PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 29 maja 2017

Prawdziwki i przebierańcy



Na medialnym zapleczu PiS ponoć czai się piąta kolumna. Nie wiadomo tylko, po której stronie frontu. W wojnie „Gazety Polskiej" z tygodnikiem „wSieci" chodzi o pieniądze i wpływy. I jeszcze o prawicową duszę.

Spośród piętrzących się konflik­tów wewnątrz obozu władzy ten rezonuje najgłośniej. Bo rozgry­wa się na widoku publicznym. Powraca regularnie w agresyw­nych kampaniach, w których wodzireje obu obozów coraz mniej się ograniczają. Wywołują przy tym konsternację w sze­regach ludu pisowskiego, do tej pory kar­mionego prometejskimi pozami przybie­ranymi przez liderów obu formacji w ich kabotyńsko-grafomańskich wstępniakach.
   Konsternację tym większą, że na me­dialnym zapleczu PiS akurat środowiska Tomasza Sakiewicza oraz braci Michała i Jacka Karnowskich raczej powinno łączyć dobre sąsiedztwo. Ale to złudzenie. Tak na­prawdę są awersem i rewersem prawico­wej monety. Tylko jeden może się znaleźć na wierzchu.

   Kto wykańcza PiS?
   Do tej pory obszarem sporu były wpły­wy w TVP A przy okazji sprawy Misiewicza, konflikt sięgnął wyższych pięter. Postawio­no zasadnicze pytanie: ile Macierewicza w PiS?
   Media Karnowskich („wSieci”, wPolityce.pl) sekundowały Kaczyńskiemu w usuwaniu ulubieńca szefa MON. Zaś media Sakiewicza („Gazeta Polska”, „Ga­zeta Polska Codziennie”, Niezależna.pl) kontestowały decyzję kierownictwa. Sa­mego Misiewicza - którego Sakiewicz uznał za „piekielnie medialnego” - za­trudniła kontrolowana przez ludzi z kręgu Gapola (jak się potocznie mówi o „Gazecie Polskiej”) TV Republika.
   I tak oto flagowe media władzy wzięły się za łby. Michał Karnowski sugerował, że „zaczyna się gra na wyprowadzenie Pis na twarde skały”, której celem jest „zmu­szenie do odejścia Kaczyńskiego”. I że tę grę podjęli ludzie z „Gazety Polskiej”. Sa­kiewicz odparował, że to Karnowscy re­alizują „szatański plan służb” polegający na skłóceniu prezesa z ministrem obrony.
   Posypały się donosy. Że Karnowscy za­trudniają ludzi z przeszłością w TVN 24 i TOK FM. Że ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza jest Macierewicz. Najbardziej osobliwy materiał ukazał się na portalu wPolityce - rozmowa ze „znaczącym i do­brze zorientowanym politykiem PiS”. Miał on stwierdzić, że Sakiewicz tylko pozornie broni Macierewicza, a w rzeczywistości gra na siebie. Prowokuje rozłam w PiS, aby „przejąć masę upadłościową” i stanąć na jej czele. Jeszcze nie dziś, ale „tuż przed wyborami uderzą”.
   Wiadomo, że prezesowi takie sygnały zapadają w pamięć. Sakiewicz natych­miast więc przypomniał, że gdy po Smo­leńsku grupa umiarkowanych (utworzyli później PJN) próbowała zmarginalizować prezesa, to tylko „Gazeta Polska” otwarcie go broniła.
   Piotr Lisiewicz, czołowy autor z obozo­wiska Sakiewicza, nie tak dawno zresztą wyłuszczał, o co w tym chodzi: „Istotą postkomunizmu są przebieranki. Gdy nasz obóz niebezpiecznie rośnie w siłę, ZAWSZE siły systemu starają się w nim stworzyć własną, silną frakcję przebie­rańców. A przebieraniec nie przestaje być przebierańcem, kiedy się przebierze skutecznie. (...) Zawsze koniec końców wyjdzie jego natura. Zawsze w STRATEGICZNYM momencie”.
   Autorzy Gapola chętnie podkreśla­ją, że sami są prawdziwkami. Świadczy o tym 400 klubów organizujących sympatyków prawicy. Podczas gdy klubu „wSieci” nie ma choćby jednego. Choć, paradoksalnie, „Gazeta Polska” poczęła się przed laty z determinacji człowieka, który szczerze gardził odruchami stadnymi.

   Ulicznicy po przejściach
   Jeszcze w końcówce lat 70. głośnym „Traktatem o gnidach” Piotr Wierzbicki zdobył szlify enfant terrible drugoobiegowej publicystyki. Był generałem bez wojska. Chadzał własnymi ścieżkami, od jednego olśnienia do drugiego, doku­mentując kolejne etapy błyskotliwymi pamfletami i książkami. Rozkoszował się rozbijaniem błogostanów, schematów myślowych, środowiskowych przesądów. A że pisał tak, jakby w piórze miał ukrytą laskę dynamitu, został pasowany na ra­dykała. Prawicowego.
   Choć po prawdzie więcej w jego tek­stach było polemicznego temperamen­tu niż wywrotowych myśli. Pozbawione awanturniczego naddatku spokojnie mogłyby trafić do antologii umiarkowa­nie prawicowej myśli lat 80., obok esejów Aleksandra Halla bądź Tomasza Wołka. Tak samo był Wierzbicki antykomunistą, w endeckiej tradycji dostrzegał nie tylko antysemityzm, opowiadał się za pro­zachodnią orientacją i był zwolennikiem wolnorynkowej gospodarki. A poza tym klasycznym polskim inteligentem, erudytą i melomanem.
   W1993 r. powołał do życia „Gazetę Pol­ską”. Głównie zresztą po to, aby publiko­wać własne teksty. Aby nie zmagać się z redaktorami kalkulującymi co wypada, a co nie. Reszta niewiele go obchodziła. Nie czuł się wychowawcą dziennikarskiej młodzieży. Zresztą „Gazeta Polska” nigdy nie była dobrym miejscem do robienia kariery ani zarabiania pieniędzy. Lgnęli do niej zafascynowani bezkompromisowością Wierzbickiego młodzi prawicowi zadymiarze, niewyżyci jakobini.
   Wyróżniał się wśród nich Tomasz Sakiewicz. Był z innej bajki. Oazowiec, po epizodzie w niezbyt cenionym w tych kręgach ZChN. Ale za to z głową do inte­resów, co bezgłowemu w tych sprawach naczelnemu było na rękę. Awansował więc Sakiewicza, powierzając mu odpo­wiedzialność za biznesową sferę.
   Pod koniec lat 90. Wierzbicki znów wywinął numer. Tym razem swoim wy­znawcom. Doznał kolejnego olśnienia i na prawicowych obrzeżach ujrzał sza­leństwo, które dziwnym trafem sprzy­ja interesom rosyjskim. Rozpoznał je w antysemickich i antymasońskich obse­sjach Rydzyka, w spiskowych bredniach środowiska Macierewicza (jego samego po starej znajomości chronił), w obse­sjach tropicieli Magdalenki, w krążą­cych listach Żydów. Wpadł więc w furię i ogłosił nowy kurs: „między Rydzykiem a Michnikiem”. Od tej pory z najwięk­szą pasją tropiono w Gapolu wschodnie powiązania Radia Maryja. Za to relacje z „Wyborczą” znacznie się ociepliły. Dla większości zespołu nie było to komfor­towe, a czytelnicy odpływali.
   Kryzys wykorzystał Sakiewicz, któ­ry skrytobójczo usunął Wierzbickiego z redakcji i przywrócił ostry prawicowy azymut. Akurat PiS po raz pierwszy się­gał po władzę. I Gapol pod Sakiewiczem stał się organem najtwardszego pisowskiego rdzenia. Sektą najwierniejszych, nieidących na kompromisy. Ulicznym ramieniem partii, a po 10 kwietnia 2010 r. wyrazicielem pragnień „ludu smoleń­skiego” i nieprzejednanym głosicielem teorii zamachu.
   W 2012 r. Piotr Lisiewicz publikuje manifest „Salon. Przedpokój. Ulica”. To świadectwo urojeń/cynizmu (niepo­trzebne skreślić) całego środowiska. Opar­te na założeniu, że Polska ciągle jeszcze walczy o niepodległość. Bo dziś mamy „posowieckie status quo”, a rządzi stero­wana z Moskwy oligarchia. Jej medialną emanacją jest „salon”. A tym, co dzieli „przedpokój” (czyli takich autorów, jak Karnowscy, Piotr Skwieciński, Piotr Za­remba, Paweł Lisicki, Łukasz Warzecha) od „ulicy” (czyli grupy Sakiewicza), jest stosunek do „salonu” oraz ukształtowa­nego przez niego wykształciucha.
   Przedpokój deklaruje swą otwartość, chce dyskutować, po inteligencku wa­żyć racje, a nawet przeciągać wykształciuchów na swoją stronę. „Nie drażniąc ich twierdzeniami, które są dla nich nie do przyjęcia, jak dowodzenie, że w Smoleńsku był zamach”. Ulica zaś z góry skreśla ów zdeprawowany, anty­polski element (po odzyskaniu niepod­ległości nie będzie dla niego litości!) i orientuje się ku patriotycznym dołom: moherom, kibolom, chłopakom z osie­dla. Inspiracji dostarczył w tej mierze Lisiewiczowi... Piłsudski, który sojusz­nika w walce o niepodległość odnalazł w prostym robotniku.
   Konkluzja była zaś taka, że przewaga przedpokoju nad ulicą koniec końców doprowadzi prawicę do klęski. Pojawiła się nawet sugestia, że macza w tym swoje brudne paluchy WSI.

   Na prawo, marsz!
   Przedpokojowi faktycznie brakowało glejtu prawicowej czystości. Byli anty- komunistami ostatnich godzin PRL, ale broń Boże żadnymi radykałami. W III RP po prostu pragnęli stworzyć własny nurt, który na równych prawach toczyłby spór z liberalną elitą. Tyle że nie mieli jej możliwości. Także opozycyjnej legendy, formacyjnego know-how, kontaktów, pieniędzy, biznesowych talentów.
   Nie mieli też cierpliwości. Jarosław Ka­czyński zżymał się w latach 90., że gdy już medialna prawica przejmuje jakiś ty­tuł, zaczyna od przyznania sobie ogrom­nych pensji. A powinna brać przykład z „Wyborczej”, gdzie w embrionalnych jej czasach pracowało się za grosze, bo li­czyła się sprawa. Potem pismo Michnika szybowało jednak w nadprzestrzeń, pod­czas gdy prawicowe projekty lat 90.: „Ty­godnik Solidarność”, „Express Wieczor­ny”, „Życie” - kończyły się wielką smutą i awanturami. Panowało więc cierpiętnictwo, narastała obsesja na punkcie Michnika jako sprawcy nieszczęść.
   W kolejnej dekadzie nową szansę dał prawicowej elicie dziennikarskiej obcy kapitał. Zwłaszcza koncern Axel Sprin­ger. Chciał szturmem zdobyć zdomi­nowany przez Agorę rynek prasy. Opcja konserwatywna wydawała się sensow­na po aferze Rywina nastroje społeczne przechylały się na prawo. Z dnia na dzień przenieśli się wtedy z dogorywających biedaredakcji do przestronnych newsroomów „Newsweeka”, „Faktu”, później „Dziennika”. W przedpokoju stanął nie­miecki bankomat, którego nawet Agora mogła pozazdrościć.
   Korzystano z niego bez przesadnej wstrzemięźliwości, rekompensując sobie lata posuchy i opłacając czasem warto­ściowe dziennikarstwo, a czasem tylko środowiskowe idiosynkrazje. Upojenie chwilą przeważnie nie kończy się do­brze. Konserwatywny impet w mediach słabł, nakłady spadały. W końcu nie­miecki wydawca przeorientował swe tytuły na stabilniejsze, liberalne pozy­cje. Co medialna prawica potraktowała zgodnie z odruchem jako kolejny dowód na opresyjność systemu III RP.
   Kolejną szansę przyniósł Smoleńsk. Polska na dobre się wtedy rozszczepiła. Niemal wszystkie instytucje znalazły się w rękach Platformy. Niemal wszyst­kie główne media popierały liberalny ład i europejskie wartości. Zaś buzująca spiskową teorią prawica zeszła do pod­ziemia. Wokół PiS zaczęła organizować się alternatywna przestrzeń. Z „drugim obiegiem” medialnym, finansowym (SKOK!), kulturalnym, obywatelskim. Prawicowe podziemie zerwało więzy ze światem oficjalnym. Odmówiło ja­kiejkolwiek wymiany i przestawiło się na tryb samowystarczalności.
   Wzorców działania dostarczała te­raz „Gazeta Polska”. Do tej pory śro­dowiskowo izolowana, traktowana pobłażliwie. Ale to właśnie jej meto­da samoróbki najlepiej się sprawdzi­ła. Najsprytniejsi w przedpokojowych kręgach bracia Karnowscy posta­nowili więc pójść drogą Sakiewicza i - z samozwańczą etykietą „niepokor­nych” - od zera założyli internetowy portal adresowany tylko do ludu pisowskiego. Koniec z dzieleniem włosa na czworo i braniem liberalnych jeńców (bo i o czym z nimi gadać?). Teraz jeste­śmy tylko „my” i „oni”.
   Przedpokój abdykował. Stał się prawie ulicą. Z akcentem na „prawie”.

   Spoza gór i rzek...
   Teraz podział jest trochę jak w pol­skim ruchu komunistycznym po 1945 r. Z jednej strony ideowcy po przejściach, partyzanci opuszczający lasy w dziura­wych butach, kombatanci walki z oku­pantem wypinający pierś do orderów. Z drugiej - karierowicze podczepieni pod wspólnego patrona, przybysze z obcych stron w ciepłych szynelach, spóźnieni ortodoksi nowego etapu. Choć odchyleń w ich życiorysach bez liku.
   W zamierzchłych czasach wikłali się we frakcyjne awantury w AWS, która w oczach ekipy Sakiewicza była salo­nową ściemą. Obstawiali Rokitę jako premiera rządu PO-PiS. Zdarzało im się nawet flirtować z Marcinkiewiczem w przededniu jego zdrady. Zresztą i te­raz w sprawie Smoleńska chowają się za poprawnościową formułką: „nie można wykluczyć hipotezy zamachu”. A jeszcze nie tak dawno hołdowali kapitulanckiemu: „nie ma dowodów na zamach”. Lisiewicz wygarnął wtedy Skwiecińskiemu, że jest „Rosjaninem mówiącym po polsku”. To zresztą nie przypadek, że prezes Kaczyński trzyma Karnowskich na dystans.
   Lecz sprawiedliwości nie stało się za­dość, skoro po odzyskaniu niepodległo­ści w 2015 r. to właśnie ludzie z dawnego przedpokoju wydeptali sobie lepsze doj­ścia do centralnego ośrodka dyspozycji politycznej. Ich lansuje teraz telewizja publiczna. Do nich płynie najwięcej kasy z wielkich koncernów kontrolowanych przez państwo. Pobieżna kwerenda ko­lumn reklamowych nie pozostawia wąt­pliwości. Strategiczne spółki - Orlen, PGE, Tauron, PGNiG - najczęściej dają zarobić właśnie tygodnikowi „wSieci” i przyległościom.
   A media Karnowskich odwdzięczają się propagandowym zapałem. Precy­zyjnie zresztą adresowanym. Wiedzą, kogo obstawiać, komu warto pocukrzyć, a komu wetknąć szpilę. Bracia są zręcz­ni w takich gierkach i potrafią odnaleźć drogę do serca naczelnego regulatora. Jeszcze w czasach „drugiego obiegu” potrafili sobie zapewnić finansową sta­bilność dzięki układowi ze SKOK. Lecz najważniejsza reguła jest niezmienna, choć na rozmaite sposoby artykułowana. Czasem podlana inteligencką rozterką, częściej lizusowską dosłownością. Brzmi ona: Jarosław Kaczyński zawsze ma ra­cję. A cała reszta jest względna.
   Oczywiście „Gazeta Polska” też nie ma powodów do narzekań. Właśnie przeszła kosztowny lifting. Przy okazji stając się pismem branżowym kompleksu zbro­jeniowego. Ze wszystkimi tego plusami (stały dopływ reklam) i minusami (słaba dywersyfikacja przychodu). Czytelników nęcą na kolumnach reklamowych takie cuda jak „ System Zarządzania Walką Ba­talionu, Kompanii, Plutonu i Drużyny”. Uwodzi „Dominator na morzu”, czyli śmigłowiec bojowy szczególnie przy­datny w zwalczaniu okrętów podwod­nych. Powinien wpaść w oko amatorom aktywnego wypoczynku nad wodą...
   W dziale „Obrona narodowa” można się zanurzyć w specjalistyczne wywo­dy o czołgach i broni rakietowej. A jak komuś będzie mało, to w rubryce przy­rodniczej znajdzie tekst o zwierzętach na polu bitwy. A wszystko podlane pa­triotyzmem wojskowym przywołującym czasy „Żołnierza Wolności”.
   Kto według „Gazety Polskiej” jest naj­słuszniejszy? Kaczyński. też. Ale i Ma­cierewicz. Są komplementarni. Jeden trzyma nadbudowę, drugi - bazę. Gdy któregoś zabraknie, prawica upadnie.
   A co dyktują redaktorom Gapola ich partyzanckie serca? Pewnie pamiętają, że Kaczyński był przy Okrągłym Stole. Że jego Porozumienie Centrum wcale nie wyrosło na twardych prawicowych tożsamościach, a do konfrontacji z sa­lonem pchały go polityczne kalkulacje i osobiste ambicje. Że nawet po upadku rządu Olszewskiego ciągle jeszcze roz­ważał koalicję z UD. I że - przynajmniej do Smoleńska - utwardzanie linii PiS miało wymiar koniunkturalny. Krótko mówiąc, nim Kaczyński dotarł na ulicę, błąkał się po salonie i przedpokoju. Dro­ga Macierewicza była prostsza.
   A poza tym, jeśli Kaczyński wyrzuci Macierewicza z resortu, to któż zagwa­rantuje „Gazecie Polskiej” utrzymanie reklamowego eldorado?

   Ku nowej farsie
   Po elektrycznych wyładowaniach sprzed miesiąca chwilowo zapanował spokój. Lecz napięcie nie opadło. Pozo­stałe segmenty medialnego spektrum prawicy zachowują neutralność. Me­dia toruńskie kiedyś darły koty z Gapolem, teraz jednak łączy ich Macierewicz (i Szyszko, który właśnie przyznał Gapolowi 6 mln zł na popularyzację Puszczy Białowieskiej). „Do Rzeczy” oberwało odłamkami jako kolejna ekspozytura przedpokoju, lecz chyba nic sobie z tego nie robi. I tak chwyta marne kropelki ze strumienia państwowej kasy, umie za to zbierać reklamy z wolnego rynku. Może więc pozwolić sobie na względny krytycyzm wobec „dobrej zmiany” i te­stowanie prawicowych alternatyw.
   Najbardziej iskrzy tam, gdzie odmien­ność biografii spotyka się z państwowym klientelizmem. W PRL podobny konflikt doprowadził do zawieruchy 1968 r. Słab­nący ostatnio obóz rządzący pewnie też będzie podatny na wewnętrzne huśtaw­ki nastrojów. I choć powtórki z historii kończą się zwykle farsą, iskry jeszcze będą lecieć.
Rafał Kalukin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz