PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 25 maja 2017

Jazda na betonową ścianę



PiS kończy demontaż polskiej dyplomacji. W tej rozgrywce minister Waszczykowski jest tylko figurantem. Realną władzę w MSZ ma człowiek Mariusza Kamińskiego

Aleksandra Pawlicka

Po amerykańskich wyborach prezydent Duda zapro­sił do siebie ambasadorów różnych krajów w Polsce. Przez dwie godziny z co­raz większym zdziwieniem słuchaliśmy, że zwycięstwo Trumpa to wspaniały moment do tego, aby polski prezydent odegrał rolę wielkiego negocjatora mię­dzy Trumpem a Putinem. Pomyślałem, że jestem w domu wariatów - opowia­da ambasador jednego z unijnych kra­jów i dodaje: - Ostatnia akcja waszego rządu z Tuskiem tylko mnie w tym prze­konaniu utwierdza. Polska polityka za­graniczna to jazda z pełną prędkością na betonową ścianę.

MAŁY BONAPARTE
Przygotowana przez MSZ i zatwier­dzona przez rząd ustawa o służbie dyplomatycznej zakłada weryfikację wszystkich, blisko 4 tys. pracowników re­sortu. Ci, którym nie zostaną przedłużone kontrakty, będą musieli odejść z pracy w ciągu sześciu miesięcy.
   - To niszczenie kadr, żeby zastą­pić je janczarami z PiS, desantem „Mi­siewiczów” ze szkoły ojca Rydzyka - mówi „Newsweekowi” Radosław Si­korski. Włodzimierz Cimoszewicz do­daje: - Brutalna, niczym nieuzasadniona chęć rozbicia potencjału intelektualne­go i przetrącenia kręgosłupa moralnego służby dyplomatycznej.
   Obaj byli ministrowie spraw zagranicz­nych, choć z różnych opcji politycznych, są zgodni, że takiego demontażu polskiej dyplomacji nie było od początku trans­formacji. Prof. Adam Daniel Rotfeld, także były szef MSZ, gorzko się uśmie­cha: - Nie mam już sił komentować tego, co robi obecna ekipa rządząca. PiS szło do władzy z hasłem poprawy wizerunku Polski na świecie.
   Twórcą ustawy jest Andrzej Jasionowski, dyrektor generalny służby zagranicz­nej MSZ i człowiek, który nieoficjalnie rządzi dziś ministerstwem. Podwładni nazywają go złośliwie wielkim reforma­torem i małym Bonapartem, a to dlate­go, że w liście do pracowników resortu, tłumaczącym potrzebę reformy, napisał: „Napoleon Bonaparte - autentyczny re­formator służby państwowej we Francji - powiedział, cyt. »Obawiać trzeba się nie tych, którzy mają inne zdanie, ale tych, co są zbyt tchórzliwi, aby je wypowiedzieć«”.
   - Takie pisma to bolszewicka metoda zastraszania ludzi i przekształcania ich w bezwolne narzędzie realizacji wytycz­nych biura komitetu centralnego partii - mówi Marcin Bosacki, były ambasador RP w Kanadzie, odwołany po przejęciu władzy przez PiS.
   - Nie jestem ani szarą eminencją MSZ, ani nie mam takiego poczucia, ani chęci do zajmowania takiej pozycji - zapewnia „Newsweek” dyrektor Jasionowski. Ale to on ma stanąć na czele komisji weryfi­kującej pracowników.
   O ministrze Waszczykowskim pracow­nicy mówią, że „to figurant” lub „poży­teczny idiota” - pożyteczny dla prezesa.

SALON WYRZUCONYCH
Kim jest Andrzej Jasionowski? Do MSZ trafił z Urzędu Ochrony Państwa
w 1992 roku. Zaliczył placówki w Nige­rii, Kazachstanie, Szwecji i Finlandii, by w 2009 r. trafić do Serbii. Przed wyjazdem na tę ostatnią placówkę tłumaczył przed sejmową komisją przesłuchującą kandy­datów na ambasadorów: „Trudno mi od­powiedzieć na pytanie o moją znajomość Bałkanów. (...) Jest to część Europy, o któ­rej niewiele wiemy”. To na tej placów­ce spowodował wypadek - z prędkością 100 km/h zjechał na przeciwległy pas ru­chu i staranował trzy samochody jadą­ce z naprzeciwka. Media pisały wówczas, że był pod wpływem alkoholu, dziś resort dementuje tę informację, zapewniając, że „wyniki badań przeprowadzonych w szpi­talu nie wykazały w jego krwi alkoholu”.
Sprawa rozeszła się po kościach, bo do wypadku doszło kilkanaście dni po kata­strofie smoleńskiej i nikt nie miał głowy, aby zajmować się problemami ambasado­ra w Belgradzie.
   Opowiadając o sobie, Jasionowski za­wsze podkreśla swoją studencką działal­ność w NZS, skąd dobrze zna obecnego szefa PO Grzegorza Schetynę oraz wi­ceszefa PiS Mariusza Kamińskiego.
- W każdej opcji ma plecy i potrafił się dobrze ustawić - mówi pracownik resor­tu. Dziś szczególnie istotne są kontak­ty z Kamińskim. - To na tej linii ustalane są wytyczne dotyczące działań, zwłasz­cza personalnych, w MSZ. Jasionowski i Kamiński znają się od 30 lat, mają wie­lu wspólnych przyjaciół z czasów Ligi Re­publikańskiej - dodaje mój rozmówca.
   Prawą ręką Jasionowskiego w reformie MSZ jest Przemysław Czyż. Gdy był am­basadorem w Macedonii, także spowodo­wał wypadek samochodowy. Ówczesny szef resortu Radosław Sikorski zwolnił go za niedopełnienie obowiązków i nielo­jalność. - Centrala całymi tygodniami nie miała z Czyżem kontaktu, poza tym wy­pisywał na forach internetowych donosy - opowiada jeden z dyplomatów i dodaje: - W MSZ rządzi dziś salon wyrzuconych. Ludzi, na których PiS ma haki, a więc ta­kich, którzy zrobią wszystko, czego ocze­kuje od nich władza.
   - Niedaleko pada jabłko od jabłoni - ironizuje Włodzimierz Cimoszewicz.
   - Obecny minister spraw zagranicznych jest jedynym, którego z różnych stano­wisk w MSZ odwoływało aż trzech jego poprzedników.
   Pierwszym był Bronisław Geremek, który odwołał Waszczykowskiego z funk­cji wiceambasadora Polski przy NATO, bo oskarżał swojego szefa, Andrzeja Towpika, że w związku z PRL-owską przeszłością opóźnia wejście Polski do NATO. Geremek wysłał Waszczykowskiego do Teheranu, skąd odwołał go potem minister Cimoszewicz za „krańcowo na­ganne zachowanie”. Sprawa miała trafić do prokuratury wojskowej, ale Waszczy­kowskiego wybronił wtedy prof. Rotfeld, przygarniając do swojego departamen­tu w MSZ. Minister Sikorski pozostawił Waszczykowskiego w resorcie, ale w koń­cu zwolnił go za nielojalność w czasie ne­gocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej.

ZŁE DOŚWIADCZENIE JAK ZŁY DOTYK
- Resort z coraz większym trudem obsługuje sam siebie, a zadanie pod­stawowe, tj. obsługa ministra spraw zagranicznych w zakresie polityki mię­dzynarodowej, schodzi na drugi plan- celem reformy jest zmiana tego stanu rzeczy - tłumaczy „Newsweekowi” Jasio- nowski. Cel ten zamierza osiągnąć m.in. poprzez oczyszczenie kadry z tajnych współpracowników służb PRL. Tyle że takich pozostało w MSZ około stu.
   - Żeby zwolnić sto osób, nie trzeba wprowadzać ustawy. Sam byłem gorą­cym zwolennikiem dekomunizacji, ale na początku lat 90., a nie po ćwierćwieczu.
Przecież ci ludzie byli już zweryfikowa­ni i uznani za osoby wiarygodne i wartoś­ciowe dla służby dyplomatycznej - mówi Radosław Sikorski.
   Większość z tej setki to ludzie, którzy w czasie poprzedniego rządu PiS złoży­li deklarację, że byli współpracownika­mi służb. I większość mimo to pozostała w dyplomacji. Niektórzy jak Mariusz Ka­zana, który zginął w katastrofie smoleń­skiej, czy Janusz Skolimowski, ambasador na Litwie, byli dyplomatami ceniony­mi przez ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
   - Zaczynali karierę zawodową w PRL, ale większość życia przepracowali w wol­nej Polsce. 28 lat. Dlatego trudno uwierzyć, że w obecnej reformie chodzi o czyszcze­nie resortu z komunistycznych złogów. Prawdziwym powodem jest gigantyczne trzęsienie ziemi, które polską dyplomację ma sprowadzić do opowiadania dyrdymałów o Smoleńsku - uważa Cimoszewicz.
   W liście do pracowników Jasionowski pisze: „Nadal pracują tu oficerowie PRL-owskiej bezpieki i ich tajni współ­pracownicy, którzy rozpoczynali karierę w latach 80. od śledzenia emigracji i do­noszenia na kolegów. Byli oni jednym z fi­larów totalitarnego państwa”.
Jeden z tej setki przeznaczonej do zwolnienia mówi „Newsweekowi”: - Wrzucili wszystkich do jednego wora, a przecież większość z nas nie zajmowa­ła się donoszeniem na opozycję czy Koś­ciół, tylko wywiadem na rzecz własnego kraju poza jego granicami. To próba po­zasądowego obarczenia winą i skazania, bez możliwości obrony.
   Inna osoba z tej listy: - Rozliczać trze­ba tych, którzy się skurwili, a nie zamykać gębę wszystkim, bo tak najłatwiej pozbyć się przeciwników politycznych.
   Takim jak oni dyrektor Jasionowski mówi dziś na korytarzu: „No, stary, do końca kwietnia powinniśmy być po ro­bocie. Teraz ustawa idzie do Sejmu, po­tem klepnie ją Senat, prezydent może nie podpisze od razu, ale następnego dnia, vacatio legis i zaczynamy. Tacy jak ty, bez do­świadczenia, idą do odstrzału”. I gdy ktoś próbuje tłumaczyć, że pracuje w MSZ od paru dekad, słyszy: „Twoje doświadczenie to złe doświadczenie, jak zły dotyk.
   A co będzie z Andrzejem Przyłębskim, ambasadorem w Berlinie, nominowa­nym przez ministra Waszczykowskiego? Przyłębski w 1979 r. podpisał deklarację współpracy ze służbami. W MSZ panuje przekonanie, że nic mu nie grozi. O jego sprawie jako pierwszy napisał prawico­wy dziennikarz Cezary Gmyz. W resor­cie można dziś usłyszeć, że „Gmyz został oddelegowany na korespondenta TVP do Berlina, żeby pilnować Przyłębskiego”. - Sam Przyłębski nie ma znaczenia dla PiS, on liczy się tylko jako mąż pani prezes Trybunału Konstytucyjnego - tłumaczy mój rozmówca.

GROMNICA I CHÓW WSOBNY
W liście do pracowników MSZ Jasionowski tak tłumaczy zwolnienia: „MSZ potrzebuje dopływu »świeżej krwi«, inaczej zaczniemy padać ofiarą chowu wsobnego”.
   - Pan dyrektor zapomina, że sam jest resortowym dzieckiem. Wczesną mło­dość spędził na placówkach - mówi pra­cownik MSZ i dodaje, że głoszona przez dyrektora zasada nie dotyczy jego zna­jomych. Jako przykład podaje Rober­ta Rusieckiego, z którym znają się od lat szkolnych.
   Rusiecki karierę dyplomaty rozpoczął w końcówce poprzednich rządów PiS jako konsul generalny w Londynie, mimo że dwukrotnie nie zdał wewnątrzresortowego egzaminu. Później trafił do Chica­go. Wkrótce kończy się jego kadencja, ale w MSZ można usłyszeć, że dyrektor służ­by zagranicznej szykuje koledze kolej­ną placówkę w USA. A żona Rusieckiego znalazła w międzyczasie pracę w biurze spraw osobowych MSZ.
   - Zdecydowanie większym problemem niż klanowość jest brak kompetencji nowo powoływanych ambasadorów - mówi pra­cownik MSZ. Na przykład kandydat na ambasadora w Kanadzie Andrzej Kurnicki (wykładowca Uczelni Łazarskiego) już po przesłuchaniach przed sejmową komi­sją opowiadał, że wyjeżdża na placówkę do Toronto, choć polska ambasada znajduje się w Ottawie. - Skoro w MSZ króluje dziś gromnica, to czemu się dziwić? - zastana­wia się mój rozmówca.
Gromnica stała się symbolem kwalifi­kacji w MSZ. A wszystko przez wicemi­nistra Jana Dziedziczaka, który 2 lutego (kościelne święto Matki Boskiej Grom­nicznej), będąc w Holandii, postanowił iść do polskiego kościoła. A że msza rozpo­czynała się niemal o tej samej godzinie co lot powrotny ministra, najpierw próbowa­no nakłonić proboszcza do zmiany godzi­ny nabożeństwa, a gdy ten się nie zgodził, minister zażądał interwencji w Watyka­nie. Jednak i to okazało się bezskuteczne, więc próbowano opóźnić godzinę lotu, by ostatecznie przełożyć powrót na następ­ny dzień. Służby dyplomatyczne musia­ły więc tylko w trybie natychmiastowym zorganizować ministrowi gromnicę.
   - Chciałbym przypomnieć, że obecnie obowiązującą ustawę przygotowywałem z człowiekiem z zupełnie innej politycz­nej bajki, z Czesławem Bieleckim - wspo­mina Włodzimierz Cimoszewicz. - Co więcej, została uchwalona wbrew reko­mendacji rządu Jerzego Buzka, czyli można było połączyć ogień i wodę.
   - Najbardziej skandaliczne jest uzasad­nienie tej ustawy. Służbę dyplomatycz­ną III RP, tę, która wyprowadziła wojska radzieckie z Polski, wprowadziła Polskę do UE, NATO i wynegocjowała najko­rzystniejszy budżet unijny dla nasze­go kraju, oskarża się o zdradę narodową - podkreśla Sikorski i dodaje: - Czym w takim razie jest polityka zagraniczna prowadzona przez niezdolnych do służby dyplomatycznej, partyjnie sterowanych wyznawców teorii spiskowych?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz