PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 17 czerwca 2017

Poskromieni złośnicy



Stanowią o sile uderzeniowej obozu rządzącego. Zbigniew Ziobro forsuje najważniejszy projekt „dobrej zmiany, Jacek Kurski maluje jej propagandowy obraz. Właśnie dlatego, że kiedyś zdradzili Jarosława Kaczyńskiego, teraz gotowi są zrobić dla niego wszystko.

Jacek Kurski z 10. piętra gma­chu TVP na Woronicza zarządza głównym ośrodkiem propagandy. Opiewa wielkie sukcesy rządu, szczuje na opozycję, straszy ob­cymi. Choć toporność tej produkcji woła o pomstę do nieba, a widzowie (i ostat­nio artyści) odpływają, pozycja Kurskiego wydaje się mocna. Robi w końcu to, do czego został zobowiązany. O roli TVP w koncepcji rządzenia Jarosława Ka­czyńskiego możemy wnioskować z wy­powiedzi prezesa PiS z czasów rządów Platformy. Podkreślał wtedy, że jeśli rząd kontroluje przekaz telewizyjny między godziną 19 i 20, a jednocześnie utrzymu­je się wzrost gospodarczy, to opozycja skazana jest na walenie głową w mur.
   Zbigniew Ziobro jako minister spra­wiedliwości odpowiada za strategiczną reformę rządu „dobrej zmiany” mającą na celu podporządkowanie sądownictwa władzy politycznej. Jako prokurator gene­ralny nadzoruje z kolei kluczowe śledz­twa - smoleńskie oraz mające rozliczyć domniemane afery rządów PO. Nad rangą tych zadań w hierarchii pisowskich pryn­cypiów nie warto się rozwodzić; pierwsza to przecież nic innego jak „prawo”, druga - „sprawiedliwość”.

   Premia za upokorzenie
   Dorzućmy jeszcze prawą rękę Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości Patryka Jakiego, który niedawno stanął na czele komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. Wspomnijmy o szefowej Kancelarii Pre­miera Beacie Kempie. Co ich łączy? Jeszcze nie tak dawno każde z nich funkcjonowało w PiS na papierach zdrajców z Solidarnej Polski. Niedoszłych królobójców, koniec końców ośmieszonych klęską własnego projektu politycznego, którym łaskawy władca z Nowogrodzkiej pozwolił wrócić z dalekiego wygnania w pokutnych worach.
   Rytuał upokorzenia najboleśniej odczuł zapewne Kurski. Latem 2015 r. znajdował się na samym dnie. Politycznym, finanso­wym i życiowym (właśnie się rozwiódł). Rok wcześniej zagrał va banque, inwestując wszystkie oszczędności (ponad 400 tys. zł) w swoją kampanię do europarlamentu. Klęska była podwójna: nie dość, że cała li­sta Solidarnej Polski znalazła się pod pro­giem, to jeszcze sam Kurski zebrał w War­szawie raptem 9 tys. głosów („jedynka” na liście PiS Zdzisław Krasnodębski - po­nad 10 razy więcej!).
   Nazajutrz po wyborach ogłosił wycofa­nie się z polityki. Lecz długo w postano­wieniu nie wytrwał, bo już miesiąc później nieoczekiwanie zjawił się na zjeździe PiS. „Stoję przed wami z pokorą, z której mnie nie znacie” - pochylał głowę. A część sali krzyczała: „Na kolana!”. Koledzy z Soli­darnej Polski nie czekali z wyrzuceniem Kurskiego. Mieli prawo uznać, że próbując tylnymi drzwiami dostać się na pisowskie salony, wystawił ich do wiatru.
   Oczywiście ziobryści tak samo już wie­dzieli, że ich projekt jest martwy. Chodziło tylko o to, aby jak najdrożej się sprzedać.
   Został im ostatni atut: ewentualna kan­dydatura Ziobry w wyborach prezydenc­kich 2015 r. Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się o Andrzeju Dudzie, a prezydenc­ka elekcja uchodziła za piętę achillesową PiS. Komorowski miał wygrać w cuglach, a Kaczyńskiemu - jak powszechnie uwa­żano - brakowało nawet kandydata, który byłby w stanie w miarę honorowo przegrać. Gdyby więc nadal popularny w prawico­wym elektoracie Ziobro stanął do wybo­rów, to pisowski figurant - ktokolwiek nim będzie - osunie się na kompromitujący, jednocyfrowy poziom.
   Plan był więc taki, aby start Ziobry przehandlować za miejsca na listach PiS w późniejszych o kilka miesięcy wyborach do parlamentu. Ziobryści odpuszczą sobie chwilową satysfakcję, Kaczyński zaś zapo­mni im dawne winy. Ale żeby plan się udał i negocjacje przebiegały owocnie, najpierw należało Kaczyńskiego solidnie przestra­szyć. Kandydat Ziobro - już sam w sobie mocny - zyskałby dodatkowej mocy, gdyby kampanię poprowadził mu Jacek Kurski.
   Podobna historia już się zresztą wyda­rzyła w 2004 r., kiedy w wyborach do Par­lamentu Europejskiego niedoceniana LPR wyprzedziła PiS o kilka punktów procento­wych i sensacyjnie wyszła na drugie miej­sce (za PO). To właśnie Kurski odpowiadał za ówczesną kampanię partii Giertycha. Bo wcześniej poczuł się w PiS niedocenio­ny i postanowił pokazać Kaczyńskiemu, co potrafi. Na tyle skutecznie, że za chwilę znów był w PiS. Lech Kaczyński miał po­wiedzieć wtedy Tuskowi, że może i z Kurskiego „s...syn”, ale warto go mieć po swo­jej stronie.
   W 2015 r. wydawało się jednak, że tym razem nie będzie happy endu. Bo Kurski wyszedł na swoim cwaniactwie jak Za­błocki na mydle. Ziobro odpuścił start, Duda sensacyjnie wygrał, umowa koalicyj - na PiS z Solidarną Polską i Polską Razem Jarosława Gowina na wybory do Sejmu została zawarta. Tymczasem samotnemu Kurskiemu musiało wystarczyć słowo Ka­czyńskiego, złożone w rozmowie w cztery oczy, że i dla niego znajdzie się miejsce na liście. Do ostatniego dnia przed re­jestracją zapewniał zresztą znajomych, że ma to jak w banku. Może nawet faktycz­nie w to wierzył, a może tylko z desperacji zaklinał rzeczywistość. Miejsca na listach nie dostał.
   I gdy już woda zalewała mu twarz, trium­fująca „dobra zmiana” w ostatniej chwili rzuciła koło ratunkowe - stanowisko wi­ceministra kultury. Stąd kapitański mostek był już na wyciągnięcie ręki.
   Kurski marzył o posadzie prezesa TVP od lat, choć - co możemy przeczytać w dawnej książce Kaczyńskiego - niespe­cjalnie wierzył, że marzenie kiedykolwiek się ziści. Jako hardy i ambitny pisowiec faktycznie nie miał wielkich szans. Nabrał odpowiednich kwalifikacji, dopiero stając się upokorzonym i po wielekroć przeczołganym synem marnotrawnym.

   Wygnani z pisowskiego raju
   Ziobro nie został wystawiony na tak ciężką próbę. Choć i on, wracając w orbi­tę PiS, nie miał prawa poczuć się pewnie. Na przedwyborczej giełdzie potencjal­nych ministrów jego nazwisko nie krążyło. Powrót do Ministerstwa Sprawiedliwości był więc powszechnym zaskoczeniem. Wskazywano, że Kaczyński nie miał wiel­kiego wyboru. Plany wobec sędziów, choć głośno o tym nie mówiono, od dawna były skrystalizowane. Jedyne, czego brakowało, to obojętnego na prawnicze gadanie sze­ryfa. Bezkompromisowego, ale i lojalnego wobec politycznego patrona.
   Akurat lojalności Ziobro pewnie nie był w stanie zagwarantować. Pokory mu jednak nie brakowało. Nieraz w ostatnich latach zmuszany był weryfikować własne wyobrażenia o osobistym potencjale poli­tycznym. Boleśnie odczuł, jak Kaczyński na dużym luzie rozgrywał go za pomo­cą marchewki i kija. Zastawiał pułapki, zmuszając Ziobrę do słownej ekwilibrystyki przed rozgrzanym prawicowym tłumem. Upupiał paternalistycznym „Wróć, synu, ojciec czeka”. A jednocześnie pisowska „Gazeta Polska Codziennie” niszczyła kandydata Solidarnej Polski do Senatu dętymi kwitami o pezetpeerowskiej przeszłości.
    „Kaczyński dzieli ludzi, jego wady unie­możliwiają współpracę. Nawet przegrani nie wrócimy do PiS” - zarzekał się wtedy Ziobro. Ataki na kandydata SP określał jako „plugawe i przypominające mowę nienawiści, którą stosowali wobec Lecha Kaczyńskiego Palikot i Tusk”. Innym ra­zem żalił się: „Prezes nabiera do nas sym­patii tylko wtedy, kiedy kamery są wokół, a po ich wyłączeniu traktuje nas jak po­wietrze”. I odcinał się, że „wróć, synu” było nadużyciem, bo nigdy nie uważał Kaczyń­skiego za swego politycznego ojca.
   Gdy już było po zawodach i Ziobro nie miał innego wyjścia (poza honorowym), jak wcielić się w rolę syna marnotraw­nego, tłumaczył dawne żale krążącymi w powietrzu „diabełkami”, które „zamiast tonować, dorzucają do pieca i nakręcają spirale konfliktu”.
   Byłoby jednak nieścisłością uważać, iż wracając do obozu PiS, Kurski z Ziobrą dali sobie połamać polityczne kręgosłupy. Przecież budując w 2012 r. alternatywny ośrodek prawicy, ani myśleli kwestiono­wać pisowską metodę. Przeciwnie, Soli­darna Polska została pomyślana jako PiS na sterydach. Bez tłuszczyku, który tu i ówdzie odkładał się w partii macierzystej. Jeśli więc wysuwali pod adresem Kaczyń­skiego zarzuty programowe, to dotyczyły one tego, że za pierwszych rządów PiS w latach 2005-07 był za miękki. Głęboko kłaniał się liberałom, oddając gospodarkę Zycie Gilowskiej. Oraz Unii Europejskiej, godząc się na przyjęcie traktatu lizboń­skiego. Nie ma więc mowy o tym, aby kurs „dobrej zmiany” mógł być teraz niemiły Ziobrze i Kurskiemu.
   Wyjątek od reguły to Smoleńsk. W cza­sach SP Kurski twierdził, że „lansowanie dogmatu o zamachu bez stuprocento­wych dowodów jest szkodliwe dla Polski”. A do tego „w interesie Rosjan jest podpusz­czanie Polaków, aby wierzyli w tezę o za­machu, bo wtedy po całej dawnej radziec­kiej strefie wpływów idzie historiozoficzny hyr, że kto podskoczy Rosji, Putinowi, ten skończy jak prezydent Kaczyński”. Tyle że abdykacja Solidarnej Polski ze smoleń­skich pozycji wynikała głównie z politycz­nych kalkulacji; wiedzieli, że Kaczyńskiego i Macierewicza nigdy nie przelicytują.
   Tak więc Kaczyński wcale nie pogruchotał im zatem ideowych kręgosłupów. Ale zrobił coś znacznie dotkliwszego: odebrał duszę. Odsączył ambicje, pozbawił hono­ru, podeptał osobistą autonomię, wykazał osobistą nicość. Skazał ich na wieczne ży­cie z piętnem grzechu, czyniąc swą łaskę już nie przyrodzonym prawem człowieka, lecz warunkowo przyznanym darem.
   Wedle standardów demokratycznych nieposłuszeństwo Ziobry i Kurskiego nie było przecież zbrodnią. Zostali wyrzuce­ni z PiS tylko za to, że po szóstych z rzędu przegranych wyborach (do parlamentu jesienią 2011 r.) ośmielili się zasugerować zmianę przywództwa. I to nawet nie otwar­cie, na forum publicznym; ograniczyli się do dworskiej intrygi.
   Wyrzucenie powielało zresztą stali­nowskie wzorce. Sam Kaczyński żartował z tych analogii w wystąpieniu na klubie PiS. Bo prawicowy wyborca dowiedział się od przybocznych prezesa, że Ziobro z Kurskim - niczym Kamieniew, Zinowjew i Bucharin opisani w latach 30. w „Krót­kim kursie historii WKP(b)” - od dawna budowali klikę wysługującą się wrogom ludu. „Mówią o jedności prawicy, a w rze­czywistości działają na jej rozbicie. To było w pełni świadome działanie” - donosił wte­dy Mariusz Błaszczak.
   Rzecz jasna nie trafiło na wzorcowych demokratów. Jeszcze rok wcześniej podob­ny donos na grupę rozłamową z PJN złożył sam Ziobro. Trzy lata wcześniej Kurski pu­blicznie zadenuncjował skonfliktowanego z Kaczyńskim Ludwika Dorna, że nie płaci alimentów. Zdarzało mu się w tamtych cza­sach parafrazować Cyrankiewicza: „Wszy­scy, którzy mówią, że ktoś chce podnieść rękę na Jarosława Kaczyńskiego, muszą wiedzieć, że Jacek Kurski mu tę rękę odrą­bie”. Po wyrzuceniu z PiS ochota do żartów mu jednak przeszła.

   Bat zamiast batuty
   Komentował Kurski w kolejnych la­tach: „Jeżeli demokracja ma wyglądać tak, że prezes nie udziela nikomu głosu i prze­trzymuje mikrofon, to znaczy, że zmierza­my w kierunku Korei Północnej”.
    „Szczególnie w ostatnim czasie czułem się, jakbym był w kolonii karnej połączonej z przedszkolem, a nie w partii politycznej”.
    „Jarosław Kaczyński powinien być jak dyrygent orkiestry. W ręku batuta, wsłucha­ny w skrzypce, w świetne brzmienie wio­lonczeli. Szukający harmonii brzmienia, muzyków, których prowadzi. Ale batuta pomyliła się dyrygentowi z batem”.
    „[Ludzie z PiS] Inaczej pojmują lojalność. Dla nich lojalność to salutować i zgadzać się na wszystko, co powie prezes. Dla mnie lojalność to imperatyw, by kiedy trzeba, po­wiedzieć w oczy, co się myśli”.
    „Kaczyński nie może mieć monopolu na prawicy, bo monopol zawsze prowadzi do klęski - bez względu na to, czy sprawuje się władzę, czy jest się w opozycji”.
    „Chcieliśmy, aby przywództwo Kaczyń­skiego miało jakieś bezpieczniki pozwala­jące na korygowanie błędów”.
   Ziobro był oględniejszy w komentarzach, ale i on zarzucił Kaczyńskiemu dyktatorskie praktyki. Jego reputacja karierowicza zmie­rzającego po trupach do celu zapewne nie była odległa od prawdy, choć po prawdzie ambicje były całkiem uzasadnione. Jako minister sprawiedliwości w pierwszym rzą­dzie PiS zdobył szlify pisowskiego prymusa. Bo w walce z „układem” jechał po bandzie i nadstawiał za Kaczyńskiego własną gło­wę, ryzykując Trybunał Stanu oraz procesy karne i cywilne. Jego popularność w elektoracie mierzono setkami tysięcy głosów 3 W hierarchii partyjnej miał stanowisko £ wiceprezesa. Niemal wszyscy widzieli go w roli „delfina”. Z wyjątkiem Kaczyńskiego.
   Najwyraźniej Ziobro wyciągnął lekcję z tamtych czasów. Dziś po jego dawnej chełpliwości i efekciarstwie wiele nie zo­stało. Zamknął się w resorcie, występu­je sporadycznie, stroni od retorycznych uniesień. Wedle maksymy „tisze jediesz, dalsze budiesz” konsekwentnie realizuje pisowski plan na podporządkowanie są­dów. A że przy okazji odbudowuje poli­tyczną pozycję, rozprowadzając swych lu­dzi po spółkach Skarbu Państwa? Na razie Kaczyński stara się udawać, że tego nie za­uważa. Weryfikacja pozycji Ziobry zapew­ne nadejdzie wraz z uchwaleniem zmian w sądownictwie.

   Najemnicy
   Dawna diagnoza Kurskiego o „koreań­skich” stosunkach w obozie PiS jak dotąd raczej nie straciła na aktualności. O czym świetnie wiedzą zwłaszcza założyciele Soli­darnej Polski, którzy - choć na eksponowa­nych stanowiskach - w partyjnej hierarchii nadal są podludźmi.
   Kurski to otoczony wilkami polityczny singiel, zdany na łaskę i niełaskę Kaczyń­skiego. Solidarna Polska jest z kolei pro­jektem zamrożonym. Zaraz po wyborach życie partyjne stanęło w miejscu, struktury zastygły w bezruchu, zablokowano przyj­mowanie nowych członków. To na wszelki wypadek, aby nie dawać Kaczyńskiemu pretekstu do podejrzeń, że tylnymi drzwia­mi mogłyby się wepchnąć w przyszłości do PiS niepożądane persony. Solidarni liczą bowiem, że całą organizacją przejdą wkrótce do Prawa i Sprawiedliwości. Czas nagli, za rok wybory samorządowe.
   Tyle że Kaczyńskiemu wcale się nie spieszy. Im dłużej potrzyma ziobrystów w niepewności, tym mniej będą mieli czasu na dopięcie alternatywnych koalicji wyborczych. W obrębie wspólnej partii, nawet rządzonej dyktatorsko, siłą rzeczy musieliby podlegać regułom wzajemności. Weszliby w normalny obieg dystrybucji zo­bowiązań i korzyści. Czy zasłużyli na taki przywilej? Za to, pozostając poza partią, nadal są tylko prawicowymi najemnika­mi zaciągniętymi do konkretnych batalii. Nawet jeśli zasłużeni w boju, to na razie bez szans na oficerskie stopnie, skazani na niepewność.
   Ich obecność w obozie „dobrej zmiany” nie jest więc wynikiem nadzwyczajnej ła­skawości wodza. To tylko efekt wyracho­wanej, chłodnej kalkulacji. Jedynym be­neficjentem tamtego rozłamu okazał się bowiem sam Kaczyński.
Rafał Kalukin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz