PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 1 marca 2016

O szulerze, który ograł szulera



Sprawa „Bolka” nie miałaby takiej rangi, gdyby Lech Wałęsa nie spotkał na swej drodze Jarosława Kaczyńskiego. Ich toksyczny sojusz przyspieszył upadek obozu solidarnościowego. A późniejszy konflikt doprowadził do upadku solidarnościowego mitu.

RAFAŁ KALUKIN

SCENA PIERWSZA: SPOTKANIE
Był lipiec 1980 roku. W Słupsku od­bywał się proces młodego robotnika Marka Kozłowskiego, którego milicja wrobiła w przestępstwo. Jarosław Ka­czyński przybył z Warszawy wraz ze Zbi­gniewem Romaszewskim, aby wesprzeć chłopaka. Dołączył opozycyjny gdański adwokat Jacek Taylor oraz dwaj młodzi działacze Wolnych Związków Zawodo­wych z Trójmiasta.
   Relacja Kaczyńskiego (1991): „Wra­caliśmy z tego procesu do Gdańska, ci dwaj z WZZ (...) opowiadali, że nie mają pieniędzy, że Lechu dał im za mało pie­niędzy. Wysiedliśmy wreszcie z powo­li jadącego pociągu osobowego Słupsk
- Gdańsk i tam gdzieś czekał na tych lu­dzi taki nieduży człowiek z wąsami. I to był Lech Wałęsa. Podaliśmy sobie rękę i tyle. Wcześnie słyszałem o nim, natu­ralnie, od brata”.
Na pytanie dziennikarki, czy miał przeczucie, że będzie to jedna z najwięk­szych polskich karier politycznych, Ka­czyński odparł: „Uczciwie mówiąc, nie miałem najsłabszego przeczucia na ten temat. Zwróciłem na niego uwagę, bo tyle o nim opowiadali w drodze, byli kompletnie bez pieniędzy, pamiętam, że nawet postawiłem im piwo. Myślę, że chyba był tam przypadkowo, nie wy­obrażam sobie, żeby specjalnie po nich wychodził na dworzec. Ale nie wiem, może?”.
Kilka tygodni później w Stoczni Gdań­skiej wybuchł wielki strajk i „nieduży człowiek z wąsami” urósł niebotycznie.
SCENA DRUGA: WSPÓŁPRACA
Sierpień 1989 roku. Z upoważnienia Wałęsy Kaczyński właśnie dopiął koalicję Obywatelskiego Klubu Parla­mentarnego z ZSL i SD. Pozostała jeszcze kwestia, kto stanie na czele pierwszego solidarnościowego rządu.
   Opowiadał Kaczyński Teresie Torańskiej: „Pojechałem do Wałęsy, do jego domu na wieś, razem z Leszkiem [Ka­czyńskim] i Puszem. W Węsiorach kłó­ciliśmy się z nim parę godzin. Wałęsa nie chciał Mazowieckiego. Powiedziałem mu: to może Olszewski. Nie, nie - za­protestował - znajdź kogoś młodsze­go. Teraz jestem przekonany, że myślał o mnie, ale ja po pierwsze, jego zamia­rów nie wyczułem, a po drugie, gdybym nawet wyczuł, to i tak bym się premie­rostwa nie podjął. OKP na dźwięk mego nazwiska umarłby przecież ze śmiechu.
   To Hall - zaproponowałem - jest młody, ma pozycję, zaplecze, stoi za nim Ruch Młodej Polski, który stwo­rzył. Ale Wałęsa Halla też nie chciał. Teraz wiem, że dlatego, iż Hall zwią­zany był z Mazowieckim i nie jest fa­cetem, który by się go słuchał. Wałęsa bowiem na premiera chciał kogoś, kogo by twardo trzymał, kim by sterował i kto bez niego nie wykonałby żadne­go ruchu. Tłukliśmy mu więc do głowy tego Mazowieckiego i on w końcu mio­tając słowami, powszechnie uważany­mi za obraźliwe, zgodził się”.
   Realną alternatywą dla Mazowieckie­go był wtedy tylko Bronisław Geremek. Ale jego pozycja za bardzo już uro­sła. Zgodnie z wypróbowaną wałęsowską metodą należało go zrównoważyć kimś innym. Zresztą reprezentował inną koncepcję, zarysowaną przez Adama Michnika w słynnym tekście „Wasz pre­zydent, nasz premier”: Solidarność two­rzy rząd, ale w koalicji z reformatorskim skrzydłem PZPR. Czyli pragmatykami z chwiejącej się partii komunistycznej, których liderem był Aleksander Kwaś­niewski. Natomiast Kaczyńskiemu cho­dziło o zepchnięcie komunistów do opozycji poprzez odbicie im satelickich sojuszników.
   Gdy wybuchnie wojna na górze, Ka­czyński będzie twierdził, że udało mu się obalić złowieszczy plan Geremka bu­dowy wielkiego obozu solidarnościowo-postkomunistycznego, który miał zmonopolizować scenę. Po latach bli­ski wtedy Geremkowi Jan Rokita wyjaśni, że chodziło o coś wręcz odwrotnego: „[Geremek] Stawiał na rozbicie partii i wyciągnięcie stamtąd komunistów po­słusznych i skłonnych się przefarbować. Kaczyński potrafił szybciej przyprzeć komunistów do muru, dzięki manewro­wi z ZSL i SD, ale za cenę zachowania u władzy ekipy stanu wojennego”.
   Faktycznie, choć PZPR formalnie zo­stała zepchnięta do opozycji, do rządu Mazowieckiego weszli najbliżsi współ­pracownicy Jaruzelskiego: Kiszczak do MSW, Siwicki do MON. Miała to być po­lisa ubezpieczeniowa dla sił starego re­żimu i Moskwy. Negocjujący umowę koalicyjną Kaczyński dostał od Wałęsy list z poleceniem wyrwania komunistom wszystkich resortów;, łącznie z siłowymi. „Gdybym tę jego instrukcję chciał wyko­nać, to następnego dnia nie byłoby już żadnych rozmów, bo komuny na takie ustępstwa nie było stać” - naśmiewał się później Kaczyński.
   Zapewne nie bez racji. Ale i tak warto ten incydent przypomnieć współczes­nym badaczom zgniłego realizmu epoki pomagdalenkowej.

SCENA TRZECIA: ZERWANIE
Najpełniejszą relację  z tego spot­kania przedstawił w swoich wspomnie­niach Jacek Kuroń. Jesień 1991 r., właśnie odbyły się pierwsze wolne wybory. Do Belwederu przybywają liderzy Unii De­mokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Porozumienia Centrum.
   Wchodzi prezydencki minister Mie­czysław Wachowski. Niesie tacę z kie­liszkami i butelką brandy. Belwederskie konsultacje polityczne nie były dotąd za­krapiane. Wszyscy wiedzą, że gospodarz nie przepada za alkoholem. Okazja musi być wyjątkowa.
   Lech Wałęsa uroczyście ogłasza, że na premiera desygnowany będzie Geremek. Gwałtowny protest ze strony Kaczyń­skiego - że to będzie rząd kontynuacji.
- Jak ja bym był premierem rządu, za którego kadencji zyski budżetu obniżyły się do 40 procent przewidywanych, to- bym się schował - zżyma się prezes PC. To aluzja do Bieleckiego, którego właś­nie dobiegające premierostwo przypad­ło na załamanie się finansów państwa w warunkach ostrej recesji. Ale Bielecki ma wejść do nowego rządu.
   Wałęsa: - Co ty byś zrobił w gospodar­ce, to ja nie wiem, bo nie miałeś okazji spróbować. Natomiast o dekomuniza­cji mówiłeś cały czas, a po twoim odej­ściu Kancelaria Prezydenta okazała się najbardziej komunistyczną instytucją w Polsce.
   To aluzja do polityki kadrowej Kaczyń­skiego, który kierował prezydencką kan­celarią i pozostawił na eksponowanym stanowisku Jerzego Breitkopfa odzie­dziczonego jeszcze po Jaruzelskim. Miał bowiem gwarantować „porządek w papierach”.
   - Żadnej kontynuacji! - powtarza Ka­czyński. I grozi Wałęsie, że polityczna odpowiedzialność spadnie na niego. Wa­łęsa krzyczy: - Przecież to wy doprowa­dziliście do tego, że leciałem z siekierą na swoich najbliższych przyjaciół! Roz­począłem wojnę na górze, a nie miałem racji! To ty obiecywałeś dekomuniza­cję! Ty obiecywałeś przyspieszenie! Ja głupi uwierzyłem we wszystko! Naopo­wiadałem ludziom, i co? Mam się teraz powiesić, bo nie dotrzymałem? Musimy dotrzymać tego, co obiecaliśmy, i dlatego musimy wspólnie pracować! Inaczej nie damy rady.
   Kaczyński przerywa, też krzyczy. Świadkowie nie bardzo już jednak rozu­mieją, o co chodzi. - Zajmie się tobą pro­kurator! - wygraża Wałęsa. To zapewne zapowiedź ujawnionej w niedalekiej przyszłości afery „Telegrafu”.
   - Jeszcze zobaczymy, kim się zaj­mie - odpowiada Kaczyński i trzaska drzwiami.

*  *  *
   Tamtego dnia Wałęsa podjął ostatnią próbę ponownego zjednoczenia obo­zu solidarnościowego. Nagle okazało się, że wojna na górze z 1990 roku była z jego strony tylko rozgrywką taktyczną. Pacyfikacją ambicji solidarnościowych możnowładców - zwłaszcza Mazowie­ckiego i Geremka. Wałęsa nie zamierzał ich niszczyć, chciał im tylko wskazać miejsce w hierarchii. Rozgromić, a na­stępnie na własnych warunkach zaprosić do nowego rozdania. Temu miały służyć wojna na górze, ideologia przyspieszenia i wspierany przez Wałęsę straszak w po­staci PC braci Kaczyńskich.
   Kaczyńskiemu chodziło jednak o zniszczenie. Zdawał sobie sprawę, że dotąd Wałęsa traktował go instrumen­talnie. W ciągu poprzednich dwóch lat sam go traktował dokładnie tak samo. W 1989 roku brakowało mu opozycyj­nych zasług, by grać w tej samej lidze, co rywale. Potrzebował więc mocnego oparcia, aby wyrąbać sobie miejsce. Gdy namawiał Wałęsę do wskazania Mazo­wieckiego na premiera, przede wszyst­kim neutralizował wpływy Geremka i Michnika. Gdy następnie Mazowiecki nie pozwolił się Wałęsie sterować i za­czynał się tlić nowy konflikt, Kaczyński pod hasłem przyspieszenia zaczynał po­pychać wodza Solidarności w stronę totalnej konfrontacji. Miała mu ona za­pewnić wejście do gry.
   Na początku 1990 roku kluczowe było to, po czyjej stronie opowie się we­wnętrznie rozdarty Geremek. Uwa­żał, że rząd Mazowieckiego zbyt wolno wprowadza zmiany, też chciał przyspie­szyć, choć otwarcie nie krytykował. Lecz Wałęsę szanował, uznawał jego ambicje prezydenckie i nie szukał konfliktu. Zna­lazł się jednak w sytuacji bez wyjścia, gdy Wałęsa odebrał mu kierownictwo nad komitetami obywatelskimi. Współczes­ny apologeta Wałęsy Robert Krasowski twierdzi, że zadecydowały intrygi Ka­czyńskiego, który tygodniami sączył wodzowi plotki o zdradzieckich knowa­niach Geremka. Gdyby nie to, spór w so­lidarnościowej elicie pewnie udałoby się zażegnać.
   Ludwik Dorn opowiadał, że często wtedy słyszał od Kaczyńskiego: „Nie miej złudzeń co do Wałęsy”. Bo choć Ja­rosław cenił polityczne talenty przy­wódcy Solidarności, to - podobnie jak jego antagoniści z czasów wojny na gó­rze - doskonale wiedział, że przymio­tów prezydenckich Wałęsa nie ma. Był jednak bardziej przenikliwy i zdawał sobie sprawę, że ta prezydentura jest nieuchronna.
   Stworzył więc misterny plan: Zgro­madzenie Narodowe wybiera Wałęsę na prezydenta, ten ogłasza wybory par­lamentarne, nowy parlament uchwala konstytucję przewidującą powszechne wybory prezydenckie i w krótkim cza­sie dochodzi do kolejnej prezydenckiej elekcji. „Ja osobiście - nie ukrywam - byłem przekonany, że Wałęsa, po roku rządzenia, te wybory by przegrał” - mó­wił Torańskiej. Chodziło więc o to, aby najpierw rękami Wałęsy zniszczyć so­lidarnościową konkurencję, a następ­nie jego samego odesłać na emeryturę. I na dymiących zgliszczach zgarnąć całą pulę.
   Ale plan nie wypalił, bo zaplecze Ma­zowieckiego źle skalkulowało potencjał swego lidera i już w połowie 1990 roku rzuciło hasło powszechnych wyborów. Wałęsa ten pomysł natychmiast poparł - o czym zresztą bracia Kaczyńscy do­wiedzieli się z gazet. Prezydent Wałę­sa z silnym mandatem nie pasował do ich koncepcji, lecz nie mieli wyjścia - musieli kontynuować grę. Ich patron pewnie zresztą przeczuwał, co piszczy w trawie, skoro zaczął blokować wstę­powanie komitetów obywatelskich do budowanego przez Kaczyńskiego Poro­zumienia Centrum.
   Wydawało się, że w tej szacho­wej rozgrywce to Wałęsa jest górą. Po wyborach prezydenckich wygasił ofensywę i porzucił ideologię przyspie­szenia. Powolnym sobie premierem zro­bił niemal anonimowego Bieleckiego, zwlekał z ogłoszeniem nowych wyborów parlamentarnych.
   - To co? Zostajemy tu do emerytury? - w dniu inauguracji prezydentury son­dował w Belwederze zamiary swego głów­nego sojusznika. Kaczyński - choć został szefem prezydenckiej kancelarii - zna­lazł się w pułapce. Musiał autoryzować zachowawczość Wałęsy, bo elektorat PC nie zrozumiałby antyprezydenekiej wol­ty. Trzeba było robić dobrą minę, znosić rosnące wpływy Wachowskiego i cierpli­wie czekać na wybory parlamentarne.
   Czekał aż rok, po czym odpłacił się Wałęsie pięknym za nadobne. Wybor­czy wynik PC nie imponował, ale w roz­drobnionym Sejmie każdy mandat był istotny. Bez Kaczyńskiego Geremek nie stworzył rządu. Prezes PC wykonał za to kolejny błyskotliwy manewr i wbrew Wałęsie stworzył kruchą większość pod gabinet Jana Olszewskiego. Tak powstał rząd, który w prawicowej legendzie miał być pierwszą próbą zerwania z „dykta­tem Okrągłego Stołu”.
   W rzeczywistości był gabinetem roz­paczliwie słabym. Szybko stracił więk­szość i jego los wydawał się przesądzony. Kaczyński próbował ratować ten układ. Był tak zdeterminowany w walce z Wa­łęsą, że wymyślił, iż rządowi zapewnią większość Geremek z Mazowieckim. Owszem, też obawiali się autorytarnych zapędów Wałęsy. Lecz od radykalizują- cej się prawicy zaczynała ich już dzielić bariera kulturowa. Pewnie dlatego Ol­szewski przeciągał negocjacje z Unią De­mokratyczną i sprawa upadła.
   Upadający rząd zdążył jeszcze doko­nać pospiesznej lustracji, rzucając na stół teczkę „Bolka”.

SCENA CZWARTA: WOJNA
Opowiadał Ludwik Dorn: „To był listopad lub grudzień 1992 roku. Obawialiśmy się podsłuchów, więc po­jechaliśmy nad Wisłę. Było zimno, wiał ostry wiatr, ubrany byłem lekko, więc strasznie marzłem. Kaczyński przed­stawił mi swój plan i prosił o ocenę. (...) Uczciwie mówiąc, miałem wtedy bar­dzo dużo wątpliwości. Wiedziałem, że możemy nie tylko przegrać, ale zostać zmiażdżeni”.
   Styczeń 1993. Niewielka grupka poli­tyków PC opuszcza hotel poselski i zmie­rza Wiejską pod pomnik Witosa. Są pełni niepokoju. Co prawda obficie oplakatowali miasto wezwaniami do antywałęsowskiej manifestacji, ale nie są pewni społecznego nastroju. Jeśli pod pomnik przyjdzie garstka prawicowych fanaty­ków, będą skończeni. Tam jednak czeka 20-tysięczny tłum. Zadowolony Kaczyń­ski parafrazuje Napoleona: „Wydali­śmy bitwę i teraz zobaczymy”. Tego dnia spłonie kukła „Bolka”.

*  *  *
   „Koncepcja rozpoczęcia akcji anty- wałęsowskiej była dla mnie po przy­spieszeniu i stworzeniu PC kolejnym dowodem na to, że Kaczyński jest kimś politycznie niesłychanie wybitnym” - wspomni Dorn.
   Z krucjatą Kaczyńskiego współgrała książka „Lewy czerwcowy” - zbiór wy­wiadów Jacka Kurskiego i Piotra Semki z politykami prawicy popierającymi rząd Olszewskiego. Kaczyński bez ogró­dek tam stwierdza, że o „Bolku” wszy­scy wiedzieli od dawna i „sprawa była zbyt znana, aby stanowić czyjkolwiek element nacisku”. Po latach Ludwik Dorn potwierdzi, że lider PC nie przy­kładał wagi do agenturalnego epizodu Wałęsy sprzed lat. To Olszewski z Ma­cierewiczem ponoszą wyłączną odpo­wiedzialność za zlustrowanie głowy państwa, co zbudowało legendę ich rzą­du obalonego w wyniku spisku agentów.
   Początkowo Kaczyński do tego stopnia był odporny na urok tej legendy, że usiadł z Unią, liberałami i pozostałymi spraw­cami „nocnej zmiany” do negocjacji nad stworzeniem nowej koalicji. Jednak grał zbyt ostro i cierpliwość partnerów się wy­czerpała. Z hukiem opuścił więc negocja­cje, a koalicja i tak powstała, powołując rząd Hanny Suchockiej. Zepchnięty do opozycji, miał problemy we własnej par­tii. Antykomunistycznym bohaterem był teraz Olszewski, który sprawnie wyciągał mu ludzi. Uliczna akcja antywałęsowska miała powstrzymać ten trend.
   Dorn w wywiadzie z Robertem Kra­sowskim: „[Kaczyński] uznał, że Wa­łęsa nam nie przebaczy, że poparliśmy wcześniej Macierewicza i Olszewskie­go. Unia nas wypchnęła z rządu. A zatem wisimy w powietrzu. Co oznacza, że bez uporządkowanego konfliktu, w którym bylibyśmy stroną, po prostu nie prze­żyjemy. A tło do tego konfliktu było, coś tam się tliło, materiał do podejrzeń był. Więc Jarosław Kaczyński nie bez racji uznał, że jak nie podniesiemy tej kwestii, to nas zlikwidują. Zlikwidują nas Wałęsa, Unia i Olszewski”.
   Ówczesny „trzeci bliźniak” dodawał, że „w kategoriach wagi politycznej do czasu rozpoczęcia operacji antywałęsowskiej problem agentury nie istniał”. Dopiero Kaczyński miał nadać „Bolkowi” polityczną rangę. Sam na tym nie skorzystał. Pół roku później PC wraz z całą prawicą zniknęło z Sejmu. Ale i wiarygodność Wałęsy została podwa­żona; w wyborach prezydenckich 1995 roku przegrał z Kwaśniewskim o nie­spełna 700 tysięcy głosów. Nigdy się nie dowiemy, na ile przysłużył się temu uknuty nad Wisłą tajny plan.
Kaczyński wyznał, że klęskę Wałęsy uczcił wielkim kielichem wina.

LECH CZARNY I LECH BIAŁY
Wiele spraw do dziś okrytych jest mgłą tajemnicy. Zwłaszcza inwigila­cja antywałęsowskiej prawicy w czasach rządu Suchockiej. Niewątpliwie doszło do złamania prawa, co potwierdził sąd. Ale czy inspiracje płynęły wprost z Bel­wederu? Pozostały tylko domysły i zadra w sercu Kaczyńskiego.
   Sprawa „Bolka” od lat funkcjonu­je już tylko w sferze symbolicznej. Ode­szli politycy, którzy w pierwszych latach wolnej Polski stanowili najważniejsze punkty odniesienia. Etos Solidarności osłabł, dziś masową wyobraźnię nowych pokoleń zagospodarował mit Powstania Warszawskiego i Żołnierzy Wyklętych. Obudowana teoriami spiskowymi i na­pędzana „Bolkiem” historia najnowsza została obciążona piętnem dwuznacz­ności. Doszły mity stworzone już w III RP - Magdalenki, zdrady Wałęsy, nocnej zmiany. Ich pierwotna logika zagubiła się w gąszczu trudnych już do zrekon­struowania kontekstów.
   Jarosław Kaczyński dziś wygrywa tę wojnę o pamięć. Choć przegrał wtedy wszystko, co było do przegrania. Posiadł jednak obcą rywalom sztukę przekuwa­nia swych klęsk w sukcesy. Odnalazł bo­wiem drogę do ciemnej strony polskiej duszy. Tej, która tak dalece przywykła do historycznych klęsk, że przestała wie­rzyć zwycięzcom. Która uznaje sukces za coś podejrzanego, obciążonego pod­stępem i zdradą. Przegrywający Kaczyń­ski podsuwał jej kolejne czarne obrazy swych pogromców, nieustannie przy tym epatując swą krzywdą. I robił to tak sugestywnie, że wszystko wokół czer­niało - pamięć o wielkiej Solidarności, triumf 1989 roku i w końcu cała III RP.
   Niszczenie legendy Wałęsy odgrywało tu szczególną rolę. Kiedyś obsługiwało polityczne potrzeby Kaczyńskiego, póź­niej po prostu zaspokajało żądzę zemsty. Po katastrofie smoleńskiej osiągnęło jednak nowy wymiar. Pisze Kaczyński o bracie w książce „Polska naszych ma­rzeń”: „Kiedy się ocenia Leszka, trzeba wziąć pod uwagę coś, co Polacy powin­ni wiedzieć, i większość to wie, ale o tym się nie mówi. To był pierwszy prezydent Polski, który nie miał żadnych agenturalnych powiązań, nie był działaczem PZPR, był wykształcony, nie miał sła­bości poprzedników. (...) W jakimś sen­sie o Leszku można powiedzieć, że to był pierwszy prezydent Rzeczypospolitej z prawdziwego zdarzenia”.
   Plan jest zatem czytelny. Szkielet w szafie Kiszczaka z pewnością mu nie zaszkodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz