PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 24 marca 2015

Układ Jarosława Kaczyńskiego



Gdy prezes PiS wskazuje wrogi układ, możemy mieć pewność, że wcześniej czy później stworzy układ własny. Z jedną różnicą - układ Kaczyńskiego będzie realny.

RAFAŁ KALUKIN

Instytucja finansowa prowadzą­ca działalność na szeroką ska­lę i główna partia opozycyjna. Łączy je kontrakt - nieformalny, acz jaw­ny i dla każdego oczywisty. Ów kontrakt przewiduje, że w zamian za reprezentację swych interesów7 w parlamencie instytu­cja finansowa utrzymuje medialne za­plecze partii.
Faktycznie - posłowie partii z godną podziwu konsekwencją i dyscypliną przez lata głosują zgodnie z wolą tejże instytucji, składają w jej sprawie skargi do Trybuna­łu Konstytucyjnego, lobbują, gdzie mogą. Zaś media finansowane przez instytucję równie konsekwentnie trzymają jedno­znaczną partyjną linię. Związek zostaje na koniec przypieczętowany unią personal­ną, gdy szef instytucji finansowej zostaje prominentnym działaczem partii.
Sytuacja prawie jak z amerykańskie­go systemu politycznego: wielki biznes wprost finansuje fundusze wyborcze po­lityków, którzy następnie rewanżują się aktywnym zabieganiem o interes donato­rów. Jednak w Europie to nie do pomyśle­nia. W Polsce kiedyś też nie.
W latach 90. w polskiej polityce pojawił się termin „kapitalizm polityczny”. Okre­ślano nim patologiczny splot interesów ekonomicznych i politycznych. Ustanowio­na na początku obecnego stulecia zasada fi­nansowania partii z budżetu uniemożliwiła bezpośrednie transfery pieniędzy z bizne­su do polityki. Czołowym demaskatorem kapitalizmu politycznego był Jarosław Ka­czyński - zarazem patron kontraktu łączą­cego PiS ze SKOK-ami. Kontraktu, który pozwala omijać świętą zasadę finansowej niezależności polityki od biznesu.
Reprodukowanie na własny użytek pa­tologii, którą oficjalnie się zwalcza, to spe­cyficzny rodzaj politycznej hipokryzji. Od samego początku towarzyszy ona drodze Jarosława Kaczyńskiego.

Telegraf po bandzie
„Nam się postawiło alternatywę: albo stój­cie z tubą na rogu ulicy, jeśli was będzie stać na tubę, i sobie krzyczcie, co chcecie, albo jeśli chcecie stworzyć tutaj jakąś real­ną siłę społeczną, do której potrzebne są pieniądze, to weźcie wodę w usta, mów­cie, że wszystko jest OK, nie ma żadnych czerwonych, nie ma żadnej nomenklatu­ry. Otóż my taki wybór odrzucamy” - tak Jarosław Kaczyński (w rozmowie z Teresą Torańską) odpowiadał na początku lat 90. na zarzuty dotyczące Telegrafu.
Powołana w1990 roku spółka Telegraf stanowiła zaplecze finansowe Porozumie­nia Centrum. Zasilona została miliarda­mi starych złotych, które wyłożyły wielkie państwowe firmy (w tym banki) oraz spół­ki prywatne o nomenklaturowym rodo­wodzie. O tak hojnym wsparciu partyjnej spółki nie byłoby pewnie co marzyć, gdyby nie to, że bracia Kaczyńscy należeli wów­czas do grona najbliższych współpracow­ników prezydenta Lecha Wałęsy - obaj byli ministrami w prezydenckiej kancelarii.
Nie była to największa afera tamtej epo­ki, choć warto pamiętać, że sprawa Tele­grafu krzyżowała się w niewyjaśniony do dziś sposób ze skandalami FOZZ i Art-B. Jednak zyskała spory rozgłos, bo po raz pierwszy odsłoniła podwójną moralność Jarosława Kaczyńskiego - który z jednej strony budował program swej formacji na hasłach radykalnego rozprawienia się z no­menklaturowy transformacją, z drugiej zaś - nie brzydził się nomenklaturowymi milionami finansującymi tę działalność.
Pomysł, aby to postkomunistyczna hy­dra sfinansowała działalność swoich prze­ciwników, od biedy można by uznać za moralnie uprawniony przejaw politycznej przebiegłości - gdyby przyjąć, że alternaty­wa zarysowana przez Kaczyńskiego w roz­mowie z Torańską była prawdziwa. Było jednak inaczej. Wbrew słowom prezesa o wyjątkowości jego położenia, sytuacja Porozumienia Centrum w niczym nie od­biegała od tej, w jakiej znalazły się po roku 1989 inne solidarnościowe partyjki. Nie miały szans na nawiązanie równorzędnej rywalizacji z SLD i PSL, dziedziczącymi po PRL podstawy materialnej egzysten­cji. Każda z tych biedapartii na swój spo­sób borykała się z problemem. Żadna jednak nie zdecydowała się na moralny rajd po bandzie, jaki wykonała ówczesna formacja Kaczyńskiego.

Klonowanie Lewiatana
Kaczyński opowiadający o diabelskiej al­ternatywie, którą postawiła przed nim Hi­storia, zapewne naprawdę wierzył w swoje słowa. Bo choć lubi w teorii konstruo­wać nadzwyczaj skomplikowane struk­tury społeczne, to moralny obraz świata ma nadzwyczaj prosty. Generalnie świat jest wrogi, zorganizowany przeciwko nie­mu, przepojony ukrytym złem. Siły dobra reprezentuje natomiast sam prezes we własnej osobie.
Kaczyński nieraz recenzował ludzi na podstawie pamiętanego po dziesięciole­ciach rzuconego mu ołowianego spojrzenia, grymasu niechęci, nieustąpionego krzesła. Każdy drobiazg może zostać przypomniany dla uzasadnienia moralnej nicości rywala.
Nic więc dziwnego, że różną miarą mie­rzy prezes siebie oraz innych. W „Alfa­becie braci Kaczyńskich” Piotra Zaremby i Michała Karnowskiego tak opowiadał o swej nominacji na naczelnego „Tygodni­ka Solidarność” jesienią 1989 roku: »Ty­godnik Solidarność« spadł mi jak z nieba, także z powodów finansowych. Po pod­wyżce uposażeń senatorskich stać mnie już było na parówki z boczkiem, ale ciągle miałem finansowe kłopoty. »Tysola« wy­myślili moja bratowa i brat, a Wałęsa ten pomysł podchwycił”.
Wyznanie ludzkie i całkiem sympatycz­ne, odbijające od hipokryzji większości polityków udających, że wszystko, co ro­bią, to dla Polski. Już nie tak sympatycznie zabrzmią jednak inne relacje Kaczyńskie­go z tamtego okresu, z których wynika, że oddelegowany do prowadzenia związko­wego pisma niezbyt się do tego przykładał. Tygodnik redagowali podwładni, a Ka­czyńskiemu gabinet naczelnego potrzeb­ny był do organizowania własnej partii.
Jeszcze mniej sympatycznie zabrzmią jego ówczesne słowa o konkurencji. „Gdy­by ktoś z naszej strony zabrał Solidarności gazetę, stał się jej prywatnym współwłaś­cicielem i dzięki temu milionerem, toby go rozniesiono” - mówił pod adresem „Gaze­ty Wyborczej” w 1990 roku. Choć w tam­tym czasie nikomu w Agorze nawet nie marzyły się miliony, harowano za pensje też ledwie starczające na parówki z bocz­kiem, ale cel był jasny: redagować gazetę atrakcyjną dla czytelników. Wydawnicze imperium ludzie Agory budowali konse­kwentnie przez lata 90. ciężką pracą, a nie szukaniem dróg na skróty i uzasadniającą to moralną ekwilibrystyką.
Lecz w zasobie pojęć Jarosława Kaczyń­skiego nie istnieje coś takiego jak ciężka praca czy talent. Tu wszystko jest statycz­ne i raz na zawsze ustalone. Są tylko wiel­kie siły, decydujące za kulisami o kształcie życia społecznego i gospodarczego, niepozostawiające choćby szczeliny na swobod­ną grę pomniejszych interesów; nawet na przypadek albo zbieg okoliczności. Ktoś dawno temu powiedział prezesowi, że po 1989 roku „w województwie przemyskim w całym sektorze finansowo-bankowym nie było ani jednego pracownika meryto­rycznego, który by nie pracował wcześniej w komitecie wojewódzkim partii”. I choć to absurd (uwłaszczenie nomenklatury było procesem żywiołowym, wynikającym z braku kontroli państwowej), którego nie sposób ani udowodnić, ani obalić, prezes powtarza to nawet po wielu latach.
W tym kafkowskim świecie, jeśli nie chce się powtórzyć losu beznadziej­nie szamoczącego się Józefa K., pozosta­je pójść śladem Jarosława K.: pokonać układ jego własną bronią. Sklonować Lewiatana i - odwracając moralne znacze­nia - pokonać zło.

Traumy prawdziwe i urojone
Wyobcowanie Kaczyńskiego w latach 90. nie było wyłącznie efektem jego własnych urojeń. Okrągłostołowe elity, mocno przy­wiązane do inteligenckich hierarchii, nie doceniły aspiracji i zdolności 40-letniego wówczas polityka. Nie zauważyły, że Ka­czyński szybciej od nich odczytuje kody nowej epoki, potrafi prowadzić finezyj­ną grę polityczną, stawia interesujące diagnozy. Choć był przygotowany do de­mokratycznej polityki o niebo lepiej niż większość bohaterów opozycji, to wyzna­czono mu miejsce w drugim szeregu.
Uzasadnione poczucie odrzucenia na­rastało w umyśle Kaczyńskiego do mon­strualnych rozmiarów, aż wreszcie uznał, że jest głównym celem opresyjnego syste­mu III RP - politykiem najbardziej ata­kowanym, najboleśniej wyśmiewanym, wykluczonym, inwigilowanym. Kompleks Kaczyńskiego obejmował zwłaszcza dwie instytucje - służby specjalne i media.
Dzięki niejasnej do dziś historii z „sza­fą Lesiaka” poczuł się męczennikiem służb III RP. Gdy po wielu latach zdobył władzę, jej filarem uczynił CBA - własnego, mo­ralnie czystego Lewiatana powołanego do zniszczenia przesiąkniętego złem Lewia­tana „onych”. Mitycznego układu oczywi­ście nie wytropiono, gdyż układ w takim kształcie, jak chciał to widzieć Kaczyński - czyi i sprawnie zorganizowanej mafijnej ośmiornicy podporządkowanej utajnio­nemu kierownictwu - był intelektualną aberracją. Moralna sankcja IV RP posy­pała się więc w gruzy, a ekscesy CBA z lat 2006-2007 stały się kolejnym haniebnym
przykładem nadużywania służb specjal­nych w celach politycznych. W niczym nieodbiegającym od szafy Lesiaka, afery Olina, zatrzymania prezesa Orlenu. Skoro moralny cel nie został osiągnięty, nie było już czym uświęcać środków.
Nie lepsze były doświadczenia Kaczyń­skiego z mediami. Sam nie sprawdził się w roli szefa „Tygodnika Solidarność”, a jego Porozumienie Centrum koncerto­wo rozłożyło przyznany mu w ramach li­kwidacji RSW „Express Wieczorny”. Do tego sam miał w latach 90. fatalną pra­sę. Główne media widziały w nim nie­bezpiecznego politycznego awanturnika.
Prezes wyciągnął z tego typowe dla sie­bie wnioski: zawiązał się przeciwko niemu układ medialny.
I jak zwykle urojenia przeplatały tu się z faktami. Bo gdy wraz z PiS wracał do wielkiej polityki, upartyjniona przez SLD telewizja publiczna naprawdę za­atakowała go oszczerczym „Dramatem w trzech aktach”. Ktoś inny być może wy­ciągnąłby z tego wniosek, że należy raz na zawsze odpartyjnić TVP. Lecz nie Kaczyń­ski , który po dojściu do władzy upartyj­nił publiczne media na własną modłę, by atakowały rywali co najmniej równie osz­czerczą „Misją specjalną”. Szyld rewolucji moralnej miał wszystko usprawiedliwić.
Od lat największe emocje w obozie PiS budzą jednak media prywatne. Jeszcze w latach 90. Kaczyński formułował dzi­waczną tezę, że „Gazeta Wyborcza” za­wdzięcza poczytność temu, że dawni członkowie PZPR mieli wpojony nawyk czytania.
Dominację opcji liberalnej w mediach głównego nurtu oczywiście łatwo jest racjonalnie wytłumaczyć - zarówno z przyczyn kulturowych, jaki czysto komercyjnych są one adresowane głównie do wielkomiej­skiej klasy średniej. Ale wychowany na Ka­czyńskim lud pisowski woli alternatywne hipotezy o „resortowym” wsparciu przod­ków z SB, „rządowej kroplówce” z reklam spółek skarbu państwa, służeniu interesom zagranicznych korporacji. Bo jak wiadomo, gdy przeciwnik odnosi sukces, jest to z za­sady podejrzane. Niemoralny wrogi układ daje moralną sankcję układowi własnemu.

Wyłonił się układ
Płacąca podatki w Luksemburgu spół­ka SKOK Holding, która od lat finansu­je szereg propagandowych przedsięwzięć medialnych PiS, jest tego kontrukładu fundamentem.
Dopóki podtrzymywano fikcję, że kasy spółdzielcze są zorganizowaną na zasa­dzie non profit płaszczyzną ekonomicznej integracji ludzi wykluczonych przez sektor bankowy, można było jeszcze snuć publi­cystyczne uzasadnienia dla tej symbiozy. Tu drobni ciułacze z małych miasteczek, tam wielkie i bezwzględne w eliminowa­niu rywali grupy bankowe. A skoro tak, to polityczne wsparcie słabszego z zasady podmiotu jest na miejscu.
Tyle że z upływem lat podległa Grzego­rzowi Biereckiemu struktura, agresywnie rozpychająca się na rynku usług finanso­wych, sama coraz bardziej upodabniała się do banków. Odmawiała jednak poddania się rygorom obejmującym inne banki, któ­re zwiększają bezpieczeństwo depozytów. Bierecki chciał zjeść ciastko i nadal je za­chować, a PiS aktywnie go w tym wspiera­ło, bo też w tym zjadaniu miało swój udział.
Ujawniony teraz transfer 77 milionów złotych z fundacji zarządzającej niegdyś krajowym SKOK-iem do prywatnej spółki Biereckiego pokazuje, że z rojeń o ochronie ciułaczy i oddolnej samoorganizacji pozo­stał jak najbardziej realny i potężny układ polityczno-bankowo-medialny. Zrodził się dla zrównoważenia wrogich układów do­mniemanych, a nigdy niedowiedzionych. A teraz okazał się tym jedynym napraw­dę realnymi. Najprawdziwszym Układem. Do złudzenia podobnym do tego, jakiego demaskację zapowiadał prezes Kaczyński wraz z ministrem Ziobrą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz