PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 4 czerwca 2016

Pogoda dla wariatów, Dzień Dziecka,Natenczas Wolski chwycił...i Doskonały świat



Pogoda dla wariatów

Nie tylko Polska, ale cały świat coraz intensywniej romansuje z populizmem i szaleństwem. Naj­wyraźniej raz na kilka pokoleń ludzkość, zapo­mniawszy o błędach z przeszłości, musi solidnie pocierpieć, zanim znowu zmądrzeje.
   Europa, w każdym razie normalna Europa, odetchnę­ła z ulgą. W Austrii zielone wygrało z czarnym. Ale tylko o włos. W Wielkiej Brytanii szaleństwo idzie z rozumem łeb w łeb i może z nim w końcu wygrać. Exitczycy mogą wypro­wadzić Brytanię z Unii Europejskiej, za co Brytyjczycy za­płacą straszną cenę, ale przynajmniej nie będą klękać przed Unią Europejską. We Francji pani Le Pen pnie się w górę. A w Ameryce już za pięć miesięcy i kilka dni prezydentem może zostać tamtejszy Hitlerek. Zamordyścii populiści już robią, co chcą, w Turcji i na Węgrzech, a u nas chyba dopie­ro się rozpędzają. Prezydentem Filipin został przed chwilą „mocny człowiek”, który chce wieszać przestępców, ale - jak podkreśla - dwukrotnie. Za drugim razem głowa ma się od­rywać od korpusu.
   Rosnące wpływy szaleńców i populistów to tendencja światowa, przekraczająca kontynenty i oceany A skoro tak, to trzeba się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Oczywiście powody są różne, bo w każdym kraju są inne uwarunkowania i konteksty. W Ameryce przyczyną jest globalizacja, która wyekspediowała hen daleko miliony miejsc pracy i spowo­dowała ubożenie niższej klasy średniej. W Europie strach przed imigrantami i utratą miejsc pracy. W Polsce strach części ludzi przed imigrantami, niepewnością, przed no­woczesnością, przed różnymi genderami, które wydają się zagrożeniem dla tradycyjnego stylu życia. I nie ma co tych obaw bagatelizować ani ośmieszać. Trzeba je zrozumieć.
   W austriackich wyborach prezydenckich zielone wpraw­dzie wygrało, ale wyłącznie w dużych miastach. W Amery­ce rozjazd między wielkimi ośrodkami na obu wybrzeżach a stanami od oceanów odgrodzonymi rośnie błyskawicz­nie. Te pierwsze są liberalne i popierają raczej demokratów. Te drugie - szczególnie tam, gdzie tradycyjny, wielki, ciężki przemysł dogorywa - to ląd przegranych białych mężczyzn, są naturalną bazą dla Trumpa. W Stambule i w Ankarze pre­zydent Erdogan nie cieszy się wielką popularnością, ale poparcie Anatolii, czyli uboższej, azjatyckiej części Tur­cji, i tak daje mu zwycięstwa w kolejnych wyborach. Na Węgrzech wszystko poza Budapesztem jest prowincją i ta prowincja zapewnia Orbanowi niepodzielne rządy. Wiel­kie polskie miasta w ogromnej większości nie lubią PiS, ale mniejsze ośrodki i wsie gwarantują PiS władzę i poparcie. W zdecydowanej większości zamieszkane są przez osoby go­rzej wykształcone. To nie jest stwierdzenie protekcjonalne. To stwierdzenie faktu.
   I tu dochodzimy do tego, co różne populizmy łączy. A wspólne jest źródło ich ekspansji. To swoiste rewolucje ludzi, których w Ameryce nazywa się underdogs albo left behind, czyli tych, którzy zostali z tyłu, którzy mają mniej, którzy obawiają się, że pozycję tych gorszych odziedziczą ich dzieci, których to frustruje i którzy - co doskonale zro­zumiałe - chcą się temu przeciwstawić. A populistyczni i ra­dykalni liderzy dokładnie to im obiecują.
   Oczywiście są w tym obrazie uproszczenia, choćby w odniesieniu do Polski. PiS popierane jest przez wielu inteligentów i wielu przedsiębiorców, którym, według całkiem obiektyw­nych kryteriów, po 1989 r. absolutnie się powiodło. Co nie zmienia faktu, że prawdziwą bazę poparcia dla PiS stanowią ci, którym się nie powiodło, a w każdym razie mają takie od­czucie. Subiektywne? To bez znaczenia. W swej masie stanowi to obiektywny fakt społeczny. I całkowicie bez sensu jest w tym momencie dowodzenie, że sukces transformacji, wzrost gospodarczy, wzrost średnich płac itd., itp. Po pierw­sze, średnia płaca mówi niewiele, ważne jest to, ilu ludzi i jak bardzo jest pod kreską. Po drugie, to, jak ludzie oceniają swo­ją sytuację, w sensie politycznym zawsze jest nieskończenie ważniejsze niż wszelkie GUS-owskie statystyki.
   Polityka mainstream owa w zderzeniu z populizmem jest coraz częściej bezradna. Nie umie obiecywać gruszek na wierzbie, nie lubi wskazywać wrogów ani obiecywać bez­pieczeństwa, gdy wie, że na pełne bezpieczeństwo nie ma szans. Ciągle ma wątpliwości i nie umie zrezygnować z „ale”. W efekcie jest spychana do defensywy.
   Znienawidzone przez tak wielu mainstreamy muszą jednak sobie z tym poradzić. Muszą znaleźć właściwy język, prawdzi­wych przywódców i przesłanie dla zawiedzionych. Bez tego świat zaleje fala populizmu, radykalizmu i nacjonalizmu, któ­ra zapewni wygraną temu, co niemądre i prostackie. Świat wróci wtedy do państw narodowych i darwinizmu, który już, z katastrofalnymi dla siebie skutkami, przetestował wiatach 30. poprzedniego stulecia. A wtedy wszyscy gorzko zapłaczą, że globalizm został pokonany przez trumpizm.
Tomasz Lis

Dzień Dziecka

Szanowni państwo, drodzy delegaci,
z okazji Światowego Dnia Dziecka mam zaszczyt ogłosić triumfatora plebiscytu na najbardziej dziecinny rząd na­szej planety. Wszyscy wstrzymujemy oddech...(chrupa­nie otwieranej koperty, szelest kartek). Ależ tak! Zgodnie z przewidywaniami bukmacherów zwycięzcą roku 2016 jest Rząd Dobrej Zmiany reprezentujący Polskę! Zapra­szamy na scenę laureatów, a ja pozwolę sobie wygłosić stosowną laudację.
   Cześć chłopaki, cześć dziewczyny! Jak dobrze wiecie, dorośli nigdy nie są w stanie zrozumieć dzieci. Czepia­ją się o byle co, nie pozwalają się bić bez powodu, a na­wet kiedy jest powód, no naprawdę! Dlatego tak bardzo się cieszymy, kiedy ktoś z tych dorosłych potrafi się za­chowywać tak jak nasze słoneczka!
   Jak wiecie, niezbywalnym prawem każdego dzie­cka jest możliwość nieskrępowanego obrażania się przy dowolnej okazji i z jakiegokolwiek powodu. Nikt tej trudnej dla dorosłego sztuki nie posiadł piękniej niż władza z Warszawy. W zasadzie moglibyśmy mó­wić o doskonałości równej najlepszym skokom Kamila Stocha, gdyby nie fakt, że laureaci nie obrazili się jesz­cze na Węgrów. Kapituła docenia jednak fakt, że pró­by obrazy zostały już podjęte podczas wizyty premiera Orbana za rządów poprzedniej koalicji i jest pełna wia­ry w pozytywny ciąg dalszy.
   Ta drobna niedoskonałość porównywalna z delikat­nym kucnięciem podczas lądowania po mistrzowskim telemarku nie zmienia faktu, że Rządowi Dobrej Zmiany udało się obrazić na wszystkie państwa i organizacje mię­dzynarodowe, a co zasługuje na jeszcze większą aproba­tę, laureaci nie tylko się obrażają, ale starają się aktywnie obrażać innych. Szczególnie należy docenić określanie przedstawicieli Unii Europejskiej jako „urzędniczyn”, a samej Unii jako okupanta. Doceniamy uznanie Stanów Zjednoczonych za agresywnych imperialistów, zrówna­nie kandydatów na urząd prezydenta tego supermocar­stwa z dżumą i cholerą oraz wyśmiewanie najbardziej wpływowych amerykańskich polityków jako niedouczo­nych tłoków manipulowanych przez opozycyjną polską gazetę. Na szczególne uznanie zasługuje wysyłanie do psychiatry byłego prezydenta USA, który Polskę wbrew wielu sceptykom, uważającym, że nie dorosła do tej roli, wprowadzał do NATO, i który za chwilę może znów zna­leźć się u władzy. Na tym imponującym tle blednie nie­co sugerowanie przy każdej okazji zachodnim sąsiadom hitlerowskich ciągot, jawna pogarda dla niedorozwo­jów z kurduplowatych kraików w rodzaju Belgii i Ho­landii, ale oczywiście zachowujemy je w pełnej podziwu pamięci. I nie zapominajmy, że każde dziecko ma prawo do wygłupów w internecie z równymi sobie LeśnymiRuchadłami, Pimpusiami Sadełkami czy Karolinami Waze­linami, hi, hi, ha, dużo słitaśnych emotikonków.
   Prawem każdego dziecka są zmienne nastroje, płaczliwość i histeria, którymi polska reprezentacja posłu­guje się mistrzowsko na co dzień. Każde dziecko wie, że świat jest wrogi, nikt nas nie rozumie, wszyscy chcą nas skrzywdzić, jest tak smutno, tak smutno, buuu i wte­dy nie da rady, trzeba pokrzyczeć, im głośniej i bez sen­su, tym piękniej, niech groch leci nam z oczu i wszystkim jest przykro, jak bardzo jesteśmy pokrzywdzeni. Nic tak nie oczyszcza jak wydusić z siebie: „Nienawidzę cię! Ni­gdy nie będę się z tobą bawić. Głupi, głupi, głupi!”. Oczy­wiście, gdzieś tam głęboko w środeczku wiemy, że to trochę bez sensu, ale przecież wszystko dobrze się skoń­czy i mama przytuli, a tata da czekoladkę.
   Dorośli są zakłamani: publicznie się uśmiechają, a w cztery oczy wywalają ciężką i srogą prawdę, żądając przestrzegania ustalonych reguł. Zaś dzieci na odwrót: przed większym gronem mają pełne prawo do niczym nieskrępowanego pajacowania, ale potem w obecności pani albo rodziców nieśmiało połykają łezki i grzecznie przystają na warunki dorosłych. I tak, nie ulegając presji męczącej dorosłej hipokryzji, zachowuje się Rząd Dobrej Zmiany: piękny wrzask na forum publicznym i ujmująca bezradność na salonach dorosłych z Zachodu.
   Dziecko ma prawo do niewiązania przyczyn ze skut­kami, więc jeżeli wybiegnie na ulicę i potrąci je samo­chód, to będzie próbowało zrozumieć wypadek, sklejając model autka i bawiąc się puszkami po napojach. I żaden dryblas nie ma prawa narzucać opresyjnego myślenia słowami: „A może by tak wreszcie dorosnąć?”.
Jeszcze raz więc gratulujemy przybyszom z krai­ny wiecznego dzieciństwa i niech infantylizm będzie z wami!
Marcin Meller

Natenczas Wolski chwycił...

Podobno ludzie starsi tracą pamięć krótką i zapomi­nają, co było wczoraj, na­tomiast jeśli chodzi o bi­twę pod Grunwaldem czy koncert Jankiela, to pamiętają każdy szczegół („Naten­czas Wojski chwycił na taśmie przypięty./Swój róg ba­woli, długi, cętkowany, kręty...")- Spieszę więc zapisać, co warto ostatnio zapamiętać. Przede wszystkim słowa profesora Adama Strzembosza do sędziów: „Musimy mieć świadomość, że zbliżają się dla nas czasy nieła­twe. Ale nie jest się sędzią tylko w czasie pięknej pogody. Jest się sędzią w czasach trudnych i dali tego dowód ci sędziowie, którzy potrafili nawet w stanie wojennym oprzeć się nieprawdopodobnie wielkim naciskom, by zachować własną godność i to, co jest najważniej­sze: niezależność od wszelkich władz i niezawisłość w orzekaniu. Jestem przekonany, że temu wyzwaniu, które-być może, daj Boże, że tak nie będzie-was czeka, podołacie. I będę mógł być z was dumny”.
   Słowa profesora Strzembosza (rocznik 1930), wi­ceministra sprawiedliwości w czasie transformacji (1989/1990) i byłego prezesa Sądu Najwyższego, mają wielką wagę, podobnie jak jego opinia, że prezydent Duda złamał konstytucję kilkakrotnie. W podobnym duchu wypowiada się pierwsza prezes Sądu Najwyższe­go profesor Małgorzata Gersdorf. Ich postawa przynosi chlubę środowisku sędziowskiemu, które jest odsądza­ne przez władzę od czci i wiary. Zgadzam się z senato­rem (i prawnikiem) Aleksandrem Pociejem, że sędziom można to i owo zarzucić, ale nie korupcję i inne grzechy śmiertelne, które im obóz rządzący zarzuca, bo stoją mu na drodze do bezprawia. Słowa profesora Strzembosza zapisuję, bo pamięć krótka. Kiedy porównania ze sta­nem wojennym czyni zwykły zjadacz chleba, to łatwo go opluć, zdyskredytować jako złodzieja i komucha, ale gdy to mówi Strzembosz? Kapelusze z głów! Ktoś powie: jemu łatwo, nie ma nic do stracenia, stawką dla młod­szych jest praca, rodzina, kariera. To prawda, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono...”. Sam nieraz żałuję, że nie dostałem drugiej szansy, ale - niestety - w życiu nie ma egzami­nów poprawkowych.
   Zapisuję także słowa Marka Jurka o tym, co PiS wypra­wia z Trybunałem Konstytucyjnym. Jurek- wiadomo - ści­sła prawica, mówi: w grudniu PiS powinien powiedzieć, że usunąwszy stan bezprawny, zgłosi tylko dwóch kandy­datów, zostawiając opozycji możliwość wyboru kandy­datów na miejsca, które miał prawo obsadzić poprzedni Sejm. „Zabrakło wielkoduszności, która najwyraźniej w kierownictwie PiS jest uznawana za słabość. Nieste­ty, bezcelowe demonstrowanie siły dało opozycji okazję do eskalacji sporu (...). Kierownictwu PiS zabrakło odpo­wiedzialności i wyobraźni, a innym politykom tego obo­zu odwagi, żeby domagać się korekt tej polityki”. I znów, gdyby to mówił jakiś lewak, ale Marek Jurek - ani komuch, ani złodziej, najwyżej wegetarianin, a i to nie jest pewne.
   Z kroniki policyjnej zapisuję wydarzenia w Gdańsku, gdzie policja starła się z uczestnikami kontrmanifestacji wymierzonej w Marsz Równości. Na nic zdały się wezwania policji do przeciwników równości, by się rozeszli i opuścili teren. Wśród naj­bardziej krewkich znalazła się córka radnej PiS, organizatorki kontrmanifestacji. Cała Polska widziała w TV (chyba że TVP oszczędziła tego widoku), jak dziewczę z uśmiechem na ustach stawia opór i szamoce się z władzą. Widok ten wzruszył ministra Błaszczaka, który nie lubi, jak policjanci „brutalnie traktują kobietę”, więc zarządził kontrolę. Rzadki to przypadek, że minister nie broni swoich policjantów, tylko swoich demonstran­tów. Na szczęście dla ministra policja ujęła bombiarza z Wrocławia, jest powód do dumy, a nie do wstydu.

Na koniec coś z kabaretu. W tygodniku „wSieci” ukaza­ła się rozmowa z ulubioną przez prawicę autorką Jo­anną Siedlecką, którą redakcja przedstawia jako „pierw­szą damę reportażu literackiego”. Siedlecka - pierwszą damą? A to ci dowcip! Przypomina się żart, jaki krążył na UW ponad półwieku temu (pamięć długa!). Był sobie profesor Jan Zygmunt Wyrozembski, autor m.in. książ­ki „David Ricardo”. Mówiono o nim „ani profesor, ani doktor, ani Jan, ani Zygmunt, ani Wyrozembski”. Więc gdy czytam, że Joanna Siedlecka jest „pierwszą damą reportażu literackiego”, to mam ochotę napisać: „Ani pierwszą, ani ostatnią, ani damą, ani reportażu, ani li­terackiego”. Tzw. reportaże Siedleckiej przypominają zbeletryzowane „Resortowe dzieci” i inne „reportaże literackie” Doroty Kani oraz jej współautorów. Z tym że Kania specjalizuje się w kwitach na ludzi mediów, polityki, służb, a Siedlecka jest bardziej zainteresowa­na literatami. To jednak nie czyni zeń literatki. To, jak mówią Rosjanie, okołoliteraturnaja żeńszczina. Nato­miast która z nich jest pierwsza, a która ostatnia - to już kwestia gustu. Po rosyjsku: Niet towariszczej na wkus, skazał Francuz, i żeniłsja na obiezjanie. Żadna nie jest pierwsza, obie są ostatnie.
   Z kolei Marcin Wolski (świetnie opisuje go Maria Czubaszek we fragmentach wybranych przez „Przegląd”) pi­sze w obronie Jana Pietrzaka, że „Pamięta koncerty Egi­dy, na których Janka oklaskiwali Monika Olejnik i Olga Lipińska, Daniel Passent i Adam Michnik. Przez pomył­kę tam wpadali? A Olbrychski, Gajos lub Pszoniak - czy już wyskrobują egidowy epizod ze swych życiorysów?”.

Akurat Marcin Wolski nie powinien wmawiać innym, że cokolwiek wyskrobują ze swoich życiorysów. Daj nam Boże takie życiorysy jak Olbrychskiego i Pszonia­ka! Chociaż obecnie, w czasie pisowskiej wymiany elit, może się okazać, że Kmicica, Makbeta i Otella oraz nie­zapomniane role w filmach Wajdy grał kolega Wolski, a „Agnieszkę” w „Człowieku z marmuru” kreowała Ka­tarzyna Łaniewska. Reżyseria-wiadomo: Ewa Stankie­wicz. No, i wreszcie (żaba nogę podstawia) moja skrom­na osoba. Ja nie „wpadałem” do Egidy, jak twierdzi pan Wolski, ja tam wpadłem raz a dobrze, na ładnych kilka lat, na partię „Szachów”.
Daniel Passent

Doskonały świat

Polska polityka żyje w rytmie wynurzeń Prezesa. Cie­kawe, czy Jarosław Kaczyński ma satysfakcję, że duży europejski naród wiruje wokół jego głowy? Że także obcy dyplomaci, rządy i urzędy, biznes, media, po­litologia i psychologia analizują, co ma czy też nie ma na myśli. Dotychczas w tej specyficznej dyscyplinie wiedzy dużo było zgadywanek i intuicji. Na szczęście ostatnio na łamach kolejnych partyjnych organów („wSieci", „GP", teraz „Do Rzeczy") wypo­wiedzi Jarosława Kaczyńskiego pojawiają się na tyle regularnie, że daje się coraz lepiej rekonstruować Świat Według Prezesa.

Rzeczywistość oglądana oczami szefa PiS jest rozległym (chcia­łoby się powiedzieć, platońskim) teatrem cieni. Nic tu nie jest takie, jakie nam, ludziom prostym, się wydaje. Zatem Polska jest półoligarchią, w której bezkarne  elity dopuszczają się przestępstw. Dowodów nie potrzeba, bo są przykłady: Beata Sawicka, przypo­minam młodszym - to sprawa z 2007 r., Weronika Marczuk oraz ro­dzina Wajdów. Tyle. Aha, są jeszcze ośmiorniczki. Tenże kraj jest wciąż„podporządkowany Niemcom" a Unia Europejska pilnuje tej półkolonialnej eksploatacji, próbując zdeptać suwerenność Pola­ków. Ci, którym się wydawało, że Unia to jakiś gwarant polskiego bezpieczeństwa i rozwoju, że wspiera nas setkami miliardów euro, że pojednaliśmy się z Niemcami, że większość naszych miejsc pra­cy bierze się z handlu z Unią itd. - mają mroczki przed oczami.

W świecie Prezesa nie ma żadnej stałej prawdy, są tylko opi­nie, które - wiedząc lepiej i patrząc przenikliwiej - można podważyć. Wyroki sądów, zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego, który w sposób oczywisty łamie konstytucję, wyrażają interesy korporacji prawniczych oraz tych grup społecznych, które mają najwięcej pieniędzy. Ludzie KOD, deklarujący, że bronią demokra­cji, mylą się, to przed nimi trzeba jej bronić („Bronimy demokracji" to okładkowy tytuł wywiadu Prezesa w„Do Rzeczy"), mogą też być reprezentantami własnych materialnych lub oligarchicznych interesów bądź ofiarami obłędu „wywołanego przez pewną grupę i przenoszonego na innych". W tej rzeczywistości nie ma
niezależnych instytucji, bo każda składa się z konkretnych ludzi mających swoje, na ogół nikczemne, interesy. Dlatego uniezależ­nienie instytucji państwa polega na obsadzeniu ich delegatami partii. Nie ma żadnych autorytetów prawniczych, biznesowych, artystycznych, naukowych, bo prawdziwe elity dopiero po­wstaną. Nie ma tego samego znaczenia słów, bo demokracja, suwerenność, kompromis, prawo, sprawiedliwość, konstytucja, jeśli wypowiadane są przez przeciwników, są tylko cieniami praw­dziwych idei. Cytując jednego z wielkich poprzedników Prezesa, w zasadzie„nie ma niczego".

Realia jakiejś konkretnej Polski, zaludnionej przez bardzo róż­nych ludzi, być może niepodzielających diagnoz Prezesa, nie mają znaczenia. Szef PiS jest posiadaczem wizji skończonego doskonałego ustroju, który przyniesie wyzwolenie mas z rąk oli­garchii (tytuł wywiadu:„Nie zgadzamy się na oligarchię"). To nowe społeczeństwo, złączone w nowym silnym państwie, będzie speł­nieniem logiki historii (Hegel?), ale warunkiem jest złamanie opo­ru elit („będą nas atakować") i grup właścicieli Polski. Cel ten może, musi usprawiedliwiać twardość wobec wrogów, którzy „bez prze­rwy nas obrażają" i„są gotowi działać w kierunku, by Polska dozna­ła jakiegoś wstrząsu". Ale„my się niczego nie boimy", choć„opozycja będzie krzyczeć, że jest prześladowana", itd. Zastanawiam się, czy Prezes, kiedy wypowiada w kolejnych wywiadach te prawdy, sam siebie słyszy? Dla człowieka z jego pokolenia powinno być oczywistą oczywistością, że to najczystszy marksizm-leninizm i to w wersji zwulgaryzowanej, z lat 50. Świadomie - nieświadomie?

Całe to przymierzanie marnej rzeczywistości do pięknego doskonałego świata zaludnionego przez nowych ludzi, uza­sadnianie rewolucji społecznej i politycznej wymaganiami uto­pii, byłoby nawet wzruszające, gdyby nie drobiazg: my wiemy, jak to się skończyło. Ile prawdziwej wiary, rewolucyjnego ognia, prawdziwego wysiłku poszło w budowę ustroju, który zdegenerował się w brutalny autorytaryzm, władzę partyjnej nomen­klatury i Pierwszego Sekretarza, w żałosny etatyzm i bezczelną propagandę (dziś zwaną „osłoną medialną").
Sam Jarosław Kaczyński, ostatni prawdziwy postkomunista, nie jest, nie byłby problemem, gdyby nie miliony zwolenników mniej lub bardziej przekonanych do jego opisu rzeczywistości, jego szczególnej więzi z historią, zauroczenia widmem rewolucji, które krąży nad nami (czytaj s. 16). Pół wieku praktykowania poprzedniego ustroju nie mogło minąć bez śladu. Zapewne ży­wiliśmy iluzję, że transformacja już się dokonała i w nas, i w pań­stwie, że jesteśmy zaszczepieni na pustą rewolucyjną retorykę. Widać jednak, że PiS ma nie tylko jedną trzecią naszego elekto­ratu, ale pewnie tyle samo udziałów w wielu (w każdym?) z nas. Inaczej nie byłoby mu tak łatwo. Pozostaje nadzieja, że historia, jeśli się powtarza, to jako groteska. Na razie widać, że się powta­rza i że jest groteskowo.
Jerzy Baczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz