PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 25 czerwca 2017

Pod rękę z diabłem,Dla wolności i dobrobytu,Tak mi dopomóż Bóg!,O!,Dusza Mariusza Młota,Wyrzynanie,Ile dywizji ma Zagajewski i Odwrót populistów?



Pod rękę z diabłem

Jest tylko jeden duży europejski kraj, w którym ISIS osiągnęło prawie wszystkie swoje cele. To Polska.
Nie były tu nawet potrzebne zamachy. Wystarczy­ła władza gotowa, by ubić na nich polityczny interes.
   Zamachy są być może celem samym w sobie dla zwyrodnialców, którzy ich dokonują. Ale dla Państwa Islamskiego są jedynie środkiem do osiągnięcia prawdziwych celów. Wy­wołać strach. Ten, biorąc pod uwagę sondaże, rzeczywiście w Polsce zapanował. Wzbudzić u niemuzułmanów nienawiść do muzułmanów i islamu. I to się u nas udało - wystarczy po­słuchać polityków rządzącej partii oraz przejrzeć prawicowe portale i różne internetowe fora. Dalej, wzbudzić w muzuł­manach przekonanie, że są znienawidzeni. Im jest mocniej­sze, tym większe prawdopodobieństwo, że ulegną wpływom ISIS. Celem naczelnym zaś jest osłabienie zachodnich demo­kracji. Oczywiście, PiS demontuje demokrację bez pomocy ISIS, ale trudno nie odnieść wrażenia, że zamachy są mu bar­dzo na rękę w forsowaniu rządów silnej ręki.
   Paryż, Bruksela, Nicea, Sztokholm, Berlin, Manchester, Londyn - po każdym z zamachów z wypowiedzi polityków PiS i tekstów na prawicowych portalach aż bije jakieś kosz­marne schadenfreude pomieszane z satysfakcją, że znowu będzie można szczuć i straszyć uchodźcami w ramach nie- sformalizowanego Instytutu Straszenia i Szczucia (w skrócie ISIS). W wypowiedziach tych pełno jest pogardy dla zachod­nich państw, zachodnich norm i odruchów charakterystycz­nych dla zachodnich społeczeństw. Gromadzą się, składają wiązanki kwiatów, wyrażają solidarność z ofiarami i wolę za­chowania jedności, malują coś tam kredkami na ulicach. No, naiwniacy, nasz szeryf z Legionowa Błaszczak już by poka­zał, jak się walczy z terroryzmem tym wszystkim amatorom z MI6 i innych instytucji wywiadowczo-śledczych.
   Po ostatnim zamachu w Londynie już nie tylko Merkel, Macron czy Trudeau, ale nawet Putin mówił o „ataku szoku­jącym w swym okrucieństwie i cynizmie”. W Polsce zaś mie­liśmy jedno z najbardziej odrażających wystąpień polskiego polityka po 1989 roku - pamiętamy panią Szydło z jej skiero­wanymi do Europy wezwaniami, by wstała z kolan, i jej po­krzykiwanie, by skończyć z polityczną poprawnością. Szydło nie jest sama. Oto prezydent Trump, który wstał z kolan przy pomocy Kremla, wezwał, by „skończyć z polityczną popraw­nością”. Ale wśród krytyków zachodnioeuropejskich państw są nie tylko Trump i Szydło. Skrytykował je też najwyższy przywódca duchowy Iranu, ajatollah Chamenei. Towarzy­stwo zaiste znakomite.
   Kilka dni temu krewni ofiar paru ostatnich zamachów w Wielkiej Brytanii skierowali apel do polityków, by ci niewykorzystywali ich żałoby do podsycania nienawiści. Do Polski zapewne on nie dotarł. Zaglądam na główną stronę PiS-owskiego portalu wPolityce.pl, a tam aż trzy teksty w związ­ku z zamachami. W jednym cytuje się Miriam Shaded (imigrantkę), która przekonuje, że nie istnieje islam pokojowy (o czym świadczą zapewne liczne zamachy dokonane przez polskich Tatarów). Jacek Karnowski przekonuje, że „nakła­nianie społeczeństw do przyjęcia imigrantów jest braniem odpowiedzialności za śmierć i cierpienie ofiar zamachów (imigranci i uchodźcy z ostatnich lat nie stali za żadnym z za­machów). Witold Gadowski zaś orzeka, że celem zamachów może być Polska, szczególnie Przystanek Woodstock. Bingo.       
   Minister Błaszczak do znudzenia powtarza, że władza PiS gwarantuje Polakom bezpieczeństwo, ale przez zupeł­ny przypadek Przystankowi Woodstock może nie zagwarantować. Bo zamachy nam nie grożą, chyba że na imprezie organizowanej przez Owsiaka. Jak wiadomo, samochodem czy pociągiem można przyjechać z Zachodu do Polski tylko na Przystanek Woodstock. Instrumentalizowanie rasizmu islamofobii i generowanego przez polityków strachu weszło właśnie na poziom najwyższy. Oto na oficjalnej stronie internetowej PiS w związku z Przystankiem Woodstock pada pytanie: „Czy chcecie, by w Polsce odbyła si9 impreza z udziałem muzułmańskich emigrantów?”. Prezydent Duda proponu­je zaś referendum w sprawie uchodźców, przez przypadek w roku 2019, by szowinizm i rasizm zaprząc do kampanii wy­borczej. A może tak referendum w sprawie Dekalogu i przyka­zania: kochaj bliźniego swego?
   Oczywiście, trudno się dziwić, że partia, która od lat gra trumnami smoleńskimi, gra uchodźcami. Szczucie i strasze­nie opanowała przecież do perfekcji. Kościół głosami swych ważnych przedstawicieli apeluje o pomoc uchodźcom, ale już antyuchodźczych wypowiedzi polityków PiS nie potę­pia. Prawda, Kościół bardzo umocnił ostatnio swoją pozycję w Polsce. Niestety, w tym samym czasie najwyraźniej maleją wpływy Chrystusa wśród Polaków.
   Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że ZChN to droga do dechrystianizacji Polski. Sam znalazł krótszą i zamienił ją w autostradę, jedyną, która powstała za rządów PiS.
Tomasz Lis

Dla wolności i dobrobytu

Ci z Was, którzy czytają te felietony, być może zauważyli mą lekką obsesję na punkcie Hit­lera, nazistów i III Rzeszy. Ostatnio posta­nowiłem poszperać sobie w tym, co mówiła i pisała nazistowska elita. Czemu? Bo w dzisiejszym świecie na­ziści stali się abstrakcyjnymi popkulturowymi mon­strami, czymś między zombi, mutantami i najeźdźcami z kosmosu. A to przecież byli bardzo sprawni i nowocześ­ni politycy, którzy w jednym z najważniejszych państw Europy i świata zdobyli władzę w demokratyczny sposób i utrzymali ją przez 12 lat, gotując światu piekło.
   Trudno nie przyznać racji Adolfowi Hitlerowi, gdy mówił: „Dajcie mi pięć lat, a nie poznacie Niemiec”. Trudno się nie zadumać, gdy przypomni się słowa wy­powiedziane przez niego na zjeździe niemieckich praw­ników: „Mnie nie interesuje prawo, mnie interesuje sprawiedliwość".
   Joseph Goebbels: „Nie zamierzamy wykorzystywać radia jedynie do naszych celów partyjnych. Chcemy, by było w nim miejsce na rozrywkę, sztukę, gry, zabawy i muzykę. Ale wszystko powinno mieć związek z teraź­niejszością. Wszystko powinno łączyć się z tematem na­szej wielkiej odbudowy albo przynajmniej nie stawać tej sprawie na drodze”.
   Goebbels o USA: „Amerykańska prasa ma szczególną przyjemność w krytykowaniu Niemiec w zakresie hu­manitaryzmu, cywilizacji, praw człowieka i kultury. Ma pełne prawo, by to robić. Ich człowieczeństwo i humani­taryzm w najbardziej żywej formie widać w linczach. Ich cywilizację widać w niebotycznych gospodarczych i po­litycznych skandalach. Ich prawa człowieka widać w je­denastu czy dwunastu milionach bezrobotnych, którzy najwyraźniej wybrali sobie taki los. A ich kulturę widać tylko w tym, co zawsze zapożycza się od starych europej­skich narodów”.
   Z ulotki wyborczej autorstwa Goebbelsa: „Przywróce­nie Niemcom honoru. Bez honoru nikt nie ma prawa do życia. Naród, który zastawił swój honor, zastawił też swój chleb. Honor to fundament każdej ludzkiej społeczności. Utrata honoru jest prawdziwą przyczyną utraty wolno­ści. To jest to, czego żądamy!”.
   Z tekstu Goebbelsa opublikowanego niespełna rok przed dojściem NSDAP do władzy: „Ten, kto sprzeci­wia się bratobójczej walce, kto szuka wyjścia z chao­su i zamieszania, będzie głosował na Adolfa Hitlera! On reprezentuje budzący się niemiecki idealizm, on jest rzecznikiem narodowej aktywności, on jest nosicielem nadchodzącej odnowy gospodarczej i społecznej. Dlate­go wołamy: daj Adolfowi Hitlerowi władzę, aby obywa­tele Niemiec ponownie otrzymali to, co jest im należne. Dla wolności i dobrobytu!”.
   Z przemówienia Hermanna Goringa: „Wszystko upad­ło. Gdziekolwiek by spojrzeć - wszystko jest pozbawione treści, zepsute, zaczyna gnić. Małe kroki już zostały pod­jęte. Trochę już uprzątnęliśmy i mamy już fundamenty, na których da się budować. Ale zniszczenia sięgają dale­ko za horyzont, nieużytki i rui nysą wszędzie. Wy, przyja­ciele, jesteście przyzwyczajeni do ciężkiej pracy i dlatego w nadchodzących dniach mamy tylko jedno hasło: praca, praca i jeszcze więcej pracy dla narodu i naszej ojczyzny, która musi zostać odbudowana”.
   Znowu Hitler: „Gdziekolwiek sięgnie nasz triumf, za­wsze będzie jedynie punktem wyjścia do nowej walki”.
   Mamy coś i dla kobiet z ust szarmanckiego Fiihrera: „Nic ma nic piękniejszego od wychowania sobie młode­go stworzenia: dziewczyna w wieku osiemnastu, dwu­dziestu lat jest miękka jak wosk. Mężczyzna musi mieć możliwość, aby na każdej dziewczynie odcisnąć swoją pieczęć. Kobieta chce tego samego!”.
Heinrich Himmler zaś wiedział, czego chcą homosek­sualiści: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to. co oni robią, jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksual­ne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy prze­życia narodu. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się w Niem­czech i musimy ją zwalczać”.
   Joachim von Ribbentrop podkreślał moralną siłę Trzeciej Rzeszy: „Państwo narodowosoejalistyczne wy­daje rokrocznie miliard marek na Kościół katolicki, czym nie mogłoby się poszczycić żadne inne państwo”.
   Reinhard Heydrieh rozczulał się zaś dziełami wodza: „To niemal przekracza możliwości jednostki, lecz mu­simy być twardzi jak granit, aby dzieło naszego Fiihrera nie poszło na marne. Kiedyś, po wielu latach ludzie będą nam wdzięczni za to, co wzięliśmy na swoje barki”.
   Historia, jak wiadomo, niczego i nikogo nie uczy, ale przyznacie, że jest ciekawa?
Marcin Meller

Tak mi dopomóż Bóg!

Może to być szok dla moich czytelników, ale nie ma co ukrywać, że każdy człowiek może się zmienić, przeżyć objawienie i wyciągnąć wnioski ze swojego dotychczasowego postępowania. Zacznę od oświadczenia. Kocham Prawo i Sprawiedliwość, a Pana Jarosława Kaczyń­skiego najhardziej. Jestem zwolennikiem nic tylko wszystkich zmian w mojej ojczyźnie, lecz także spo­sobów, w jaki są wprowadzane. Chciałbym Trybuna­łu Konstytucyjnego w obecnym kształcie do końca mojego życia. Chciałbym, żeby sędziowie skazywa­li tak, jak każe im Prawo i Sprawiedliwość. Chciał­bym, żeby nie było wolności słowa, bo wolność słowa jest zgubą, a wolność artystyczna może tylko deprawować. Marzę o tym, żeby w Polsce żyli jedy­nie biali ludzie. Najwyższy czas, ażeby ONR ze swo­imi sztandarami przeniósł się do Sejmu. Jestem za likwidacją KOD, wszystkich organizacji zasilanych finansowo wstrętnymi, obcymi pieniędzmi, a śro­dowiska LGBT - jeśli nie znajdzie się inny sposób - pozamykałbym w specjalnych ośrodkach. Jestem za nową konstytucją dającą absolutną władzę Jaro­sławowi Kaczyńskiemu, tylko proszę o podpowiedz, czy chce być Prezydentem, Premierem czy Naczel­nikiem Państwa. Wierzę w zamach, a Pana Berczyńskiego uważam za kandydata do Orderu Orla Białego. Mam nadzieję, że to oświadczenie wystar­czy, ażebym objął jakieś wysoko płatne stanowisko w ważnej spółce skarbu państwa. Mam dodatkowe atuty. Nie mam żadnych kompetencji ani wykształ­cenia. Nie znam się na radach nadzorczych ani na niczym konkretnym. Moja przeszłość artystycz­na idzie w zapomnienie. Chcę być prezesem albo co najmniej wiceprezesem spółki, w której jest bar­dzo dużo pieniędzy. Będę lojalny i będę wykonywał wszystkie polecenia. Mam nadzieję, że moja prośba spotka się n odpowiednich władz ze zrozumieniem. Oświadczam też, że nie chciałbym swoją obecnością zagrozić osobom, które już są obsadzone. Nie jest ważne, co o mnie myślą. Chcę nareszcie zrobić praw­dziwą karierę. Tak mi dopomóż Bóg!
Krzysztof Materna jest satyrykiem, aktorem, reżyserem i producentem telewizyjnym

O!

Mój kolega Alex Kłoś, dziennikarz, muzyk, ka­rateka i człowiek ciekawy świata, wziął kiedyś  udział w reklamie, która mi się bardzo spodo­bała. Siedział na ławce z kumplem i w pewnej chwili po­wiedział: „Wiesz, ja już w życiu wszystko widziałem”. Chwila ciszy, po czym kumpel: „Tak? A to?” i pokazuje na samochód. I wtedy Alex zdziwiony mówi: „O!”.
   Codziennie rano zaglądam do gazet i internetu w na­dziei. że coś mnie tak zaskoczy i nie będzie to czyjaś nie­spodziewana śmierć albo nowa forma zamachu. Węszę za wiadomościami, które tchną we mnie nadzieję, że jesz­cze nie wszystko stracone. Nie musi być to coś wielkiego - czasem wystarczy sprytny pomysł, który przewietrzy mózgi i da nowe otwarcie. Kiedy przed laty konflikt USA - Chiny nabrzmiał do niebezpiecznych rozmiarów, wy­dawało się, że nic go już nie rozwiąże, poza guzikiem nuklearnym. I wtedy ktoś zaprosił drużynę amerykań­skich pingpongistów do Pekinu na mecz. Choć trudno w to uwierzyć - to było właśnie wielkie „O!”. Sportow­ców w Chinach przyjęto przyjaźnie, lody stopniały, na­wiązano dialog i wkrótce Nixon jako pierwszy prezydent USA w historii odwiedził komunistyczny Pekin.
   Sytuacja w Polsce przypomina duszną celę bez wyj­ścia. A przecież jakieś wyjście musi istnieć, tylko z nie­znanych powodów nikt go nie widzi. W czasach komuny też nikt takiego nic widział i potem nagle trrrach! - sta­ło się w kilkanaście dni. Więc czemu dziś, gdy jesteśmy mądrzejsi, tego wyjścia nie widać? Odpowiem wam krótko: dzięki mediom. Wszystko, co wiecie o Polsce, wiecie z mediów. Jeżeli słyszycie w kółko „Kaczyński, Brudziński, Schetyna, złodzieje, Szydło, Antoni, Petru, Kukiz, Kaczyński, Kempa, Duda, Schetyna, Kaczyń­ski, Petru, Kaczyński...” - obsada jak marnym filmie. Ten film to samogrający biznes medialny wciskany nam dzień w dzień, lansujący polityczne miernoty do pozio­mu gwiazd. Otrzymujemy telenowelę na najpodlejszym poziomie, która wciąga lepiej niż dopalacze. Mediów nie interesuje zmiana scenariusza. Bójki się świetnie sprze­dają, media nie szukają „O!”, choć miały je kiedyś na sto­le. Gdy zmarł Jan Paweł II, ten biznes na moment stanął i przez tydzień żyliśmy odcięci od zaraźliwej agresji - pa­miętacie, jak było pięknie?
   Prezentowany w mediach teatr polityczny ukazywany jest jako gra zamknięta, na którą nie mamy wpływu. Dlaczego? Dlatego, że większość komentatorów medial­nych bierze w niej udział. Są graczami, a w najlepszym wypadku kibicami jednej ze stron. Dopiero gdy następu­je transmisja z senackiej komisji USA - wszyscy mają po­czucie zażenowania, gdyż widać, że polska polityka jest na dnie.
   Gdy pod koniec ubiegłego wieku w sporcie zrobiło się nudno, młodzi ludzie zaczęli wymyślać własne nowe dy­scypliny. Pojawiły się skateboardy, wyczynowe rowery do akrobacji, w końcu skoki ze stratosfery. Dziś na sta­dionach przy wielotysięcznej widowni zamiast lekkoat­letów walczą mistrzowie gier komputerowych. Świat się zmienia. Myślę, że was zaskoczyła ta nagła zmiana tema­tu. I o to chodzi. O nieszablonowe myślenie.
   Wyobraźcie sobie świat bez PiS i PO. Trudne? Pisa­łem niedawno o hipotetycznym pokoleniowym dogada­niu się młodych polityków z różnych liberalnych partii. Gdyby odrzucili staruchów, odeszli ze swoich ugrupowań i zjednoczyli się w nowy twór pod wodzą Kohor­ta Biedronia - powstałaby nowa siła i zapewniam, że porwałaby młodzież. A młodzież to potężny elektorat ju­tra. Niestety, taka decyzja wymaga charakteru, pokory i wyobraźni. Szczerze? Nie sądzę, by tego dokonali. Będą się tłuc pod starymi sztandarami do końca w nadziei, że wygrają jakieś wy bery, wślizgiem wejdą do Sejmu i zo­staną nakarmieni paroma mandatami mniej lub więcej. Ale Polska nadal będzie tkwić w zaduchu. Więc może ci, do których apelowałem, są za starzy, by to poczuć?
   Mówi się, że młodzi są mało aktywni. Nieprawda! Są wspaniali i chętni do twórczego działania, byle nie ze zdemoralizowanymi politykami. Na niedawnej pa­radzie równości szły przez Warszawę dziesiątki tysię­cy barwnych, młodych ludzi. Na Woodstocku będą ich setki tysięcy. Młodzi przykuwali się do maszyn w obro­nie Puszczy Białowieskiej. Walczą poza systemem. Poli­tycy próbują podpinać się pod nich. wikłać ich w swoje gierki, ale młodzi są wyczuleni na fałsz. Wiedzą, że to nie ich gra. Kiedy oferuje im się nikczemną jatkę dziecięcą w Sejmie - wzbudza to w nich odrazę. Oni potrzebują nowych idei. Nowych dróg. Nowych przywódców. Włas­nych. Nasłuchuję. Juk dadzą głos - powiem „O!".
Zbigniew Hołdys

Dusza Mariusza Młota

Jest jasne, że rząd polski, bez względu na ewentualne sankcje, żadnych uchodźców w systemie unijnej relokacji nie przyjmie. Zresztą, uchodźcy i migranci z obozów i tymczasowych kwater w różnych krajach Europy Zachodniej są na ogół dość dobrze poinformowani o tym, gdzie warto, a gdzie nie warto się osiedlać, i do Polski raczej dobrowolnie nie przyjadą. Nawet gdyby organiza­cjom humanitarnym czy Kościołowi udało się ściągnąć jakąś grupę, choćby na leczenie, będą tu narażeni na akty agresji. Jeśli wpisy internetowe są jakimś odzwierciedleniem społecznych nastrojów, nad Polską wisi atmosfera pogromu. Dziś trzeba się martwić przede wszystkim nie o nieobecnych uchodźców, ale o tych nielicznych, zwłaszcza fizycznie rozpoznawalnych„obcych" którzy już na terenie Rzeczpospolitej są. Nie wiem, czy żyjący tu cudzoziemcy, szczególnie muzułmanie, są świadomi, że w Polsce nie jest już tak samo jak przed rokiem czy dwoma, że władze tego kraju i ich aparat propagandy „czystość etniczną" podniosły do rangi ideologii państwowej.

Partia rządząca nawet nie ukrywa, że wokół hasła obrony Polski i Polaków przed uchodźcami zamierza budować swoją kampanię polityczną przez najbliższe dwa lata; z prawdopodobną kulminacją w referendum połączonym z wyborami do parlamentu. To może być dobra strategia, zważywszy na łatwość wzbudzania, nie tylko w Pol­sce, nastrojów ksenofobicznych i zlepiania ich z patriotyzmem. Ale ma też spore koszty polityczne, ekonomiczne, etyczne, wizerunkowe, którymi partia będzie się z nami dzielić. Dla PiS pewnie najmniej uciążliwe są koszty etyczne; i nie chodzi już nawet o demonstracyjny brak empatii czy solidarności, ale o uzależnienie sukcesu tej strategii od powodzenia kolejnych zamachów terrorystycznych na Zachodzie. Tylko w ten sposób można bowiem podtrzymywać, uwiarygodniać i importować strach. (Niemcy wymyślili określenie na swoistą satys­fakcję czerpaną z cudzego nieszczęścia, które nas ominęło - Scha­denfreude). Tu pewnym kłopotem może być coraz bardziej otwarty konflikt owego Schadenfreude z przekazem Kościoła, nie tylko Waty­kanu, ale i ważnej części hierarchii w Polsce. Z kazań kard. Kazimierza Nycza czy prymasa Wojciecha Polaka z okazji Bożego Ciała wynikało, że Kościół ma coraz większy moralny problem z akceptacją instru­mentalnego traktowania uchodźców przez władze PiS.

Ale PiS nie może się ugiąć: przyjazd do Polski choćby kilkudzie­sięciu ofiar wojny, a zwłaszcza matek z dziećmi, gdyby udało się otworzyć tzw. korytarze humanitarne, mógłby znacznie odmienić społeczne nastroje. Taktyka „zero uchodźców na polskim terytorium" jest więc warunkiem skuteczności straszenia hordami islamistów. Słowo „hordy" jest tu zresztą ważne, bo konotuje bezosobową masę prymitywnych, agresywnych podludzi, czyli idealnego symboliczne­go wroga. Mariusz Błaszczak tak się ostatnio w szerzeniu imigranckiej grozy zapędził, że skojarzyła mu się (ze sobą?) postać Karola Młota, który w VIII w. obronił chrześcijaństwo właśnie„przed islamskimi hor­dami" (Mariusz Młot?). Tu z kolei pewnym kłopotem dla PiS byłoby, całkiem prawdopodobne, wycofanie się Unii z nieskutecznego me­chanizmu automatycznej relokacji migrantów oraz systemu sankcji. Dla rządu jest najlepiej, jeśli Komisja Europejska sprawia wrażenie, że chce nam narzucić kwoty imigracyjne, bo wtedy strach przed is­lamskim terrorem można miksować z retoryką obrony suwerenności i narodowego interesu. A kłopot w tym, że strach trzeba dowieźć aż do wyborów 2019 r.

Wreszcie, są i pułapki samej retoryki. Doświadczyła tego po raz kolejny Beata Szydło, która po wykpiwanym sejmowym wystą­pieniu „Europo, wstań z kolan!" teraz zrobiła globalną medialną karie­rę przemówieniem w Oświęcimiu. Zdanie „Auschwitz w dzisiejszych niespokojnych czasach to wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszyst­ko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli', przejdzie do kronik pisowskiej epoki. Stosując zwykłą, typową np. dla prostych maturalnych zadań analizę kontekstową, trudno mieć wątpliwość co do istoty tego przekazu: ponieważ według PiS bezpieczeństwu własnych obywateli zagrażają głównie terroryści wywodzący się spo­śród obcych kulturowo migrantów, więc to „uchodźcy" byliby rów­noważnikami hitlerowców. Wariant interpretacyjny, że imigrantów, jak Żydów, trzeba by zamykać w obozach, żeby „nie zagrażali i nie zarażali'; wydaje się dla Pani Premier jeszcze bardziej kompromitują­cy. Tak czy owak - moralny horror. Słowa - nawet jeśli nie taka była ich intencja - znaczą i PiS może boleśnie odczuć etyczną i estetyczną izolację również wśród europejskiej prawicy, która nie chce być posą­dzana o neofaszyzm. A to bardzo ograniczy rządowi, i tak nie za duże, pole manewru w polityce unijnej.

Tylko Prezes mógłby nakazać powściągnięcie języków czy roz­poczęcie jakiejś dyplomatycznej gry w kwestiach migracyjnych, ale jak właśnie zadeklarował w liście do Klubów Gazety Polskiej, każdy atak na PiS jest dowodem słuszności przyjętej linii. Jeśli tak, to znaczy, że mimo wysokiej politycznej ceny strategii straszenia uchodźcami Prezes pokłada wiarę w Polakach, a przynajmniej w swo­ich wyborcach. Zdaje się przekonany, że wbrew oburzeniu różnych „liberalnych środowisk" zdoła utrzymać, a nawet podnieść, poziom niechęci do obcych, wzmocnić nieufność wobec Unii, spacyfikować opór Kościoła, skutecznie zaszantażować opozycję, mentalnie do­mknąć Polskę w jej odrębności, wyjątkowości, swojskim rasizmie i egoizmie. I może mieć rację. Rekordowa popularność Beaty Szy­dło i Andrzeja Dudy, sondaże ujawniające rosnącą niechęć wobec migrantów i Unii wskazują, że być może Prezes lepiej zrozumiał duszę Polaka niż prozachodni moderniści, liberałowie, demokraci, naiwni altruiści. Im większą głupo­tę, bezczelność, pazerność, pogardę dla prawa, państwa i innych obywateli demonstruje PiS, tym wyższe i bardziej stabilne wydają się notowania partii. Spór o uchodźców jest więc w istocie sporem o polską duszę.
Jerzy Baczyński

Wyrzynanie

Demon postępu i nowocze­sności pustoszy Europę Zachodnią - tę straszli­wą prawdę wyłuszczył od ołtarza w Boże Ciało metropolita gdański abp Głódź. My na szczęście jeste­śmy inną częścią Europy i żaden postęp ani nowocze­sność Polakom duszy nie zamącą. Naszymi wartościami, na wieki wieków amen, niech będą ciemnota, prostactwo, nienawiść, kalectwo moralne, Radio Maryja i prof. Szysz­ko z kopertą od córki leśniczego dla ministra Błaszczaka.
Oto w Spale odbył się wielki 12. zjazd Klubów Gazety Polskiej. Periodyk ten znany jest między innymi z prze­pysznych okładek, np. Donalda Tuska w faszystowskim mundurze. Na zjeździe obecni byli: ci dwaj od koperty, Andrzej Duda, Mateusz Morawiecki, Witold Waszczykowski, Antoni Macierewicz... O czym dyskutowali? Na pew­no nie o postępie i nowoczesności. Szukali odpowiedzi na najważniejsze pytania nurtujące Jarosława Kaczyń­skiego: skąd się bierze nienawiść do PiS i co się wydarzy­ło w Smoleńsku? To drugie pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi - mówił szef MON. Badania, by „zamknąć tę straszliwą kartę, nie tracąc honoru narodowego oraz zdolności do rozwoju i wzmacniania państwa polskiego”, mają potrwać jeszcze co najmniej rok, więc wymagają dodatkowych funduszy. Badania Antoniego Macierewicza wciąż jeszcze się nie zaczęły.
   A skąd się bierze nienawiść do PiS? A stąd, uważa pre­zes, że jego partia się nie poddaje, nie wyhamowuje, nie zbacza z wytyczonej drogi. Rzeczywiście, przerażająco gładko im idzie - wyrzynanie trzeciej władzy, wolności, kultury i Puszczy Białowieskiej oraz straszenie uchodźcami-terrorystami. Haniebny tego przykład dała pre­mier Szydło, przemawiając w dawnym obozie Auschwitz. Bez żadnych trudności wykorzystała hekatombę, która przeszła do historii świata, by pro­mować obowiązującą dziś pisowską politykę, uwłaczającą wszelkim zasadom moralnym. Nawet komi­sarz ludowy Jacek Kurski oblał się w tej sprawie dodatkową warstwą betonu i żenujący fragment prze­mówienia Beaty Szydło usunął z anteny TVP.

Tymczasem wychodzą na jaw kolejne przypadki znęca­nia się policji nad zatrzymanymi. W niewyjaśnionych dotąd okolicznościach na posterunku w Częstochowie zmarł 63-letni Austriak. W Lublinie panowie władza razili prywatnym (już wiedzą, że służbowe są z kamerami) para­lizatorem skutego kajdankami Francuza. Śledztwa w tych sprawach się toczą. Ciekaw jestem, czy doczekamy ich uczciwego zakończenia. Oby nie było tak jak ze sprawą Igo­ra Stachowiaka - dziennikarze wciąż podają nowe, niewy­godne dla władzy szczegóły, a resort Błaszczaka i Zielińskie­go wygodnie milczy. Wyręczył ich dopiero kolega z rządu Patryk Jaki, wskazując (w TVN24) zupełnie nową, jakże ku­szącą linię śledztwa. Otóż po pierwsze - nikt niczego przez ponad rok w tej sprawie nie ukrywał. Po prostu rodzina Sta­chowiaka żądała opinii kolejnych biegłych, a ponieważ bie­gli pracują wolno, to śledztwo stało w miejscu. Poza tym, kontynuował wiceminister sprawiedliwości, nikt nie wie, jak wyglądało samo zatrzymanie mężczyzny - a miał on przy sobie narkotyki i na wrocławskim rynku bił się z poli­cjantami. Aż boję się pomyśleć, co dalej mogłoby paść z ust Patryka Jakiego. Że policja nie miała innego wyjścia?

To ja już - zechce cytowany na początku abp Głódź wybaczyć - wolę spustoszenie, które w Europie czy­nią postęp i nowoczesność. Przynajmniej wiadomo, że rządzi nimi demon. U nas rządzi prezes Kaczyński, który na czerwcowej miesięcznicy smoleńskiej dał się porwać entuzjazmowi wiernych i wraz z nimi skandował: Jarosław! Jarosław!
Stanisław Tym

Ile dywizji ma Zagajewski

Adam Zagajewski - jeden z największych współ­czesnych poetów - jako pierwszy Polak otrzymał prestiżową hiszpańską nagrodę Księżniczki Asturii w dziedzinie literatury, przy­znawaną od 37 lat. Wiadomość ta przeszła w Polsce bez większego echa, „Polki i Polacy” entuzjazmowali się akurat zwycięstwem piłkarzy nad Rumunią, minister kultury wal­czył z festiwalem MALTA, a tabloidy polowały na fotografię ciężko chorej aktorki. Nie było słychać gratulacji ze strony wicepremiera od kultury i sztuki, media nie przyniosły jego listu, który prawdopodobnie nie powstał. O kwiatach także nie słyszałem. Pytałem ministerstwo, ale ponieważ jest to resort kultury, więc odpowiedzi nie dostałem. Być ministrem kultury to sztuka.
   Zagajewski to nie tylko wiersze, eseje, powieści, przekła­dy, publicystyka, to nie tylko poeta buszujący w chmurach, ale i obywatel, który stąpa po ziemi. „Talent nie zwalnia od odpowiedzialności moralnej” - powiedział. Na moim biurku leży pożółkły już wycinek niewielkiego artykuli­ku Zagajewskiego „Panie i panowie, faszyzm jest blisko” („GW” 25.03.2016 r.). Zwracając się do rządzących, pisał: „wasze zachłanne, fanatyczne próby błyskawicznego opa­nowania władzy we wszystkich dziedzinach życia publicz­nego, od Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury, sądów powszechnych i służby cywilnej po media i stadniny koni, mogą się kojarzyć tylko z jednym, z faszyzmem, rozumia­nym jako typ idealny, w sensie nadanym temu terminowi przez Maxa Webera. Różnica jest całkiem spora. Opinia pu­bliczna cywilizowanego świata nie jest dotknięta amnezją i wie, że połączenie nacjonalizmu, populizmu, kłamstwa i autorytaryzmu nazywa się tak właśnie. To jest zapowiedź faszyzmu. Możliwość faszyzmu...”. Kończąc, Zagajewski pisał: „Ja was nie lubię, ale nie mówię, że jesteście fa­szystami. A jednak weszliście na drogę, która prowadzi do faszyzmu”.
   Uczulenie na faszyzm nie jest tylko dolegliwością „rozhisteryzowanej opozycji” w Polsce. Podobne obawy wystę­pują np. w USA. Znany poeta i krytyk Adam Kirsch przypo­mniał kilka dni temu w „NYT” słowa niechętnego krytyce Donalda Trumpa: „Nieliczna grupa przegranych uważa, że wie wszystko i chce dyktować każdemu, jak żyć, co ro­bić i co myśleć”. Wspólnym wątkiem propagandy faszy­stowskiej - pisze Kirsch - jest twierdzenie, że parlamenty to „izby gadulstwa”, gdzie przemowy i jałowa krytyka nie pozwalają działać skutecznie. „Faszyzm obiecał zastąpie­nie pluralizmu - jednością. „Jeden naród, jedno państwo, jeden przywódca«, czyli debata jest zbędna” - pisze Kirsch (bo prowadzi do „imposybilizmu” - jak mówią w PiS).
   Zagajewski nie ukrywa, co myśli o „dobrej zmianie”. Kło­pot z poezją jest taki, że jej nie można „zdemokratyzować”, jak to się usiłuje robić z prawem i z sądami. Suweren sonetu nie napisze. Można poetę sekować, można go skreślić z li­sty zapraszanych przez instytuty polskie za granicą, można mu nie przypiąć orderu, wykreślić z lektur szkolnych, nie wysłać na targi książki w Londynie, można wreszcie zlu­strować do trzeciego pokolenia, ale nawet mgr Przyłębska „okaleczonego świata” nie opisze.
   Kilka tygodni temu miałem za­szczyt być wśród publiczności na wręczeniu profesor Ewie Łętowskiej Nagrody PEN Clubu. Ceremo­nia ta nabrała rozgłosu ze względu na (fałszywy, na szczęście) alarm bombowy, jaki otrzyma­ła policja, która ewakuowała nas wszystkich z Domu Lite­ratów na Krakowskim Przedmieściu. Komu mogło zależeć na tym, żeby uhonorowanie znanej konstytucjonalistki nie doszło do skutku? Przecież byle szczeniak czy żartowniś raczej nie wiedział o elitarnej i wąskiej imprezie PEN Clubu na piętrze domu pisarza? Kto więc to zrobił? I czy to będzie metoda na nieprawomyślne zgromadzenia? Podobno policja została zawiadomiona drogą mailową z adresu jakiejś placówki naukowej. Ciekawe, czy i kiedy MSWiA ustali sprawcę i zabierze głos w tej sprawie.
   Zanim nas ewakuowano, prawdziwą bombą była lau­dacja na cześć Ewy Łętowskiej, wygłoszona przez Ada­ma Zagajewskiego. Poeta mówił prozą: „fakt, a raczej cała ich seria, że rządzące obecnie ugrupowanie, które przybrało wzniosłą i kłamliwą nazwę, usiłuje zniszczyć niezależność władzy sądowniczej, łamie konstytucję i zmierza do paraliżu całego systemu państwowego le­galizmu, sprawił, że - teraz już będę mówił tylko za sie­bie - dostrzegłem, że prawo j est piękne”. Trzeba dopiero zagrożenia, żeby to zobaczyć, żeby się o tym przekonać - dopowiadał.
   Ewa Łętowska należy do grona „wielkich prawników odrodzonej Polski” - Adama Strzembosza, Andrzeja Zol­la, Marka Safjana, Jerzego Stępnia, Małgorzaty Gersdorf. „Stworzyli oni w świadomości społecznej nową postać, otoczonego powszechnym szacunkiem strażnika prawo­rządności, strażnika i pedagoga, uczącego, czym może być, powinna być, w żywej praktyce, zasada legalizmu. W PRL takiej funkcji nie było, z oczywistych powodów, a pod aktualnymi rządami też wkrótce nie będzie już po­trzebna, jako że wszyscy działający publicznie powinni się podporządkować woli jedynej tylko partii, jednej tylko osoby. Jedna partia, jeden przywódca. Jeden naród”.

Jakiś minister czy inny autokrata może zapytać, ile ten Zagajewski ma dywizji, kogo reprezentuje, bo chyba nie suwerena? Poeta odpowiada skromnie, że jeżeli co­kolwiek reprezentuje, to ten „szczególny świat literatury, garbusów, na pół zagrzebanych w papierach, moli książ­kowych. A jednak ci mieszkańcy bibliotek bacznie ob­serwują wydarzenia w przestrzeni publicznej (ponieważ w zasadzie interesuje ich wszystko, nie tylko książki)”.
   Słuchając Zagajewskiego, pomyślałem, że poeci - po­dobnie jak prawnicy - zaczynają niebezpiecznie podno­sić głowę. Gdzie jest powiedziane, że Zagajewski wielkim poetą jest? Że Paryż? Że Houston? Że Chicago? Że „New Yorker”, gdzie zaraz po 11 września ukazał się jego wiersz „Spróbuj opisać okaleczony świat”? Że właśnie w Stanach w renomowanym wydawnictwie ukazała się jego kolej­na książka. Przecież to ulubieniec zachodnich salonów. Ileż on ma dywizji? I co zrobi minister, jeśli poeta dosta­nie nagrodę.
Daniel Passent

Odwrót populistów?

Populistom nie wolno ulegać, ale trzeba się wsłuchać w dręczące społeczeństwo niepokoje. Bo nawet jeśli są irracjonalne, to istnieją i mają wpływ na politykę.

Wygrana prezydenta Emmanuela Macrona i jego ruchu we Francji, dobre notowania Angeli Merkel w Niemczech i przegrana Geerta Wildersa w Holandii budzą nadzieję, że fala populizmu w Europie opada. Partie populistyczne, których po­pularność jeszcze niedawno szybko rosła, słabną. Są rozrywane personalnymi konfliktami i tracą poparcie na rzecz mających silne struktury mainstreamowych konkurentów. Dotyczy to UKIP w Wiel­kiej Brytanii, Frontu Narodowego we Francji czy PVV w Holandii. Radykalizm w wielu europejskich krajach jest w odwrocie. Czy w Polsce też się cofnie?
   Jednym z powodów słabnącego poparcia dla partii populistycznych są poprawiające się w Europie nastroje społeczne. Rosną pozytywne oceny UE i spada chęć do ewentualnego opuszczania jej. Przebieg i konsekwencje brexitu mogą zaś zniechęcić do wybierania podobnej drogi. Niektórzy sądzą też, że to zachowanie Donalda Trumpa i podejrzenia o jego współpracę z Rosją czy konflikty interesów stają się przestrogą przed osobami głoszącymi zwodnicze hasła i szkodliwe obietnice.
   Inaczej mówiąc, populizm w działaniu, konkretne decyzje i zachowania polityków są najlepszym ostrzeżeniem przed populistami. O ile nie jest już za późno, bo „mądry Brytyjczyk po szkodzie”, czyli po referendum w sprawie brexitu może jedynie żałować swojej decyzji przy urnie. Wpływ na nastroje mają również lepsze w wielu krajach wyniki gospodarki, które wyraźnie przekładają się już dziś na samopoczucie badanych (Pew Research Center, Eurobarometr).

Rosnący populizm pokazał także z całą dobitnością, jak dużą rolę w utrzymaniu demokracji odgrywają silne, przestrzegające zasad, instytucje: parlament, sądy, niezależna prokuratura, Trybunał Konstytucyjny. I podstawowa zgoda w społeczeństwie, że zasad de­mokratycznych nie wolno łamać. Populiści w silnych demokracjach grają więc zgodnie z regułami, wygrywając bądź przegrywając. Wymieniają elity, ale nigdzie nie doprowadzili do obalenia stolika, na którym toczy się gra. Zmieniali ludzi u władzy, odkręcali decy­zje poprzedników, ale nie zmieniali reguł demokracji. W Wielkiej Brytanii referendum odbywało się w ramach przyjętych zasad, a ton kampanii nadawały zakorzenione od wielu lat partie. Sąd Najwyższy w Londynie orzekł, że nie wystarczy werdykt głosowania ludowego, aby wyjść z Unii, i obronił prawo parlamentu do podjęcia wiążącej decyzji w tej sprawie.

W USA wygrana Trumpa oznaczała dużą zmianę polityki i wymianę sporej części elit. Ale dzięki silnym instytucjom demokratycznym nie naruszono porządku prawnego i konstytucji. Dlatego dziś prokuratorzy stanowi bronią zasad i sprzeciwiają się zakazowi wjazdu cudzoziemców, a komisja senacka sprawdza, czy w kampanii wyborczej urzędujący prezydent i jego sztab grali fair. Jeśli okaże się, że nie - zakwestionuje jego wybór i doprowadzi do usunięcia go ze stanowiska, zgodnie z obowiązującymi zasadami.
   Jarosław Kaczyński i Viktor Orban stanowią tu wyjątek, ponieważ dążą do zmiany reguł i rozmontowania instytucji demokratycznych. Prawo i Sprawiedliwość robi to pod hasłem reformy sądownictwa. Niezależność Trybunału Konstytucyjnego i apolityczność prokuratury znikła, trójpodział władzy jest kwestionowany. W Polsce rządzący uderzają w struktury, w istotę demokracji i dlatego marsz populizmu może być trudny do cofnięcia. Stąd tak ważny jest stosunek obywateli do tych działań i postawy społeczne. Poparcie dla poszczególnych partii niewiele się zmienia, ale rośnie poparcie dla demokracji, dla organizacji pozarządowych i uczestnictwo w ich inicjatywach. Rośnie aktywność społeczna i kulturalna.

Pesymistyczne postrzeganie gospodarki kraju i jej przyszłości napędza populizm i sprzyja głosowaniu na partie radykalne.
Czy zatem obecny wzrost zadowolenia Polaków z sytuacji ekono­micznej kraju oraz własnej, a także spadek bezrobocia, przekują się w poparcie rządzących? Czy wręcz przeciwnie - złagodzą populi­styczne nastroje? To się okaże.
   Kluczowe jest wysokie poparcie, jakim cieszy się członkostwo Polski w UE. Dla Polaków Unia jest nie tylko źródłem dobrobytu, ale też gwarantem bezpieczeństwa i obrońcą instytucji demokratycznych. PiS, rozmontowując te instytucje, nieuchronnie wchodzi w konflikt z Europą. Przekonuje przy tym, że to Unia jest wrogo nastawiona do naszego kraju. Ale postępując w ten sposób, partia Kaczyńskiego zderza się z wciąż wysokim poparciem Polaków dla Unii.
   Dlatego obóz władzy musi grać na nucie antyimigracyjnej, pokazując, że broni Polaków przed „szaleństwem unijnych elit”.
Bo choć w Europie i Polsce odnotowuje się poprawę nastrojów, to nie zniknęły społeczne obawy, które napędzały populizm. Lęk przed globalizacją, przed „obcymi”, splecione ze strachem przed terroryzmem i uchodźcami są silne w świadomości społecznej.
Te obawy wyrażały osoby popierające brexit, Donalda Trumpa czy Marine Le Pen. Trudno je rozwiać, ponieważ nie mają związku z liczbą uchodźców w danym kraju.
   Choć Polska praktycznie nie przyjmuje uchodźców, strach przed nimi należy do najsilniejszych wśród państw UE (PEW Research Center). Można te lęki nazwać irracjonalnymi, ale nie zmienia to faktu, że są one w naszym społeczeństwie obecne i sprzyjają głosowaniu na nacjonalistów oraz populistów.

Napływ uchodźców to jeden z najważniejszych problemów, któ­ry musi rozwiązać Unia Europejska. To zasadnicza próba spraw­ności instytucji unijnych, ale również test na gotowość do współ­pracy i solidarność. Jednak program przesiedlenia uchodźców wy­maga współpracy na poziomie europejskim - a im większy strach przed obcymi, tym chętniej społeczeństwa uciekają się do prostych metod. I odwołują się do własnych rządów, nie wspierając rozwią­zań na szczeblu europejskim. Jednak zamykanie się i budowa mu­rów, choć najprostsze, wcale nie wyciszają lęków. Szczególnie gdy dodatkowo napędzają je żerujący na tych obawach populiści.
   Jesteśmy w kluczowym dla Europy momencie. Nie wolno populistom ulegać, ale trzeba wsłuchać się w niepokoje dręczące wiele osób. Osłabienie ruchów radykalnych nie powinno oznaczać powrotu w stare koleiny. Przeciwnie. Europejscy demokraci muszą proponować własne, realistyczne sposoby rozwiązania problemów społecznych. I co dzień do nich przekonywać.
Lena kolarska-Bobińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz