PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 26 marca 2015

Skoki Biereckiego. Opowieść o karierze senatora


Roman Daszczyński

Jeden z najbogatszych ludzi w Trójmieście. Jego nazwisko dzieli w tej chwili polskie społeczeństwo mocniej niż wyborcza walka o prezydenturę. Według jednych senator Grzegorz Bierecki jest bliskim krachu wizerunkowego aferzystą. Według innych - bohaterem, finansistą lepszej Polski, która nadejdzie wraz z rządami PiS.
Przyjaciele i najbliżsi współpracownicy Grzegorza Biereckiego z zasady nie rozmawiają z dziennikarzami. On sam też raczej nie - łatwiej jest przedstawicielom zaprzyjaźnionych mediów, którzy nie zadają trudnych pytań.

Dawni koledzy? Bywa, że decydują się na rozmowę, ale są ostrożni. Po pierwsze - "nie kopie się leżącego". Po drugie - nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki.

- Co to jest dla niego wyjąć 50 tys. na adwokata? Ja nie zarabiam tyle rocznie - stwierdza jeden z rozmówców "Wyborczej".

- Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?

- Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy. Kaczyński już doprowadził do tego, że Grzegorz jako senator PiS zawiesił swoje członkostwo w klubie parlamentarnym partii do czasu wyjaśnienia sprawy. Jego brat Jarek, jako radny pomorskiego sejmiku, postąpił zresztą podobnie.

Inny z rozmówców przyznaje, że od lat uważnie przygląda się karierze Biereckiego. W drugiej połowie lat 80. buntowali się razem przeciw komunie, działali w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

- Zawsze miał charyzmę - wspomina. - Świetny organizator, taktyk i strateg, do tego konsekwentny. Gdy był jakiś zjazd czy jakaś narada, on zawsze umiał wszystko tak zaplanować punkt po punkcie, że osiągał to, co sobie założył. Pozostałym nawet do głowy nie przyszło, że właśnie zagrali role, które wcześniej napisał dla nich Bierecki. Jego brat kręcił się gdzieś obok, był od wykonywania poleceń Grześka. Myśleliśmy przez to, że jest młodszy. Po jakimś czasie odkryłem ze zdumieniem, że Jarek jest starszy o cztery lata.

Rozmówców z czasów NZS jest trzech. Mówią, że Grzegorza różniło od reszty jeszcze coś - miał nie więcej niż 27 lat, a już wiedział, że sam młodzieńczy idealizm to zbyt mało do realizacji marzeń, że trzeba mieć pieniądze: - Już w podziemiu potrafił zakręcić się przy inicjatywach, gdzie była jakaś kasa. Do tego też potrzebny jest specjalny talent.

Głowa nie od parady

W 2006 r. Grzegorzem zainteresował się Cezary Łazarewicz, ówczesny dziennikarz tygodnika "Przekrój". O Biereckim było akurat wtedy głośno, bo ktoś zwrócił uwagę, że to chyba jakiś lobbysta - nie jest parlamentarzystą, a posiada stałą przepustkę do Sejmu, wygląda na zaprzyjaźnionego z czołówką polityków PiS, partii wówczas rządzącej. Łazarewicz postanowił opisać karierę Biereckiego: jak to się stało, że naprawdę młody chłopak z opozycji stał się bliskim współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego, nawiązał współpracę z amerykańską spółdzielczością finansową, a następnie w ciągu kilkunastu lat zorganizował potężny parabank pod nazwą SKOK, i to chroniony przez mocny polityczny parasol?

Wkrótce ukazał się artykuł "Król kasy krajowej". Leszek Biernacki, były lider NZS na Uniwersytecie Gdańskim, opowiedział Łazarewiczowi, jak wysłał Biereckiego do Warszawy po tzw. bibułę, co w peerelu oznaczało nielegalne książki i czasopisma, wydawane z pominięciem komunistycznej cenzury. "Minęło kilka dni, a tu ani książek, ani Grzegorza, ani pieniędzy. Spotkali się po jakimś czasie. - Sprzedał mi bajkę, że kurier, którego wysłał, wyrzucił plecak z książkami przez okno pociągu. Nie wiem, jak cała kupiona bibuła miała się zmieścić w plecaku. Ja mu przecież dałem równowartość kilku miesięcznych pensji, które otrzymałem z Komitetu Oświaty Niezależnej. Nigdy mi nie wyjaśnił, co się stało z tymi pieniędzmi ani kto był tym feralnym kurierem".

Sprawę należało zgłosić kierownictwu podziemia - tym bardziej że wersja, jakoby kurier wyrzucił plecak z bibułą, ponieważ milicja robiła rewizję w pociągu, pachniała bajkopisarstwem. Biernacki uznał jednak, że lepiej jest milczeć, by nie jątrzyć w środowisku, które i tak wystawiane było przez bezpiekę na ciężkie próby.

W odpowiedzi na artykuł w "Przekroju" Bierecki stwierdził, że Leszek Biernacki albo zmyśla, albo coś mu się pokręciło: sytuacja z utratą pieniędzy przeznaczonych na bibułę w ogóle nie miała miejsca i nie było żadnego wyrzucania plecaka przez okno pociągu.

W 1985 r. Bierecki wpadł na pomysł, że będzie organizował we współpracy z Kościołem odpłatne kursy przygotowawcze dla kandydatów na studia. Chciał robić to pod szyldem NZS, ale nie dostał zgody. Kursy, popularnie nazwane "Harvard", odbywały się u gdańskich dominikanów. To było pierwsze biznesowe przedsięwzięcie Biereckiego, dosyć nowatorskie, bo w tamtych czasach opozycjoniści - jeśli pomagali młodzieży, to za darmo; pieniądze niespecjalnie szły w parze z postawą obywatelską. Co gorsza, po latach okazało się, że Bierecki organizował "Harvard" wspólnie z komunistycznym agentem Służby Bezpieczeństwa. I o to niektórzy koledzy z podziemia mają dziś do Biereckiego największe pretensje - że wprowadził do NZS Janusza Molkę.

- Dzięki temu esbecja miała nas przez lata na widelcu - mówi były studencki opozycjonista. - Mogli nas rozgnieść, ale woleli kontrolować. Doszło do takiej paranoi, że jak raz był kłopot z wydaniem naszego biuletynu, to Molka zaproponował, że wszystko załatwi. Esbecja dostała od niego maszynopis, następnie wydrukowała w rekordowym tempie u siebie cały nakład i biuletyn poszedł w miasto.

Molka po latach scharakteryzuje Biereckiego w reporterskiej książce "Ubek" autorstwa Bogdana Rymanowskiego: "Głowę miał nie od parady, świetnie rozgrywał swych rywali. Musiałem zastosować wobec niego wyrafinowaną technikę. Na każdym kroku wzmacniałem jego negatywne cechy. Dokładnie tak jak w dżudo, gdzie wykorzystuje się siłę przeciwnika. To proste wobec kogoś, w kim drzemie mały intrygant. Rozniecałem w nim wątpliwości wobec najbardziej ofiarnie pracujących ludzi podziemia. On odsuwał ich na boczny tor, a na to miejsce wskakiwałem ja".

W jakich okolicznościach Molka zakolegował się z Biereckim? W 1984 r. zakamuflowany esbek miał jako sympatyk opozycji nachodzić matkę Grzegorza i proponować pomoc, w czasie gdy jej syn znalazł się w areszcie. Biereckiego wkrótce wypuszczono i zawiązała się podziemna znajomość.

Mariusz Popielarz, w drugiej połowie lat 80. czołowy działacz NSZ w Gdańsku, z goryczą opowiadał tygodnikowi "Przekrój" o relacjach Biereckiego i Molki: "Dla niego ten ubek był bardziej wiarygodny niż ja. I do dzisiaj zadaję sobie pytanie, co ich łączyło".

Bankier dzięki przypadkowi

Bierecki w książce Rymanowskiego bagatelizuje sprawę: "Kontrolował NZS? Proszę nie żartować. To iluzja. Molka nie uczestniczył w najważniejszych spotkaniach (...) Był zwykłym kapusiem, a teraz usiłuje budować swoją legendę. Nie przypominam sobie żadnych działań inspirujących z jego strony".
Molce udało się zwieść sporo trójmiejskich opozycjonistów, w tym część działaczy Ruchu Młodej Polski. W "Ubeku" opisał m.in., jak podchodzono Lecha Kaczyńskiego, który według jego relacji był bardzo pracowitym działaczem podziemia i "dobrotliwym misiem". W kościele pw. św. Bartłomieja w Gdańsku odbywały się spotkania opozycjonistów - pod kontrolą SB, która zamontowała tam mikrofony i aparaty fotograficzne. Wszystko rejestrowano. Kaczyński miał Molce przekazywać w toalecie pieniądze na działalność opozycyjną. "To była konspiracja, księgowości nie prowadzono". Jednak Molka nie zaszkodził tyle, co mógł, ponieważ Kaczyński zobaczył go w końcu w stanie wskazującym na spożycie, a pijaków w konspiracyjnej robocie nie tolerował - zerwał kontakty.

Nawet jeśli Molka mógł swoimi intrygami psuć relacje w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego - szczęśliwie został wyeliminowany z powodu skłonności do alkoholu. Wkrótce doszło do rozmów między władzami PRL a opozycją, co otworzyło zupełnie nowe perspektywy działania. Grzegorz Bierecki należał do wąskiego kręgu najbliższych współpracowników Lecha Kaczyńskiego, dzięki temu uczestniczył w negocjacjach Okrągłego Stołu - w ramach podzespołu do spraw nauki i szkolnictwa wyższego. Nawiasem mówiąc, był tam razem ze swoim przyjacielem z NZS Przemysławem Gosiewskim. Następne miesiące obaj przepracowali w centrali odrodzonej "Solidarności", gdzie Lech Kaczyński był wiceprzewodniczącym związku.

Przyszły twórca i szef SKOK-ów został podobno bankierem dzięki przypadkowi. Kaczyński w ostatniej chwili musiał odwołać swoją podróż do USA, poleciał tam Bierecki jako jego przedstawiciel. Skorzystał z zaproszenia szefostwa amerykańskiego Związku Unii Kredytowych i obejrzał, jak wygląda tam spółdzielcza bankowość. Wrócił do Polski podekscytowany, Kaczyński zaraził się tym entuzjazmem. Sprawa była poważna: w kraju sektor bankowy był całkowicie w rękach komuchów, chroniony przez byłych oficerów SB. Niezależna spółdzielcza bankowość była wielką szansą na przełamanie popeerelowskiego monopolu. Odpowiednie regulacje statutowe i ustawowe przygotował Adam Jedliński, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego, adwokat i wykładowca prawa na UG - uważany za mózg całego przedsięwzięcia. Dziś SKOK-i mają prawie 2,5 mln członków i aktywa na poziomie 16,5 mld zł. Są potęgą na polskim rynku finansowym. Bierecki umiejętnie wykorzystywał polityczne znajomości i umiał się odwdzięczyć. W SKOK-ach pracę znalazło niemało osób związanych z PiS, tam też chodziło się i chodzi po kredyty na indywidualnie ustalanych warunkach. Jednym z klientów mozolnie spłacających raty jest Jarosław Kaczyński.

Bierecki stał się wielkim dobrodziejem mediów związanych z politycznym światem braci Kaczyńskich, wszedł też w bliską współpracę z o. Tadeuszem Rydzykiem i jego imperium - dał m.in. promesę na 15 mln zł, która umożliwiła Telewizji Trwam wejście na tzw. multipleks.

Przez lata środowisko PiS walczyło mężnie, by SKOK-i nie były objęte nadzorem finansowym państwa.

W końcu Bierecki sam wszedł bezpośrednio w politykę - jako senator ziemi bialskopodlaskiej. Zdecydował się na to po tym, jak w katastrofie prezydenckiego tupolewa zginęli jego przyjaciele. Latem 2013 r. Bierecki został przewodniczącym Światowej Rady Związków Kredytowych (WOCCU) - co interpretowane jest jako dowód uznania dla sukcesu SKOK-ów w Polsce.

Jako parlamentarzysta musiał podać do publicznej wiadomości swoją deklarację majątkową. Bierecki stwierdza w niej, że posiada prawie 10 mln zł oszczędności, a także 610 tys. zł w papierach wartościowych i mieszkanie o wartości 360 tys. zł. Wiadomo jednak, że to nie wszystko, co ma do dyspozycji. Bierecki mieszka w okazałej rezydencji na obrzeżach Trójmiasta z żoną i córką, które dysponują odrębnym majątkiem.

Afera, jakiej nie było

Niedawny raport KNF na nowo rozbudził emocje wokół twórcy SKOK-ów. Niezwykle ostro wypowiedział się na ten temat prof. Leszek Balcerowicz w programie telewizyjnym Tomasza Lisa.

Tomasz Lis: - Powiedział pan, że afera SKOK-ów to jest największa afera finansowa III Rzeczpospolitej.

Balcerowicz: - No tak, bo to są największe straty. Do tej pory wydano na pokrycie strat w ramach SKOK-ów ponad trzy miliardy... I to nie koniec... Przy czym SKOK-i stanowią stosunkowo małą część całego sektora finansowego, a mimo to narobiły tak ogromne straty, to znaczy, że udzielone kredyty w około 40 procentach zostały albo stracone, albo wyłudzone...

- Jeśli jest tak wielka afera, to proszę powiedzieć, kto odpowiada za tę aferę...

- To powinna wyjaśnić prokuratura... Zresztą, tam jest wiele wniosków dotyczących jak na razie największych strat, jak na razie w SKOK-u Wołomin. Generalnie na 53 kasy, czyli SKOK-i, w ogromnej większości, w 43, prowadzono działania naprawcze, czyli skala strat była ogromna... Ja też sądzę osobiście, że potrzebny jest raport, który polskiemu społeczeństwu wyjaśniłby takie ogólniejsze przyczyny powstania tak ogromnych strat.

Balcerowicz w programie mówił o walce, jaką środowisko polityczne braci Kaczyńskich stoczyło, by SKOK-i jak najdłużej znajdowały się poza jakąkolwiek zewnętrzną kontrolą. Ustawa, która zmieniła ten stan rzeczy, zaczęła działać w 2012 r., nastąpiło to - dzięki umiejętnym działaniom sojuszników Biereckiego w parlamencie - trzy lata później, niż powinno. Po odkryciu miliardowych strat trzeba było pokryć brakujące kwoty ze środków Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - po to, by system się nie załamał.

- Z tego co wiem, to dochodziło do drastycznych w ogóle scen, niezwykle brutalnych wypowiedzi ze strony przedstawicieli PiS-u wtedy, kiedy ta ustawa była przedmiotem dyskusji w parlamencie - stwierdził Balcerowicz. - Sprawa tych strat wróciła przy okazji innej historii, która była podawana przez media, ja za mediami podaję, że mianowicie główny twórca tej całej struktury i senator PiS-u, pan Grzegorz Bierecki, dokonał - i tu podaję za mediami - serii operacji prawno-finansowych, w efekcie których wszedł w posiadanie dużego majątku...

- 77 milionów złotych... - zauważył Lis.

- Z bratem... Trzeba powiedzieć, że nie sam. Z bratem i jeszcze jednym kolegą... [mec. Jedlińskim - przyp. red.]. Ale dlaczego jest to takie drastyczne, podwójnie drastyczne? No... to robi człowiek, który był autorem struktury, w ramach której powstały gigantyczne straty... To nie da się usprawiedliwić na gruncie moralnym.

- No właśnie... Pan profesor powiedział "na gruncie moralnym". A wciąż, zdaje się, pozostaje bez odpowiedzi pytanie: czy on to zrobił zgodnie z prawem?

- Tego nie wiem. Mogę powiedzieć, że z tego, co wiadomo każdemu, kto czyta gazety, sprawa również została skierowana do prokuratury. A jaka będzie decyzja prokuratury? Oczywiście nie jestem w stanie się wypowiedzieć. Dziwiłbym się w każdym razie, i to by było minimum, gdyby nie było żadnego rzetelnego wyjaśnienia przeznaczonego dla opinii publicznej.

- A dziwi się pan, że pan senator Bierecki dalej ma bardzo szerokie grono obrońców? No, już nie mówię o tych mediach, które są przez niego sponsorowane, bronią swojego sponsora: pan płaci, pan wymaga, proszę bardzo... Ale mówię też o politykach.
- Można się nie dziwić, ale jednocześnie gorszyć. Więc nie dziwię się, bo rozumiem motywy dosyć niskie, ale się gorszę... Bo to jest rzeczywiście gorszące.

Kotlet, który rani

Mało kto zwraca już nawet uwagę na to, że SKOK-i mają dziś niewiele wspólnego z ideą spółdzielczości finansowej, którą miały krzewić w Polsce. W punkcie wyjścia chodziło o system non profit, w którym sąsiedzi, członkowie wspólnoty parafialnej albo pracownicy fabryki wspólnie gospodarują swoimi oszczędnościami i sami wybierają władze Kasy. Bierecki scentralizował rozrzucone po całym kraju SKOK-i, stał się ich niepodzielnym liderem.

W książce wydanej na 10-lecie Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych można znaleźć taki fragment: "Najbliższy ideałowi był system amerykański. Z założenia SKOK-i miały być inne niż banki. Przede wszystkim powinny zaspokajać potrzeby własnych członków i nie być - w przeciwieństwie do banków - nastawione na zysk".

- Zamienił dawne ideały na złotą karocę i władzę - komentuje przyjaciel Biereckiego z lat studenckich. - Przestał być bohaterem mojej bajki, choć wciąż mam do niego stary sentyment. Nie sądzę, by przeciwnicy polityczni zdołali zrobić z Grześka aferzystę. On ma do pomocy tak świetnych prawników, że zdziwiłbym się, gdyby zrobił coś, co pachniałoby kryminałem.

Gdyńska posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk nie ma wątpliwości, że Bierecki został zaatakowany ze względu na trwającą kampanię prezydencką. Ma to uderzyć w notowania kandydata PiS Andrzeja Dudy.

- Będą różnym osobom wmawiać jakieś tajne układy ze SKOK-ami - mówi Arciszewska-Mielewczyk. - Ja sama mam u nich 5 mln kredytu, który zaciągnął mój tragicznie zmarły mąż. Spłacam, co mam robić... To poważna instytucja, która jest solą w oku bankom i przeciwnikom politycznym. Senator Bierecki zawiesił swoje członkostwo w klubie, bo takie są standardy, ale jestem pewna, że wróci, gdy tylko wszystko się wyjaśni. Gdyby szef KNF-u miał poważne argumenty, skierowałby swój raport do prokuratury, a nie uprawiał publicystykę na użytek kampanii wyborczej.

Gdy kilka dni temu zrobiło się głośno o przekazaniu do spółki Biereckiego kilkudziesięciu milionów złotych, które należały do zlikwidowanej w 2010 r. Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych - Bierecki był akurat w podróży do USA. Całą sprawę skomentował w programie TVP Info. Zapewnił, że pieniądze te są własnością Światowej Rady Związków Kredytowych, a on sam tylko wykonuje powierzone zadania jako powiernik tego majątku.

- To ten sam odgrzewany kotlet, który ma mnie zranić, jestem dumny, że nie ma mnie czym innym zaatakować - stwierdził senator Bierecki. Jego zdaniem afera dotyczy tylko SKOK-u Wołomin i on sam nie ma z nią nic wspólnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz