PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 14 marca 2015

PORTRET NA SZKLE



Wspiął się na sam szczyt dziennikarskiej kariery, a dziś jest jak Lance Armstrong polskiej telewizji: zjeżdża w dół i może liczyć tylko na siebie.

ANNA SZULC

Rodzinna okolica Kamila Dur­czoka to Kostuchna, dzielni­ca Katowic. Kopalnia, familoki i pola uprawne. W latach 70, biedne ślą­skie przedmieście.
W rodzinie żywa jest tradycja, Śląsk, Heimat, jest ważny. Dziadek - sztygar, wu­jek - ratownik górniczy. Ale to nie jest naj­bardziej typowa śląska rodzina. Ojciec Durczoka za PRL ma warsztat samocho­dowy, w wolnej Polsce założy salon Suzuki. Sześcioletni Kamil jeździ po parku na skła­daku Pelikan 2. To nie rower, to mały mo­tocykl. O takim prezencie za czasów Gierka jego rówieśnicy mogą tylko pomarzyć.
W podstawówce nauczycielki zachwy­cają się ładną, polską dykcją chłopca (w klasie mówi się wyłącznie po Śląsku). W liceum Durczok gra na gitarze w ze­spole, zapuszcza długą grzywkę. Chce być poppersem, ale czuje się wsiokiem. Tak w szkole mówi się o tych, którzy dojeż­dżają z Kostuchny. - Elita dojeżdżała do szkoły tramwajem z Brynowa - wspomni Durczok w jednym z wywiadów. Brynów to dzielnica bogatych i wpływowych, tam mieszkał Edward Gierek.
Dziś w innej dzielnicy Katowic, dziel­nicy bogatych i wpływowych, stoi willa małżeństwa Durczoków.


Muzyczka z zębem
Koniec lat 80. Młody Kamil chce być prawnikiem. Przez przypadek odwiedza studio katowickiego Radia Egida. Wsiąka.
Studenckie radio to rodzaj radiowęzła obsługującego kilka akademików, głoś­niki zamontowane są w każdym poko­ju. Egida jest popularna, ma nieoficjalny, studencki sznyt, nie rusza jej cenzura. Durczok zostaje DJ-em. Prowadzi audy­cję o muzyce new romantic (nazywa się „Muzyczka z zębem”), puszcza Duran Duran.
W Egidzie poznaje Marka Czyża (dziś TVP Info), tworzą audycję satyryczną.
Na korytarzu stoi szafa, w której ra­diowcy zbierają puste butelki. Raz do roku sprzedają je i kupują kilka pełnych flaszek.
Student Durczok, pochłonięty ra­diem, rzuca prawo. Potem polonistykę, wreszcie przenosi się na komunikację społeczną. Ma 23 lata, gdy zaczyna staż w prawdziwym, dorosłym publicznym Radiu Katowice.
Jeszcze niedawno lokalne gazety z Katowic nęciły studentów ogłoszeniami: „Zrób karierę jak Kamil Durczok. Studen­ckie Radio Egida szuka spikerów. Sława czeka!”.

Dyrektor bez doświadczenia
- Pamiętam go jako stażystę - wspomi­na jeden z byłych radiowców publiczne­go radia. - Wiadomo, co robią stażyści w mediach. Kawę, czasem psa kolegom wyprowadzą. Taka trochę fala. Czy się wyróżniał? Pracował jak wół.
Durczok ma 23 lata. Pięć razy w tygo­dniu wstaje o trzeciej trzydzieści, dwa dni o piątej. Jego nauczycielką zawodu jest wybitna radiowa dziennikarka Krystyna Bochenek, późniejsza wicemarszałek Se­natu, żona Andrzeja, słynnego śląskiego kardiochirurga. - Krystyna bardzo go ce­niła, miała za osobę niezwykle uzdolnio­ną, o nieprzeciętnej inteligencji, która jest potrzebna w dziennikarstwie - mówi prof. Andrzej Bochenek. - Nie każdy tak szybko kojarzy fakty i potrafi działać. Durczok się wyróżniał.
Jest początek lat 90. Na Śląsku dzia­ła jedno publiczne radio, jedna telewi­zja i raczkujące Radio Małopolska Fun, z którego potem powstanie RMF. Dur­czok w publicznym radiu wytrzymuje rok. Akurat NSZZ Solidarność tworzy ra­dio TOP FM. Opowiada były pracownik radia: - Ktoś inny miał być naczelnym, Kamil był szczeniakiem bez doświadcze­nia. Ale przekonał do siebie posła, któ­ry rozdawał karty w rozgłośni, i tamtego kandydata zostawili na lodzie.
Ma 24 lata, gdy zostaje szefem pierw­szego komercyjnego radia na Śląsku
.
Choleryk
Krzysztof Mej er, były dziennikarz, w la­tach 90. pracował dla konkurencyjnego Radia Flash: - Durczok? Nieprawdopo­dobnie ambitny i pracowity. Chwilami bezczelny.
Prof. Andrzej Bochenek: - Był cholerykiem, lubił, żeby praca była dobrze zrobiona. Stanowisko i pozycja dzienni­karska może troszeczkę go zmanierowa­ły. Uważał, że ma być tak, jak on chce, i koniec.
Dariusz Pawelec, jeden z byłych dzien­nikarzy TOP, wspomina, że redaktor na­czelny był młodym, groźnym szefem.
Radio działa dobrze. Reklamą zajmuje się w nim stary znajomy Durczoka, Ma­rek Czyż. Zakłada zewnętrzną firmę, to przez nią przechodzą reklamy. Właści­cielom stacji to się nie podoba. Durczok z Czyżem gwałtownie żegnają się ze sta­cją. Myślą o agencji PR, może reklamowej. Ale w 1994 r. Durczok pracuje już w TVP Katowice. Do tej samej telewizji trafia Czyż.
Durczok wspominał to tak: „Odezwa­ła się do mnie szefowa programowa TVP Katowice Ela Piętak i zaproponowała: wymyśl program i zacznij go robić. Na­pisałem kilka konspektów. Pomysły się spodobały”.

Od górnictwa do polityki
Andrzej Janicki, były dyrektor TVP Ka­towice za czasów Durczoka, sąsiad jego rodziców: - Młody i przebojowy. Na po­czątku lat 90. byłem na stażu we Wło­szech, poznałem włoskie media. Ich praca była inna, korzystali z dobro­dziejstw technologii. Kamil mi ich przy­pominał, działał w nowym stylu.
Durczok prowadzi programy o górni­ctwie i hutnictwie. Wkrótce żeni się ze znaną dziennikarką TVP Katowice Ma­rianną Dufek. Na Śląsku to wydarze­nie - złośliwi kpią, że Durczok żeni się z telewizją.
Kto ściągnął go do Warszawy? Kilka lat temu swoje zasługi w tej sprawie tak opisywał Michał Strąk, były poseł PSL:
- Wiele razy chodziłem do Mariana Za­lewskiego [inny ludowiec, który zasiadał w zarządzie TVP na początku prezesury Roberta Kwiatkowskiego - przyp. red.] i wierciłem mu dziurę w brzuchu, by za­angażował Kamila na ogólnopolskiej antenie. Teraz czuję się trochę jak tre­ner, który wśród juniorów odkrył wielki talent.
To wersja posła. Według innej Durczok trafia do Warszawy na ogólnej fali wyła­wiania talentów z regionów. Na początku ma opinię sztywniaka. Prowadzi nud­ny program w TVP Polonia „Studio par­lamentarne”. - Był pewny siebie, potrafił opanować emocje, skutecznie wywołu­jąc je u rozmówców. Lubi jątrzyć, gdy ko­goś nie lubi, dawał mu to odczuć. I to się spodobało - twierdzi jeden z jego ówczes­nych współpracowników.
W marcu 2001 r. debiutuje w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP. Będzie je prowadził przez pięć lat.

Facet spełniony absolutnie
Jarosław Szczepański, dziennikarz eko­nomiczny, w tamtych czasach wicedyrek­tor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej (TAI), zapamiętał, jak prowadzone przez Durczoka „Wiadomości” podają jakąś in­formację o reformatorze Kościoła Mar­cinie Lutrze. - Ktoś w studiu już miał przygotowaną na podglądzie twarz Mar­tina Luthera Kinga. Durczok wyłapał po­myłkę, krzyknął: „Co tu robi ta czarna morda?” i swą błyskawiczną orientacją uratował serwis - wspomina Szczepań­ski. Ale nie kryje, że za Durczokiem nie przepada: - Nie podoba mi się dzienni­karstwo szpanerskie, takie, kiedy nie liczy się rzeczowość, ale barokowe ozdobniki.
W 2002 r., rok po debiucie w „Wiado­mościach”, Durczok wyznaje w wywia­dzie: „Nie każdemu jest dane wchodzić do najważniejszych gabinetów w pań­stwie, rozmawiać z najważniejszymi po­litykami, recenzować ich wypowiedzi, a nawet krytykować. Czyż nie jest to cu­downe, że można zaprzątać uwagę milio­nów telewidzów tym, co samemu wydaje się ważne, istotne? Trzeba tylko korzystać z tego przywileju bardzo ostrożnie i liczyć się z tym, że to kiedyś minie”. I jeszcze: „Jestem absolutnie spełnionym facetem. Mam rodzinę, genialnego syna, aniel­ską żonę, więc powiem krótko: żeby to wszystko trwało szczęśliwie”.
W tym samym roku gra epizod w fil­mie „Kariera Nikosia Dyzmy”. Gra siebie - dziennikarza z telewizji, który robi wy­wiad z politykami.

Prezydentowa się wzrusza
Ogólnopolski debiut Durczoka to począ­tek rządów SLD. Nie wzdraga się przed znajomością z politykami. Reporterzy z TVP opowiadają o zebraniu redakcji w czasach, gdy szczególnymi względa­mi publicznej telewizji cieszy się Alek­sander Kwaśniewski. Durczok z nogami na stole recenzuje, który materiał „Wia­domości” pani prezydentowa uznała za wzruszający.
Ekipa SLD upada długo. Afery - Rywi­na, Orlenu, starachowicka. W telewizji Roberta Kwiatkowskiego (który promo­wał Durczoka) opowiadał o nich właś­nie jego protegowany na zmianę ze Sławomirem Jeneralskim, późniejszym posłem SLD, dziś PR-owcem. - Na tle Jeneralskiego każdy wydawał się bardzo wyrazisty - śmieje się jeden z dziennika­rzy TVN. - Kamil bardzo zyskał w tym tandemie.
Pod koniec 2002 r. Durczok dowiadu­je się, że ma raka. Gdy po chemii traci włosy, ogłasza publicznie, że choruje na nowotwór. Widzowie zapychają skrzynki e-mailowe telewizji, solidaryzując się ze swym ulubieńcem.
Wygrywa walkę z rakiem, ale od tamtej pory na Śląsku można usłyszeć, że Durczo­ków jest dwóch. Jeden sprzed raka, drugi po. W którymś z wywiadów sam przyzna, że choroba stwarza pokusę łagodniejszego traktowania samego siebie, poczucie bycia kimś, komu więcej należy się od życia.
Prof. Andrzej Bochenek: - Wyszedł z choroby obronną ręką, a kiedy coś ta­kiego się dzieje, to człowiek myśli: „Rany boskie, ale życie jest ulotne, może trochę tego życia sobie użyję”.
W TVP notowania Durczoka winduje kontrakt, jaki niedługo przed odejściem podpisuje z nim Robert Kwiatkowski na 60 tys. zł miesięcznie.

Transfer na bazie kwasu
- Robert, nie płacz - mówi do swoje­go szefa Kamil Durczok. Robert Kozak nie płacze, ale na redakcyjnym kolegium „Wiadomości” zapada cisza. Durczok ogłasza, że odchodzi do konkurencyjnej stacji TVN.
Jest wiosna 2006 r., w telewizji pub­licznej kończy się era ekipy Jana Dwo­raka. Rząd PiS lada moment zacznie roszady. Nowym prezesem zostanie Bro­nisław Wildstein, a TVP opanuje wzmo­żenie spod znaku IV RP.
TVN nie chwali się nadmiernie trans­ferem Durczoka. Ekipa „Faktów” ma mieszane uczucia: Durczok dla części dziennikarzy to człowiek z przeszłością. Pamiętają mu prezentowanie wiadomo­ści w telewizji Roberta Kwiatkowskiego i rozmowy w „Gościu Jedynki”, którego wydawcą był Tomasz Borysiuk (syn wpły­wowego działacza Samoobrony). - „Fak­ty” zdobywały zaufanie widzów m.in. dzięki kontrze do reżimowych „Wiado­mości” - opowiada jeden z dziennikarzy „Faktów”. - A ich twarzą był Kamil. Jego przyjście to nie był zwyczajny, biznesowy transfer typu: ściągamy najlepszych ludzi na rynku. Wywołało niezły kwas w redak­cji. Człowiek od Kwiatkowskiego, jego ulubieniec, został naszym szefem.
Kierownictwo TVN być może słyszy pomruki z „Faktów” ale zna też wyni­ki badań: za wiarygodnego dziennikarza uważa Durczoka co trzeci Polak, rozpo­znaje co drugi.

Bóg jest tylko jeden
Tworzy i prowadzi „Fakty” prawie dzie­więć lat. W wywiadach mówi: „Lubię 19.26, kiedy mamy poczucie, że się udało. To, co sobie zakładaliśmy jako zespół zosta­ło osiągnięte. Drugim momentem w pracy, który lubię najbardziej, to dzień po emi­sji serwisu, kiedy dostaję wydruk wysokiej oglądalności minionego wydania”.
Kamera go lubi. Robi miny, krzywi się, uśmiecha, przybiera na wadze, chud­nie, właściwie nie jest ważne, co robi, bo wszystko przysparza mu jeszcze więk­szej sympatii. Jego konkurenci mogą tyl­ko o tym pomarzyć.
Zespół „Faktów” to 40-50 osób. - Bar­dzo specyficzne miejsce - opowiada jeden z dziennikarzy TVN. - Panuje przekona­nie, że to najlepszy serwis informacyjny w Polsce. Top, o jakim może marzyć każ­dy dziennikarz. Niebo na ziemi. A w nie­bie wiadomo - bóg jest tylko jeden.
Durczok rządzi „Faktami” żelazną ręką. Często nie przebiera w słowach. W 2009 r. internet obiega nagranie, na którym ruga podwładnych za „ujebany stół”. Z czasem mija odium człowieka Kwiatkowskiego, współpracownicy zaczynają go szanować. Cenią za akcje takie jak ta z października zeszłego roku, gdy Durczok osobiście pę­dzi do Katowic, gdzie w zwałach kamieni­cy po wybuchu gazu trwają poszukiwania reportera „Faktów” Dariusza Kmiecika, jego żony Brygidy i synka Remika. Przy gruzowisku spędza wiele godzin, aż do późnej nocy. - Opiekował się rodziną Dar­ka, ale też całym zespołem zdruzgotanych dziennikarzy. Dał nam wszystkim wspar­cie - opowiada Olga Kostrzewska-Cichoń, była dziennikarka „Faktów”.

Kamil ma dobry humor
Ale część łudzi po prostu się Durczoka boi. Mówi jeden z nich: - Żeby z nim poroz­mawiać, trzeba było najpierw pójść do za­stępcy Grześka Jędrzejowskiego i spytać, czy można wejść, jaki ma humor. Potrafił wpaść w szał, jeśli dostał przed emisją dłu­gopis innego koloru, niż sobie życzył. Py­cha posunięta do granic absurdu. Efekt - ni to redakcja, ni to dział w korporacji. Wszystko kręciło się wokół jego kaprysów i humorów. Czołgał ludzi, upokarzał. Czy molestował - nie wiem. Miał opinię kobie­ciarza. Przyjaźnie? Nie wiem, kogo uważał za godnego swojej przyjaźni. W redakcji było bardzo mało ludzi, którzy nie musieli się bać, zastanawiać, w jakim humorze jest Kamil. Miał jakieś swoje grono dopuszczo­ne do wspólnych kaw czy obiadków. Dwór.
Inny dziennikarz: - Na początku „Fak­tów” lecą tak zwane heady, zapowiedzi materiałów, najlepsze zdjęcia i tekst, któ­ry o nich opowiada. To jednak bardzo su­biektywne, co jest najlepsze w danym materiale. Biedna dziewczyna od headów nigdy nie mogła być pewna, co tym ra­zem się spodoba Kamilowi. Rzucał kartka­mi, wyzywał od debili. Robił, co chciał. Był dla „Faktów” kimś takim jak Jarosław Ka­czyński dla PiS. Przekonany, że jest lepszy, mądrzejszy, że wszystko mu wolno. Poli­tycznego reportera P. przeniósł do robienia materiałów o tym, czy ludzie jeżdżą w za­piętych pasach.
- Miał wsparcie szefów?
- Jeżeli ktoś dostaje ogromne pieniądze i bezterminowe kontrakty, to jak inaczej to nazwać?
Od dwóch tygodni w TVN działa komi­sja, która ma wyjaśnić przypadki molesto­wania w stacji. Podobno ludzie sami się do niej zgłaszają, komisja zaprasza też do siebie. Działają bardzo dyskretnie. Z częścią ludzi spotykają się poza stacją. Wiedzą już bardzo dużo o mobbingu. I to będzie chyba główny wniosek z jej raportów, że Durczok poniżał ludzi. Dziennikarze TVN prognozują: za­pewne się go pozbędą. Wpuścił stację w naj­poważniejszy kryzys od wielu lat.

Porządny śląski synek
Lato 2013 r. Przez Katowice mknie motocykl z rejestracją FAKTY. To Kamil Durczok zmie­rza do swojego biura w oddziale TVN. Odwie­dza je, gdy jest na Śląsku. Skórzane meble, duże biurko. W regionie Durczok jest kimś więcej niż gadającą głową z telewizora. To ambasador w mitycznej i nie lubianej Warsza­wie. Najbardziej znany Ślązak. - Traktujemy go jak arcybiskupa, ale z honorami należnymi bogom - mówi półżartem osoba zaprzyjaźnio­na z rodziną dziennikarza.
W spisie powszechnym Durczok deklaruje dwie narodowości: polską i śląską. Żaden po­ważny bal w regionie nie może się obejść bez niego. Wykłady dla studentów, publiczne de­baty... Na 45- urodziny Uniwersytetu Śląskie­go odciska swoją dłoń w Uniwersyteckiej Alei Gwiazd obok metropolity katowickiego Wik­tora Skworza.
Zenon Nowak, prezes śląskiego oddzia­łu Polskapresse: - Dla Ślązaków jest symbo­lem sukcesu. Ikoną. Gdyby ich zapytać, z lam Śląsk się kojarzy, to byłby Kutz, Buzek, Bień­kowska i Durczok.
Razem z ojcem i bratem (dealerem sa­mochodowym, właścicielem dużej knajpy) startuje w rajdach samochodowych. Robi li­cencję lotniczą, kupuje Socatę TB 9 Tampico, zgrabną awionetkę. Jak może, chroni życie prywatne. O tym, że rozstaje się z żoną, nie wie niemal nikt.
W garażach trzyma samochody, quady i motory. I mercedesa 500 SEC, którego w se­rialu „Odwróceni” ujeżdżał gangster „Blacha”. Nazywa go dwudziestoletnią ślicznotką.
W listopadzie zeszłego roku Zygmunt Łu­kaszczyk, prezes Katowickiego Holdingu Węglowego (KHW), wręcza Durczokowi ho­norową szpadę za zasługi dla górnictwa.
- Czyli za co? - pytamy Łukaszczyka.
- Za to, że jest ambasadorem Śląska, że pokazuje całej Polsce naszą ciężką, górniczą dolę - tłumaczy prezes. - I za to, że z niego jest porządny, śląski synek.
Jarosław Szczepański: - Pytanie, czy po­winien przyjąć odznaczenie od prezesa spółki skarbu państwa, której działania jego stacja powinna obserwować i komentować obiektywnie?

To rodzaj ostrzeżenia
Jeszcze w 2014 r. rynek wycenia Kamila Dur­czoka na ponad 600 tys. zł. Tyle byłaby war­ta wielka kampania promocyjna, której by dał swą twarz.
Luty 2015 r. Być może koniec kariery. Po oskarżeniach o molestowanie 47-letni Kamil Durczok, najcenniejszy ze Ślązaków, trafia do szpitala. Jego żona oskarża dziennikarzy „Wprost” o manipulacje. TVN powołuje we­wnętrzną komisję do zbadania przypadków molestowania, sprawą kokainy z mieszkania, w którym miał przebywać, zajmuje się pro­kuratura, do TVN wkracza Państwowa In­spekcja Pracy.
Obroną utraconej czci dziennikarza zaj­mują się wynajęta agencja PR i wzięty adwo­kat Jacek Dubois. Mówi jeden z dziennikarzy TVN: - To, że Durczok w tej chwili milczy, nie oznacza, że umarł. TVN wyrzuci go lada chwi­la, ale ci, którzy mają go za trupa, są w błę­dzie. Będzie pozywał każdego, od „pudelków” po poważne redakcje. Każdego, kto pomógł mu w drodze na dno. Co zrobi potem? Inter­net stoi otworem. Może telewizja interneto­wa? Duże stacje są już dla niego zamknięte. Wrócił do punktu wyjścia.
Prof. Andrzej Bochenek: - Publikacje o Durczoku wydały na niego wyrok. Jestem temu przeciwny. Jestem ostatnią osobą, któ­ra podejrzewałabym go o mobbing. Sam jestem chirurgiem i także jestem bardzo impulsyw­ny. Syn powiedział mi kiedyś: „Wiesz, tata, jakby tak bliżej się przyjrzeć, jak ty się zacho­wujesz, teraz, przy łych nowych standardach, też byś długo nie pociągnął”. Być może to jest racja. Wszyscy musimy się trochę zastano­wić nad naszym zachowaniem. To jest rodzaj ostrzeżenia.
W 2013 r. w wywiadzie Magdy Mołek z Durczokiem pada pytanie, co wyniósł z domu.
- Żeby nie robić krzywdy innym ludziom, punktualność, pracowitość i solidność.
Na pytanie, kogo ostatnio skrzywdził i dla­czego, z uśmiechem odpowiada: I tu kropka.

Współpraca: Wojciech Cieśla, Weronika Bruździak, Maria Trepińska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz