PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 12 marca 2016

PiSologia i psychologia,Ja w sprawie stawu,Styl to człowiek,Anioł powie,Polityka zimnej wody i Psychiatry



PiSologia i psychologia

Prawo i Sprawiedliwość nie zdobyłoby władzy bez talentów Jarosława Kaczyńskiego. Ale za sprawą jego psychologicznych deficytów nigdy nie będzie w stanie jej sensownie sprawować.
   Kilka dni temu prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała, że przeciek z opinii Komisji Weneckiej miał być próbą dania władzy (a więc Jarosławowi Kaczyńskiemu) szansy na korek­tę w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Po czym wyraziła nadzieję, że Kaczyński tej korekty dokona, bo to pozwoliło­by mu wyjść ze sprawy z twarzą. Nie sądzę, że taki był motyw przecieku, nie sądzę też, by jego źródłem była sama Komisja. Ale to nieważne. Przede wszystkim nie rozumiem, jak ktoś, kto - jak profesor Staniszkis - zna i pilnie obserwuje Kaczyń­skiego, może tak bardzo nie rozumieć jego mentalności.
   Politykę najlepiej czytać jako grę interesów z elementa­mi psychologii. Ale w wypadku polityki PiS interes jest mniej ważny. Kluczowa jest właśnie psychologia. Bez zrozumienia mentalności Kaczyńskiego nie sposób pojąć, dlaczego PiS robi to, co robi, dlaczego pewnych rzeczy nie robi i dlaczego tak często jest w stanie działać nie tylko przeciw Polsce, ale przeciw własnym interesom.
   Kaczyński nie jest w stanie dokonać korekty w sprawie Try­bunału, bo jakakolwiek korekta, jakiekolwiek ustępstwo, jaki­kolwiek kompromis uznawałby za utratę twarzy. W polityce prezes PiS uznaje tylko jeden model - własnej absolutnej do­minacji. Dlatego nie ma partnerów i oponentów. Ma wyłącz­nie poddanych z jednej strony i wrogów z drugiej. W PiS jest dyktatorem, dyktować chce też Polsce i Polakom. Kto jego przywództwo, motywy czy działania w jakikolwiek sposób podaje w wątpliwość, staje się wrogiem, a wrogów Kaczyński chce nie tylko pokonać. On chce ich zniszczyć.
   Choć PiS nie jest już lamentującą nad swym losem opo­zycją, ale wszechwładną partią, nadal cierpi na syndrom ob­lężonej twierdzy. W psychologii nazywa się to bunker albo siege mentality. Oznacza to nastawienie na obronę i uspra­wiedliwianie swych działań zwykle przesadzonym wyob­rażeniem o byciu atakowanym oraz totalną nadwrażliwość na krytykę. Grupa uznaje się za atakowaną, prześladowa­ną i izolowaną. Kilka dni temu prezes Kaczyński zilustro­wał to nastawienie wypowiedzią: „Rzuca nam się kłody pod nogi, powstają różne KOD-y, jesteśmy atakowani w kraju i za granicą, jesteśmy obrażani”.
   Oczywiście w słowach i działaniach Kaczyńskiego jest ele­ment racjonalny. Tworzy i wskazuje wrogów, by wzmocnić spoistość własnej grupy. Zmusza poddanych z PiS do uspra­wiedliwiania łamania prawa i podłości, by odciąć im dro­gę odwrotu i ucieczki, poniekąd skazać ich na siebie. Ale też
wrogów Kaczyński odnajduje podświadomie. Dlaczego? Bo wrogi jest cały świat, w każdym razie ta jego część, która Ka­czyńskiemu nie jest podporządkowana. Wróg jest w Mos­kwie i Berlinie, wróg jest w podstępnej Brukseli i zachodnich mediach, wrogiem jest opozycja i KOD. A przecież nie moż­na ulec. To kwestia honoru, niepodległości, może nawet przyzwoitości.
    Psychologia wskazuje, że mentalności spod znaku oblężo­nej twierdzy towarzyszy brak zrozumienia dysonansu między wyobrażeniami a rzeczywistością i poczucie wyższości, pro­wadzące do spoglądania na innych z pogardą. Takie nastawie­nie do wszystkiego, co choćby potencjalnie wrogie, uzasadnia poniżanie ludzi i instytucji, które uznaje się za zagrażające poczuciu szacunku dla siebie. Kaczyński musi poniżać także dlatego, by uzasadnić wymierzone we wrogów działania. Pre­zes PiS o opinii Komisji Weneckiej mówi, że jest „absurdalna z punktu widzenia prawa”. Czyli albo członkowie Komisji są wrogami, albo amatorami - albo jedno i drugie.
   Uważna obserwacja Jarosława Kaczyńskiego prowadzi do wniosku, że zdradza on cechy osobowości narcystycznej i autorytarnej. Ta pierwsza cechuje się „nastawieniem wiel­kościowym” i brakiem empatii. Ta druga oznacza silną pre­dyspozycję do antydemokratycznych działań. Kaczyński nie pójdzie na żaden kompromis w sprawie Trybunału Kon­stytucyjnego, nawet gdyby był on zgodny z jego interesem. Bo nie o interes tu idzie, ale o własne emocjonalne potrze­by - absolutnej dominacji i totalnego dyktatu. Dlatego też PiS nie wrzuci na luz. Będzie jechał coraz ostrzej, odnajdo­wał kolejnych wrogów i zwalczał ich coraz zacieklej. Im bli­żej będzie władzy absolutnej, tym bardziej będzie radykalny. Wiadomo, walka klasowa zaostrza się wraz ze zbliżaniem się do socjalizmu.
   Dla Kaczyńskiego zaczęła się walka na śmierć i życie. In­teresuje go wyłącznie władza absolutna, ale nawet absolutna nie będzie wystarczająco absolutna.
   Co zrobi PIS? Na to pytanie powszechnie odpowiada się dziś w Polsce: wszystko w głowie Kaczyńskiego. To prawidło­wa odpowiedź, ale jej najgłębszy sens wcale nie dotyczy jego politycznych planów.
Tomasz Lis

Ja w sprawie stawu
 
   Ja, niżej podpisany Meller Marcin, syn Stefana i Ilo­ny, uprzejmie proszę o stanowisko kierownicze na kie­runku dowolnym.

Uzasadnienie:
Niezmiernie wzruszony i przejęty głębią analizy za­poznałem się z ostatnim wystąpieniem Pana Prezesa Tysiąclecia, Ojca Dobrej Zmiany, Wskrzesiciela Naro­du, Prometeusza Nowej Ery, Wstawacza z Kolan, Na­tchnienia Milionów, Największego Syna Żoliborza, Tego, Którego Komunistom Nie Udało Się Aresztować, Bo Tak Się Bali, Ze Nawet Nie Próbowali, niech chwała Jego będzie wieczna, a ludzie dobrej wiary, zwłaszcza ci parający się piórem, kamerą i mikrofonem, niechaj na­wilżają Mu jak najpiękniej, połykając skrzydlate słowa frunące zza dumnej zagrody Jego zębów.
   Pan Prezes Tysiąclecia rzekł: „Wiadomo u nas od lat, stosując analogię do stawu, kto jest dużym szczupa­kiem, kto jakąś mniejszą rybką, a kto zupełną drobnicą. Właściwie nie ma w tym stawie żadnego ruchu. Chcemy ten staw wzburzyć i dać szansę okoniom, by były szczu­pakami, a płotkom, żeby stały się okoniami”.
   Czytałem te słowa i zrozumiałem, że Wskrzesi­ciel Narodu kieruje te słowa bezpośrednio do mnie! To ja jestem płotką, która chciałaby być okoniem, nawet szczupakiem z opcją na rekina, co może na­stąpi później, ale już dzisiaj mogę się pochwalić ząb­kami piranii, które z chęcią wbiję w szyję wskazaną przez Ojca Dobrej Zmiany. I skoro jesteśmy przy sta­wie, to chciałem nadmienić, że spożywam dużo ryb (ale broń Boże nie jestem wegetarianinem!), w związ­ku z czym mógłbym się sprawdzić na czele jakiegoś przedsiębiorstwa rybołówstwa, bo też, o czym nie wspominałem, bardzo lubię patrzeć, jak ryby pluska­ją i mącą wodę, o czym był w swej mądrości łaskawy wspomnieć Największy Syn Żoliborza. Przepraszam za plamę na wydruku, to łzy, które polały się z mych oczu na myśl o ciężarze odpowiedzialności, który cią­ży na tych wątłych barkach, wątłych fizycznie, choć przecież wszyscy wiemy, że monumentalnych w rozu­mieniu moralnym i narodowym.
   W grę wchodzą oczywiście też zakłady mięsne, bo schabowego wcinam nawet więcej niż makreli i dor­sza, co zaświadczyć może małżonka moja Dziewit-Meller Anna, córka Janiny i Piotra, która nadała mi przydomek Schab, czasem stosowany w odmianie: „Ej, Schabuś”, co świadczy o mym głębokim umiłowaniu narodowej spuścizny kulinarnej. Skoro wspomnieli­śmy małżonkę, to nadmienię, że para się tak zwanym pisarstwem, a że żyjemy pod jednym dachem, to wi­działem, jak pisze, więc gdybyś mnie, Prometeuszu Nowej Ery, skierował na odcinek kultury, to myślę, że dałbym radę. Nie tylko literatura, film też jak najbar­dziej. Wielokrotnie na klatce schodowej spotykałem Agnieszkę Odorowicz, byłą szefową Polskiego Insty­tutu Sztuki Filmowej. Kilkakroć wymieniliśmy ko­munikaty słowne, obserwowałem tę panią, w związku z czym myślę, że świetnie bym się nadawał do kiero­wania kinematografią. Dodam, w ramach kwalifikacji dodatkowych, że zdarzało mi się być w kinie, a w te­lewizji widziałem, jak kogoś w czymś grał ten aktor, jak mu tam, Pszoniak Wojciech. Nie chwaląc się spe­cjalnie, ale taką mimikę na zirytowanego nerwusa to ja mam w małym palcu, więc jakby co, to i z teatrem dam sobie radę.
   Najdroższy Wodzu! W swej zniewalającej mądrości powiedziałeś, że nawet kucharka może rządzić pań­stwem, a może to powiedział ktoś inny, prawie tak mą­dry jak Ty, choć nie aż tak, bo aż tak to się nie da, no ale widzę, jak śmiało realizujesz tę wizję kucharek w stawie, rządzie i stadninach, więc pozwól i mnie się wykazać. Gdybyś zobaczył, jak precyzyjną strugą na­rodowego moczu potrafię zagasić każde ognisko na biwaku, zrozumiałbyś, że stoi przed Tobą idealny ko­mendant straży pożarnej, choćby i wojewódzkiej na początek.
Jeździłem koleją, latałem samolotami, a nawet pły­nąłem statkiem, w związku z czym dosyć mocny czuję się w nowoczesnym transporcie. Rozróżniam bank­noty, więc Wytwórnia Papierów Wartościowych po­winna czuć ze mnie pożytek. Jak moje dzieci mają problem z brzuszkiem, to podaję im węgiel, co chy­ba najlepiej świadczy, że można mnie skierować na górnictwo.
   Na koniec chciałem przeprosić za emocje, których nie sposób uniknąć, kiedy myśli się o Natchnieniu Mi­lionowi proszę Narodowe Biuro Dobrej Zmiany Narodowej o pozytywne rozpatrzenie mojego podania oraz wskazanie tych szczupaków, którymi mam się zająć.
Marcin Meller

Milczenie, które nie jest złotem

Dlaczego po przyjściu nowej władzy Kościół zamilkł? Czyżby nagłe stracił ochotę na recenzowanie polityków?

W czasie ostatnie­go roku mieli­śmy do czynienia z całkowicie róż­nym poziomem zaangażowania Kościoła nie tylko w poli­tykę, lecz także w debatę publiczną. Naj­pierw było moralne i ideowe wzburzenie tym, co robili PO i jej czołowi politycy, a dziś - mam wrażenie - na biurkach bi­skupów mogłyby zostać ustawione trzy małpki w charakterystyczny sposób zasłaniające oczy, usta i uszy.
   Episkopat milczy, a i poszczególni bi­skupi nie są zbyt skorzy do wypowiada­nia opinii na temat tego, co się dziś dzieje w Polsce. Pytanie, czy jest już tak do­brze, czy po prostu „swoich” krytyko­wać nie wypada? A może stała się rzecz niezwykła, od lat tu i ówdzie postulowa­na, i Kościół po prostu przestał recenzo­wać politykę i polityków? Niestety, chyba aż tak dobrze nie jest.

ZNAK Z NIEBA?
Kiedy przed rokiem kampania pre­zydencka rozkręcała się na dobre, nikt chyba nie mógł przewidywać, że reli­gijny wymiar sporu między oboma głów­nymi kandydatami - katolikami - sięgnie zenitu. Że urzędujący prezydent zosta­nie obwiniony o wszystkie grzechy i kon­sekwencje wynikające z uchwalanych ustaw. Ojciec wielodzietnej rodziny, praktykujący katolik, który uczęszczał na niedzielne msze do wielu zwykłych war­szawskich kościołów (jeden z arcykatolickich portali oskarżył nawet Bronisława Komorowskiego o dechrystianizację pre­zydenckich kaplic), nagle w opinii wielu wpływowych biskupów stał się dla Koś­cioła problemem, a potem obiektem ata­ku. Krytyka czasem szła tak daleko, że niektórych hierarchów (np. abp. Dzięgę) musieli strofować inni biskupi, uważając (i słusznie), że pewnych granic przekra­czać nie można. Mało brakowało, aby już nie tylko Tomasz Terlikowski i niektórzy księża, ale także purpuraci byli skłonni do ogłaszania list polityków niegodnych stołu Pańskiego, odmawiając im prawa do komunii świętej.
   Dostawało się także lokalnym polity­kom za mniej lub bardziej wymyślone
przykłady walki z Kościołem. Na przykład mojego brata, pełniącego wówczas funk­cję marszałka w Małopolsce, jeden z prze­orów oskarżył publicznie o pozbawienie zakonu 50 tysięcy złotych. Jak się potem okazało, zakon wnioskował o dotację w ra­mach jednego z unijnych programów na kwotę 150 tys., ale przygotował dość słaby wniosek, na dodatek z zawyżonymi sza­cunkami kosztów. W efekcie do klasztor­nej kasy trafiło 100 tys. zł, ale i tak w świat poszło, że „zabrano” im 50 tys.! A wszyst­kiemu winna oczywiście Platforma.
   Jeden z polityków PO z otoczenia Do­nalda Tuska przyznał potem w rozmo­wie ze mną, że winę za stan relacji ponosi Platforma, która zaakceptowała ze strony hierarchów zasadę: bierzemy, jak daj ą, ale nic nie kwitujemy. A poza wszystkim Tusk i jego ministrowie (zwłaszcza lokalni dzia­łacze) uważali, że wspierając kościelne projekty, wspomagają nie tyle Kościół, ile różne społeczne inicjatywy.
   Do tego wszystkiego doszły jeszcze traktowane jak znak z nieba okoliczno­ści wyboru i objęcia urzędu przez no­wego prezydenta: dzień Zesłania Ducha Świętego, a potem Wniebowstąpienie wystarczyły, żeby w Andrzeju Dudzie widzieć kogoś więcej niż tylko zwycięz­cę demokratycznego wyścigu o najważ­niejszy urząd w państwie. W katolickich portalach i należących do Kościoła tygo­dnikach nikt nie pozostawiał wątpliwości: Andrzej Duda jest nie tylko niezłomny -jak skromnie zwykł o sobie mówić - lecz także w jakiś sposób namaszczony. Może trudno się więc dziwić, że prezydent Duda, mając do wyboru bycie „Kwaś­niewskim prawicy” lub „namaszczonym wybrańcem narodu i niebios”, zdecydo­wał się (jak słychać - ku zaskoczeniu spo­rej części znajomych) na tę drugą rolę.

POŚWIĘCENIE DOBREJ ZMIANY
Kościelna krytyka, a czasem wręcz pokropiony święconą wodą hejt, rów­nie obficie wylała się jesienią, kiedy staw­ką były wybory parlamentarne i kształt przyszłego rządu. Jak wiadomo, cho­dziło o „dobrą zmianę”, w co uwierzyła większość duchowieństwa i katolickiego aktywu parafialnego. I choć tematyka re­ligijna nie wydawała się szczególnie waż­
na w czasie kampanii wyborczej, to nie przeszkodziło to pokazywać przeciwni­ków PiS jako ludzi wręcz opętanych wi­zją kontrkulturowej wojny. Dostawało się zwłaszcza PO i to hurtem za wszystko: od gender przez in vitro i konwencję antyprzemocową aż po brak religii na matu­rze i elementarz bez Bożego Narodzenia.
   Słuchając ataków z ambon, jednoznacz­nych komunikatów episkopatu czy innych publicznych wypowiedzi, miało się wra­żenie, że Polska A.D. 2015 stała na skraju
religijnej wojny kulturowej, gdzie wszyst­ko od początku do końca było i jest czar­no-białe. I nagle po 25 października cały wrzask ucichł. I ucichł, a przynajmniej wyraźnie osłabł, także głos Kościoła.
   Czy stało się coś nadzwyczajnego? Nie, w Polsce nadal rządzą ludzie z krwi i ko­ści, a nie anioły. Nikt konstytucji i prawa stanowionego (przynajmniej oficjalnie) nie chce zastępować ewangelią i Deka­logiem. In vitro, choć pozbawione pań­stwowej refundacji, nadal jest zabiegiem legalnym i od nikogo - łącznie ze zde­klarowanym przeciwnikiem tej metody, jakim jest minister Radziwiłł - nie sły­szałem, żeby ktoś chciał zmieniać obec­ny stan prawny. Podobnie jest z prawem chroniącym życie. Choć obrońcy życia niemal natychmiast po wygranych przez PiS wyborach przypomnieli się z postu­latem zmiany ustawy antyaborcyjnej, to nikt z polityków rządzącej partii tego nie podjął. Na nic zdaje się zgłoszenie iden­tycznego wniosku przez posła prawi­cy Marka Jurka - w PiS nikt się tym nie przejmuje i, co ważniejsze, publicznie nie zamierza o tym dyskutować.
   Nie widać także żadnych działań ze strony rządu i parlamentu zmierzają­cych do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, która - jeśli wierzyć prominentnym polityczkom z PiS - zosta­ła ratyfikowana jako oręż do walki z trady­cją, religią i dotychczasowym statusem kobiety w Polsce. Dziś, jak łatwo się domy­ślić, oręż ten nie jest już aż tak skuteczny ani tak groźny. Milczą o tym nie tylko za­wsze gotowe pospieszyć z odpowiednim argumentem wspomniane już panie po­słanki, lecz także wicepremier Gowin, któ­ry tak odważnie używał tych argumentów, kiedy był jeszcze platformersem. Równie głęboki sen spowił zawsze skorych do po­lemiki posłów „od ojca Rydzyka”, ale ich przynajmniej można usprawiedliwić, bo mają teraz na głowie do policzenia waż­niejsze rzeczy. Zresztą dziś wsparcie ma­terialne, jakie otrzymuje od rządzących Kościół, nie jest jakoś specjalnie ukry­wane, Dotacje na inicjatywy zakonnika z Torunia może nadal wzbudzają lekkie zażenowanie, ale przestały dziwić.
   Nie oczekuję, że Kościół będzie oceniał każde działanie kogokolwiek w sferze publicznej. Jednak ciekawi mnie, dlacze­go kiedyś nagradzał prezesa Trybuna­łu Konstytucyjnego papieskim orderem, a dziś zwyczajnie brak mu odwagi, żeby publicznie przyznać, że polityka rzą­dzącej partii prowadzi do podważenia autorytetu i paraliżu TK. Tak samo moż­na interpretować brak opinii w takich kwestiach, jak przyjęcie ustawy dającej prawo do niczym nieograniczonej inwi­gilacji czy inne zmiany ustrojowe. Chyba że te sprawy hierarchowie uznają za mało istotne i nie widzą potrzeby, aby o tym mówić. Ale nawet jeśli tak jest, można byłoby publicznie o tym powiedzieć.
   Nie przekreślam szans, że „dobra zmia­na” dotrze także w dziedzinę sporów ideowych i dotknie problemów, które dziś skrywa zasłona milczenia. Ale im wię­cej czasu upływa od zmiany władzy, tym bardziej zastanawiam się, czy faktycznie milczenie Kościoła jest przysłowiowym złotem.
Ks. Kazimierz Sowa jest dziennikarzem, publicystą, byłym dyrektorem ReligiaTV
 
Styl to człowiek

Kilka dni przed jubileuszem An­drzeja Wajdy oczami wyobraź­ni zobaczyłem, jak prezydent Andrzej Duda wraz z małżonką, którą za rzadko widujemy (chociaż jest jego dużym atutem), składają wizytę wielkiemu re­żyserowi i jego małżonce prof. Krystynie Zachwatowicz, która z kolei jest atutem reżysera i często mu towarzyszy. Czyż nie byłoby to piękne i eleganckie: pierwsza para Rzeczpospolitej przychodzi na jubileuszową herbatkę do pierwszego reżysera Polski powojennej? Zamiast tego, jak informuje minister Sellin, Wajda otrzymał „ciepły list od ministra”. „Tyz piknie”, jak mawiają górale.
   Na blogu en passant w internecie całkiem poważnie wystąpiłem z propozycją kurtuazyjnej wizyty prezydenta Dudy u Andrzeja Wajdy na Żoliborzu. Powstrzymałem się nawet od drobnej złośliwości, jaką byłoby napisa­nie, że drogę na Żoliborz pan prezydent już zna i nie byłaby to jego pierwsza wizyta w tej dzielnicy. W sumie niewiele zachodu, tyle co jeden, dwa zjazdy na nartach, a jakiż byłby pożytek! Elegancki gest, ukłon w stronę wielkiego artysty, twórcy „Kanału”, „Panien z Wilka”, „Ziemi obiecanej”, „Dantona” i kilkudziesięciu innych wielkich wydarzeń artystycznych, a także pod adresem inteligencji twórczej. Nie było w Polsce powojennej twórcy, który w większym stopniu kształtował masową wyobraźnię, wpływał na sposób myślenia i debatę o Pol­sce. Pamiętam, jak w czasie „Popiołów”, w atmosferze nagonki na Wajdę, poszedłem zrobić z nim rozmowę do POLITYKI (wywiad się nie ukazał, został skonfisko­wany, choć dziś mówi się, że Wajda był pieszczochem reżimu). - Co pan sądzi o tym, co na temat pańskiego filmu napisał „Żołnierz Wolności”? - zapytałem. - Nic nie sądzę, wszystkie takie wycinki trzymam w pudełku po butach na strychu. Przeczytam, jak będę na emerytu­rze - odpowiedział. Na emeryturze - czyli nigdy, bo Waj­da ma 90 lat i nadal kręci.
   Niestety, pomysł wizyty prezydenta, a jeszcze lepiej pary prezydenckiej, u państwa Wajdów nie spotkał się z żadną reakcją. Może gdybym napisał złośliwie, że pre­zydent zamiast jechać na narty powinien się pokłonić jednemu z największych polskich artystów, echo było­by silniejsze, bo im większy nietakt, tym większe echo. Zgadzam się jednak z prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem, który mówi „Wyborczej”, że powinniśmy trzymać fason. „Czym on jest? - Poczuciem, że czegoś nie wypada. Ugryź się w język, uśmiechnij się, nie przygryzaj ze złości warg”. Łatwo powiedzieć, ale trudniej się zasto­sować. Henryka Krzywonos użyła ostatnio nieładnego określenia wobec (w domyśle) prezesa PiS. Od razu za­brzmiało to fałszywie, to był błąd, jakiego należy się wy­strzegać. To co, że druga strona mówi o zdrajcach, targowiczanach, drugim sorcie, agentach i sprzedawczykach? Nie powinniśmy iść tą drogą. Nie powinniśmy zniżać się do poziomu posła Żalka, który uznał, że uczestnicy mar­szu KOD to esbecy oraz ubecy, czym obraził tysiące ludzi, by następnie skoczyć na drzewo genealogiczne Cimo­szewiczów, dobierając się do dziadka. Nie powinniśmy zniżać się do poziomu rządzącego dziś Polską duetu, któ­ry krzyczał „komuniści i złodzieje - cała Polska z was się śmieje”.
   Z kolei prof. Zybertowicz, do­radca prezydenta (!), wymyślił, że manifestacje KOD w Warszawie i w innych miastach mogą być fragmentem wojny hy­brydowej prowadzonej przez Kreml wobec Polski. Czy­li nastroje prowałęsowe w Polsce szerzy Kreml, chyba z wdzięczności za to, że elektryk ze stoczni obalał sys­tem i wyprosił armię radziecką z naszego kraju. Obecna fala mściwości, której miało nie być, wycinanie i dymi­sje prokuratorów oraz generałów, rewizje w domach i w mieszkaniach, świadczy o tym, że realizowana jest nauka Stalina, iż w miarę budowy socjalizmu walka kla­sowa się zaostrza.
   Skutek: obecne władze, mimo że odniosły przygnia­tające zwycięstwo w wyborach i prowadzą bezapela­cyjnie w sondażach, czują się osaczone, oblężone, wręcz zaszczute. Biedacy! Jest to, moim zdaniem, wyrazem jakiegoś kompleksu. „Przez trzy lata funkcjonowania w życiu publicznym, kiedy byłem kandydatem na pre­miera oraz szefem rady programowej głównej partii opozycyjnej, do niektórych programów TVP nigdy nie zostałem zaproszony” - skarżył się Piotr Gliński w pa­miętnym wywiadzie dla „Rz”. Człowiek, który tyle osią­gnął - profesor, minister, wicepremier - czuje się na tyle niedoceniony i jest na tyle małostkowy, że pamięta i uznaje za wskazane wypomnieć, że nie był zapraszany do niektórych programów TVP i zapewne potrafi je wy­mienić. Mało tego, wicepremier zniża się do porachun­ków z dziennikarzami, którzy lada dzień wylecą lub już wylecieli z pracy. Mówi, że „pan Kraśko miał zlecenia”, zaś „pluszowa, aksamitna" pani Katarzyna Janowska „biega teraz po mediach, żaląc się, że nie jest już sze­fową TVP Kultura”. Nie bez powodu mówi się, że styl to człowiek. Dlatego przy całym szacunku dla wicepre­miera ośmielam się zauważyć, że taki ton nie przystoi ministrowi Kultury przez duże „K”.

Niektórzy ministrowie za szybko strzelają słowami. W rządzie PO-PSL był to np. Radosław Sikorski, w rządzie PiS są to m.in. panowie Gliński i Waszczykowski. Obaj mają do czynienia z trudnym dla władzy ele­mentem. Za czasów PRL to przede wszystkim pisarze, zwani pogardliwie literatami, byli zarzewiem opozycji, pyskowali na posiedzeniach Związku Literatów, i w takich okolicznościach Stefan Kisielewski powiedział o „dyk­taturze ciemniaków”. Dzisiaj Adam Zagajewski, najbar­dziej znany żyjący poeta polski, napisał wiersz „Mamy nowy rząd”, w którym drwi bezlitośnie z obecnej władzy (a i w czasach PRL był niesforny, nie wiem tylko jak ojciec i dziadek...). Z kolei dziesiątki reżyserów podpisały się pod protestem przeciwko praniu mózgów widzom TVP przed projekcją „Idy”. Tak dokładnie było w PRL: puścić, ale obrzydzić. Minister Waszczykowski natomiast ma do czynienia z nie mniej niesforną Ko misją Wenecką i po­litykami takimi jak Schulz czy Kerry. Zamiast im wymy­ślać od lewaków i nieuków, może spróbować elegancko?
Daniel Passent

Anioł powie

Nie musiałem długo cze­kać na jedynie słuszne skomentowanie tego wypadku. Niezawodny Jacek Sasin z PiS był na posterunku.
Powiedział, że za awarię opony w limuzynie prezydenckiej od­powiedzialna jest poprzednia koalicja PO-PSL. Skąd on to wie? Od Jarosława Kaczyńskiego oczywiście, który właśnie doszedł znów do pewności, że PiS zastał jednak Polskę w ruinie. Ta ruina jest ratunkiem dla rządu. Powiedz­my sobie szczerze - brakuje pieniędzy. Unijne dopłaty dla rolników właśnie zemdlały i podobno ockną się w czerwcu dopiero. W innych w dziedzinach gospodarki dobra zmiana trwa, to znaczy obietnice są nadal aktualne, choć wciąż są tylko tym, czym były, i chyba będą w dalszym ciągu tylko tym, czym są.
   Różowo nie jest, ale pal sześć z wyświechtanymi powiedzonkami. Nie ró­żowo ma być, tylko cudownie niebiesko. Od tych teczek pani Szydło. Siedzi w tych błękitach opracowana w najdrobniej szych szczegółach cała przyszłość Polski. Jakiś ubek z KOD (a przecież poseł Żalek wie, że tam innych nie ma) mógłby wrzasnąć, że w szczegółach to tkwi diabeł. Drugi ubek doda, że chę­ciami dobrej zmiany piekło jest wybrukowane, i tak będą jątrzyć. Nie słuchaj­my ubeków. Bierzmy przykład z ojca Tadeusza, który działa, buduje, wierci i rąk nie opuszcza. Bo wie, że w szczegółach z niebieskich teczek nie diabeł tkwi, lecz anioł. Ten anioł mówi Jarosławowi: nic nie zbudujesz, gdy ci tylu wrogów bruździ i niweczy twe wysiłki.
   Myślę, że mógłbym się tu bardzo anielsko rozwinąć, ale diabli mnie ku­szą, bym się streszczał. Zatem pytanie, skąd tych wrogów brać? Na szczęście okazało się, że ci wszyscy w Europie, którzy tak nad nami cmokali, to są fał­szywi przyjaciele. Jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron wrogami. Prof. Zybertowicz, doradca do spraw bezpieczeństwa państwa pasażera limuzyny, nie wyklucza, że Komitet Obrony Demokracji „broni” jej za moskiewskie ruble. Ci dawni ubecy to dziś agenci Putina. Podpuszczają oni europejskich i amerykańskich publicystów, by ci pisali, jak to rząd PiS łamie w Polsce kon­stytucję i demokrację nam wdeptuje w glebę. A te naiwne zachodnie gamonie oczywiście piszą to, o co KOD zabiega. Te artykuły spowodują, że zagraniczni przedsiębiorcy i zachodni inwestorzy zaczną wycofywać z Polski swoje pie­niądze. Taką ich reakcję przewiduje pisowski polityk Adam Bielan.
   Podsumujmy: zachodni dziennikarze piszą głupio, a zachodni biznesme­ni głupio robią, że to czytają i im wierzą. I to przez takich może się lekko omsknąć realizacja obietnic wyliczonych w błękitnych teczkach.

Polskę musimy zmieniać - mówił od początku PiS. I zmienia. O ile do­brze pamiętam, w książce Orwella „Rok 1984" społeczeństwo przyszłości żyje w czasach wielkich wspaniałych zmian z przeszłości. Ja mam dziś pew­ność, że dalsze dobre zmiany w Polsce są mi znane. Właśnie dowiaduję się, że Krzysztof Wyszkowski wniósł do prokuratora generalnego oskarżenie na Donalda Tuska, że szpiegował on na rzecz Niemiec. Czyż nie jest to wspa­niały hollywoodzki scenariusz filmowy dla wicepremiera Glińskiego? Piszę to wszystko 6 marca w niedzielę i nie wiem dokładnie, co przeczytamy w poniedziałkowym wydaniu „wSieci”. A tam podobno kolejne wielkie zmiany w naszej przeszłości. Ze znalezionych w willi Jaruzelskiego dokumentów ma wynikać, że Jarosław Kaczyński wcale nie spał 13 grudnia. Był ważnym wa­lecznym działaczem „S” i czekał, aż przyjdą go aresztować. Coś się ubekom jednak poplątało i nie przyszli, ale nakaz internowania był i jest.
    Wcale mnie to nie dziwi. Jasne, że tak było, jak się dziś o tym pisze. Myślę, że zdjęcia Wałęsy pijącego bruderszaft z Breżniewem to tylko kwestia czasu. A zdjęcie młodego Jarosława Kaczyńskiego, który siedzi w celi i przez szparę w murze widzi Kreml, też może się znajdzie. Zresztą nie wiem - może Kreml, a może... kto wie: Statuę Wolności albo Big Bena? Co widział więzień Jarosław przez szparę w murze w swej celi, dowiemy się niedługo, gdy anioł podszepnie mu, kto jest naszym największym wrogiem.
Stanisław Tym

Psychiatry

Nic nowego, kolego w nocy się nie śpi,
w nocy nie dzwonią niepotrzebni po byle co, nikt nie przeszkadza.
Pies nie wzywa na spacer.
Póki masz naładowany komputer i komórkę mogą ci nawet wyłączyć światło w całej wsi.
Buszujesz. Pracujesz. To albo to, albo równolegle.
Słuchasz muzyki. Oglądasz film. Czytasz jedną z wyrosłej obok łóżka sterty książek.
Może być Scorsese albo niecodzienne felietono-opowiastki Janusza Rudnickiego.
Noc spędzasz w innym świecie.
Zaczynasz pisać list.
Przez ułamek sekundy atakuje cię myśl, że go nie wyślesz, już nie te czasy, nie teraz, już nie.
Wysyłałeś listy sporadycznie, pisane ręcznie do znajomych i nieznajomych, z dobrym słowem; nie ma nic piękniejszego od słów, których się nie wyprzesz. Ale teraz wiesz, że go po drodze przeczytają inni i się nawet o tym nie dowiesz. Więc koniec listów. Zaglądasz na mecz Knicksów.
Spike Lee siedzi ubrany w wytworne tuxedo wprost na oscarową galę, a spędzają tu, tuż za linią boczną boiska. Obok towarzyszy mu aktorski monarcha Dustin Hoffman - i cały świat to widzi.
Wystarcza. Boski protest przeciw rasizmowi.
Zastanawiam się, czy jacyś młodzi ludzie w Polsce nie mogliby przebrać się w sutanny i przed seansami filmu „Spotlight” grzecznie i z uśmiechem wręczać widzom karteczki z jednym słowem „Przepraszamy”.

Siedzisz na łóżku z nogami skrzyżowanymi w niepełnym kwiecie lotosu, bo kości już nie te, i bezszelestnie wertujesz sajty.
Jest normalnie. Na świecie dzieją się rzeczy straszne i piękne, ale mają jakąś logikę.
Omijasz wszystko to, co napisane po polsku, bo wraz z polskim logika zniknie. Dopadnie cię tik powieki. Cieszysz się jedynie, że Kurski na czas projekcji w TVP nie zmienił tytułu filmu „Ida” na „Gnida”, byłoby prosto i bez dyskusji.

Oglądasz debatę Republikanów w Bostonie,
boską prawicówkę Megyn Kelly, dziennikarkę FOX News,
i oddychasz z ulgą: są jeszcze dziennikarze. Normalni. Przygotowani. Nie trzymający przed sobą pliku papierzysk wydrukowanych naprędce z Wikipedii czy Pudelka.
Nie wdający się w kłótnie.
Nie zadający pytań zawierających słowa „podobno” czy „słyszałam, że...” ani polemicznych kontr „a ja pamiętam, jak...” tylko mówiący „proszę zobaczyć”. Wtedy na ekranie widzimy, co powiedział Trump własnymi słowami, a czemu teraz zaprzecza. Nie da się oszukać.
Tu ktoś uratował psa, tam ktoś zaprotestował przeciw rasizmowi. Wstrząsająca fotka matki przerzucającej niemowlę przez zasieki na granicy i mając to wszystko na wyciągnięcie ręki, podsumowujesz świat.
Nie jest piękny, ale jest pociągający.
Zawsze taki był.
Chciałbyś do niego należeć.

*  *  *

Patrzę w ekran, siedzi pan Żalek, twarz spięta żyłą, pulsary rozwibrowane, przed chwilą został po raz kolejny przyłapany na kłamstwie, że najpierw jest sobota, a potem piątek i inne takie. Nikt go nie hamuje, bo nawet nie ma narzędzi w postaci wiedzy, a zresztą po to go zaproszono, by kłamał. Więc z głośnika wartką strugą ciekną brednie, przepływając przez domowe stoły, uszy i umysły ludzi, on o tym wie, choć jest głupi jak but, to jednak jest zawodowym cynikiem. Kilka dni wcześniej wystąpił w roli znawcy koni i po paru odjazdach, gdy okazało się, że nie za bardzo wie, o czym mówi, i tworzy z głowy nieistniejące rasy, stratował go Daniel Olbrychski cytatem z Tischnera: „To, co pan tu mówi, to gówno prawda”.

Żalek to łyżwiarz figurowy,
który właśnie wykonał potrójnego axla
z lądowaniem na nos i tłumaczy,
że tak się teraz tańczy walca.

Grałem kiedyś w szpitalu dla umysłowo chorych w ramach terapii dla pensjonariuszy. Myśmy śpiewali piosenki, oni siedzieli na widowni i strzelali w nas ziarenkami ryżu wydmuchiwanymi przez rurki od automatycznych ołówków. Utkwiła mi w pamięci śliczna dziewczyna, która patrzyła z nadzieją w migoczącą jarzeniówkę i powtarzała w kółko: „Jezus jest jedyną światłością na ziemi, zapala nam światło na korytarzu”. Żalek mnie nie zaskoczy.
Zbigniew Hołdys
http://www.newsweek.pl/zbigniew-holdys,artykuly,381032,1,z.html

Polityka zimnej wody

To będzie, od wyborów parlamentarnych, bodaj najważniejszy politycznie tydzień. Poznamy wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie pisowskiej ustawy o Trybunale, a zaraz potem orzeczenie Komisji Weneckiej Rady Europy w tej samej kwestii. W zasadzie nie ma wątpliwości, że sędziowie polscy i europejscy tę ustawę rozniosą w pył, bo główne jej zapisy wyglądają na prawniczą drwinę i mogłyby zostać ujęte w jednym „Paragrafie 22". W słynnej powieści Josepha Hellera, żeby się zwolnić z wojska, trzeba było zgłosić chorobę psychiczną, ale ponieważ dowodziło to sprytu i rozsądku, nie można było zwolnienia otrzymać. Jeśli więc Trybunał orzeknie o niekonstytucyjności ustawy faktycznie zawieszającej jego pracę, PiS uzna, że TK nie mógł tego uczynić, gdyż jego praca została przecież ustawowo zawieszona.

Byłoby to może zabawne i nie wykluczam, że prezes Kaczyński świetnie się bawi, gdyby nie niosło ponurych konsekwencji. Trybunał nie uzna ustawy PiS; PiS według zasady „i co nam, k..., zrobicie" nie uzna wyroku Trybunału. Trybunał, procedując według dotychczasowych reguł i konstytucji, będzie korygował czy uchylał jakieś zaskarżane przez opozycję zapisy kolejnych pisowskich ustaw - i musi tak robić - a władze państwowe będą domagały się ich respektowania .
   Jarosław Kaczyński jest prawnikiem i nie usprawiedliwia go to, że wyszkolonym w PRL - powinien więc zdawać sobie sprawę, do jakiej anarchii to prowadzi. Koncept silnego państwa, z którym jego formacja szła do wyborów, po ledwie stu dniach rządu może zamienić się w kpinę i ruinę. A prestiż Polski we wstyd. Jeśli zaś  
PiS sięgnie po jakieś formy przemocy, wtedy jeszcze gorzej, bo zacznie się nakręcać coraz trudniejszy do kontrolowania, otwarty konflikt domowy.

Piszemy z konieczności o tych scenariuszach, ale wciąż z niedowierzaniem i poczuciem absurdu. Co się takiego stało, co uzasadnia wpędzanie Polski, jeszcze przed chwilą europejskiej oazy stabilności i rozwoju, w bezprawie, w dygot, w agresję, w uliczne konfrontacje? Dlaczego mamy narażać Polskę na formalne i nieformalne sankcje i polityczny ostracyzm? Czy PiS nie może prowadzić tej swojej „dobrej zmiany" zgodnie z konstytucją?
Przecież nie dostał w wyborach większości pozwalającej zmieniać dowolnie ustrój państwa. Czy liderzy i wyborcy PiS naprawdę nie widzą, że ich partia podważa i odrzuca wynik wyborów, które dały im władzę? Że próbując za pomocą zwykłych ustaw obchodzić konstytucję (i Trybunał), stawiają się poza prawem, prowokując, w najłagodniejszej wersji, do obywatelskiego nieposłuszeństwa i bojkotu? Czy państwo nie możecie rządzić państwem w nieco mniej awanturniczy sposób?

Pytanie zresztą, po co tej nowej administracji aż taka rozległa, niekontrolowana władza, w której jedynym i ostatecznym dawcą prawa jest Jarosław Kaczyński - kontrolujący większość sejmową, premiera i prezydenta - a szafarzem sprawiedliwości prokurator narodowy Zbigniew Ziobro? Dlaczego chcecie być poza jakąkolwiek kontrolą? Czegóż to nie można zrobić bez łamania prawa? Wydać 500 zł na dziecko? Wprowadzić planu Morawieckiego? Przejąć spółek Skarbu Państwa? W ramach prawa możecie państwo nawet zrujnować i zadłużyć kraj na pokolenia, rozbroić armię, rozwiązać licea, wyprodukować sto filmów o Smoleńsku i żołnierzach wyklętych, wstrzymać budowę dróg, a ruszyć z pomnikami, zrujnować stosunki z sojusznikami itd. Jeszcze nie widać, aby już zostały wyczerpane możliwości legalnego działania rządu, więc po co ten gwałt?

Chyba że - co podejrzewamy od lat - w istocie nie chodzi o lepszy lub gorszy plan reformowania kraju, nawet nie o posady dla stu tysięcy obecnych i przyszłych działaczy partyjnych, ale o odwet na tych „Polakach", którzy nie należą do narodu (cyt. za posłem Żalkiem), prowadzą z rozkazu Putina wojnę hybrydową z PiS (prof. Zybertowicz), są komunistami i złodziejami (to sam prezes), swołoczą (red. Pospieszalski z programu, nomen omen, „Warto rozmawiać"), działali w interesie obcych mocarstw (wicepremier Gliński), próbowali zabić prezydenta Dudę (red. Karnowski, Jastrzębowski i inni), tak jak wcześniej zabili prezydenta Kaczyńskiego (min. Macierewicz). Tak, odwet na krzywdzicielach, swoista wewnętrzna czystka etniczna, oddzielanie prawdziwych od nieprawdziwych Polaków wymagają specjalnych ustaw i specjalnych narzędzi. Także zalegalizowania, na przyszłość i na wszelki wypadek, samowoli władzy.
   Jeśli to jest Wielki Plan Kaczyńskiego, to urzędnikom nowego państwa, partyjnym działaczom, sympatykom i wciąż wiernym wyborcom PiS proponowałbym „politykę zimnej wody".
Czyli napić się i ochłonąć.
Jerzy Baczyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz