PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 29 marca 2016

Obrona generała



Rząd wziął się za Smoleńsk. Do biegłych wkroczyła policja, prokuratorów zdegradowano, a Macierewicz przegrał ze Zbigniewem Ziobrą walkę o nadzór nad nowym Czy teza o zamachu przetrwa?

Michał Krzymowski

Koniec listopada. Prokuratura wzywa bie­głych prof. Pawła Artymowicza i płk. Ro­berta Latkowskiego. To współautorzy ekspertyzy w sprawie katastrofy smoleń­skiej. z której wynika, że gen. Andrzej Błasik do samego końca był w kabinie pilotów i razem z załogą odczytywał wysokość lotu. Biegłych wezwano w związku z wyciekiem ich opinii do mediów, ale prokuratorów interesuje głównie to, kto zidentyfikował głos gen. Błasika. Przesłuchanie kończy się po sześciu godzinach, a biegli wracają do domu w asyście policji. Mają wydać sprzęt komputerowy, na którym pracowali.
   Luty. Policja o świcie puka do drzwi dr. hab. Adama Tarnow­skiego, kolejnego biegłego w śledztwie smoleńskim. Po prze­szukaniu z mieszkania eksperta znikają dyski z danymi i laptop (o rewizji pierwsza informuje „Gazeta Wyborcza”). Podczas przesłuchania znów padają pytania o gen. Błasika: kto go rozpo­znał i czy były w tej sprawie naciski? - Eksperci do dziś są wy­straszeni, straszono ich konsekwencjami. Przesłuchania miały dotyczyć źródła przecieku, a niemal w całości były poświęcone obecności w kabinie Tu-154 gen. Błasika. Padały nieprzyjemne sugestie - opowiada znaj omy biegłych.
   Marzec. W aktach śledztwa smoleńskiego są już wszystkie ekspertyzy: stenogramy nagrań, opinie psychologiczne i ana­liza sytuacji w kokpicie. Według biegłych zachowanie generała miało wpływ na decyzje załogi i mogło się przyczynić do rozbicia samolotu. Dla PiS, które od kilku lat lansuje teorię zamachu, to kłopot, bo ekspertyzy są ważnym dowodem w sprawie. Reakcja jest błyskawiczna. Nowy prokurator generalny Zbigniew Ziobro powołuje nowy zespół śledczych i wespół z szefem MON wycią­ga konsekwencje wobec tych, którzy do tej pory pracowali przy Smoleńsku.

PROKURATOR DO CZOŁGU
Wśród zdegradowanych prokuratorów znaleźli się:
   Płk Zbigniew Rzepa - były rzecznik prasowy Naczelnej Pro­kuratury Wojskowej, był w grupie prokuratorów, którzy po katastrofie polecieli do Smoleńska. Decyzją ministra obrony An­toniego Macierewicza przesunięty do rezerwy kadrowej i skiero­wany do 2. Brygady Zmechanizowanej Legionów im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Złocieńcu.
   Płk Waldemar Praszczyk - były śledczy Naczelnej Prokuratu­ry Wojskowej. Też poleciał na miejsce katastrofy. Wnioskował o postawienie przed sądem dyscyplinarnym innego prokuratora związanego ze śledztwem smoleńskim Marka Pasionka (chodzi­ło o kontakty Pasionka z amerykańskim wywiadem; sąd oczyścił go z zarzutów). Od niedawna w rezerwie kadrowej 2. Hrubieszowskiego Pułku Rozpoznawczego im. mjr. Henryka Dobrzańiskiego „Hubala”.
   Płk Ireneusz Szeląg - były szef prokuratury wojskowej w Warszawie, prowadzącej śledztwo smoleńskie. Po wyborach parlamentarnych przeszedł do cywila, oficjalnie z powodów I zdrowotnych. Nie pomogło - został zdegradowany do Prokura- § tury Rejonowej Warszawa-Śródmieście.
   Ppłk Janusz Wójcik - był w zespole śledczych badających ka­tastrofę. Przesunięty do 9. Pułku Rozpoznawczego w Lidzbarku Warmińskim. Decyzją szefa MON w rezerwie kadrowej.
   Mjr Marcin Maksjan - informował media o postępach śledz­twa smoleńskiego. Z prokuratorskich akt wynika, że przyczy­nił się do wszczęcia śledztwa wobec Marka Pasionka. Obecnie w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej w Świętoszowie, rezerwa kadrowa.
   Kpt Piotr Myszkowiec - był w zespole prokuratorów badają­cych katastrofę smoleńską. Zesłany do Pro­kuratury Garnizonowej w Lublinie.
   Rozmówca zbliżony do śledztwa: - W sprawie 10 kwietnia popełniono wiele błędów. Począwszy od tego, że prokuratorzy, którzy polecieli do Smoleńska, nie uczest­niczyli w sekcjach zwłok i nie mieli ze sobą aparatów fotograficznych. Ale przydział do Hrubieszowa i przekwalifikowanie na czoł­gistę lub telegrafistę? Tego nawet w Lu­dowym Wojsku nie praktykowano. Część zdegradowanych prokuratorów na pewno pójdzie do sądu pracy [przepisy pozwalają szefowi MON na dyslokację wszystkich żoł­nierzy z wyjątkiem sędziów i prokuratorów wojskowych - przyp. red,], ale co to Macie­rewicza obchodzi? Skarb państwa wypłaci odszkodowania dopiero za kilka lat, a dziś nasza armia jest zwycięska!

PROKURATORZY I EKSPERCI OD PARÓWEK
Współpraca ministrów sprawiedliwości i obrony w sprawie smoleńskich prokuratorów jest pozorna. To tylko parawan, za którym toczy się ostry spór o przebieg wydarzeń 10 kwietnia. Jego odgłosy przedo­stały się do opinii publicznej dwa tygodnie temu, gdy Antoni Macierewicz powiedział publicznie, że Polska padła 10 kwietnia „ofiarą terroryzmu”. Od wypowiedzi odciął się wówczas wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki: - To bardzo daleko posunięta teza. Resort sprawied­liwości nie dysponuje żadnymi dowodami w tej sprawie.
   Rozmówca zbliżony do Ziobry: - Szef MON najpierw sprzeci­wiał się likwidacji prokuratury wojskowej, bo chciał zachować wpływ na sprawę smoleńską. Poniósł porażkę, więc zaczął lan­sować do tej grupy swojego człowieka, prokuratora Stanisława Wieśniakowskiego. Ale znów przegrał. Nowy zespół w całości pochodzi z rozdania Zbyszka.
   Do grupy powołanej przez Ziobrę weszło siedmiu śledczych. Wśród nich znalazł się ppłk Karol Kopczyk, prokurator woj­skowy, który pracował przy sprawie katastrofy smoleńskiej od 10 kwietnia. Nieoficjalnie wiadomo, że Macierewicz sprzeci­wiał się włączeniu go do nowego zespołu. - Ziobro chciał po­wołać jeszcze drugiego wojskowego, ppłk. Jarosława Seja, ale kilka lat temu „Gazeta Polska” napisała, że jego ojciec za ko­muny był na kursie GRU, a potem współpracował z WSI - opo­wiada nasz rozmówca. Poza Kopczykiem w zespole znaleźli się prokuratorzy Marek Kuczyński, Krzysztof Schwartz, Bartosz Biernat, Jerzy Gajewski, Robert Bednarczyk i Tomasz Walczak. Nadzór nad zespołem ma sprawować Marek Pasionek. Kim są ci ludzie?
   Wieloletni prokurator, niekojarzony z opcją Ziobry: - Dwóch z nich oskarżało w procesie piłkarskiego łapówkarza „Fryzje­ra”, kolejni robili gang Krakowiaka, za­bójstwo naczelnika urzędu skarbowego w Bydgoszczy, morderstwo dziewczyny z Miłoszyc. W sprawach zapadały wyso­kie wyroki, co jest najlepszą wizytówką dla prokuratora. To fachowcy z odpowiednim warsztatem. Ich zestawienie pozytywnie mnie zaskoczyło.
   Inny śledczy: - Pasionek i Kopczyk to rozsądni ludzie. Na pewno nie będą opo­wiadać o odgłosach z wiadra, jednak widzę dwa zagrożenia. Po pierwsze, oddelegowa­no ich do Prokuratury Krajowej tylko na pół roku. Czyli Ziobro będzie prowadził ich na krótkiej smyczy. Kto nie spełni oczeki­wań, zostanie szybko wyłączony. A po dru­gie, równolegle będzie pracować komisja Macierewicza, w której zasiadają eksper­ci od pękających parówek [podczas jednej z konferencji smoleńskich zaprezentowano zdjęcie ugotowanych kiełbasek, które po­równano z pękniętym kadłubem tupolewa - przyp. red.]. Oby prokuratura nie chciała dotrzymywać jej kroku.

KTO TAM POSŁAŁ GENERAŁA?
Nowy zespół prokuratorów odziedziczy po poprzednikach ok. 800 tomów akt. Wraz z nimi otrzyma jeden z najważniej­szych dokumentów w śledztwie: kompleksową opinię, nad którą pracowało ponad 20 ekspertów (w tym Latkowski, Artymowicz i Tarnowski). Ekspertyza zawiera m.in. rekonstrukcję lotu, ste­nogramy nagrań z kokpitu, sylwetki psychologiczne pilotów, a także ocenę ich wyszkolenia. Prokuratura przywiązuje do tego dokumentu wielką wagę (na jego podstawie postawiono zarzuty rosyjskim kontrolerom Wiktorowi Ryżence i Pawłowi Plusninowi) i już kilkakrotnie zwracała się do biegłych o doprecyzowanie ekspertyzy. Ostatnia opinia uzupełniająca wpłynęła do akt spra­wy dwa tygodnie temu.
   Dla polityków PiS dokument jest kłopotliwy, bo zdaniem bie­głych czarne skrzynki tupolewa nie odnotowały wybuchów, o których opowiada Antoni Macierewicz. Według ustaleń eks­pertów powodem katastrofy było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania przy zbyt dużej prędkości i w gęstej mgle. W efekcie samolot zahaczył o brzozę, stracił część skrzydła i uderzył w ziemię. Oznacza to, że najważniejszy dokument w śledz­twie smoleńskim wyklucza tezę o zamachu.
   Jeszcze większym problemem dla nowej ekipy są dwie wer­sje stenogramu z kokpitu. W pierwszej z nich znajdują się trzy kwestie przypisane gen. Andrzejowi Błasikowi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku” (przy tej wypowiedzi umieszczono znak zapytania), „Po-my-sły!” i „Zmieścisz się śmiało”. Dowódca sił powietrznych miał też w ostatniej fa­zie lotu podawać wysokość, na jakiej znajduje się samolot: o godzinie 8:40:24 - „230 metrów” oraz o 8:40:42 - „100 me­trów”. Druga wersja zapisu, sporządzana przez innych eksper­tów, nie przesądza obecności gen. Błasika, ale czyni ją bardzo prawdopodobną. Znajduje się w niej stwierdzenie, że kwestię „100 metrów” wypowiada dowódca sił powietrznych lub ktoś - podobnym głosie.
   Co to oznacza? Zdaniem biegłych analizujących te zapisy od­czytywanie wysokości przez generała było równoznaczne z „ak­ceptacją dalszego zniżania do lądowania” (taka teza pojawia się na str. 170 opinii kompleksowej, w podpunkcie 2.1) i miało wpływ na zachowanie załogi tupolewa. - Przypisanie tych wypo­wiedzi gen. Błasikowi otwiera pole do niebezpiecznych spekula­cji - przyznaje źródło „Newsweeka” w prokuraturze wojskowej.
- Bo gdyby przeanalizować wydarzenia na osi czasu, to okazało­by się, że najpierw odbyła się telefoniczna rozmowa prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim, a kilka minut później generał poja­wił się w kokpicie. W sensie procesowym to oczywiście żaden dowód, ale politycznie to bardzo grząski grunt.

PIĘTNO GRUZIŃSKIE
Podobnie jest ze znajdującym się w opinii kompleksowej opracowaniem przygotowanym przez biegłych psychologów. Zdaniem ekspertów dowódca samolotu mjr Arkadiusz Protasiuk działał w sytuacji silnego stresu i w ostatniej fazie lotu znalazł się wtzw. tunelu poznawczym. Oznacza to, że emo­cje, które przeżywał, były tak silne, że miał zawężone pole uwagi - skoncentrował się na podejściu do lądowania, nie zważając na komunikację z resztą załogi (do identycznych wniosków doszedł też zespół biegłych, który opracował opinię psychologiczną dla badającej katastrofę komisji Jerzego Millera).
   Na psychice lotników miał się też odcisnąć tzw. incydent gruziński. Przypomnijmy: w sierpniu 2008 r. mjr Arkadiusz Protasiuk i ppłk Robert Grzywna (obaj zginęli później w Smo­leńsku) byli w załodze, która podróżowała z prezydentem Le­chem Kaczyńskim do Tbilisi. Dowódca tupolewa kpt. Grzegorz Pietruczuk sprzeciwił się wówczas lotowi, ponieważ w Gru­zji trwała rosyjska inwazja, a polska maszyna nie miała zgo­dy dyplomatycznej na przelot. Decyzja pilota nie spodobała się prezydentowi Kaczyńskiemu, który w trakcie postoju na lotni­sku w Symferopolu wszedł do kokpitu i zażądał lotu do Tbilisi. Kpt. Pietruczuk odmówił wykonania rozkazu, a mjr Protasiuk i ppłk Grzywna byli świadkami tej sytuacji. Po powrocie Lecha Kaczyńskiego do Warszawy ówczesny poseł PiS (obecnie europoseł) Karol Karski uznał, że dowódca samolotu wykazał się tchórzostwem, i doniósł na niego do prokuratury. Biegli twier­dzą, że incydent mógł mieć wpływ na postawę pilotów podczas tragicznej podróży w 2010 roku.
   Teresa Gordon, psycholog kliniczny, współautorka eksperty­zy znajdującej się w aktach śledztwa: - Nie mogę wypowiadać się o treści opinii, ale porównując oba wydarzenia pod kątem asertywności pilotów oraz ich odporności na naciski, wszy­scy zapominają o istotnej różnicy ich warunków decyzyjnych. W incydencie gruzińskim wszystko działo się przed startem, na płycie lotniska. Był czas na dyskusje, konsultacje telefonicz­ne, narady z resztą załogi, W Smoleńsku decyzję o ewentualnej odmowie wykonania tej bardzo ryzykownej próby podejścia do lądowania trzeba byłoby podjąć bardzo szybko, w ostatnich mi­nutach lotu, w atmosferze pełnej niepokoju i rozpraszających bodźców oraz powszechnego nalegania na jej podjęcie. Trud­no się dziwić, że pilot nie odmówił wykonania próby lądowania, która miała uczynić zadość oczekiwaniom dysponenta.
   Rozmówca z prokuratury: - Co się stanie z tym śledztwem? Obstawiam, że Pasionek nie autoryzuje teorii zamachu, ale roz­myje kwestię gen. Błasika. Jak? To proste. Zamówi kolejną opi­nię, która nie potwierdzi jego obecności w kokpicie, i powie, że jedni eksperci mówią tak, a inni - inaczej. Czyli w sumie nie wia­domo, jak było. To znany numer.
ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz