PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 21 marca 2016

Wypasione gabinety władzy



Co najmniej 80 min zł rocznie. Tyle kosztu­ją podatników zupeł­nie zbędne tzw. poli­tyczne gabinety. Do tego trzeba doliczyć astronomiczne koszty ich partyjnych interesów.
   Administracja rządowa to 19 ministerstw i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Oczywiście kluczo­we stołki obsadzane są przez ludzi partii rządzącej. Każda z tych insty­tucji zatrudnia setki wysoko opła­canych urzędników i pracowników obsługi. Po to, żeby partyjnym dyg­nitarzom zapewnić luksus rządzenia państwem. Na przykład w roku 2014 przeciętne wynagrodzenie miesięcz­ne personelu KPRM (539 etatów) wyniosło 7682 zł brutto, zaś w Mini­sterstwie Kultury i Dziedzictwa Na­rodowego (340 etatów) - 6181,50 zł. Zestawienie nie uwzględnia kilku­nastotysięcznych pensji ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu. Oprócz „zwykłych” pracowników ścisłe kierownictwo ma też swoje gabinety polityczne. Tworzą je szef gabinetu oraz doradcy i/łub asysten­ci. Ich zadaniem jest „prowadzenie spraw wynikających z funkcji poli­tycznej” patrona, czyli załatwianie jego interesów partyjnych za pensje z kasy publicznej. Rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie zasad ich wynagradzania stanowi, że po­winni oni mieć wyższe wykształcenie i określony staż pracy (doświadcze­nie). Ale „osoby zajmujące kierow­nicze stanowiska państwowe ” mogą „w szczególnie uzasadnionych przy­padkach” zwolnić swojego człowie­ka z wszelkich wymagań. Ta furtka umożliwia zatrudnianie znajomych, działaczy rozmaitych przybudówek, młodzieżówki partyjnej itp. Policzy­liśmy, ile to podatników kosztuje.
  Wynagrodzenie dla członków gabinetu politycznego wynosi od 2880 zł do 4180 zł. To średnie staweki brutto asystenta i doradcy. Do tego dostają oni dodatek (od 5 do 20 proc.) za wysługę lat. Kasu­ją także tzw. dodatek specjalny do 40 proc. zasadniczego wynagrodze­nia. W przypadku szefa gabinetu podstawa wynosi 6070 zł, dodatek funkcyjny z tytułu kierowania ze­społem 1810 zł, plus wysługa i doda­tek specjalny. Uwzględniając nagro­dy, okresowe premie i „trzynastkę”, asystent noszący szefowi teczkę in­kasuje średnio około 6 tys. zł mie­sięcznie. Najmarniejszy

doradca od krawatów
bierze 8 tys. zł, a nadzorujący ich szef ma co najmniej 12 tys. zł. Przy­kładowo: według stanu na dzień 31 stycznia 2016 r. wynagrodzenie miesięczne Bartłomieja Misiewi­cza, szefa trzyosobowego gabinetu politycznego ministra obrony naro­dowej Antoniego Macierewicza, wynosiło 12 001,24 zł. Spośród do­radców jeden kasował 10 006,40 zł, drugi -10 944,77 zł.
   Gabinet polityczny KPRM do­wodzony przez Elżbietę Witek daje pracę 10 doradcom i 9 asystentom. Tu najmłodszym pracownikiem jest 23-letni student Uniwersytetu War­szawskiego Piotr Mazurek. Starszy o dwa lata Michał Kania doświad­czenie życiowe zdobył w Telewizji Republika. O Magdalenie Milczarczyk (26 1.) wiadomo tylko tyle, że była dotychczas na etacie partyjnym PiS. Bardziej znana jest Magdalena Beyer (29 1.), która dla asystentury porzuciła stanowi­sko radnej powiatowej PiS w Prusz­kowie. Najważniejszymi z „dorad­ców” są Rafał Bochenek i Natalia Grządziel. On zabłysnął jako kon­feransjer w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy, a teraz jest kon­feransjerem (rzecznikiem) rządu. Pani Grządziel była jedną z „boha­terek” afery z zatrudnianiem asy­stentów europosłów PiS. W centra­li partii pełniła m.in. niesłychanie ważną funkcję makijażystki prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Obec­nie umawia spotkania premier Be­aty Szydło. Być może robi jej też makijaż albo maluje paznokcie.
   Czteroosobowym gabinetem po­litycznym wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego kieru­je Agnieszka Tymińska, dotych­czasowa pracownica PiS-owskiej spółki „Srebrna”. Z tego samego gniazda wyszedł Mateusz Adamkowski. Katarzyna Skorupińska-Rusiecka, żona byłego dyrektora kościelnego Radia Plus, była wcześ­nie szeregową pracownicą Urzędu Dzielnicy Wilanów. W przypad­ku Anny Lutek, rzeczniczki pra­sowej MKiDN, Gliński zapewnia, że jedynym źródłem jej dochodów w trzyletnim okresie poprzedzają­cym dzień, w którym została prze­zeń zatrudniona (7 stycznia 2016 r.), było Polskie Radio SA. Nie wiemy, dlaczego

wicepremier mija się z prawdą,
bo przecież jeszcze w 2014 roku pani Anna miała też dietę rad­nej PiS w dzielnicy Śródmieście i dorabiała do pensji wynajmem mieszkania.
   Na liście płac gabinetu mini­stra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego są cztery oso­by. Najładniejsza spośród nich jest doradca Sylwia Ługowska-Bulak, która w 2011 roku była jednym z „aniołków Kaczyńskiego”. Później prowadziła Waszczykowskiemu biu­ro poselskie. Szefem gabinetu jest zdecydowanie mniej ładny Jan Pa­rys, niegdyś minister obrony w rzą­dzie Jana Olszewskiego. Powrócił do politycznego karmnika po proce­sie karnym w sprawie wyrządzenia znacznej szkody fundacji Polsko- -Niemieckie Pojednanie. Chodziło o przyznawanie sobie gigantycznych premii kwartalnych. W pierwszej
instancji dostał za to półtora roku więzienia w zawieszeniu, w drugiej - został uniewinniony. Ale w procesie cywilnym sąd nakazał mu zwrot pra­wie 130 tys. zł (wraz z odsetkami) pieniędzy nienależnie pobranych z kasy fundacji. Dzięki koledze Pa­rys trochę się odkuje. Prokuratoro­wi, który żądał dlań aż dwóch lat, nie wróżymy oszałamiającej kariery u „pana Zbyszka”.
   Ziobro ma w swoim gabine­cie czterech młodzieńców w wie­ku od 25 do 27 lat. Jeden pracował u niego, gdy był posłem do Parla­mentu Europejskiego. Drugi zara­biał w biurze poselskim Przemy­sława Wiplera. Trzeci jeszcze się uczy na Uniwersytecie Jagielloń­skim. Czwartym i najbardziej roz­poznawalnym jest magister prawa Sebastian Kaleta, do niedawna felietonista „Wprost”. Teraz jest rzecznikiem Ziobry. To już druga osoba związana z tygodnikiem, któ­ra dostała posadę rządową. Były zastępca redaktora naczelnego Bartosz Marczuk został bowiem wiceministrem rodziny, pracy i po­lityki społecznej. Po „warszawce” krążą pogłoski, że nagród za nagłaś­nianie pewnych afer za rządów PO będzie jeszcze więcej...
   W innych instytucjach rządowych jest podobnie. Na przykład minister energii Krzysztof Tchórzewski dał posadę szefa urzędnikowi z ro­dzimych Siedlec. W gabinecie ma jeszcze dwóch doradców i dwóch asystentów. Paweł Szałamacha (fi­nanse) oprócz szefa Łukasza Kudlickiego, dotychczasowego pracow­nika PiS, ma czterech asystentów. I do tego sześciu podsekretarzy sta­nu. U wicepremiera Jarosława Gowina (kultura i dziedzictwo) jest szef, dwóch doradców oraz asystent. Elżbietę Rafalską (praca i polityka społeczna) obsługuje pięciu działa­czy; Krzysztof Jurgiel (rolnictwo) zarezerwował swoim siedem etatów, a Konstanty Radziwiłł (zdrowie) - pięć. Radiomaryjny Jan Szysz­ko (środowisko) chlubi się jednym szefem, sześcioma doradcami i asy­stentem. O jeden etat przebija go wicepremier Mateusz Morawiecki (minister od rozwoju). Gabinet Anny Zalewskiej (edukacja) składa się z pięciu osób. I tak dalej...
   Licząc tylko honoraria perso­nelu, średni łączny koszt zatrudnie­nia w gabinecie przekracza 700 tys. zł rocznie. Na przykład w MON - w całym roku 2015 - wyniósł 750,7 tys., KPRM wydało 747,3 tys. zł, a Ministerstwo Rodziny - 600,7 tys. zł. Do tego samochody, telefony, delegacje krajowe i zagraniczne, reprezentacja, mieszkania służbo­we itp. Sumując wszystkie składni­ki, wyjdzie minimum 20 min zł. Ale to przecież nie wszystko, można by nawet rzec - drobiazg. Okazuje się bowiem, że „gabinety polityczne” można też tworzyć na szczeblu sa­morządowym. A skoro tak, to każ­dy prezydent, burmistrz, marszałek, starosta, a niekiedy nawet wójt, za­trudnia ekipę osobistych dorad­ców i asystentów. Nie wiadomo dokładnie,

ile to podatników kosztuje.
   Według obliczeń Ministerstwa Administracji w roku 2011 samorzą­dowcy wydali na swoje „gabinety” prawie 40 min zł. Z naszych infor­macji wynika, że obecnie ta kwota sięga 60 min zł. Czyli razem z ga­binetami rządowymi mamy około 80 min zł.
   „Wychodząc naprzeciw ocze­kiwaniom społecznym dotyczącym oszczędności w wydatkowaniu środ­ków publicznych z budżetu pań­stwa”, podkomendni Jarosława Kaczyńskiego złożyli w 2012 roku projekt ustawy likwidującej etaty dla znajomków polityków rządzą­cej wówczas ekipy PO-PSL. „W po­wszechnym odbiorze gabinety poli­tyczne, szczególnie te powoływane przy organach samorządu teryto­rialnego, stanowią zbędny element funkcjonowania, zarówno mini­sterstw, jak i samorządu terytorial­nego. W obliczu pogłębiającego się kryzysu finansowego, zatrudnianie kilkunastu tysięcy pracowników po­litycznych, bardzo różnie dobiera­nych również z punktu widzenia ich przygotowania merytorycznego, nie znajduje żadnego uzasadnienia” - grzmiał prezes. „Uważamy, że należy skasować wszystkie stano­wiska w gabinetach politycznych” - wtórował pryncypałowi Mariusz Błaszczak.
   W ramach „dobrej zmiany” Ka­czyński i jego kamaryla radykalnie zmienili zdanie o gabinetach. Po­wód zdradził nieopatrznie prezy­dent Andrzej Duda, nucąc podczas spotkania z mieszkańcami Otwocka. To wtedy z piersi wyrwały mu się szczere - choć wypowiedziane pod cudzym adresem - słowa: „Ojczyznę dojną racz nam wrócić, Panie”...
Marcin Kos

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz