PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 23 marca 2016

Trochę śmieszno trochę straszno i Mieszczanie się wkurzyli



Wielki Brat patrzy, przybiera groźne miny, jednak gdy się w tym zagalopuje, robi się śmieszny. Może jak się za bardzo nadmie, to pęknie?

RAFAŁ KALUKIN

Jako skrzyżowanie Orwella z Bareją opi­sała naszą polityczną rzeczywistość Agnieszka Holland, Który pierwiastek dominuje? W ogólnym kontekście sta­nu polskiej praworządności i pogarsza­jącej się naszej sytuacji międzynarodowej owych „orwellizmów” oczywiście nie sposób zbagatelizo­wać. Ale już w szczególe „dobra zmiana” przeważ­nie śmieszy. Jak zwykle, gdy mamy do czynienia z inwazją służalstwa, niekompetencji oraz małoś­ci kamuflowanej w patetycznych formach. Tyle dobrego, że po wieloletniej nudzie ciepłej wody w kranie przynajmniej jest się z czego pośmiać.

KOMIZM SŁOWA
Bo jak tu poważnie brać strzeliste pokłony, tłumnie oddawane przez polityków PiS „suwerenowi”? Kontrast pomiędzy wzniosłą ornamentyką tego pojęcia a przyziemną pazernością na wła­dzę, które ono ma osłaniać, jest niewyczerpanym źródłem komizmu. Zwłaszcza gdy za „suwerena” zabiera się główny komik PiS, poseł Stanisław Pię­ta. O Komisji Weneckiej raczył powiedzieć, że to „lewicowe gremium, które uzurpuje sobie prawo do pouczania suwerena”. Oczywiście jeśli już Komisja kogokol­wiek „pouczyła”, to w pierwszej kolej­ności polskie władze (a do pewnego stopnia również opozycję), z całą zaś pewnością adresatem jej wskazań nie był ogół obywateli. Kto więc w demo­kracji Ala Pis jest suwerenem?
   Zresztą każdy reprodukowany w nad­miarze propagandowy slogan obnaża śmieszność propagandysty. Na począt­ku awantury o Trybunał Konstytucyjny zarzut PiS pod adresem unijnych kry­tyków, że nie rozumieją tła konfliktu, jeszcze miał jakiś polityczny sens. Lecz powtarzając go z maniakalnym uporem przy każdej okazji, rząd potwierdzał już tylko podejrzenia, że to powszechne niezrozumienie polskiej specyfiki nie jest dziełem przypadku.
   Nie inaczej jest ze „wstawaniem z ko­lan”, skoro gołym okiem już widać, że w pozycji horyzontalnej Polska miała do powiedzenia o wiele więcej i nie mu­siała nieustannie tłumaczyć się przed sojusznikami ze swych poczynań. Skąd­inąd wiadomo, że z tupiącym bachorem nie ma sensu wojować. Znacznie sku­teczniej jest go zignorować.
   Większość propagandowych sche­matów obecnego etapu ma swoje od­powiedniki w realnym socjalizmie, który oglądany z bezpiecznej histo­rycznej perspektywy śmieszy swoimi absurdami. Skądinąd w czasach sta­linowskich nikomu nie przyszło do głowy rechotać z toporności socreali­stycznych produkcyjniaków, skoro za propagandą kryła się totalitarna gro­za. W dzisiejszej Polsce na razie trudno brać serio propagandę, która w prote­stach KOD dostrzega knowania burżuazyjnych wrogów ludu inspirowanych przez wiadome ośrodki.
   Główne wydania „Wiadomości” TVP oczywiście dostarczają najwięcej powodów do śmiechu - zwłaszcza materiały mistrza gatunku redaktora Klaudiusza Pobudzina. Jego propagandowe pereł- S ki („Opozycja, choć podzielona, twardo maszeruje razem”) za kilka lat zajmą p godne miejsce obok kronik filmowych t z przełomu lat 40. i 50. bądź frag­mentów „Dziennika” TVP ze stanu wojennego.

KOMIZM POSTACI
Dawni władcy nie mieli proble­mu z deficytem autorytetu. Monar­cha absolutny cieszył się boską sankcją i nie musiał specjalnie zabiegać o sza­cunek poddanych. Oświecenie odwróci­ło jednak relację władzy i ludu. Odtąd to nie lud służy władcy, lecz władca - ludo­wi. Jego autorytet nie wynika już zatem z samego sprawowania władzy, musi so­bie na niego zasłużyć. I nie jest to proste, kiedy przychodzi poruszać się w gąszczu poplątanych i często sprzecznych inte­resów. Demokracja poprzez swą zmien­ność niweluje te napięcia. Dyktatura roszcząca sobie pretensje do monopolu w reprezentowaniu ogólnonarodowych interesów tego komfortu już nie ma. Za­wsze bowiem znajdą się grupy społeczne, które inaczej je będą definiować.
   Problem tym większy, że formacje mające swobodny stosunek do demo­kracji nie praktykują jej również we własnej zagrodzie. PiS jest tego klasycz­nym przykładem. Na czele stoi Jarosław Kaczyński, a poniżej rozpościera się spłaszczona struktura dworaków, któ­rych pozycja zależy wyłącznie od kapry­su przywódcy. Ich rywalizacja o łaskę - inaczej niż przed wiekami - odbywa się na oczach obywateli. Co rodzi efek­ty komiczne, bo występując publicznie, funkcjonariusze PiS w pierwszej kolej­ności komunikują się nie z wyborca­mi, ale z Jarosławem Kaczyńskim jako dysponentem przywilejów. A ponieważ - jak zauważył Aleksander Smolar - to Kaczyński jest głównym strażnikiem pisowskiej ortodoksji, przeto dwora­cy licytują się w radykalnych wypowie­dziach aż do utraty sensu i rozumu.
   To tłumaczy, dlaczego ludzie z jakimś dorobkiem - jak doświadczony dyplo­mata Witold Waszczykowski albo pro­fesor socjologii Piotr Gliński - stają się prymusami osobliwego stylu reto­rycznego PiS i bez skrępowania plo­tą bzdury godne internetowego trolla. Zaprzedając duszę prezesowi, zarazem tracą szansę na zdobycie szerokiego autorytetu społecznego, stają się zabawnymi figurkami na szachownicy wodza. Publiczna licytacja kończy się farsą.
   Farsowego wizerunku nie są w sta­nie ustrzec się nawet osoby nominalnie znajdujące się na szczycie państwowej hierarchii. A może zwłaszcza one, sko­ro powaga ich funkcji jaskrawo roz­chodzi się z faktycznymi wpływami. Bo tylko polityk własnymi rękami sięgają­cy po władzę jest naprawdę poważny. Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniew­ski, Leszek Miller, Jarosław Kaczyń­ski i Donald Tusk miewali rozmaite śmiesznostki, lecz żaden z nich nie był śmieszny. Ale namaszczani przez par­tyjnych liderów premierzy i prezydenci borykali się z tym problemem. Im bar­dziej władcze pozy starali się przybie­rać, tym żałośniej się prezentowali.
   Jakże więc przyjmować dobitne oracje Andrzeja Dudy, skoro prezydent w rzeczywistości nie prowadzi żadnej realnej polityki? To kartonowa kreacja skrywająca fasadowość oficjalnej hie­rarchii państwa PiS. Jedyną racją pub­licznego funkcjonowania prezydenta jest bowiem zastany kształt konstruk­cji ustrojowej państwa, gdzie większość decyzji zależy od jego podpisu (bądź od odmowy jego złożenia). Jest więc An­drzej Duda głową państwa czy tylko jego ręką? Służy państwu swymi zdol­nościami intelektualnymi czy manual­nymi? Im dłużej jest zakładnikiem tego dylematu, tym bardziej pogłębia się jego farsowy wizerunek.
   W mniejszym stopniu ten przykry syndrom jest również udziałem Bea­ty Szydło. Jej bezgraniczna lojalność wobec prezesa, która w przyszłości za­prowadzi panią premier przed Trybu­nał Stanu, na swój sposób może budzić podziw. Ale autorytetu naturalnie nie buduje. Pozostają więc próby odgór­nego jego narzucania, aby aparat biu­rokratyczny i obywatele nie odczuli zbyt boleśnie fundowanej im fikcji. Co wcześniej czy później kończy się na „łu-bu-dubu, niech nam żyje prezes klu­bu”. Kalendarze z obliczami prezesa PiS, prezydenta i pani premier, zdobią­ce ściany w gmachu CBA, są tego drob­nym, acz smakowitym przejawem.
   Jedyną figurą w obozie władzy z real­nym autorytetem jest naturalnie Jaro­sław Kaczyński. Polityk tyleż władczy, co nieodgadniony. Nawet jeśli bywa śmieszny w swych zachowaniach, to ośmieszyć go nie sposób. I nawet je­śli prowadzi Polskę ku marionetko­wej dyktaturze niczym z „Króla Ubu”, to sam zawsze będzie bliższy pełno- krwistym władcom z Szekspirowskich dramatów.

KOMIZM ESTETYKI
Wynika z kontrastu pomiędzy ana­chronizmem wartości uznanych przez PiS za dominujące a ogólnym standar­dem cywilizacyjnym epoki. I w mniej­szym stopniu chodzi tu o prawicowy tradycjonalizm sam w sobie, który jest dosyć głęboko zakorzeniony spo­łecznie, bardziej o siermiężne sposo­by manifestowania go w przestrzeni publicznej.
    Przykładów jest bez liku i co dzień przybywają nowe. Kilka z brzegu: obiet­nice hollywoodzkich superprodukcji o polskich triumfach dziejowych, kicz telewizyjnego widowiska o Żołnierzach Wyklętych (jego tytuł - „Cześć i chwa­ła bohaterów w wierszu i boju” - to czysty Bareja!), komentarze do „koron­ki do miłosierdzia bożego” rozesłane przez MSZ do Instytutów Polskich zaj­mujących się za granicą promocją pol­skiej kultury, budowanie przez MON „chrześcijańskich fundamentów nasze­go systemu obronnego”.
    Cały ten kulturkampf w ogóle nie za­prząta sobie głowy skutecznością swych perswazji. Jakby uwierzył we włas­ną propagandę o fasadowości narzu­conego Polakom przez Zachód kanonu politycznej poprawności i uznał, że na­tarczywa demonstracja tradycyjnych wartości wystarczy do odzyskania he­gemonii w obszarze kultury. I choć zda­rzają się wyjątki od tej reguły (choćby w ambitnych deklaracjach szefa TVP Kultura Mateusza Matyszkowicza), to skończy się najpewniej zalewem topor­nych produkcyjniaków, estetycznie bli­skich dawnym dziełom PRL-owskich „ułanów z Rakowieckiej”, których obśmiewanie upodobał sobie Stanisław Bareja.
   I nie jest to wcale perspektywa naj­gorsza. Dziesięć lat temu IV RP nie upadła przecież pod wpływem prote­stów społeczeństwa, lecz pod ciężarem własnej śmieszności. Tamten projekt obiecywał rewolucję, lecz skończył się farsą i obciachem. Pozostawił po so­bie wspomnienie naburmuszonych min zakompleksionych dygnitarzy, bogoojczyźnianego obskurantyzmu, teo­rii o dinozaurach goniących za ludźmi, krucjat przeciwko Gombrowiczowi i dziesiątek innych nonsensów.
   Dziś w polemicznych starciach PiS jeszcze jest w stanie neutralizować za­rzuty o niszczenie demokratycznych fundamentów państwa. Bo choć obec­ny projekt Kaczyńskiego jest pokrętny - trudny do jednoznacznego określenia, to zachowuje pozory pewnej spójności. Opozycja nie ma projektu alternatyw­nego; śmiało można więc dowodzić, że jej obrona demokratycznego państwa prawa jest jedynie próbą powrotu do odrzuconej przez wyborców rzeczywi­stości ostatnich lat. Stabilność popar­cia dla PiS wskazuje, że ten stan rzeczy może jeszcze długo potrwać.
   Długo, lecz nie wiecznie. Choć aktyw­ny sprzeciw społeczeństwa obywatel­skiego przeciw orwellowskim zakusom władzy jest widowiskowy, to możliwe, że w dużo większym stopniu pogrążą ją jej własne bareizmy.

Mieszczanie się wkurzyli

Najlepszy sort polskiego społeczeństwa przebudził się, kiedy został przez Kaczyńskiego przyciśnięty do ściany.

W sytuacji radykalne­go konfliktu poli­tycznego, w którym stawką jest prze­trwanie państwa i prawnego ładu, zaczyna się liczyć wy­łącznie prosty rachunek sił. Kto uznaje to państwo za swoje i chce go bronić, a kto chce to państwo zniszczyć do końca, „bo mu nic nie dało” albo „dało za mało” czy „nie pozwoliło spełnić ambicji” - ekono­micznych, godnościowych. No i wreszcie, kto się temu najważniejszemu konflikto­wi przygląda z dystansem, ze zblazowa­niem albo z rozdziawioną gębą; myląc politykę, a nawet własne życie z seria­lem, tyle że fajniejszym, bo rozgrywa­nym w realu.
   W tym sporze wciąż nie najlepiej wy­padają partie opozycji. Platforma Oby­watelska nie może dojść do siebie po nokaucie wyborczym. Nowoczesna ma wyrazistszy język i bardziej żywy wize­runek, ale dopiero buduje masową partię i szerszy społeczny przekaz. W tej sytua­cji dopiero pojawienie się KOD pokazało, kto polską transformację i polskie pań­stwo naprawdę może obronić; kto już od­zyskał ulice polskich miast, na których wcześniej można było zobaczyć wyłącz­nie tłumy wyznawców Jarosława Ka­czyńskiego, zwolenników Radia Maryja czy protestujących związkowców. I kto odzyskuje zmonopolizowaną wcześniej przez prawicę obywatelską aktywność (zbieranie podpisów pod projektami ustaw, samokształcenie, dyskusje z twór­cami, naukowcami, politykami).
   Na razie na to pytanie najchętniej od­powiadają przedstawiciele władzy i jej PR-owcy. Powtarzają, że to „lemingi”, „oligarchowie w futrach z norek”, „Pola­cy gorszego sortu” i „zdrajcy”.
   Widać, że Kaczyńskiego coraz bar­dziej złości to, że na ulice - po raz pierw­szy od 1989 roku - masowo wyszły stara polska inteligencja i nowe polskie miesz­czaństwo. By bronić III RP i polskiej transformacji jako własnego dorobku życiowego.
Jarosław Kaczyński jest wściekły, bo wie doskonale, że polityczne przebudze­nie polskiego mieszczaństwa będzie jego końcem.

WYJŚCIE Z SZAFY
W 1989 roku w Polsce nie tylko skończył się komunizm, ale też za­częła się nowa Polska - Polska miesz­czańska, Polska klasy średniej. Nawet jesienią 2015 roku, w momencie swej najważniejszej politycznej porażki, stara polska inteligencja i nowe pol­skie mieszczaństwo okazały się wier­ne III RP. Wśród wyborców pomiędzy 30. a 59. rokiem życia, ze średnim i wyż­szym wykształceniem, w inteligenckich czy specjalistycznych zawodach, wśród drobnego i średniego biznesu, wresz­cie wśród mieszkańców średnich i du­żych miast PiS i Kukiz’15 przegrywały z PO, Nowoczesną, PSL i Zjednoczo­ną Lewicą. Czyli z ugrupowaniami, które w lepszym czy gorszym stylu broniły transformacji, III RP, a także podstawo­wego geopolitycznego wyboru po roku 1989, czyli dążenia do ulokowania Pol­ski w politycznych i gospodarczych strukturach liberalnego Zachodu.
   Kaczyński z właściwym sobie nega­tywnym geniuszem wykorzystał fakt, że III RP była budowana dla mieszczań­stwa, ale coraz bardziej bez jego poli­tycznego udziału. Raczej pod hasłem powtarzanym przez kolejne centrowe partie: „Mamy wszystko pod kontrolą, nie musicie się angażować, możecie się zająć własnym życiem, biznesem, karierą”.
   Ten usypiający komunikat był proble­mem III RP od samego początku, ale za rządów Platformy stał się dominującym, demobilizującym liberalne mieszczań­stwo, wyłączającym je z polityki. Ko­munikaty do własnego elektoratu były coraz bardziej letnie, a liberalni kandydaci w wyborach prezydenckich czy parlamen­tarnych zajmowali się sobą, dziękowali sobie za współpracę, chwalili wzajemnie swój historyczny i współczesny dorobek, a do wyborców kierowali komunikat: na pewno wygramy, nie mamy z kim prze­grać, nie ma dla nas alternatywy.
   Alternatywy faktycznie nie było - w każdym razie takiej, która byłaby dla liberalnego mieszczaństwa bezpieczna. W tym samym bowiem czasie, kiedy było ono tak skutecznie uspokajane i usypia­ne, mobilizowały się w Polsce wszystkie siły, które liberalizmu i mieszczaństwa nienawidziły. Mobilizowały się w imię al­ternatywy narodowej przeciwko imitacji liberalnego Zachodu, w imię alternaty­wy wyznaniowej dla świeckiej cywiliza­cji śmierci, w imię ogólnego wkurzenia przeciwko liberalnym lemingom, a nawet w imię nostalgii za PRL, za tym wspania­łym czasem pełnego zatrudnienia, rów­ności, silnego polskiego przemysłu (dane z PRL-owskich roczników statystycznych cudem zyskały wiarygodność), które zniszczył Balcerowicz, zniszczyli Niem­cy, zniszczyła Unia.
   Proporcje zaangażowanych politycz­nie liberalnych mieszczan i zaangażo­wanych politycznie wrogów liberalizmu, populistów, stawały się coraz bardziej niebezpieczne - na niekorzyść tych pierwszych. Jak gorzko mówi Joanna Scheuring-Wielgus, dziś posłanka No­woczesnej z Torunia (wcześniej pra­ca w Londynie na zmywaku, potem 13 lat w korporacji, wreszcie działalność w NGO i ruchach miejskich): „Mam 44 lata i wiem, że jako pokolenie nie mieli­śmy wcześniej takiego momentu w ży­ciu, żeby wspólnie o coś zawalczyć. Ja, działając społecznie, spotykałam tylko religijnych i narodowych sekciarzy, tylko oni byli zmobilizowani. Ci nie sekciarscy pozostawali prywatni, słuchali idące­go od różnych partii komunikatu, że nie są w polityce do niczego potrzebni. Do­piero teraz, na manifestacjach KOD, po raz pierwszy w jakimś zbiorowym kon­tekście spotkałam moich znajomych po czterdziestce, którzy wycofali się w głębszą prywatność na dwadzieścia lat. Po­myślałam, kurczę, jednak wyszli z szafy”.

KIEDY MIESZCZAŃSTWO ZASYPIA...
W Polsce uważamy (całkowicie błęd­nie), że liberalna demokracja to ustrój, który powstał wyłącznie dzięki reformom. Tak samo z pracy, a nie z walki rodziło się ponoć nowoczesne zachodnie mieszczań­stwo. Ale to nie jest historyczna prawda. Nowoczesne zachodnie mieszczaństwo rodziło się w walce i potrafiło się bronić. Amerykańska wojna o niepodległość, nie bez racji nazwana rewolucją amerykań­ską, była rewoltą mieszczaństwa: klasy średniej, kupców, nauczycieli, bostońskich piwowarów, choć także drobnych właś­cicieli ziemskich. W Wielkiej Brytanii mieszczańska rewolucja Cromwella ścięła króla i przetrzebiła arystokrację, podobnie jak mieszczańska rewolucja we Francji.
   Tymczasem w Polsce rok 1989 był re­wolucją wyjątkowo łagodną. Bardziej może wykorzystaniem geopolitycznej szansy. Jedyny moment polskiej trans­formacji, kiedy na scenie pojawił się po­litycznie zmobilizowany lud, to były wybory 4 czerwca 1989 roku. Resztą za­jęły się okrągło stołowe polityczne elity, podczas gdy nowe polskie mieszczaństwo - zarówno postinteligenckie, jak i do­kooptowane z innych grup społecznych w epoce szczęki pierwszych wyjazdów na saksy zajęło się pracą, budowaniem ma­jątku, wychowaniem dzieci. Powróciło do życia prywatnego.
   Jednak wszystkie antymieszczańskie nostalgie, resentymenty, nienawiści po­zostały w sferze publicznej obecne i szu­kały skutecznej politycznej reprezentacji. Już sukces Tymińskiego powinien był uświadomić, że mieszczańska rewolucja w Polsce jeszcze nie wygrała. Potem były Samoobrona, LPR - wszystkie te drobne (w porównaniu z dojrzałym PiS) ćwicze­nia z antyliberalnego, antyzachodniego i antymieszczańskiego populizmu. A po­tem był paroksyzm pierwszych rządów Kaczyńskiego, po którym letni - tak jak jego woda w kranie - przekaz Tuska miał uspokajać polskie mieszczaństwo, że znów znalazło się w dobrych rękach.
Tymczasem wydarzył się Smoleńsk - martyrologiczne wunderwaffe antyliberalnej prawicy, która przedstawicieli nowego polskiego mieszczaństwa nie na­zywała już inaczej niż lemingami.

MŁODZI JAKO BALAST
Ruchy miejskie były szansą na odno­wienie oblicza Platformy, prawie całkowi­cie (wyjątkiem był Poznań) zmarnowaną. Znów oddajmy głos Joannie Scheuring-Wielgus: „Zanim utworzyliśmy w Toru­niu nasz Czas Mieszkańców wielokrotnie uderzaliśmy do PO z różnymi pomysłami dla miasta. Platforma wydawała się na­turalnym partnerem. I co? Totalna pa­sywność, czekanie na sygnał z centrali. Z wkurzenia na to wzięły się ruchy miej­skie. PO już po jakichś trzech latach rzą­dzenia na poziomie centralnym totalnie odleciało i straciło kontakt. Ale najpierw zaczęło to być widoczne właśnie na pozio­mie miast, polityki miejskiej”.
    Nie tylko nowe pomysły były zbywa­ne, ale także całe młodsze pokolenie, które te pomysły mogło do polskiej polityki wprowadzić. Joanna Mucha, dziś jedna z najlepiej rozpoznawalnych twa­rzy Platformy Obywatelskiej, wspomina, że kiedy w 1998 roku jako nieznana ni­komu 22-latka wstępowała do Unii Wol­ności, zajęło to jej tylko dwa dni. Kiedy parę lat później, w 2002 roku, próbowa­ła wstąpić do Platformy Obywatelskiej, nikt jej nie chciał zapisać, mimo że i tak był to okres największej żywotności tej partii. Pomogło dopiero to, że pracowała w tym samym instytucie z Zytą Gilowską, wówczas jedną z liderek Platformy, któ­ra do kogoś zadzwoniła i niechętni apa­ratczycy Muchę przyjęli. Skąd ten opór? Cóż - młodzi byli przez działaczy rządzą­cej partii postrzegani wyłącznie jako ba­last, potencjalna konkurencja.
   To nieprawda, że 40-, 30-, 20-latkowie byli i są wyłącznie prawicowi. Przekonu­jemy się o tym, kiedy widzimy coraz licz­niejszych młodych na manifestacjach KOD (mnie rozbawił ostatnio pewien 20-latek o wyglądzie komputerowego nerda, który niósł pod pałac prezyden­cki własnoręcznie sporządzony plakat z napisem „Jestem bardzo zdenerwowa­ny”, oddający także moje uczucia). Ale prawdą jest, że tylko prawicowi 40-, 30-, 20-latkowie dostawali zaproszenie do polityki, podczas gdy młodzież liberal­na była przez nestorów z Platformy zby­wana. Dlatego zaczęła działać w ruchach miejskich, a potem w Nowoczesnej. Gdy Platforma zaczęła się otwierać na mło­dych, było już za późno.
   Liberalne mieszczaństwo odda­ło przeciwnikom III RP ulicę i ma­sową obywatelską aktywność. Takie inicjatywy jak świecka szkoła (150 tys. podpisów pod projektem ustawy li­kwidującej finansowanie lekcji religii z budżetu) czy projekt „My, miesz­czanie” Tomasza Platy z udziałem rozpoznawalnych publicznie intelek­tualistów (Andrzej Leder, Agata Bielik-Robson) to już było ocknięcie się tuż przed klęską, w cieniu nieuniknio­nej katastrofy.
*  *  *
   Kaczyński zdobył władzę i zaczął pa­cyfikować mieszczańską rewolucję roku 1989. Jednak jej obrońcy wreszcie się przebudzili. Jak na polskie standardy w czasie wspólnych protestów wyjątko­wo mało jest podstawiania sobie nóg. Li­derzy Komitetu Obrony Demokracji nie chcą zastępować partii, a partie uczą się korzystać z ogromnego mobilizacyjnego zaplecza, które tworzy KOD.
   Bez względu na formy organizacyj­ne rodzi się jeden ruch reprezentujący nowe polskie mieszczaństwo liberalne, które powraca do polityki, bo rozpoczęła się wojna o wszystko, wymuszająca twar­dą konieczność „policzenia się” i odzy­skania państwa.
Pozostaje mieć nadzieję, że nie powra­ca zbyt późno.
Cezary Michalski
ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz