprawdę wspaniale, kraj z marzeń przodków, sprawiedliwa, bezpieczna ojczyzna, pełna szczęśliwych rodzin. Podczas niedzielnych smoleń­skich obchodów prezes Kaczyński znowu zapowiedział, że już blisko jest „szczyt”.
    Liberalna demokracja nie zna takiego finału i szczytu. Jest tylko oferującą pod­stawowe obywatelskie wolności prawną ramą, która jednak nie dostarcza sensu życia, nie niweluje z automatu krzywd, nie zapewnia w prosty sposób dobroby­tu. W tym sensie, jako do bólu racjonal­na i prozaiczna, wydaje się nieciekawa. W czasie globalnego chaosu, obniżenia atrakcyjności zachodniego modelu spo­łecznego, widocznego załamania oświe­ceniowej linii postępu i europejskiej integracji, rośnie popyt na polityczną medycynę niekonwencjonalną. Pojawia­ ją się lokalni uzdrowiciele, którzy będą przekonywać, że wszystko jest możliwe, że chcieć - to móc. PiS w istocie uprawia coś w rodzaju politycznego i społecznego coachingu, i to na kredyt o nieoszacowanym oprocentowaniu. Jarosław Kaczyń­ski, operujący jednocześnie wizjami wielkiej historycznej zmiany zamierzo­nej na pokolenia oraz codzienną dłuba­niną polityczną, rozhuśtał świadomość społeczną, ale może przede wszystkim swojego obozu politycznego. On miota się między tymi dwoma biegunami, wy­znaczonymi horyzontem wielkiej historii a mitręgą, przaśnością polityki małych interesów, załatwiactwem i ściboleniem. I to, co ma być niby wielkie, daje alibi temu, co małe, wszystko usprawiedliwia.
    W PiS najwyraźniej dominuje przeko­nanie, że teraz, wobec rozchwiania reguł i ogólnego chaosu, wszystko wolno. Za­chód jest zajęty uchodźcami, Ameryka ma na głowie Syrię, Kubę, Chiny, Rosja zaś ekonomiczny kryzys, jest zatem okazja, żeby w Polsce przeprowadzić małą rewolu­cję: sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, przekupić wyborców, przejąć całe państwo. Wziąć wszystko, co się da. Całą władzę i wszystkie posady. Koszta nie są ważne, bo dzisiaj na dobrą sprawę nikt na świecie nie liczy pieniędzy - jak zauważył jeden z komentatorów na prawicowym forum.
Trwa ustalanie nowego porządku, wiel­kie przewartościowanie celowi hierarchii. To nie jest czas liczykrupów, tylko wizjo­nerów, a rachunki będą płacone później. Wszyscy realizują polityczne i ideologicz­ne cele, finanse są wtórne. Oczywiście jest to nieprawda, ponieważ Zachód wciąż dotrzymuje zasad liberalnej demokracji, zachowuje się racjonalnie, używa odpo­wiedniego języka, drukuje wyroki sądów konstytucyjnych, trzyma budżet w ryzach. Kryzys zachodniego świata nadal nie ode­brał mu racjonalności, szacunku dla reguł. PiS fałszywie odczytuje tendencje i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski.
   Zarazem nie można pozbyć się wra­żenia, że nawet nieobliczalny PiS wciąż podświadomie, gdzieś z tyłu głowy, liczy na to, że przy całym swoim szaleństwie w razie czego ktoś ich uratuje. Że przy- jedzie jakiś wujek z Europy, coś umorzy, zapłaci za ekscesy, może pogrozi palcem, ale jednak nie wyrzuci. Że Ameryka wy­śle brygadę i tomahawki. Inwestorzy przecież też nie wyjdą, bo niby dlaczego? Jest w tym myśleniu coś głęboko prowin­cjonalnego, dziecinnego, ale i prawdzi­wego. Irracjonalność PiS ma wciąż roz­piętą siatkę bezpieczeństwa trzymaną przez racjonalną Europę. Jak długo?

   Strategia skały
   Z irracjonalną polityką, wymykającą się znanym regułom logiki i przyzwoitości, bardzo trudno walczyć. Dlatego antypisowska opozycja ma z tym wielki, ro­snący kłopot. Pojawia się pytanie, czy wchodzić w te kopaniny, biec tam, gdzie PiS wrzuca piłkę, spotykać się, rozmawiać, zdając sobie sprawę, że to władza ustala reguły gry, jest graczem, sędzią, a zarazem siedzi w kabinie komentatora? Czy też zde­cydować się na twardą, wyniosłą postawę, stawiać, choćby przez lata, warunki brze­gowe porozumienia i dawać świadectwo.
   Nie jest to dylemat akademicki, co po­kazuje ostatni przykład: wyraźnie widać, że rządzący próbują teraz przedstawiać żądania zaprzysiężenia trzech sędziów i wydrukowania wyroku Trybunału w sprawie tzw. ustawy naprawczej jako skrajnie radykalne, a autorów takich po­stulatów-jako ekstremistów. Upierać się zatem przy swoim czy nie być „ekstremi­stą” i szukać „światełka w tunelu”? Myląc tropy, sens, zmieniając znaczenia słów, podważając wszelkie autorytety, raporty, zewnętrzne oceny, PiS chce wprowadzić podstawowy chaos, rozchwiać kryteria oceny, narzucić własny język. Kaczyński zawsze lubił zarządzać konfliktem; w jego świecie wszystko ma być niepewne, in­tencje nieznane, skutki niejasne. Dla reszty sceny politycznej, która natural­nie dąży do jakiegoś porządku, stabiliza­cji, minimum stałości, jest to potworna męka. Po opozycyjnych liderach widać wręcz fizyczne zmaltretowanie.
    Kaczyński zawsze powtarzał, że Rosja liczy się tylko z silnymi. Widać było w tym jakiś podziw i zapewne własne przekona­nie o regułach rządzących polityką. Dla­tego opozycji można chyba poradzić jed­no - jeśli nie bardzo wiadomo, co robić, trzeba być twardym. Wejście w irracjo­nalny świat lidera PiS, próby poruszania się w nim, negocjacje, dawkowane popar­cie, wybiórcze oceny nie mają sensu, bo w swoim świecie on zawsze będzie mi­strzem. W chaosie zawsze lepszy jest ten, kto go tworzy. Pozostaje strategia skały. Tak wcześniej robił PiS. I wygrał.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz