PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 25 maja 2017

Jaka to melodia?,Zawiadomienie,Warsztat samochodowy,Staw łokciowy,Taka taktyka,Cała Polska czyta dorosłym,Szósta kategoria i Złe słowo „reforma”



Jaka to melodia?

Głośne w ostatnich dniach utyskiwania na ideo­logiczną amorficzność Platformy Obywatelskiej są zrozumiałe, ale pozbawione sensu. Amorficz­ność jest bowiem jej naturą. PO może zdobyć władzę, ale na pewno nie narzuci polskiej polityce nowego języka i no­wego tonu.
   Platforma rzeczywiście często sprawia wrażenie soft-PiS, oferującego „PiS minus wypaczenia”. Nic nowego. Tak było także dekadę temu. Swój tytuł do władzy PO uzasadniała sprzeciwem wobec ekscesów PiS-owskich rządów i lepszy­mi kadrami, a nie jakimś rewolucyjnym, a choćby odważ­nym projektem programowym. Dzięki autodestrukcji PiS i klęsce Jarosława Kaczyńskiego w debacie z Donaldem Tu­skiem to wystarczyło. Boiskowe kunktatorstwo bywa miarą inteligencji i tak jest określane za każdym razem, gdy druży­na wygrywa. Jednak gdy stosując taką taktykę, mecz prze­grywa, pragmatyzm nazywany jest zgubnym oportunizmem i błędną zachowawczością.
W ciągu dekady PiS nie zmieniło swej natury. Uzyska­nie przez tę partię samodzielnej większości pozwoliło tyl­ko ujawnić tę naturę w całej okazałości. Nie zmieniła natury także    Platforma. Pozbawiona charyzmy i wdzięku Tuska oraz jego strzeleckich umiejętności, przy Schetynie, który na boisku jest pomocnikiem bez niekonwencjonalnych za­grań, też gra to, co grać umie. Co jest oczywistością - mecz nie jest momentem na testowanie nowych zwodów i nieba­nalnych rozwiązań taktycznych.
   Nie karciłbym więc Platformy za to, że jest, jaka jest, bo w tym jej wcieleniu inna być nie może. Zastanawiałbym się raczej, czy przy takiej władzy i w takiej epoce politycz­nej to wcielenie może zapewnić głównej partii opozycyjnej wygraną. Największy hokeista w historii, Wayne Gretzky, zapytany kiedyś, czym różni się hokeista dobry od wybit­nego, odpowiedział krótko: dobry jedzie tam, gdzie krążek jest, a wybitny tam, gdzie krążek będzie. Schetyna i jego Platforma jadą tam, gdzie krążek jest. A czasem, niestety, tam, gdzie był wcześniej. Jest PO trochę jak opisany w „Mi­strzu i Małgorzacie” „jesiotr drugiej świeżości”. Świeżość zaś - jak pisał Bułhakow - „jest jedna, pierwsza, a zarazem ostatnia”.
   Platforma Schetyny gra więc tak jak dekadę temu Platfor­ma Tuska. Ma jednak trzy problemy. Nie ma Tuska, ma za to bagaż ośmioletnich rządów i władzę dysponującą instru­mentami, jakich PiS dekadę temu nie miało. I jeszcze jed­no: Platforma, od tylu lat zakleszczona w wojnie z PiS, jest ze swym oponentem w nieprzezwyciężalnym mentalnym uścisku. Widzimy więc te same kostiumy, te same chwyty i tę samą grę znanymi kartami. Problem w tym, że w naszej polityce dominuje dziś język populizmu. Platforma zaś, nie mogąc znaleźć i zaproponować innego, siłą rzeczy w pułapkę populizmu wpada. Stąd wygibasy w odpowiedzi na pytania o uchodźców czy podwyższenie wieku emerytalnego.
   Przewodniczący Schetyna z łatwością mógłby tu nam za­serwować całkiem mocne argumenty polemiczne. Plat­forma zapłaciła za podwyższenie wieku emerytalnego i za zgodę na przyjęcie uchodźców, a ponieważ zdecydowana większość elektoratu nie chce zmiany wieku emerytalnego, a jeszcze większa większość nie chce żadnych uchodźców, pole gry jest zawężone - nikt, kto chce zdobyć władzę, nie może iść na zderzenie ze ścianą. Schetyna kłania się więc po prostu politycznemu ultrarealizmowi. Pytanie tylko, czy ów ultrarealizm w epoce Macrona nie jest krótkowzrocznością. Może i jest, ale w naturze Platformy są i będą raczej wygibasy i salta niż pójście pod prąd.
   Racje Schetyny można by tu jeszcze wzmocnić. Jęki z po­wodu duopolu PiS-PO wydobywają się z okolic, gdzie sta­cjonują polityczni słabeusze, którzy owego duopolu nie są w stanie rozbić. Kukiz, który udaje antysystemowego, bę­dąc przystawką PiS; Nowoczesna, ale tylko w okresach, gdy w sondażach jest za Platformą, i lewica w swych różnych, na
razie nieudanych postaciach. Macron? Polska nie jest Fran­cją, może Polacy na żadnego Macrona apetytu nie mają, bo wolą melodie, które już słyszeli.
   Platforma ani dziś, ani jutro nie porwie mas. Może nawet chce, ale nie umie i raczej się nie nauczy. Pytanie, czy bez ja­kiegoś powszechnego zrywu, bez prawdziwej fali, choćby ta­kiej, jaka pojawiła się niespodziewanie tuż przed wyborami w 2007 r., PiS rzeczywiście może być pokonane i pozbawione władzy. Szczerze wątpię. Ale być może rację ma Schetyna, któ­ry zdaje się liczyć, że sprawę załatwi za niego PiS, popełniając definitywne seppuku. Jeśli ma rację, za trzy lata będzie pre­mierem. Jeśli nie, będzie byłym przewodniczącym PO.
   PiS ani PO przez dwa i pół roku się nie zmienią. Pytanie, czy zmienią się oczekiwania społeczeństwa. I czy mogą się zmienić, jeśli nie znajdzie się ktoś, kto zagra nową melodię, która szybko wpadnie w ucho.
Tomasz Lis


Zawiadomienie

Minister obrony narodowej Antoni Maciere­wicz złożył oficjalne zawiadomienie o „po­dejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posłów PO polegającego na złożeniu fałszywego zawia­domienia o przestępstwie przekroczenia przez MON uprawnień, które miało rzekomo polegać na ujawnieniu informacji niejawnych osobom nieuprawnionym”.
   Jest to reakcja na to, że dwa dni wcześniej posłowie Platformy zawiadomili prokuraturę o możliwości po­pełnienia przestępstwa w związku z przetargiem na śmigłowce dla wojska. Chodzi o dostęp do dokumenta­cji byłego przewodniczącego podkomisji smoleńskiej Wacława Berczyńskiego, jego zastępcy Kazimierza No­waczyka i Bartłomieja Misiewicza.
   Bardzo się cieszę, więcej, jestem dumny ze stanowczej i patriotycznej reakcji ministra Macierewicza. Tylko osobniki odurzone smrodem białych róż, znanego sym­bolu satanistów, komunistów i złodziei, mogły się uciec do tej ohydnej antypolskiej prowokacji, która ucieszy określone kręgi i wiadome grupy, a konkretnie rewanżystów w Berlinie i tych wszystkich z Paryża, przez których nie wygrała koleżanka ministra Waszczykowskiego, co jest rażącym naruszeniem demokracji, a w zasadzie fał­szerstwem i nasza władza ma na to ekspertyzy.
   Dla każdego myślącego Polaka oczywiste zaś jest, że Antoni Macierewicz nie ujawniał nielegalnie informacji niejawnych, gdyż po pierwsze, były one dla niego jawne.
   Po drugie, Wacław Berczyński wykończył caracale, więc miał prawo zobaczyć, co wykończył i dlaczego.
   Po trzecie, nie miał nic wspólnego z caracalami i suge­rowanie, że coś wykończył albo zobaczył, jest przemy­słem pogardy, nienawiści i białych róż.
   Po czwarte, to były dokumenty tak stare, jak te drzewa, co trzeba wyciąć, żeby Polska wstała z kolan.
   Po piąte, to już wstała z kolan, no więc wracając do po czwarte, to stareńkie papiery były, a przecież nikomu nie przeszkadza, że ktoś sobie czyta dokumenty z czasów budowy Gdyni.
   Po szóste, jakby mi kto do domu przywiózł 21 tys. stron dokumentów, to z ciekawości bym zajrzał, no bo co, kur­czę blade, czytam nawet opakowania po czekoladach, a te kwity od helikopterów chyba ciekawsze są.
   Po siódme,to dr Berczyński jest wielkim patriotą, do­radzał Pentagonowi i NATO, wyjaśnił setki katastrof lot­niczych, w tym smoleńską, udowadniając, że wiązanka radioaktywnych parówek odpaliła bombę termobaryczną, która wysadziła aluminiowy barak, a za takie zasługi naprawdę może człowiek trochę poczytać tego, na co ma ochotę, zwłaszcza jeśli zapobiegnie to przyszłemu prze­stępczemu użyciu radioaktywnych parówek.
   Po ósme, pan Berczyński jest poczciwym, ale mitomanem, który nie miał wpływu na nic i nigdzie, przyjechał sobie z USA, a że jesteśmy gościnni, więc zaopiekowa­liśmy się nim, daliśmy mu krzesło do posiedzenia, a to krzesło, zupełny przypadek, stało w sali, gdzie zebrała się komisja smoleńska, no i tak głupio było potem wy­praszać człowieka, ale on nie miał wpływu na nic, nawet na to, czy dosypie cukier do herbaty, czy nie, a helikopter na oczy widział tylko w filmie „Helikopter w ogniu” i każ­dy, kto go zna, wie, że i tak by nic nie zrozumiał z doku­mentów, gdyby je nawet przeczytał, co oczywiście byłoby zupełnie legalne i zrozumiałe, a do Paryża na negocjacje w sprawie caracali zabrał się z ministrem, bo to piękne miasto jest, a minister chciał się podzielić ze swym goś­ciem odrobiną radości i uprzykrzanie mu teraz przez to życia jest barbarzyńską próbą karania za dobre serce.
   Po dziewiąte, niech lewactwo gender skończy z tą obrzydliwą hipokryzją, bo co roku ubolewa, że Polacy coraz mniej czytają, a jak się trafiło trzech, wszyscy fest patrioci, czytelników, którzy z własnej woli sięgnęli po słowo drukowane, to nagle lewactwo gender histeryzuje.
   Po dziesiąte, to Suweren decyduje, kto co może czytać, a Suweren zdecydował w wyborach i nie będzie totalnie opozycyjne jaśniepaństwo mówić Suwerenowi, co jego najlepsi przedstawiciele mogą czytać, a czego nie.
   I wreszcie po jedenaste, jest oczywistą oczywistością, że dr Berczyński nie wykończył caracali, bo nie miał z ne­gocjacjami nic wspólnego, pewnie nawet nie wiedział, że caracale istnieją, ba, mógł nie mieć świadomości, że jest taki kraj jak Francja, ale gdyby - tak teoretyzu­jąc - jednak wykończył, to postąpiłby nad wyraz słusz­nie, przewidując, że ten chory kraj zaprzepaści szansę na ozdrowienie i nie wybierze Marine Le Pen, wspierając za to człowieka, który śmiał skrytykować Prezesa.
Marcin Meller

Warsztat samochodowy

Piszę ten felieton, siedząc w kantorku dla klientów w warsztacie samochodowym. Mam wolne dwie godziny, bo tyle trwa naprawa ha­mulców. W pobliżu nie ma nic, gdzie można by pójść i czymś się zająć. Peryferie miasta. Za szybą stacja ben­zynowa, mógłbym tam wpaść i zjeść hot doga, pooglądać batony albo spraye do szyb, ale bez przesady, nie przez dwie godziny. Siedzę i gapię się w telewizor. Na ekranie surrealistyczny kanał, coś jakby Korea Północna, tylko prezenterzy bez kimon i mówią po polsku. Opowiadają rzeczy, o których istnieniu nie miałem pojęcia.
   Należę do klanu morderców. Zawodowych, opłaca­nych, z białymi różami w zębach, ale spoko - zostanę zniszczony, pokonany, a na moim grzbiecie stanie ten pomnik. Co tam jeden pomnik, dwa pomniki! I wtedy Polska będzie wolna. Aha. Sięgam po komputer, bo akcja toczy się wartko i wszystkiego mogę nie spamiętać. Stu­kam monosylabami, skrótami, nazwiskami, bo nie ma czasu na pełne zdania: „Nitras, totalna opozycja, Błaszczak, Karnowski, Sopot, bojkot, plecy Terleckiego, do­bra zmiana, wolność i zdrajcy”. Będę to musiał potem jakoś ułożyć, bo w rzeczywistości w tym tkwi sens, który brzmi: „Polski Pjongjang bezustannie atakują wrogowie Polski z Polski, którzy Polsce szkodzą, bo nie są Polaka­mi, tymi Polakami, prawdziwymi Polakami, są Polakami fałszywymi”. Uch.
   Zapisuję frazę: „Mały żuje własny język, jest źle”. Mała dygresja: zawsze mi imponowała tajemnica ame­rykańskich stenotypistek sądowych. Naciskają trzy klawisze w dziwnej skrzynce i jest w tym zawarta cała treść skomplikowanego zeznania seryjnego mordercy. Ja mam sto klawiszy i nie nadążam za Błaszczakiem, a przecież mówi wolno jak E.T., podobnie cedzi sło­wa, jakby ich szukał w przepastnym słowniku - tyle że mimo starań na końcu zawsze wynajduje te same: „nie­nawiść”, „pogarda”, „kto za tym stoi”, „wrogowie”. Teraz pomaga mu pytanie suflerki: „Dlaczego ci ludzie chcą zniszczyć nasz kraj?”. Ciarki. W odpowiedzi przebit­ka z ulicy, facet w żółtej kamizeli, reprezentant kontr- manifestacji, mówi do grzecznego dziennikarza kanału: „Spadaj pan” czy coś w tym stylu. Cham. Andrzej Saramonowicz wrzuci potem na Facebooka skan pisma, ja­kie wręczała uczestnikom tej kontrmanifestacji policja: „Wzywa się pana do osobistego stawiennictwa w spra­wie złośliwego przeszkadzania wykonywania aktu reli­gijnego Kościoła Rzymskokatolickiego tj. o czyn z art. 195 par 1 kk”. Notuję: „Jarosław jest księdzem, a to o ró­żach, to była homilia”.
   Zbliżenie na twarz pani Małgorzaty Wassermann. Nie przeszkadza mi, kiedy kopiuje prezesa i mówi „takom” zamiast „taką”, to jest nawet na swój sposób sexy u dziew­czyny z Krakowa. Intryguje mnie sposób, w jaki przesłu­chuje człowieka z wąsem. Z uśmiechem dopytuje, czy jest w stanie ogarnąć więcej niż jedno pytanie, a kiedy ten się zastanawia, dorzuca: „No widzę, że jest ciężko”. Notuję skrót: „O.J. Simpson”. Zawsze mi się wydawało, że w ze­znaniach chodzi o dotarcie do prawdy. W procesie O.J. Simpsona oskarżony taktycznie milczał, za to świadko­wie rozsiadali się wygodnie w fotelu za barierką i sędzia ich nie ponaglał. Przecież chodzi o to, by sobie przypo­mnieli, pogmerali w zwojach, odtworzyli detale sprzed lat. W Polsce pytania zaganiają świadka do narożnika.
Niech się wije. Polska szkoła. Zatem teraz ta akcja z Was­sermann mnie nie dziwi, jest nawet z gracją zagrana, fil­mowo, widać, że dziewczyna jest w swoim żywiole. No i ławnik Suski, mój idol intelektualny, mówi: „Niech pani dopisze, że to esemes od Tuska, he, he”. Notuję, że to bu­dzi podziw u prezenterów kanału, który oglądam.
Wyobraźnia to podstawowe zajęcie artysty. Wykre­ować nieistniejący świat, opisać go, pokazać, zagrać lub namalować w taki sposób, by widz uwierzył, że istnieje naprawdę. To tak naprawdę wciskanie kitu. To zmyśla­nie historyjek, oferowanie złudzeń i miraży. Tym się pa­ram jako artysta. Ale do tych tu nie mam lotu.
   Notuję: „Schetyna nie ma wyobraźni. Petru też jej nie ma. Kijowski - brak. Kaczyński funkcjonuje na pełnym odlocie, trochę jak Charles Manson, trochę jak pastor Jim Jones, który swoją sektę wywiózł do Gujany i tam kazał jej członkom wypić śmiertelny nektar. W tym jest jakaś forma sztuki. Tusk - artyzmu brak, uważał wizje w poli­tyce za zjawisko wręcz niebezpieczne i nagle bum! - prze­oczył powstanie w Polsce quasi-faszyzmu. Ale ten kanał telewizyjny - majstersztyk”. „Panie Zbyszku, hamulce zrobione” - słyszę. Koniec filmu, wracam do realu.
Zbigniew Hołdys

Staw łokciowy

Trwają ruchy w pałacu prezydenckim. Potężne głowy zastanawiają się, dlaczego odszedł mi­nister Magierowski i dlaczego zgodził się na objęcie tego frontu do niedawna jeszcze nieznany poseł, a dziś już minister Łapiński. Dał się on poznać w wal­ce wręcz, w wejściu na debatę telewizyjną, a potem jako zwolennik nurtu politycznego zwanego zdrowym roz­sądkiem, o co w jego ugrupowaniu niełatwo. Nie wiem, jak nowy minister będzie prostował trudny wizerunek naszego prezydenta, ale pewną ważną sprawę chciałem mu doradzić. Chodzi o uruchomienie rąk prezydenta, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy maszeruje przed frontem oddziału czy kompanii honorowej.
   Nie jest to łatwe, ponieważ wiem, że prezydent dość często przechodzi przed frontem wspólnie z ministrem Macierewiczem, chce się od niego odróżniać, podczas kiedy regulamin musztry obowiązuje i jednego, i dru­giego. Nie zastanawiam się nad brakami ministra, któ­rego sylwetka związana jest ze sportem, jaki uprawiał w młodości, czyli skokami do wody z wieży. Minister ma sylwetkę wyprostowaną. Przeniósł to z ostatniego elementu ewolucji, bo wiadomo, że jeśli skoczek się nie wyprostuje, to wchodzi do wody z bryzgiem, a za to są punkty ujemne. Krótko mówiąc, minister maszeruje tak, żeby nie było bryzgu. Możemy zapytać, co na to prezy­dent? Prezydent, mimo że nie był skoczkiem, też jest wy­prostowany, ale maszeruje bez rąk.
   W regulaminach wojskowych punkt 25. regulaminu musztry pod hasłem: krok defiladowy w sprawie rąk czy­tamy, cytuję: „Ruchy rąk wykonuje się na przemian w na­stępujący sposób: robiący wymach ręką do przodu, zgina ją w łokciu i płynnie przenosi tak, aby mały palec dłoni znalazł się na wysokości górnej krawędzi sprzączki pasa głównego. Dłoń ułożona skośnie, palce złączone i wy­prostowane, a krawędź kciuka skierowana w stronę tuło­wia. Rękę przenosi się do tyłu najkrótszą drogą, do oporu w stawie łokciowym i barkowym”. Moim zdaniem wy­stępują dwa problemy. Prezydent defilując, nie ma pasa i musi sobie go wyobrazić. Można do tego dojść, ćwicząc przed lustrem. Ale sedno tkwi w stawie łokciowym. Je­śli nie uruchomimy ręki w stawie łokciowym, postąpimy wbrew regulaminowi. Warto się nad tym zastanowić.
Krzysztof Materna

Taka taktyka

Pytanie, jak w przyszłości rozliczyć PiS, jakie wobec nadużyć tej ekipy zastosować prawo i jaką wymierzyć sprawiedliwość, wydaje się, na ponad dwa lata przed wy­borami, czysto teoretyczne i przedwczesne. Ale sens tego pytania mniej dotyczy przyszłości niż teraźniejszości. Rzecz w tym, aby ludzie władzy już dziś zdawali sobie sprawę, że „spisane będą czyny i rozmowy'; że łamiąc prawo, narażą się w przyszłości na odpo­wiedzialność, nie tylko polityczną i honorową, ale też urzędniczą, być może karną i finansową; w najlepszym dla nich przypadku zapłacą stanowiskami. Ewa Siedlecka (s. 21) zauważa, że w naszej tradycji politycznej nie było obyczaju sądowego ścigania poprzedników, że kampanijne pogróżki na ogół kończyły się niczym. Nawet ewi­dentne, zdawałoby się, ekscesy pierwszego rządu PiS pozostały bez rozliczenia. Ale teraz może być inaczej, bo PiS nie tylko coraz jawniej przekracza, nagina lub łamie prawo, ale też tworzy w tym celu różne nadzwyczajne procedury, skraca kadencje, odmawia zaprzysiężenia, rozwiązuje instytucje, odbiera wstecz emerytury, powołuje spec- komisje, nie publikuje orzeczeń - słowem, szykuje narzędzia, które w przyszłości mogą być łatwo użyte przeciw niemu. Demontując niewygodne dziś dla siebie ograniczniki władzy państwowej, PiS pozbawia także własną ekipę ochrony. Prawdopodobnie zakładając, że „oni'' nigdy nie posuną się tak daleko jak my.

Dotychczas to założenie zwykle się sprawdzało. Zasada, że „nie można sięgać po metody i język PiS'' należy do aksjologii polskich demokratów. Ten sam kłopot i to samo skrępowanie mają wszystkie tradycyjne formacje polityczne zachodniego świata, borykające się na swoim terenie z własnymi ugrupowaniami populistów i radykałów. Jak odpowiadać na mowę agresji i bezpodstawnych oskarżeń czy jawnych kłamstw? Czy racjonalność i odpowiedzialność są jeszcze w polityce atutem czy już tylko obciążeniem? Czy i jakimi metodami można ograniczyć negatywne skutki globalizacji i wędrówki ludów? Mówi się, że w tych krajach, gdzie udało się „powstrzymać pochód populizmu", tak jak ostatnio we Francji, stało się tak dzięki „populizacji'' centrum, przechwycenia przez polityków głównego nurtu wielu dia­gnoz, emocji, wyrażeń, argumentów używanych przez ugrupowania „antysystemowe" Jak pisze Sławomir Sierakowski , na groźny nawrót nacjonalizmów odpowiedzią staje się „populizm oświecony'' a la Macron. Faktycznie, nowy prezydent Francji wykazał dużą spraw­ność, opakowując dość tradycyjny zestaw republikańskich i europej­skich wartości w retoryczne sreberka. W Polsce taką próbę „macronizacji'' przeprowadziła ostatnio Platforma Obywatelska.

Powiedzmy od razu, że technicznie próba była niezbyt udana. W ogóle nie wiadomo, dlaczego PO zgodziła się nagle odpowiadać na zadane przez PiS pytania o to, czy zamierza utrzymać (gdyby kiedy­kolwiek wygrała wybory) 500 plus, obniżony wiek emerytalny, zwłasz­cza zasadę nieprzyjmowania uchodźców? PO mogła zadać PiS swoje dokuczliwe pytania (np. o MON, referendum edukacyjne, TVP czy sądownictwo) albo chociaż upierać się przy debacie ekspertów. Wyszło głupio, bo Platforma, jakby pod przymusem, potwierdziła, że nie naru­szy filarów „populistycznej'' polityki PiS. Dostało się za to PO okropnie od antypisowskich demokratów. Właściwie nikt chyba publicznie nie bronił kierownictwa partii. Schetyna i koledzy zostali oskarżeni o tandeciarstwo i hipokryzję, bezsensowne kokietowanie wyborców PiS. Wiadomo, że PO, dokonując aktu częściowej pisyzacji, miała, w inten­cji, odebrać retoryczną broń używaną do stałego ostrzału własnych pozycji. Ale jednocześnie był to, zgoda, publiczny dowód triumfu taktyki nad strategią. PO pozwoliła się domyślać, co sądzi o polskich wyborcach, a nawet o własnym elektoracie i o samej sobie. Partia nie wierzy w to, że miałaby siłę i energię, aby pójść pod prąd obecnym sondażom i emocjom, narzucić jakieś własne priorytety, przekonania. PO względem PiS cofa się znacznie dalej niż Macron w starciu z Le Pen. Taktycznie przyjęcie postawy defensywnej i liczenie na błędy przeciw­nika może być słuszne, może nawet ułatwić najbliższe wyborcze zwy­cięstwo i rozliczenie PiS. Ale, ku rozczarowaniu zwłaszcza lewicowych środowisk, nie neutralizuje ryzyka recydywy pisopodobnej formacji.

Profesor Wiktor Osiatyński, którego z wielkim poczuciem straty właśnie pożegnaliśmy, w książce wydanej jeszcze w 2004 r., a więc przed pierwszymi rządami PiS i u progu naszego wejścia do Unii („Rzeczpospolita obywateli"), przepowiadał, że ze względu na brak tradycji demokratycznych i zakorzenionej kultury prawnej oraz błę­dy i zaniechania transformacji, grozi nam „autorytarna demokracja'; przejęcie państwa jako łupu przez „cwaniaków lub psychopatów'' powołujących się na „mandat wyborczy i wolę ludu' Wiktor uważał, że przed takim scenariuszem możemy obronić się tylko sami jako spo­łeczeństwo, „wspólnota ludzi połączonych więziami instytucji, orga­nizacji, ideałów i postaw' Że nie powinniśmy nazbyt wiele oczekiwać od partii i polityków. To nie była szlachetna naiwność, raczej przeciw­nie - gorzki realizm. Prof. Osiatyński pisał, jak tworzyć organizacje monitorujące działania władzy, biura pomocy prawnej dla obywateli, jak wygnać partie z samorządów terytorialnych, tworzyć etyczne kodeksy zawodowe, wzywał „niezależny polski biznes'' do wspierania akcji i organizacji społecznych. Na pogrzebie Wiktora, wśród setek zgromadzonych, nie było żadnych przedstawicieli obecnej władzy. To, jak wszystko, co małe i paskudne w tej partii, całkowicie zrozumiałe. Ale byli przedstawiciele partii, która u zarania nazwała się Platformą Obywatelską. Dobrze, żeby przypomnieli sobie, po co się tak nazwali. Bo taktyka polityczna jest ważna i nie może być ignorowana, ale praw­dziwe zwycięstwo nad PiS musi być zakorzenione w postawach, prze­konaniach i czynach większości obywateli. Wypełnianie testamentu Osiatyńskiego byłoby największą karą dla PiS.
Jerzy Baczyński

Cała Polska czyta dorosłym

Na „Polskę Ludową” rzuci­łem się wygłodzony i po­żarłem ją jednym tchem.
Spieszę uspokoić rejo­nowy komisariat policji historycznej: nie chodzi o Polskę Ludową jako o państwo (w którym przeżyłem zarówno gorzkie rozczarowania, jak i słodkie chwile), tylko o książkę pod tym tytułem. „Polska Ludowa” (wyd. Iskry). To koncert na cztery ręce w wyko­naniu duetu Karol Modzelewski-Andrzej Werblan, pod dyskretną batutą Roberta Walenciaka. Dwóch historyków i polityków, niezwykle zaangażowanych w historię powo­jennej Polski, ale po przeciwnych stronach. Werblan - je­den z budowniczych systemu komunistycznego, członek najwyższych władz partyjnych oraz państwowych, dziś już człowiek w latach, ale o imponującej pamięci i żywotności intelektualnej. Modzelewski - wybitny historyk - mediewista i działacz opozycji (9 lat w więzieniach PRL!).
   Jest to książka o Polsce mojego pokolenia. Prof. Modze­lewskiego poznałem na Uniwersytecie Warszawskim w gorących dniach Października ’56, po czym nasze drogi się rozeszły, zaś prof. Werblana w trakcie pracy w POLITYCE, kiedy nie raz przyszło mu uczestniczyć w naszych targach z władzą. Modzelewski należał do nielicznych, którzy ra­towali honor naszego pokolenia. Był wzorem, który mało kto miał odwagę naśladować, więc dla wielu z nas był wyrzutem sumienia. To postać formatu prezydenckiego. Z takiego prezydenta byłbym dumny.
    „- Mam do pana profesora pytanie dość osobiste: czy pan był ideologicznie przekonany do systemu? Czy to był raczej chłodny wybór polityczny? - pyta K.M.
   - Byłem do ustroju przekonany.
   - Do ustroju - tak, ja rozumiem, ale...
   - Nie byłem oczywiście przekonany do rewolucyjnych metod rządzenia” - zastrzega się A.W.
   Czy byłem do ustroju przekonany? - wielu ludzi zada­wało sobie wtedy (mowa o latach 50.), ale i później, to py­tanie. Należymy do pokolenia, które było przez system porwane, dorastało w nim, maszerowało w pochodach 1-majowych, niektórzy - jak Modzelewski i Werblan - byli młodymi komunistami, członkami partii, by z czasem znaleźć się po przeciwnych stronach. „Całe moje myślenie polityczne - wspomina K.M. - było wówczas (’56) oparte na pewnym niewielkim doświadczeniu i języku, które nam system wtłoczył do głowy. Innego języka, to trzeba podkre­ślić, do mówienia o polityce po prostu nie było!”.
   Ludzie byli pogodzeni z rzeczywistością nie tylko ze stra­chu, ale dlatego, że trzeba było odbudowywać normalne życie tylko w tym państwie, jakie było - mówi K.M. „Dlatego wrogość wobec tego państwa była niepatriotyczna. To był bardzo silny argument, który trafiał nie tylko do środowisk związanych z władzą. To był mocny argument przez cały czas PRL. O tym trzeba pamiętać, bo dziś to jest starannie wymazywane z podręczników. Taki był nastrój. A potem wstrząs XX Zjazdu” (obnażenie zbrodni stalinizmu). „Ja wtedy nie uważałem się za przeciwnika socjalizmu, ani w gruncie rzeczy za przeciwnika rządów jednopartyjnych. Nie byłem przeciwnikiem partii, przecież w tej partii cią­gle byłem”. Z czasem jednak K.M. zaczyna system naprawiać, staje się rewolucjonistą, liczy na upadek systemu w ciągu 2-3 lat,
świadomie wybiera swój los, „zajeż­dża kobyłę historii”, wie, że za list otwarty do członków partii, napisany wspólnie z Kuroniem, „więzienie
mieli wkalkulowane”.
   Do jakiego stopnia Polska Ludowa była państwem polskim, na ile moż­na było się z nim identyfikować i uważać za swoje, a na ile praca, służba, ba, samo życie w tamtej PRL było aktem kolaboracji, czyniło z człowieka „Polaka peerelowskiego”? Werblan: rok 1956 to autentyczna legitymizacja Polski Ludowej. „Różna to była legitymizacja. Ludowa, bo tłum za nią stawał, akceptował. I formalna, bo te wybory w 1957 roku, aczkolwiek nie były demokratyczne, w sensie pluralistycznym, ale z całą pewnością były wolne”.
   Modzelewski: „Nie sądzę, żeby to była legitymizacja wyborcza. Myślę, że to była legitymizacja na zasadzie - osiągnęliśmy to, co się dało. Takiego myślenia przed­tem nie było. Przed październikiem 1956 roku nikt nie uważał, że coś tam osiągnęliśmy. Coś, czego trzeba bro­nić. (...) dla przeciętnych inteligentów, którzy nie mieli związków emocjonalnych z komunistyczną ideologią, to była legitymizacja Polski Ludowej jako zła konieczne­go (...) w ramach tego świata, tego porządku, uzyskaliśmy to, co było do zaakceptowania i trzeba się z tym zgodzić. Trzeba z tym żyć”.

Od Października legitymizacja Polski Ludowej się wy­czerpywała, aż pozostała tylko geopolityka i siła. Trud­no choćby wymienić tematy 29 rozmów, ogromnej pracy autorów „Polski Ludowej” (nie dali się zagonić do „PRL”). Chciałoby się przytoczyć i pociągnąć poruszone w książce wątki. Napisać o tym, jak Stalin rozprawiał się z komunista­mi polskimi. Obiecywał Bierutowi zwolnić Werę Kostrzewę (która została rozstrzelana) i sztorcował Berię. Kiedyś Beria, w przedpokoju Stalina, powiedział do Bieruta: „Czto ty prijobiłsia k Josifu Wissarionowiczu s etoj Kostrzewoj. Ty łuczsze odjebis” od Josifa Wisssarionowicza! Ili s toboj budiet chuże”.
   O prześladowaniach: w ramach tzw. Akcji „K” (Kontr­rewolucja) w 1952 r. aresztowano 2 tys. byłych akowców, były limity, ile osób w każdym województwie należy aresztować. Dalej, jak to się stało, że zaraz po wojnie budowę instytucji naukowych i uniwersyteckich, zwłaszcza jeżeli chodzi o historię, powierzono ludziom AK i z ich otoczenia: Manteuffel, Herbst, Gieysztor, Kula. Dlaczego Gomułka przeżył? Czy Imre Nagy był agentem? Co Werblan myśli swoim głośnym w 1968 r. artykule na temat Żydów w KPP
nie tylko (powiedział tylko krótko: „To była niesłuszna ocena. Ja dzisiaj myślę inaczej niż wtedy”).
   Notabene tamten artykuł to przyczynek do dzisiejszych wypowiedzi o tych, którzy noszą w sobie gen zdrady, ni­gdy nie uznają prawdy historycznej o swoich przodkach. Polski kalendarz: Marzec, Czerwiec, Sierpień, Październik, Grudzień. Okrągły Stół i nieśmiertelne pytanie: Wejdą - nie wejdą? Modzelewski: „Gdyby Jaruzelskiemu się nie udało, to na pewno”.
   Znakomita lektura dla dorosłych.
Daniel Passent

Szósta kategoria

Stasiek, daj spokój. Zmień te­mat. Ja już o tej polityce słu­chać i czytać nie mogę - po­wiedział do mnie ostatnio przyjaciel, po czym wyjechał nad Jezioro Nidzkie, żeby sobie zrobić zdjęcia z ostatni­mi drzewami w Puszczy Piskiej. Zawiadamiam Cię zatem tą drogą, mój drogi, że ja się polityką od dawna nie zaj­muję. Opisuję raczej prowincjonalny bazarek z propa­gandową tandetą. Jakichś megalomanów szóstej kategorii odśnieżania, którzy są przekonani, że się urodzili z bia­ło-czerwoną w pępku, czyli z gwarancją nieomylności.
   Pozwolisz, że zacznę od Andrzeja Dudy? Wiem, że bę­dzie to dla Ciebie nieprzyjemne, bo facet podkradł Ci imię, ale teraz sięga po więcej. Po ustawę zasadniczą. Uważa, że ma do tego prawo, ponieważ w wyborach dostał więcej głosów niż konstytucja w referendum z 1997 r. Nie rzucaj się, mój przyjacielu, do kompute­ra - w procentach to wygląda tak: 53,45 (konstytucja) do 51,55 (Duda), czyli już wtedy lekko pachniało zwy­cięstwem 1:27. W dodatku 20 lat temu nikt nie obiecywał przewalutowania kredytów frankowiczom, gabinetów dentystycznych w każdej szkole, powrotu VAT 22 proc., podniesienia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł („Je­żeli do 31 grudnia kwota wolna od podatku nie zostanie zrealizowana w wymiarze 8 tys. zł, to moja prezydentura nie będzie nic warta”), leków refundowanych w cenie 8-9 zł itp., których nie wymieniam, bo żal mi papieru.
   Łatwowierni, marzyciele oraz ciemnota im. Jacka Kurskiego wzięli to wszystko za dobrą monetę, więc teraz lo­kator pałacu, do którego koń stoi zadem, chce, by po raz pierwszy od zmiany ustroju, nie elity, ale naród mógł sam „zdecydować, jak ma być ułożone nasze państwo”. Z zastąpieniem elit akurat problemu nie będzie. Rozu­miesz, Jędruś? Zamiast konstytucjonalistów, profeso­rów prawa i innych niezależnych autorytetów weźmie się wskaza­nych przez ojca Rydzyka biskupów i arcybiskupów oraz przewodni­czącego Solidarności Piotra Dudę, bo ma on „prawdziwe oparcie społeczne” (A. Duda o P. Dudzie). Nową ustawę zasadniczą zadedy­kuje się w całości Bogu Wszech­mogącemu i wystarczy. Treść rozdziałów i artykułów stanie się w tej sytuacji trzecio­rzędna, bo przecież Bóg nikomu krzywdy nie da zrobić.
   Nie muszę Ci chyba Jędruś tłumaczyć, że opatrzność jak zwykle będzie działała przez swoich przedstawicie­li, czyli pisowskie kadry. Takie na miarę prof. Ryszarda Legutki, który w Parlamencie Europejskim wygłosił diatrybę miażdżącą kornika drukarza. Albo prof. Lecha Morawskiego, sędziego dublera Trybunału Konstytucyjnego, który na sesji naukowej Uniwersytetu Oksfordzkie- go w imieniu - jak sam przyznał! - władzy wykonawczej i równocześnie TK mówił o przeżartych korupcją polskich politykach oraz sędziach. Z tego, co wiem, mój przyja­cielu, takiego upokarzającego własny kraj oświadczenia nie słyszano od czasów Monteskiusza. Na koniec, chyba jedynie z nadmiaru świetnego samopoczucia, Morawski wyskoczył: „Obecny rząd jest przeciwny homoseksuali­stom i tym podobnym, ale nie ściga ich prokurator”, czym dorżnął się ostatecznie. Czyż trzeba lepszej rekomendacji, by stać się współautorem nowej konstytucji pisanej pod skrzydłami prezydenta Dudy?

Kochany Andrzeju, na koniec mam dla Ciebie i obu Twoich suczek, Rzepki i Druci, dwie wiadomości optymistyczne. Pierwsza: można być u nas zaplątanym w wielomiliardową, cuchnącą aferę i mimo profesjonal­nego nadzoru służb ministrów Ziobry oraz Błaszczaka dać z Polski dyla za ocean jak Wacław Berczyński. Druga: TVP nawiązała ścisłą współpracę z telewizją Chińskiej Repu­bliki Ludowej. Jesteśmy więc coraz bliżej prawdy.
Stanisław Tym

Złe słowo „reforma”

Prezes PiS jak mało kto potrafi zmieniać znaczenia słów, narzucać narrację, zarażać swoją retoryką. Niepopularne„reformy" wielu kojarzące się z dotkliwymi zmianami, przez długi czas chował za „dobrą zmianą". Teraz jednak jego partia i podległy mu rząd przestali się kryć z tym, że„reformują" kraj. Tyle że robią to na swoją modłę, nie zważając na nic i dewastując przy tym życie publiczne.

Słowo „reforma” chyba już zawsze będzie się źle kojarzyło. Prezes PiS przez długi czas starał się go unikać. Kojarzyło się ono ze znienawidzoną przez niego III RP, a rządy wprowadzające reformy przegrywały wybory. Teraz jednak reformy weszły na stałe do narracji Prawa i Sprawiedliwości i są przedmiotem dumy obozu rządzącego. Czy ta zmiana zaszkodzi obecnemu rządowi?
   Mowa pozwala kształtować rzeczywistość i przywoływać byty, a dobrze dobrane słowa wygrać wybory. Jednak niektóre wyrazy z czasem zaczynają nabierać nowych znaczeń i obrastać emocjami - pozytywnymi bądź też negatywnymi skojarzeniami. Najsłynniejsze reformy Balcerowicza przestawiły gospodarkę na nowe tory i zapoczątkowały udane polskie przemiany. Z czasem jednak wielu zaczęły się kojarzyć z bezrobociem, różnicami społecznymi lub biedą. Do dziś zresztą „reformy Balcerowicza” wywołują polityczne emocje, choć coraz mniej osób pamięta ich istotę.

Gdy obóz solidarnościowy utworzył rząd Jerzego Buzka, wpro­wadzono kolejną falę reform. Program Buzka opierał się na czterech reformach: emerytalnej, oświatowej, służby zdrowia i administracji, które były początkowo uważane przez społeczeń­stwo za niezbędne i pilne. Z czasem jednak obawy zaczęły rosnąć, bo reformy - poza samorządową - nie były dobrze przygotowane. Brakowało również informacji i dialogu. W konsekwencji wpro­wadzenie jednocześnie czterech dużych reform spowodowało, że samo pojęcie „reforma” znowu zaczęło budzić opór.
   Dlatego po wygranych przez PiS w 2005 r. wyborach słowo to zastąpiono frazą „budowa IV RP”. Jej celem był nowy ład społeczny i instytucjonalny oraz rewolucja moralna. Niewiele z tego wyszło, ale powstało wrażenie rewolucyjnych zmian, nieprzewidywalności i chaosu. Społeczeństwo chciało spokoju, rozwoju i braku konfliktów.
   Donald Tusk dobrze wyczuł te nastroje i mówił o modernizacji, wolności, budowaniu infrastruktury oraz samorządach. „Ciepła woda w kranie”, czyli polityka małych kroków, stała się symbolem rządów koalicji PO-PSL. Wiele osób sądzi jednak, że to trudna fundamentalna reforma wieku emerytalnego przyczyniła się do przegranej.

Jarosław Kaczyński odrobił te wszystkie lekcje. W kampanii wybor­czej PiS posługiwało się więc zręcznym hasłem „dobrej zmiany” powtarzało, że zasadnicze zmiany są potrzebne, bo Platforma doprowadziła kraj do ruiny. Zapowiadano, że będą to tylko „dobre zmiany”, w odróżnieniu od źle kojarzących się „reform”.
   Rządy PiS, polegające na politycznym podporządkowaniu wielu instytucji, szybko jednak obnażyły i ośmieszyły pojęcie „dobrej zmiany”. Degradacja Trybunału Konstytucyjnego, pacyfikacja mediów publicznych i służby cywilnej spowodowały, że pojęcie to stało się obiektem kpin i żartów. Przemieniło się w „dojną zmianę”, wyśmiewającą obsadzenie przez polityków PiS spółek Skarbu Państwa krewnymi i znajomymi.

Jednak wprowadzane przez obóz władzy zmiany trzeba było jakoś nazwać. I tak język polityków PiS wszedł w obcą tej partii liberalną narrację. Przedmiotem dumy stały się reformy edukacji, prokuratury i sądów, mediów publicznych, reforma zdrowia czy przygotowywana od dwóch lat reforma szkolnictwa wyższego. Mówi o nich premier Beata Szydło i poszczególni ministrowie jej gabinetu, a Jarosław Kaczyński zachwala reformę sądownic­twa i BOR. Opozycja natomiast wskazuje, że wiele z tych reform po prostu przywraca stan sprzed wielu lat i burzy to, co udało się dotąd kolejnym rządom zrobić. To nie reforma edukacji, ale deforma. Nie reforma prokuratury, ale podporządkowanie jej wła­dzy politycznej!
   Zamieszanie pojęciowe i polityczne pogłębia dodatkowo określanie przez PiS reform Platformy „odwracaniem szkodliwej pseudoreformy”. Tak właśnie nazywane było przywrócenie dawnego - podniesionego przez rząd PO-PSL - wieku emerytalnego. Pytanie tylko, dlaczego teraz dyskurs polityków PiS zaroił się „reformami”? Najprostsza odpowiedź to przekonanie ministrów, że reformowanie brzmi dumnie i ich zdaniem nie ma lepszego określenia dla tego, co planują i robią. W końcu każdy minister chce wykazać się wielkimi projektami, a Jarosław Kaczyński dał przyzwolenie, ponieważ już dawno jest po wyborach.

Czy jednak tyle budzących konflikty reform nie odbije się nega­tywnie na poparciu PiS i nie doprowadzi do dużej przegranej w kolejnych wyborach? Może Jarosław Kaczyński stracił słuch społeczny bądź po prostu nie panuje nad udzielnymi księstwami ministrów? Sam świetnie dobiera słowa, nazywa i przezywa, ale może zakłada, że obecnie „reformy” kojarzą się społeczeństwu na tyle dobrze, że powinno się wokół nich budować narrację?
że straciły już swoje, złe w niektórych grupach, konotacje z re­formami Balcerowicza? Jedno jest pewne, twardy elektorat PiS będzie stał wiernie przy swojej partii, ufając prezesowi, bez wzglę­du na to, co zrobi i powie. I będzie zadowolony, że partia spełnia obietnice. A antyPiS i tak jest totalną opozycją. Ale twardy elekto­rat to nie wszystko. Ten bardziej labilny może zatęsknić za spoko­jem i „ciepłą wodą w kranie”.
   Tyle że ponowne sięgnięcie przez PiS po słowo „reformy”
nazywanie w ten sposób każdej dewastującej życie publiczne zmiany stawia w trudnej sytuacji opozycję. Gdy dojdzie ona do władzy, będzie musiała rozpocząć budowę nowego popisowskiego państwa. I znaleźć odpowiednią dla tych działań narrację.

Lena Kolarska-Bobińska - socjolog, profesor nauk humanistycznych, była dyrektor CBOS oraz ISP. W latach 2009-13 posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia PO, później minister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Donalda Tuska, a następnie w gabinecie Ewy Kopacz. Członkini rady programowej Kongresu Kobiet oraz rady Instytutu Obywatelskiego. Autorka licznych publikacji naukowych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz