PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 4 marca 2016

TU ES PETRU



RYSZARD PETRU nieoczekiwanie wyrósł na lidera największej partii opozycyjnej. To Petru staje się opoką i nadzieją opozycji. Nowoczesna w sondażach wyprzedza PO, która nim wzgardziła. A ostatnio nawet PiS!

Ma 43 lata, a że jest szczupły i wysportowany, wygląda na nieco młodszego. Do polityki ciągnęło go od za­wsze. Ci, którzy go znają i lubią, mówią, że wreszcie udało mu się zrealizować życiowe marzenie. Mniej przychylni szydzą, że w bankowości się skończył, od kilku lat nie miał żadnej dobrej propozycji w sektorze finansowym, więc po­szedł do polityki. Sam Petru wzrusza ramionami: - Do polityki powinien iść ten, kto ma sukces. Także finansowy. 2015 r. był dla niego najlepszy pod tym względem. Może sobie po prostu pozwo­lić na politykę. Poza tym liczy się wynik. A ten, każdy musi przy­znać, jest zaskakująco dobry. Więc nawet się nie dziwi, że ciągle próbują mu przypiąć jakąś łatkę. Najpierw „frankowego oszusta”. Przypomniano, że w 2008 r., jako główny ekonomista banku BPH, zapewniał, że „złoty będzie się umacniał, a kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne” (z wywiadu dla „Polska the Times”). Zaledwie klika miesięcy później przewalutował swój własny kredyt na złotówki, o czym doniósł „Fakt”.
- Spłaciłem wcześniej kredyt, przewalutowując go - doprecyzo­wuje Petru. Co nie przeszkodziło mu jeszcze w 2014 r. zapewniać Polaków, że frank nie przekroczy bariery 4 zł. Przekroczył, co było już wtedy dość oczywiste. Wpadkę Petru komentowano, że albo jest tak kiepskim analitykiem, albo po prostu, jako człowiek do wy­najęcia, mówi, co mu każą. Sam w każdym razie na frankach nie stracił. Jakiego dorobił się majątku, dokładnie nie wiadomo, bo za­raz po wyborach wziął z żoną finansowy rozwód. W obowiązko­wym oświadczeniu majątkowym wykazał zatem tylko swój ma­jątek: 3,6 min zł. I ujawnił, że jego firma consultingowa w 2015 r. przyniosła niemal 600 tys. dochodu. Ledwo ucichło w tabloidach
O rozdzielności majątkowej małżeństwa Petru, „Wprost” ujawnił, że Narodowe Centrum Kultury sfinansowało wydanie dwóch ksią­żek lidera Nowoczesnej. Tygodnik sugerował, że NCK popierało w ten sposób „swoich", co nie do końca jest jasne, bo przecież Petru odebrał głosy rządzącej Platformie Obywatelskiej, ostro krytykował rząd w kampanii i swój raczej już nie jest. Zarówno polityk, jak i dyrektor NCK zapowiedzieli złożenie pozwów.
   Młody demokrata
   Ryszard Petru, rocznik 1972, urodził się i wychował we Wro­cławiu, w rodzinie profesorskiej. Ojciec, fizyk, wykładał na uni­wersytecie, matka, też fizyczka, pracowała w PAN. On kończył V Liceum im. Gen. Jasińskiego. Nie był wybitnym uczniem, za to już miał wyraźnie sprecyzowane zainteresowanie polity­ką. W maturalnej klasie zorganizował w swojej szkole spotkanie z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Na opozycję się nie za­łapał, za młody. Z lat 80. pamięta tylko petardę, która wpadła do mieszkania sąsiadów. A na przełomie PRL i wolnej Polski hap­peningi Pomarańczowej Alternatywy. Do Unii Demokratycznej wstąpił w 1991 r. Jako wolontariusz i Młody Demokrata (młodzieżówka Unii Demokratycznej) pracował przy kampanii prezydenc­kiej Tadeusza Mazowieckiego. Po maturze dostał się na Wydział Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej. Szybko się zorientował, że uczą go zarządzania socjalistycznym przedsię­biorstwem, co go kompletnie nie interesuje i pewnie nigdy mu się nie przyda. Zrezygnował po pierwszym roku. Zdawał jeszcze raz, tym razem na warszawską SGH. To był strzał w dziesiątkę. W Polsce rozkręcała się wolnorynkowa reforma i to go naprawdę fascynowało. I właśnie o tym słuchał na wykładach, po raz pierw­szy w życiu siadając w pierwszym rzędzie.
   Młody asystent
   Jeszcze we Wrocławiu, w Unii Demokratycznej, poznał Wła­dysława Frasyniuka. Choć może poznał to zbyt wielkie słowo. Lider dolnośląskiej Unii pewnie go nawet wtedy nie kojarzył, ale młody Ryszard obserwował polityka z podziwem. I się uczył. W Warszawie, już jako student drugiego roku, zgłosił się do posła Frasyniuka (mimo że ten wśród młodych miał opinię trudnego szefa), chciał dla niego pracować. Przez dwa lata był jego asy­stentem. Frasyniuk o swoim byłym pomocniku, dziś koledze, mówi tylko dobrze. Pracowity, sumienny, szczery, lojalny. I ma w sobie tę iskrę. - Jestem przekonany, że uczeń przerośnie mi­strza. Od Frasyniuka Petru nauczył się nigdy się nie poddawać. No i jeszcze ciętych ripost i błyskawicznych, ostrych odpowiedzi. Ale przeważnie merytorycznych. I w punkt: - Lubię, jak jest ostro, ale nie poniżej pasa. Jest fighterem i wyraźnie dobrze się czuje w opozycji. Władysław Frasyniuk nie kryje sympatii dla politycz­nej inicjatywy swojego wychowanka. Ale nie żałuje, że nie przy­stąpił do Nowoczesnej. - Dziś w polityce potrzebni są nowi ludzie, którzy odnieśli sukces w innych dziedzinach, a nie dawni opozy­cjoniści z bagażem negatywnych doświadczeń - mówi. - Ważne jest, żeby na zapleczu mieli „stare głowy”. Frasyniuk nie przecenia znaczenia sondażowego poparcia dla ugrupowania Petru. Uważa jednak, że w pełni nie wykorzystał swoich możliwości. - Gdyby przełamał swoją niechęć wobec kontrowersyjnego sposobu prowadzenia kampanii, byłby drugą siłą w parlamencie. Teraz najważniejsze, żeby tej trzeciej siły nie niszczyły z dwóch flanek PiS i PO. Dla obu jest wrogiem publicznym numer 1.

   Młody żołnierz
   Drugim politycznym ojcem Ryszarda Petru był Leszek Balce­rowicz, wykładowca, a potem promotor jego pracy magisterskiej („Determinanty oszczędności w krajach Azji Wschodniej”). Pro­fesor docenił zdolnego studenta i chciał podebrać Frasyniukowi sprawnego współpracownika. Ale tu właśnie Petru wykazał swoją lojalność, mimo że Balcerowicz był jego uczelnianym profesorem - wykładowcą. Został z Frasyniukiem do końca parlamentarnej kadencji, dopiero potem poszedł do profesora. Od 1995 r., od kie­dy Balcerowicz został szefem Unii Wolności, Petru był jego asy­stentem. (Trzy lata później został asystentem także na uczelni, w Szkole Głównej Handlowej). Pracował z Balcerowiczem w fun­dacji CASE, m.in. przy projekcie „Drugi etap reformy gospodar­czej w Polsce”. Potem, gdy Leszek Balcerowicz objął funkcję wice­premiera i ministra finansów w rządzie Jerzego Buzka, został jego doradcą. Współtworzył system emerytalny i założenia reformy finansów publicznych. Razem z Jakubem Karnowskim, Piotrem Dubno i Pawłem Narożnym tworzyli młodzieżowy gabinet poli­tyczny Balcerowicza. Mówiono o nich żołnierze wicepremiera. Wiek 26-28 lat, świetni merytorycznie, ambitni, zdolni, pracowi­ci, z europejskim sznytem i zachłannością na sukces. Doskonale wytresowani przez szefa, punktualni i precyzyjni do bólu, lojalni i oddani. Ich wiernopoddańczy stosunek do Profesora (tylko tak mówili o wicepremierze Balcerowiczu i zawsze słychać było dużą literę) wynikał z autentycznego podziwu. Dla Profesora potrafili pracować kilkanaście godzin dziennie siedem dni w tygodniu. „Rumun Balcerowicza”, tak o Petru mówią do dziś publicyści Igor Zalewski i Robert Mazurek. I trochę prawdy w tym jest. To, że dziś jest tytanem pracowitości (w banku zaczynał dzień pracy codziennie o 7 rano), zawdzięcza niewątpliwie Profesorowi. Ce­chy, które ukształtowały się u Petru pod wpływem Balcerowicza, przeważały w minionej dekadzie w jego bankowym wcieleniu. Dziś w Petru budzi się rewolucjonista. Stanowczość, przekonanie o nieomylności własnych sądów i brak kompleksów to scheda po obu mentorach. Dał temu dowód wielokrotnie, najdobitniej słynnym stwierdzeniem „pan premier się pomylił” o wypowiedzi Jerzego Buzka. Miał wtedy 28 lat.

   Młody ekspert
   Wielu zarzucało Ryszardowi Petru, że karierę w bankowości i instytucjach finansowych robił na plecach Balcerowicza. On zawsze zaprzeczał: praca w rządzie, z wicepremierem, nie była trampoliną do sukcesu. Ale trochę musiała pomóc w odbiciu, skoro w wieku 30 lat wylądował w Banku Światowym jako dorad­ca ds. Polski i Węgier. Zajmował się reformą finansów publicz­nych, polityką regionalną i klimatem inwestycyjnym. Potem była posada głównego ekonomisty w Banku BPH, następnie dyrektor­skie stanowiska w BRE Banku i w PKO BP. Kariera, o jakiej wielu z jego rocznika mogło tylko marzyć. Szybko stał się bankowym celebrytą i dyżurnym ekspertem wypowiadającym się dla me­diów. Zawsze odbierał telefony od dziennikarzy i zawsze był dyspozycyjny. Dzwoniąc do Petru, wiadomo było, że dostanie się trafny, celny komentarz, zrozumiały dla czytelnika czy widza. Często z dowcipną puentą. Jedynie w przypadku PKO BP współ­praca z Leszkiem Balcerowiczem nie pomogła Petru, a wręcz zaszkodziła. Ten uznany już w sektorze bankowym ekonomista miał podobno zostać wiceprezesem banku, ale ówczesny mini­ster skarbu Aleksander Grad nie należał do fanów Balcerowicza i zablokował kandydaturę jego „protegowanego” do zarządu. Pe­tru musiał się zadowolić stanowiskiem dyrektora departamen­tu relacji inwestorskich i analiz. W maju 2011 r. Petru odszedł z PKO BP, nie kryjąc, że obiecywano mu inną pozycję. W tym samym miesiącu, jakby na osłodę, został przewodniczącym To­warzystwa Ekonomistów Polskich. Pod koniec roku - partnerem w firmie PricewaterhouseCoopers, gdzie pracował do 2014 r. To dobra firma, niezłe zarobki, ale dla bankowca i finansisty kom­pletna zmiana profilu. Potem w jego karierze robiło się coraz dziwniej. Został doradcą ds. gospodarczych marszałka woje­wództwa dolnośląskiego Rafała Jurkowlańca. Mianowany szefem rady nadzorczej PKP, zrezygnował w dniu, w którym miał objąć funkcję. Nigdy nie wyjaśnił dlaczego. Wicepremier Bieńkowska wyglądała na zaskoczoną, gdy mówiła dziennikarzom, że będzie szukać innego kandydata. Został za to przewodniczącym rady nadzorczej Solaris Bus&Coach. Dla wielu byłaby to intratna sy­nekura, ale dla Petru - opcja tylko na przetrwanie, poniżej jego zawodowych ambicji. Ratowały go media, felietony, blog, pro­gramy telewizyjne, w których brał udział.

   Młody polityk
   W początkach jego kariery wszyscy, także on sam, byli pew­ni, że zostanie politykiem. - Do polityki idą albo karierowicze, albo wariaci, którzy chcą zmieniać świat. Ja chcę zmieniać świat. W biznesie myślałbym zawsze: „Mogłem robić coś lepszego, więk­szego”. Ale najgorsze to być politykiem tylko dlatego, że nie umiesz robienie innego. Dla mnie polityka to wybór, nie konieczność-tak mówił w 2000 r. Arturowi Domosławskiemu („Gazeta Wyborcza”, „Asystenci i pretorianie”).
   Po Unii Demokratycznej była zatem naturalną koleją rzeczy Unia Wolności. I start z list tego ugrupowania w wyborach par­lamentarnych w 2001 r. W okręgu podwarszawskim z pierwsze­go miejsca zdobył 4646 głosów. Do Sejmu się nie dostał, razem z całą Unią. Wtedy uznał, że skoro nie wyszło, zamyka temat: - Nie lubię brnąć w rzeczy bez perspektyw. Zajął się ekonomią. Przez 10 lat było dobrze. Kiedy załamała się kariera bankowa, posta­nowił wrócić do polityki. Najpierw tylnymi drzwiami. Próbował podobno dogadać się z Koalicją Samorządową, żeby startować w wyborach prezydenckich w Warszawie w 2014 r. Nie udało się, poparł we Wrocławiu Rafała Dutkiewicza, związanego z Platfor­mą. WikiLeaks twierdzi, co przytacza portal wPolityce.pl, że był nieformalnym doradcą premiera Tuska i prowadził w jego imie­niu dyskretne rozmowy z szefem MFW, byłym premierem Mar­kiem Belką. Nawet jeżeli to prawda, Petru - tak twierdzą politycy PO - chciał być w rządzie formalnie i jawnie. Zabiegał podobno o stanowisko wiceministra w rządzie PO-PSL. Miał lobbować za nim Grabarczyk, ale się nie udało, ani w rządzie Tuska, ani potem, gdy gabinet tworzyła Ewa Kopacz, ani nawet przy rekon­strukcji jej rządu. Oczywiście Petru nie przyznaje się, że go nie chcieli. Gdy zaczął coraz ostrzej krytykować rząd, wypomniał mu to na Twitterze ówczesny rzecznik rządu Paweł Graś. Petru się odciął: „Rostowskiemu trzy razy odmówiłem”. W dyskusję włączył się były wicepremier Rostowski: „Szczerze, nie pamię­tam, ale każdy musi mieć coś, czym może się pochwalić w ży­ciu”. -Me będę tego komentował-mówi Petru.- Mam świadków tych propozycji, którzy zresztą odradzali m i wchodzenie do rządu Platformy. Dziś wie, że słusznie odmówił i słusznie zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Zaryzykował i się udało. A jego kariera w pewnym sensie zatoczyła koło.
Agnieszka Lato

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz