PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 31 marca 2016

Bitwa w kanałach



Niektórzy w mediach publicznych jeszcze niedawno łudzili się, że „jakoś to będzie". Teraz mówią, że mogą zrobić tylko dwie rzeczy: wychwalać PiS albo złożyć wypowiedzenie. „Dobra zmiana" z każdym dniem staje się coraz lepsza.

Znany reporter telewizyjny oce­nia, że złudzenia na warszaw­skim placu Powstańców pry­sły gdzieś pod koniec lutego. Od szefów TVP Info przyszedł wtedy komunikat o zaostrzeniu kursu i ostrzeżenie: uważajcie, co mówicie na antenie. Potem była wizyta prezesa TVP i jazda bez trzymanki, czyli kilku­godzinne spotkanie Jacka Kurskiego z szefem Telewizyjnej Agencji Informa­cyjnej Mariuszem Pilisem i dyrektorem TVP Info Grzegorzem Adamczykiem.
- Kura zamknął się z nimi w gabinecie i opieprzał, że jest zbyt delikatnie i plu­ralistycznie w przekazie - twierdzi nasz rozmówca.
   W mediach, zwanych już tylko z nawy­ku publicznymi, nastroje wśród pracow­ników bliskie są stanom depresyjno-lękowym. - Nie mam żadnych złudzeń co do ich zamiarów. Najpierw wywalili tych, których uważali za wrogów, potem tych, którzy im się w jakikolwiek sposób próbowali przeciwstawić, za chwilę będą lecieć wszyscy, którzy odważą się nieza­leżnie myśleć - mówi znana dziennikar­ka telewizyjna. Jej równie znany kolega z radia twierdzi, że wszystko jest już w zasadzie jasne: „media publiczne mają realizować politykę informacyjną rzą­du”. -1 od tej zasady nie ma odstępu. Kto uważa inaczej, do widzenia - tłumaczy.

   Dymisja na antenie
   Na prowadzonej przez Towarzystwo Dziennikarskie liście ofiar „dobrej zmia­ny” w TVP i Polskim Radiu jest już 114 na­zwisk - co oznacza, że od przejęcia mediów przez PiS nie ma dnia, by stanowiska lub pracy w mediach publicznych nie straciły jedna-dwie osoby. Niektóre odeszły same, jak jedna z twarzy TVP Grażyna Torbicka, która nie mogła już znieść orwellowskiej at­mosfery. Opowiada jeden z dziennikarzy TVP który pracuje w siedzibie programów informacyjnych przy placu Powstańców:
- Mówimy sobie „dzień dobry”, „do widze­nia” i gadamy o błahostkach. Inne tematy, szczególnie o pracy i polityce, nie istnieją, Inwigilowani są szczególnie ci, którzy pro­wadzą programy. Jeśli nie wyłączą mikro­fonu po zejściu z anteny, a tego z reguły się nie robi, w reżyserce słyszą wszystko. Były sytuacje, gdy ludzie powiedzieli coś na korytarzu, a potem mieli nieprzyjemności.
   Niektórzy się buntują, tylko że sprzeciw równa się natychmiastowej dymisji, jak to się stało w przypadku wydawczyń Iza­beli Leśkiewicz i Magdaleny Siemiątkowskiej, które zaprotestowały, gdy szefowie TVP Info próbowali nie dopuścić do transmisji z manifestacji KOD 12 marca. Wiele mówi przypadek Małgorzaty Serafin, która odmówiła wyemitowania tendencyj­nych materiałów dotyczących m.in. tego, że obecna władza pozwala kodowcom spokojnie manifestować, a za poprzedniej policja stosowała przemoc wobec prote­stujących górników. Symptomatyczne jest też to, co spotkało Igora Sokołowskiego, prowadzącego do niedawna wieczorne pasmo TVP Info, który został zwolniony w trakcie dyżuru antenowego.
- Niezgodził się na przeczytanie rozbiegówki w brzmie­niu akceptowanym przez przełożonych. Gdy został wezwany na dywanik, ponownie odmówił, dodając jeszcze, że on daje twarz do tego, co czyta, i że w związku z tym nie przeczyta niczego, z czym się nie zgadza - mówi osoba, która zna kulisy odejścia dziennikarza. Sokołowski, którego trudno podejrzewać o antypisowskie skłonności, dokończył dyżur i pożegnał się z widzami na antenie.
   I tak był szczęściarzem, bo wiele jego koleżanek i kolegów takiej szansy nie miało. Znaną reporterkę sejmową Kami­lę Biedrzycką-Osicę zdjęto bez podania przyczyn. - Dla takich jak Kamila niema miejsca w pisowskiej telewizji. Nowe kie­rownictwo ma alergię na wszystkich, któ­rzy myślą samodzielnie - tłumaczy nasz rozmówca z placu Powstańców. Inny do­daje: - Przekonanie, że za chwilę odpusz­czą, jest wielką naiwnością. W publicystyce i informacji nie ma i nie będzie zmiłuj.
   Jak szefowie z zaciągu dobrozmianowego traktują podwładnych, pokazuje przed­świąteczne spotkanie prezes Polskiego Radia Barbary Stanisławczyk z zespołem Trójki (dzień po tym, jak ten wystoso­wał list do zarządu PR z protestem prze­ciwko zwolnieniu dziennikarza Jerzego Sosnowskiego i upolitycznieniu anteny pod którym podpisali się m.in. Wojciech Mann i Marek Niedźwiecki). Na spotka­niu miał zostać przedstawiony nowy dy­rektor Programu III, następca Pauliny Stolarek-Marat, która wytrzymała na tym stanowisku ledwie miesiąc. - Ludzie zje­chali z całego miasta tylko po to, by się dowiedzieć, że na nowego szefa jeszcze poczekamy [następnego dnia okazało się, że został nim były dyrektor katolickiego Radia Plus z Gdańska Adam Hlebowicz - red.] - mówi uczestnik spotkania. Po­tem było jeszcze ciekawiej. - Pani prezes powiedziała, że podchodzą do niej ludzie, pytając, kiedy Trójka otworzy się na nowe grupy społeczne. Gdy jeden z dziennikarzy zapytał, co to znaczy, usłyszał: jeśli nie ma pan pojęcia, o czym mówię, to nie mamy o czym rozmawiać.
   Dziennikarze Trójki dowiedzieli się również od pani prezes - byłej dzien­nikarki pism kobiecych, która nigdy nie pracowała w radiu - że zna się na wielu gatunkach dziennikarskich i może po­prowadzić dla nich warsztaty z reporta­żu czy prowadzenia wywiadów. - To było okropne spotkanie. Odniosłem wrażenie, że ona nie szanuje ludzi. Nie przyjmuje w ogóle do wiadomości, że świat może wyglądać inaczej, niż jej się wydaje - do­daje dziennikarz Trójki. Zarząd radia za­stosował jeszcze jedną metodę dyscypli­nowania potencjalnych buntowników.
- Raz, a nawet dwa razy w tygodniu wysy­ła do związków zawodowych listy z kolej­nymi nazwiskami pracowników, pytając, czy są wśród nich związkowcy. Trudno się dziwić, że na wszystkich padł blady strach - mówi Krystian Legierski, członek Rady Programowej Polskiego Radia.

   Zamiast radia radiowęzeł
   Można powiedzieć, że Trójka na tle in­nych anten i tak miała sporo szczęścia. Co prawda pracę straciły poprzednie sze­fowe: Magda Jethon i Anna Krakowska, zwolniono powszechnie szanowanego Sosnowskiego, ale poza tymi stratami zarówno zespół, jak i program na ante­nie pozostały generalnie takie same. Ale po przyjściu nowego dyrektora trudno mieć złudzenia, że tak zostanie.
   Na miejsca zwalnianych przychodzą bowiem - w najlepszym przypadku - lu­dzie w typie Pawła Lisickiego, redaktora naczelnego „Do Rzeczy”, który od niedaw­na prowadzi poranne rozmowy w Trój­ce. W radiowej Jedynce, której dyrektor rozpoczął rządy od powieszenia krzyża w swym gabinecie, programy prowadzi zastęp prawicowych dziennikarzy w typie Samuela Pereiry, Michała Rachonia, Piotra Goćka czy Antoniego Trzmiela. - Młodzi pracownicy puszczają ich nagrania i zwi­jają się ze śmiechu, słuchając, jak tamci seplenią, połykają głoski czy przerywają wypowiedzi długimi yyyyyy. To już nie jest nawet poziom radia studenckiego. To ra­diowęzeł - mówi pracownik Polskiego Ra­dia z wieloletnim stażem.
   Do telewizji ciągną zagony młodych dziennikarzy w środowisku nieznanych, pół biedy, gdy z regionalnych ośrodków TVP, ale często z gazet i portali prawi­cowych, mających niewiele wspólnego z obiektywizmem, jak TV Trwam i TV Re­publika. Gwiazdą nowych „Wiadomości” jest Klaudiusz Pobudzin, do niedawna reporter Trwam, dziś znany z materiałów szkalujących KOD. Radio i telewizja szero­ko otworzyły drzwi prawicowym komen­tatorom w rodzaju Stanisława Janeckie­go, Michała Karnowskiego czy Cezarego Gmyza, którzy bywają zapraszani nawet dwa razy dziennie do tej samej anteny.
   Choć od przejęcia TVP przez nową eki­pę minęły trzy miesiące, na palcach jednej ręki można policzyć prowadzących progra­my, którzy pracowali jeszcze przed „dobrą zmianą”. W samych „Wiadomościach” ze starej ekipy zostały trzy osoby. To, co dzieje się w najważniejszym programie informacyjnym TVP, wzięła właśnie pod lupę Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która zleciła medioznawcy prof. Maciejo­wi Mrozowskiemu przeanalizowanie jego zawartości na tle tego, co pokazują serwisy konkurencji z TVN i Polsatu. Około stustronicowy raport trafi do KRRiT najpóźniej w pierwszych dniach kwietnia. - Wyko­naliśmy transkrypcje niektórych materia­łów pokazywanych przez „Wiadomości". Jak się je czyta, wychodzą takie łajdac­twa, takie nadużycia zawodowe i etyczne, że aż przykro mówić - mówi Mrozowski. W każdym niemal materiale politycznym, który ukazuje się w ich głównym wydaniu - jak wynika z analizy Jacka Wasilewskiego (POLITYKA 7) - stale obecne są trzy nar­racje: jak PiS naprawia Polskę, jak jątrzy i przeszkadza w tym opozycja, że Zachód moralnie gnije.
   Nową reporterką sejmową TVP po Ka­mili Biedrzyckiej-Osicy została Justyna Sieklucka, która przyszła cztery miesiące temu prosto z Polskiej Agencji Rozwo­ju Przedsiębiorczości, gdzie zajmowała się PR (wcześniej pracowała na różnych stanowiskach w TVN). Jedną z prowa­dzących w TVP Info ma być osoba, która do niedawna pozowała do zdjęć reklamu­jących kobiecą bieliznę. - Sięgają po tych, którzy z braku doświadczenia nie są groźni, bo nie przypomną politykowi na antenie, co powiedział kilka lat temu. W dodatku będą wdzięczni za szansę, której normal­nie by nie dostali - mówi znany dziennikarz telewizyjny.
Kuźnia nowych kadr pracuje bez przerwy. Od osób z placu Powstańców można usłyszeć opowieści o trwających do trzeciej nad ranem próbach kamero­wych z kolejnymi kandydatami, wśród których są m.in. studenci z toruńskiej szkoły o. Tadeusza Rydzyka. Efekt po­dobno jest mizerny.

   Bóle programowe
   Twardy kurs w programach informacyj­nych mają łagodzić filmy i programy publi­cystyczne, także spoza polityki. Na miejsca w ramówkach zwolnione przez znane twa­rze i ich programy wchodzą nowe, zgod­ne z ideologią PiS. Po serii o żołnierzach
wyklętych w TVP trwają ostatnie przygo­towania przed szóstą rocznicą katastrofy smoleńskiej. 10 kwietnia i w dni sąsiadu­jące telewizja wyświetli - w najlepszym czasie antenowym - m.in. dwuczęściowy, hagiograficzny film o Lechu Kaczyńskim „Niosła go Polska” autorstwa Roberta Kaczmarka, producenta większości dzieł „smoleńskich” (m.in. „Solidamych2010”), oraz drugą część równie słynnej „Anatomii upadku” Anity Gargas, złagodzoną w po­równaniu z pierwszą, w której m.in. padły słowa o zamachu. W samą rocznicę za­planowano też kilkudziesięciominutowe wejście na żywo ze studia przy Krakowskim Przedmieściu.
   Ale nowa oferta rodzi się w bólach. Wiele programów, które miały po­wstać, nie powstało albo ich premiery są przesuwane. Przykładem „Chodzi - pieniądze” Jacka Łęskiego, który miał być emitowany w czwartkowe wieczory na zmianę z „Po prostu” Tomasza Sekielskiego. Zapowiedź programu pojawiła się już nawet na antenie, ale w dniu emi­sji zamiast Łęskiego widzowie zobaczyli powtórkę z Sekielskiego.
   Sypią się też inne przedsięwzięcia. W Je­dynce wciąż nie ruszyła telewizja śnia­daniowa, a w TVP Info program „W tyle wizji”, przygotowywany przez Marcina Wolskiego - jako konkurencja dla „Szkła Kontaktowego” - z Januszem Rewińskim i Krzysztofem Skibą jako jednymi z prowa­dzących. - Program powinien ruszyć lada dzień, ale wcale się nie zdziwię, jeśli to się nie uda. Koncepcja zmienia się codziennie - mówi osoba z placu Powstańców.
   Właśnie za opóźnienia w uruchomie­niu nowej oferty publicystycznej posadę miał stracić Rachoń. Ale oczekiwań nie spełniają nawet te programy, które mia­ły być hitami. „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, które miało zastąpić program Tomasza Lisa, traci widownię na rzecz konkurencyjnych stacji (śred­nia to 660 tys. widzów - Lis miał trzy razy wyższą - co daje TVP dopiero czwarte miejsce w tej porze oglądalności). Po­dobnie „Sonda2”, która miała być lepszą twarzą „dobrej zmiany” i utrzymać przed telewizorami widzów zniechęconych pisowską propagandą. Pierwszy odcinek obejrzało 1,3 min widzów, ale drugi już o 400 tys. mniej.
   W radiowej Jedynce jest jeszcze gorzej. Po wyrzuceniu właściwie wszystkich prowadzących programy na żywo, au­dycje nadawane z „puszki”, czyli np. re­portaże i słuchowiska, zaczynają się już wczesnym popołudniem.
   Chaos i niepewność potęguje zapowia­dana od miesięcy, ale ciągle niegotowa nowa ustawa medialna, nad którą w Mi­nisterstwie Kultury pracuje wiceszef resortu Krzysztof Czabański. Zlikwidu­je ona publiczną radiofonię i telewizję oraz PAP w obecnym kształcie, a na ich miejsce powoła nowe media - narodo­we, które mają być finansowane głównie z opłaty audiowizualnej pobieranej ra­zem z rachunkami za prąd. Kontrolować będzie je Rada Mediów Narodowych, powoływana przez Sejm, Senat i prezy­denta. Umowy pracownicze wygasną, a o tym, kto dostanie posady w nowym rozdaniu, zdecydują nowi szefowie. Czyli wszyscy, którzy zechcą pracować w mediach narodowych, będą musieli poddać się weryfikacji.
    Ale jak będzie wyglądała ustawa - nie wie nikt poza Czabańskim i ścisłym kierownictwem PiS, co zresztą wywo­łuje irytację nawet wśród posłów partii. Z rozmów z ludźmi z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej i Woronicza (sie­dziba władz TVP) wynika, że w samym PiS oraz między przedstawicielami najważniejszych prawicowych mediów trwa cichy, choć zażarty, konflikt o wpły­wy. - Czabański niewiele mówi, niczego nie konsultuje, na spotkaniach z nami twierdził tylko, że pokaże ustawę do koń­ca marca. Wkurzenie na niego jest tym większe, że w ogóle nie uzgadnia nomi­nacji w regionalnych rozgłośniach - uty­skuje poseł PiS.
   Niesnaski w rodzinie
   Czabański może sobie pozwolić na ignorowanie szeregowych polityków partii, bo ma poparcie prezesa. Na tyle silne, że wygrał pierwsze starcie z Kurskim - o kształt ustawy. Szefowi TVP nie podobało się, że jeśli będzie chciał na­dal kierować telewizją, nie tylko będzie musiał stanąć do konkursu, ale jeszcze musiałby rywalizować o stanowisko dyrektora generalnego, a nie prezesa. W dodatku miałby nad sobą szefa Rady Mediów Narodowych o dużo silniejszej pozycji niż minister skarbu, który dziś powołuje prezesów TVP i PR. - To się Ku­rze nie spodobało. On nie chce mieć nad głową nadzorców, nie chce też być wery­fikowany w konkursach - tłumaczy nasz rozmówca z PiS.
   Dlatego Kurski ruszył do ofensy­wy. W przekonaniu do siebie prezesa Kaczyńskiego mają mu pomóc filmy smoleńskie, które telewizja wyemituje w rocznicę katastrofy, z „Niosła go Pol­ska” na czele. Tyle że szef TVP w tym przypadku spudłował, bo podobno tego akurat filmu Kaczyński nie lubi. Według naszych informacji sprawa jest już załatwiona. - Szefem Rady Mediów Narodowych ma zostać Czabański. Jego rola wzrośnie wraz z osłabieniem pozycji szefa TVP, jako dyrektora będzie go moż­na zwolnić w pół godziny. Wszyscy, którzy dziś dzwonią do Kurskiego, będą dzwonili do Czabańskiego - zauważa polityk PiS.
   Kurskiemu na pewno nie pomogło to, że naraził się „Gazecie Polskiej”, która oprócz zdymisjonowania Rachonia ma mu za złe pomijanie ich najważniejszych ludzi w telewizyjnych nominacjach. Do dziś żad­nych programów czy stanowisk nie dostali najważniejsi w „GP", jak choćby Anita Gar­gas, która w tej sprawie miała interwenio­wać u samego prezesa PiS. Efekt jest taki, że w sporze o tzw. media narodowe szef „GP” Tomasz Sakiewicz sprzymierzył się z Krzysztofem Czabańskim.
   Po drugiej stronie stanęło środowisko skupione wokół braci Karnowskich, któ­re protestowało przeciwko wyrzuceniu Andrzeja Mietkowskiego, do niedawna szefa portalu Polskiego Radia, a prywat­nie przyjaciela Bronisława Wildsteina. Pu­blicysta na portalu wPolityce.pl nazwał tę decyzję triumfem partyjniactwa, w obro­nie Mietkowskiego stanęła nawet Zofia Romaszewska, jedna z ikon pisowskiego środowiska. Irytacja jest tym większa, że Mietkowski przetrwał w radiu rządy Platformy i SLD, a został wyrzucony przez swoich, czyli przez prezes Stanisławczyk, która jest nominatką Czabańskiego.
   Odpór znów dała „Gazeta Polska”. Jej publicysta Piotr Lisiewicz na łamach portalu niezalezna.pl ostro zaatakował nie tylko Karnowskich, zarzucając im skłonności proplatformerskie i układa­nie się z postkomunistami, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego. Zarzuty wobec Kurskiego o to, że jego „gry prze­kraczały granice przyzwoitości”, „spraw­dził się tylko w gębie” i ciągnie za sobą „watahy kolegów", którzy umieją tylko „zarabiać pieniądze i intrygować", to już nie policzek, tylko zamaszysty sierpowy.
   O ile nadal nie jest jasne, czy Kurski utrzyma swoje stanowisko, to na pewno ani wewnętrzne tarcia, ani tym bardziej sprzeciw części środowiska dziennikar­skiego nie zmienią losu mediów publicz­nych. Dopóki rządzi PiS, będzie obo­wiązywać punkt widzenia jednej partii, który posłuszni dziennikarze mają tylko przekazywać ogółowi. Pytani przez ko­legów, czy nie obawiają się utraty twa­rzy, podobno odpowiadają, że „będą się martwić za osiem, może 12 lat”. Jeśli ich przewidywania się sprawdzą, z mediów publicznych zostaną zgliszcza.
Grzegorz Rzeczkowski współpraca Wojciech Szacki

5 komentarzy:

  1. pierdu, pierdu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam jesteś pierdu pierdu, pewnie miałeś "objawienie Maciarewicza" i ci juz zostało

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy ktoś widział w jakimś cywilizowanym kraju, typu Niemcy lub USA, telewizję, która opluwa własny rząd? Raczej nie, to było możliwe tylko w Polsce, dzięki sitwie w TV pamiętającej stare dobre układy z czasów PRL i PO. Ja byłem zaskoczony tą nagonką na PIS, zanim jeszcze cokolwiek zrobili (złego czy dobrego). Zobaczymy jak sie sytuacja rozwinie, na razie dobrze, że kończą się układy i peplanie w mediach jaki to zły ten rząd. Ja chcę dziennikarstwa na poziomie, przekazywania w sposób ciekawy informacji, a nie prania mózgu i interpretowania wydarzeń. Nie jestem dzieckiem i tego nie potrzebuje, a szczególnie w publicznej TV za moje pieniądze. Amen

    OdpowiedzUsuń
  4. PISUARY MÓWIĄ TERAZ KUR.. MY SWOICH MISIEWICZÓW I INNYCH PAJACÓW OBSADZAJĄ NA NAJWAŻNIEJSZYCH FUNKCJACH.

    OdpowiedzUsuń