PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 22 maja 2017

Niszczyciel idzie na dno i Abonament z łapank



Niszczyciel idzie na dno

Wojna z kuzynem Jarosława Kaczyńskiego i „Gazetą Polską”. Do tego narzeczona sterująca stacją z tylnego siedzenia. Prezes Jacek Kurski walczy o życie w TVP

Michał Krzymowski

Szyld telewizji Kurskiego jest jak balast, ciągnie w dół najlepsze programy. Proszę spojrzeć na „Bake Off!”, drugi najpopularniejszy format telewizyjny na świecie, hit targów telewizyj­nych w Cannes. TVP zapewniła mu dużą pro­mocję, dała prime time, zaangażowała firmę, która produkuje w TVN „Agenta” i „Milione­rów”. Wydawało się, że będzie wielki sukces, a wyszło średnio. Program przegrywa z filmem w Polsacie. Jaki z tego wniosek? Renoma TVP jest dziś tak zniszczona, że żadna nowa produk­cja nie zrobi tam wyniku - mówi znany producent telewizyjny.
   Sytuacja telewizji publicznej jest dramatyczna. Stacja straci­ła pozycję lidera oglądalności kosztem Polsatu i przestała zara­biać. Spadły jej dochody z reklam i abonamentu; żeby zachować płynność, potrzeba 800 mln zł kredytu.
   - Do tego pod ostrzałem jest sam Jacek. Ryją pod nim szef „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, Krzysztof Czabański z Rady Me­diów Narodowych i kuzyn Jarosława - Jan Maria Tomaszewski. Kurski odebrał mu wiceprezesowski gabinet i powycinał zaprzy­jaźnionych z nim producentów. Janek wciąż ma etat w redakcji Teatru Telewizji, ale po­zbawiono go jakichkolwiek wpływów. Kom­pletna bocznica - opowiada polityk PiS.

PODRÓŻ ZARĘCZYNOWA
W styczniu 2016 roku w ślad za Jackiem Kurskim do TVP trafia Joanna Klimek.
- Poznali się przez Dorotę Gawryluk z Polsa­tu, którą Kurski zresztą też próbował ściąg­nąć do TVP. Dorota nie była zainteresowana, ale zarekomendowała swoją przyjaciółkę - opowiada pracownik telewizji. Klimek na początku zostaje wiceszefową biura ko­ordynacji programowej, a po miesiącu obejmuje samodziel­ne kierownictwo, dodatkowo przejmuje kontrolę nad działem marketingu. Ma silną pozycję na Woronicza. Układa ramów­kę dwóch głównych anten, decyduje o nowych produkcjach, zajmuje się wizerunkiem stacji. Ma wpływ na najważniejsze przedsięwzięcia, takie jak relacjonowanie Światowych Dni Młodzieży czy szczytu NATO, dostaje premię (TVP nie chciała podać „Newsweekowi” jej wysokości). Jednym z jej pomysłów jest organizacja „Sylwestra z Dwójką” w Toruniu, a później przeniesienie go do Zakopanego i zakontraktowanie koncertu piosenkarza disco polo Zenka Martyniuka.
   Mówi człowiek z branży telewizyjnej, zorientowany w spra­wie: - Toruń wybrano bez głowy, okazało się, że miasto ma za mały rynek i ludzie się tam nie pomieszczą, poza tym szwanko­wały kontakty z ratuszem. Decyzja o zmianie miejsca zapadła cztery tygodnie przed sylwestrem. Przy tak dużym przedsię­wzięciu to bardzo, bardzo późno. A jak czasu jest mało, to bar­dzo rosną koszty. Wszyscy wiedzieli, że telewizja ma nóż na gardle, i dyktowali wyższe ceny. Była masa komplikacji. Przebukowanie artystów, utwardzenie podłoża. Sama rezerwa­cja noclegów była wyzwaniem. Przecież chodziło o Zakopane w najlepszym sezonie!
   Decyzja o przeniesieniu imprezy do Zakopanego zapada w listopadzie. W tym czasie Kurski i Klimek są już parą. O ich związku mówi się w gmachu przy Woronicza i na placu Po­wstańców, gdzie wydawane są główne serwisy informacyjne TVP. Sytuacja jest dwuznaczna: on jest prezesem spółki, ona - dyrektorem z rozległymi kompetencjami i jego podwładną. On, zawodowy polityk, ma władzę, ale poza epizodem sprzed 20 lat nigdy nie robił telewizji. Ona przyszła z prywatnej stacji i coś o niej wie. - Jacek opierał się na jej wiedzy. Szyja kręciła głową - twierdzi jeden z rozmówców.
   Żeby uniknąć dwuznaczności, Klimek w listopadzie rozsta­je się z telewizją i przechodzi na dyrektor­ską posadę w PGNiG, które specjalnie dla niej powołuje nowy dział - public relations. Transfer jest częścią polityczno-towarzyskiego układu. Członkiem zarządu naftowej spółki jest Łukasz Kroplewski, były działacz Solidarnej Polski, której Kurski był wicesze­fem. Obie firmy od miesięcy świadczą sobie wzajemne usługi. PGNiG sprawuje mecenat nad Teatrem Telewizji i współfinansuje pro­dukcję serialu „Wyklęci”. A gdy władze nafto­wej spółki popadają w tarapaty po przyjęciu dwumilionowej nagrody, w TVP ukazują się rozmowy z członkami władz PGNiG i mate­riały o darmowym gazie dla warszawskich powstańców.
   Kilka dni po rozstaniu z TVP Klimek po­jawia na Woronicza jako gość. Towarzyszy prezesowi podczas konferencji poświęconej sylwestrowi. Portale plotkarskie podają, że Kurski jej się oświadczył i że w marcu mają wziąć ślub. Trzy tygodnie później narzeczeni jadą na imprezę do Zakopanego. Klimek zachowuje się tak, jakby nadal pracowała na Woronicza: wchodzi za kulisy, rozmawia z pracownikami te­lewizji, zagaduje artystów. Kilka dni po sylwestrze zamieści na swoim profilu na Facebooku zdjęcie z Zenkiem Martyniukiem. „Strzał w dziesiątkę, jak piszą media. Gratuluję, bo to był Twój pomysł!!!” - odpisze jej w komentarzu była podwładna z działu marketingu Jolanta Fudala (dziś już poza TVP).

ZOBACZ, JAREK
Czy to oznacza, że narzeczona prezesa, formalnie pra­cownica PGNiG, bawiła się w Zakopanem na koszt TVP? Czy telewizja płaciła za jej podróż i pobyt? Biuro prasowe spółki temu nie zaprzecza. „Joanna Klimek była na imprezie w Zako­panem gościem TVP jako osoba, która wcześniej zaplanowała całe wydarzenie” - czytamy w odpowiedzi na zadane przez nas pytania. Na telewizyjnych korytarzach można usłyszeć, że syl­wester w Zakopanem był podróżą zaręczynową prezesa i jego narzeczonej.
   Sprawa sylwestra do dziś budzi w TVP kontrowersje. Spółka nie podała kosztów przedsięwzięcia, ale nieoficjalnie wiadomo, że koncert w Zakopanem kosztował ok. 7 mln zł (dla porówna­nia, Polsat i TVN wydają na analogiczne imprezy maksymalnie 3-4 mln). W TVP trwa obecnie kontrola dokumentów finanso­wych spółki prowadzona przez CBA.
   Po odejściu z telewizji Klimek cały czas pokazuje się na Wo­ronicza. Przychodzi na firmowy opłatek i pojawia się na oficjal­nej prezentacji wiosennej ramówki, po której tabloidy zwracają uwagę na jej pierścionek zaręczynowy (Klimek przy okazji za­powiada w „Super Expressie”, że w marcu weźmie z Kurskim ślub). W tygodniu regularnie przyjeżdża do gmachu TVP, dzwoni do dyrektorów, zgłasza uwagi, domaga się konsulta­cji. Jej nazwisko jeszcze długo figuruje na wąskiej liście e-mailingowej wśród najważniejszych osób z telewizji. „Newsweek” dotarł do wewnętrznej korespondencji z lutego 2017 roku - jej adresatem są członkowie zarządu, kilkoro zaufanych dyrekto­rów i Joanna Klimek.
   Dziennikarz: - Po odejściu cały czas korzystała z telewizyjne­go telefonu. Potrafiła zadzwonić do pracownika telewizji z pre­tensjami. Pytała o zmiany w ramówce, o gości w programach.
   Producent: - Najczęściej wtrąca się do redakcji rozrywki. Co ją interesuje? Na przykład Opole. Jednym z głównych punk­tów festiwalu ma być koncert Maryli Rodowicz, która chciała zaprosić do wspólnego występu Kayah. Klimek się temu sprze­ciwiła. Nie spodobał jej się też pomysł zaangażowania Artu­ra Andrusa. Myślę, że chodziło o względy polityczne. Kayah wspierała KOD i czarny protest, a Andrus jest twarzą „Szkła kontaktowego” w TVN24.
   TVP w e-mailu przesłanym „Newsweekowi” przyznaje: „Pani Joanna Klimek mogła przebywać na terenie Telewizji Polskiej jako gość (...). Służbowy numer telefonu był aktywny i mógł być wykorzystywany po wygaśnięciu umowy Joanny Klimek przez inne osoby w Spółce, ze względu na zachowanie ciągłości pracy”.
   Spółka podobnie tłumaczy sprawę wewnętrznej korespon­dencji wysyłanej do Klimek - skrzynka miała być aktywna jeszcze przez pół roku po rozwiązaniu umowy, a wiadomości rzekomo przekierowywano do jej następcy. O jej udział w przy­gotowaniach do festiwalu w Opolu zapytaliśmy z kolei Jarosła­wa Burdka, wiceszefa Jedynki do spraw audycji rozrywkowych i artystycznych. Nie dostaliśmy odpowiedzi.
   Człowiek z branży telewizyjnej zbliżony do PiS: - W sen­sie politycznym związek z Joanną jest dla Kurskiego coraz większym problemem. Różni ludzie jeżdżą na Nowogrodzką i donoszą: „Zobacz, Jarek. Kurski siada w pierwszym rzędzie w kościele, a rozbił małżeństwo”, „Zaręczyli się, zapowiedzie­li ślub, a przecież ona nie dostała jeszcze rozwodu. Czy tak ma wyglądać nasza odnowa moralna?”. Jarosławowi się to nie podoba.
   Sprawdzamy w warszawskim są­dzie: sprawa rozwodowa narzeczo­nej Kurskiego faktycznie jest w toku.
Joanna Klimek złożyła pozew we wrześniu zeszłego roku, najbliższa rozprawa odbędzie się 14 czerwca.
   Klimek obecnie nie pracuje ani w TVP, ani w PGNiG. Z naftowej spółki odeszła jeszcze w styczniu. Jak podał portal Wirtualnemedia.pl - z powodów osobistych.

TYLNYM WYJŚCIEM
DO GABINETU JAROSŁAWA KACZYŃ­SKIEGO MOŻNA DOSTAĆ SIĘ NA DWA
sposoby: głównym wejściem od strony ul. Nowogrodzkiej, przy któ­rym często stoją dziennikarze, i tyl­nym, bardziej dyskretnym. Tę drugą drogę znają nieliczni. Trzeba wejść do biurowca Srebrnej znajdujące­go się przy Al. Jerozolimskich, wyjść z drugiej strony i przez podwórko przedostać się do siedziby PiS. Jacek Kurski, od kiedy kieruje TVP, bywa na Nowogrodzkiej regularnie. I za­wsze korzysta z tylnego wejścia.
   Poseł PiS: - Jarosław nie ogląda telewizji, więc nie ma pojęcia, czy TVP pod rządami Kurskiego jest me­rytorycznie dobra. Wie tylko, że lu­dzie Jacka wspierają rząd, nie dzielą włosa na czworo i w razie potrzeby są do dyspozycji.
   Dyspozycyjność TVP bywa rozumiana dosłownie. 10 marca premier Beata Szydło wraca ze szczytu unijnego w Brukseli, na którym wbrew polskiemu rządowi wybrano Donalda Tuska na drugą kadencję w Radzie Europejskiej. Żeby zatrzeć wrażenie klęski, Kaczyński udaje się ze współpracownikami na lotnisko witać szefową rządu kwiatami. Jedzie tam prosto z imprezy, na której widział się z Kurskim. Według jednego z rozmówców pomysł powitania podsuwa mu szef telewizji. Według innego spektakl wymyślił sam Kaczyński, ale Kurski obiecał, że na lot­nisku pojawią się kamery TVP i nagrają ujęcia, które później ukażą się w głównym wydaniu „Wiadomości”.
   Człowiek z Nowogrodzkiej: - Kurskiego broni środowisko tygodnika „wSieci”. Gdy na horyzoncie pojawiają się kłopoty, portal wPolityce.pl szybko rusza mu z odsieczą. Jacek obstawił się w TVP ludźmi braci Jacka i Michała Karnowskich, co przy­płaca konfliktem z „Gazetą Polską”.
   Sojusz z tygodnikiem „wSieci” to owoc dobrych relacji Jacka Kurskiego z senatorem Grzegorzem Biereckim, twórcą SKOK, nazywanym przez braci Karnowskich „dobrodziejem”. Ze śro­dowiskiem braci Karnowskich kojarzeni są: szefowa „Wiado­mości” Marzena Paczuska, dyrektor Agencji Produkcji Telewizyjnej i Fil­mowej Maciej Muzyczuk, szef Je­dynki Krzysztof Karwowski, jego zastępczyni Justyna Karnowska (prywatnie żona Jacka), producent Maciej Pawlicki i pełnomocnik za­rządu stacji Ewa Świecińska, autor­ka wyemitowanego przez TVP filmu „Pucz” o wydarzeniach 16 grudnia. W roli prowadzących na antenie te­lewizji publicznej pojawiają się tak­że dziennikarze Michał i Jacek Karnowscy, Marek Pyza, Marcin Wikło, Stanisław Janecki, Krzysztof Feusette i Wiktor Świetlik - wszyscy publikujący w tygodniku „wSieci” lub portalu wPolityce.pl. Kilka mie­sięcy temu do władz TVP wszedł też były minister prezydencki Maciej Łopiński, od lat związany z senato­rem Biereckim.
   - Z tej plejady najważniejszą funk­cję pełni Maciej Muzyczuk, który do niedawna nagrywał komentarze wideo w portalu braci. W telewizji zajmuje się wydawaniem pienię­dzy na produkcję programów i se­riali - opowiada człowiek związany z telewizją.
   Dla ludzi kojarzonych z grupą Biereckiego współpraca z TVP to świet­ny interes. „Newsweek” dotarł do fragmentu uchwały dotyczącej programu „O!Polskie Przebo­je” produkowanego przez Macieja Pawlickiego. Z dokumen­tu wynika, że Telewizja Polska zamierza wydać ponad 3,6 mln zł na wyprodukowanie 11 odcinków cyklu i trzech koncertów. Oznacza to, że średni koszt jednego odcinka wynosi ok. 250 tys. zł. - To uboga produkcja. Podobny program można zrobić za 60-80 tys. zł - twierdzi producent znanych telewizyjnych widowisk.
   Czy wsparcie Biereckiego wystarczy, by Kurski utrzymał sta­nowisko? Wiele zależy od lipcowego kongresu PiS. Jeśli Ka­czyński zdecyduje się na kadrową rewolucję, to prezes TVP może paść jej ofiarą.

Abonament z łapanki

Rządzona przez PiS TVP jest na skraju zawału, więc resort kultury chce szybko podłączyć kroplówkę. Ale pomysł ministra Glińskiego na uszczelnienie poboru abonamentu jest dziurawy jak rzeszoto. A na dodatek skrajnie niesprawiedliwy

Miłosz Węglewski

Plan Piotra Glińskiego jest makiaweliczny: sko­ro miliony gospodarstw domowych uchyla­ją się od płacenia abonamentu RTV, a oglądają ulubione seriale z kablówek i platform sateli­tarnych, to do ich wytropienia najlepiej wyko­rzystać właśnie dostawców płatnej telewizji. Mieliby oni przekazać dane swych klientów Poczcie Polskiej, która zbierze daninę na media narodowe przy wsparciu urzędów skarbowych.

BEZ KABLA I SATELITY
Może byłoby to sprytne zagranie, gdyby nie fakt, że już niemal w połowie polskich domów telewizję ogląda się bez kabla czy ta­lerza. Wystarczy antena pokojowa i ewentualnie tani dekoder (do starszych telewizorów), by mieć dostęp do kilkudziesięciu kanałów naziemnej telewizji cyfrowej, w tym TVP, Polsat, TVN i TV Puls. Cztery multipleksy DVB-T obejmują zasięgiem ponad 95 proc. powierzchni kraju. Eksperci branży medialnej szacują, że już 11-12 mln Polaków ogląda wyłącznie naziemną telewizję cyfro­wą. I jeśli dotąd nie zarejestrowali telewizorów i nie płacą abona­mentu, to w zasadzkę Glińskiego też nie wpadną.
   To samo dotyczy zresztą coraz większego grona młodych w więk­szości Polaków, którzy filmy czy programy rozrywkowe oglą­dają w internecie. Mają do wyboru dziesiątki serwisów - takich jak Netflix, Showmax, VOD.pl, Ipla, Yoy.tv, Nowatv.net, Weeb.tv, no i oczywiście YouTube. Korzystają z nich częściej na pecetach czy smartfonach niż na ekranach telewizorów. - Oglądam w te­lewizji to, co chcę, na czym chcę i kiedy chcę. A umowę z opera­torem mam tylko na szybki internet LTE. I z abonamentem RTV mogą mnie pocałować... - komentuje 22-letni Andrzej, student z Poznania.
   Jeśli do tych milionów nierejestrowanych telewidzów doli­czyć 3,5 mln tych, którzy są zwolnieni z daniny na media publicz­ne (z racji wieku, inwalidztwa, kombatanctwa czy bezrobocia), to wychodzi, że resort kultury może zmusić do płacenia najwyżej co trzeciego z oglądających telewizję. Bo krajowi dostawcy telewizji kablowej, satelitarnej, internetowej oraz usług wideo na żądanie (VoD) mają w sumie ok. 9-10 mln klientów.
   Wychodzi więc na to, że cała operacja obliczona jest z grubsza na 3 mln obywateli, którzy mieliby płacić ok. 300 zł rocznie, by uratować telewizję Jacka Kurskiego przed finansową zapaścią.

GROŹBA REJTERADY
Po ujawnieniu planów Glińskiego nerwy puściły Zygmuntowi Solorzowi-Żakowi, twórcy imperium Polsatu, którego jądrem jest Cyfrowy Polsat, największy w Polsce dostawca płatnej te­lewizji, z prawie 4,8 mln klientów. Solorza irytuje to, że lekiem na niemoc instytucji pobierających abonament ma być zmusze­nie operatorów płatnej telewizji, by przekazywali państwu dane swych klientów. - Uznajemy taką propozycję za niezgodną z za­sadą konstytucyjnej równości obywateli wobec prawa - nie owi­ja w bawełnę właściciel Polsatu.
   Solorz-Żak stara się mieć poprawne relacje z każdą władzą. Jego Polsat jest dużo bardziej stonowany w ocenie poczynań rzą­du PiS niż TVN. Ale gdy rząd miesza mu się do interesów, potra­fi ostro zareagować. Tak było w zeszłym roku, gdy resort skarbu, podpuszczony przez związkowców, próbował wtrącić się w to, jak biznesmen restrukturyzuje kupioną od państwa grupę energe­tyczną ZE PAK. Grożono nawet unieważnieniem prywatyzacji. A Solorz w odpowiedzi mianował szefem PAK Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL.
   Projekt resortu kultury może jeszcze bardziej zaszkodzić inte­resom miliardera: Cyfrowy Polsat (CP), co roku zyskując setki ty­sięcy klientów, mnoży zyski. Ale z tych pieniędzy grupa Solorza spłaca ponad 10 mld zł kredytów, zaciągniętych kilka lat temu na zakup Polkomtela. Gdyby klientów zaczęło ubywać, Solorz miał­by poważny problem.
   A klienci mogą się przestraszyć, że przy przekazywaniu danych Poczcie ich adres lub PESEL trafią w niepowołane ręce. Do tego dochodzi czysta kalkulacja: najtańsze abonamenty telewizyjne CP kosztują ok. 20 zł, a jest w nich niewiele więcej kanałów niż te dostępne za darmo z multipleksów. Jeśli do tego doszłoby prawie 30 zł miesięcznej daniny dla Jacka Kurskiego, to wielu zdecydo­wałoby się pewnie na naziemną telewizję cyfrową.
   Widmo exodusu klientów krąży też nad innymi dostawcami płatnej TV - jak UPC, nc+, Vectra czy Multimedia - którzy podsta­wowe pakiety, z kilkudziesięcioma kanałami, oferują po 20-40 zł miesięcznie. - Nie chcemy być w roli donosicieli i naganiaczy, tra­cąc jeszcze na tym pieniądze - mówi wiceszef jednej z czołowych kablówek. Mówi na boku, nieoficjalnie, bo oficjalnie woli milczeć - podobnie jak inni. Ale reprezentujący branżę związek Media- kom stawia sprawę jasno: „Nowa ustawa spowoduje odpływ do­tychczasowych abonentów do bezpłatnej telewizji naziemnej lub serwisów VoD, zwłaszcza tych zarejestrowanych poza terytorium Polski”. Protestuje też Jerzy Straszewski, prezes Polskiej Izby Ko­munikacji Elektronicznej. Nie zgadza się, by podmioty prywatne angażowano do poboru opłaty, będącej daniną publiczną.
   Analitycy szacują, że wdrożenie „Lex Gliński” mogłoby skut­kować odpływem 15-20 proc. klientów, głównie tych najmniej zamożnych, co oznaczałoby spadek przychodów operatorów o kil­kaset milionów złotych rocznie. Byłby to także cios finansowy dla kultury, na którą (m.in. na Polski Instytut Sztuki Filmowej) do­stawcy płatnej telewizji przekazują 6 proc. rocznych przycho­dów. Straciłby też budżet państwa, bo wpływy z podatków byłyby niższe o jakieś 150-200 mln zł. Ale minister kultury uparcie bro­ni swego konceptu. Chce, by nowa ustawa abonamentowa weszła w życie jeszcze przed wakacjami.

ODSIECZ DLA KURSKIEGO
To, co wypichcił resort kultury, to jeszcze jeden legislacyjny po­tworek PiS. Wystarczy przypomnieć losy kolejnych wersji po­datku handlowego, ostatecznie zamrożonego przez Komisję Europejską, czy „Lex Szyszko”, przez które wycięto w Polsce może nawet 1,5 mln drzew.
   Ale nawet na tym tle starania władz, aby wesprzeć finansowo główną tubę propagandową obozu PiS, to istne kuriozum. Od po­nad roku mamy festiwal pomysłów, które pojawiają się w miarę napływających sygnałów o coraz gorszej kondycji finansowej TVP.
Warto przypomnieć, że gdy ponad rok temu Jacek Kurski obejmował rządy na Woronicza, firma miała ponad 100 mln zł nadwyżki, dziś brakuje jej prawie dwa razy takiej sumy.
Najpierw był przejęty od ekipy PO koncept opłaty audiowizu­alnej, płaconej przez wszystkich z podatkami. Zdano sobie jednak sprawę, że taką daninę musiałaby zatwierdzić Bruksela, a trudno byłoby obronić na forum europejskim przekaz, że obecna „TVPiS” realizuje misję publiczną. Nawet gdyby się to udało, to procedura tzw. notyfikacji może potrwać nawet kilkanaście miesięcy. Brnąca w straty telewizja Kurskiego mogłaby tego nie doczekać.
   Dlatego zaczęto mnożyć pomysły na uszczelnienie poboru abo­namentu RTV. Był projekt doliczenia go do rachunków za prąd. PiS już wyliczało, że przy ok. 17 mln odbiorców prądu wpływy z abonamentu wzrosną przynajmniej trzykrotnie, do ponad 2 mld zł, z czego dwie trzecie miało zasilić kasę TVP. Ale okoniem stanęły państwowe koncerny energetyczne, w obawie przed odpływem klien­tów do niezależnych dostawców energii. Pojawił się pomysł, że listonosze będą sprawdzać, czy w domu jest telewizor. Ale i z tego nic nie wyszło - między innymi dlatego, że brak podstaw praw­nych do kontrolowania przez nich mieszkań.
Najnowszy projekt ministra Glińskiego sku­pia się na karach: do 5 proc. przychodów dla operatorów płatnej telewizji za nieprzekazanie Poczcie danych i prawie 700 zł dla abonentów, którzy nie zarejestrują odbiornika w ciągu mie­siąca od wejścia w życie ustawy. Jest i marchew­ka: abolicja dla tych, którzy dotąd nie płacili.
   Można w tym legislacyjnym pośpiechu wi­dzieć echa ponagleń z Nowogrodzkiej. Pre­zes Kaczyński już w styczniu zapowiadał przyspieszenie prac nad ustawą uszczelniającą pobór abonamen­tu. A prezes TVP skarży się, że bez dodatkowych pieniędzy „tele­wizja publiczna będzie wygaszana”.

HANDLOWANIE MISJA
Resort kultury pracuje ponoć nad nową ustawą medialną, wracającą do pomysłu ściągania abonamentu z podatkami, co dałoby Kurskie- mu dodatkowe 1,5 mld zł. Zakładając, że PiS udałoby się uzyskać na taki parapodatek zgodę Brukseli, to w najbardziej optymistycznym (nie dla telewidzów, rzecz jasna!) scenariuszu przepisy mogłyby wejść w życie w 2018 roku. Na razie trzeba by więc i tak przygotować kroplówkę, która pozwoli telewizji Kurskiego przetrwać.
   Wiceminister kultury Paweł Lewandowski szacuje, że dodatko­we wpływy z abonamentu od klientów płatnej telewizji wyniosą w tym roku 365 mln zł, w kolejnym 730 mln zł. Ale czemu tylko oni mają sięgać do kieszeni? Tym bardziej że jednocześnie PiS rozszczelnia system, powiększając grono zwolnionych z tego obo­wiązku. Na początku dekady ten przywilej miało - według GUS i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - niespełna 18 proc. gospo­darstw domowych. W zeszłym roku prawie 26 proc.!
   O tym, że większość Polaków miga się od płacenia na media publiczne, trudno dyskutować. Terminowo robi to mniej niż co 10 gospodarstwo domowe. Wskaźnik ten jest żenująco niski na tle reszty Europy. W krajach, gdzie publiczna telewizja finansowa­na jest głównie z abonamentu (a więc w większości państw Unii), wskaźnik ten przekracza 80 proc. Nawet we Włoszech, od lat zani­żających średnią, uchyla się od tego mniej niż co trzecie gospodar­stwo. Tyle że tam, gdzie podatnik utrzymuje telewizję publiczną, jej działalność komercyjna ograniczona jest do minimum. Wpływy z reklamy zwykle nie przekraczają 10 proc. przychodów. W Cze­chach, na Słowacji i na Węgrzech stanowią około 5 proc. TVP jest wyjątkiem na skalę kontynentu - utrzymuje się głównie z reklam i sponsoringu; w 2016 r. to ponad 60 proc. przychodów.
   Ten model do niedawna jakoś się sprawdzał, choć na brak pie­niędzy narzekali wszyscy szefowie TVP. Nawet wtedy, gdy wpływy z abonamentu spadały do 200-220 mln zł rocznie, z reklam tele­wizja publiczna miała ponad miliard.
   Problemem Kurskiego nie jest tak naprawdę spadek przychodów z abonamentu (365 mln zł w zeszłym roku), lecz radykalny wzrost kosz­tów funkcjonowania telewizji - od finansowania produkowanych we własnym zakresie, zwy­kle nietrafiających w gusta widzów programów, poprzez zakup drogich praw do imprez spor­towych, po wysokie odprawy dla zwalnianych gwiazd dawnej TVP. Efekt? Wzrost zadłużenia, bo do kredytów Kurski ma wyjątkowo lekką rękę.
   Za to jak po grudzie idzie mu pozyskiwanie re­klam - w zeszłym roku zebrał ich za 872 mln zł, o ok. 50 mln zł mniej niż rok wcześniej. A prze­cież większość kontrolowanych przez państwo spółek pomaga, jak może. Na przykład bank PKO BP jeszcze w 2015 r. wydawał sporo wię­cej na reklamę w TVN (ok. 15 mln zł) niż w TVP. W zeszłym roku odwrócił te proporcje, a od marca 2017 r. rekla­muje się tylko w telewizji publicznej.
Niewiele jednak to pomaga. Na Woronicza tłumaczą, że pogor­szyła się koniunktura na tym rynku. Ale to tylko ćwierć prawdy. Szalonych wzrostów nie było, jednak nadawcy telewizyjni zgar­nęli z reklamy w sumie kilkadziesiąt milionów więcej niż przed rokiem; według danych SMG Polska - 4,07 mld zł. Cyfrowy Pol­sat chwali się prawie 6-proc. wzrostem wpływów z reklamy do 1,093 mld zł. To ponad 200 mln zł więcej niż wszystkie kanały TVP.
   Rzeczywistość można zakłamywać w „Wiadomościach”, ale ryn­ku oszukać się nie da. Słupki oglądalności Polsatu rosną, TVN też trzyma formę, natomiast widownia telewizji publicznej, zwłaszcza TVP1, kurczy się w dwucyfrowym tempie. Ubytek reklam to echo tego spadku. Gdyby nie nieśmiertelne „M jak miłość”, „Ojciec Ma­teusz” czy tureckie seriale, telewizja Kurskiego byłaby w katastro­falnej sytuacji. - Jedna piąta jej czasu antenowego to reklamy, prawie połowa to powtórki programów i sport. Kultury i publi­cystyki z prawdziwego zdarzenia jak na lekarstwo. Gdzie więc ta misja publiczna, na którą obóz PiS chce opodatkować wszystkich obywateli? - pyta retorycznie ekspert rynku medialnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz