PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 9 maja 2016

Broszka



Bez doradców, bez zaplecza i na politycznej łasce prezesa. Choć Beata Szydło od pół roku jest premierem, mentalnie wciąż tkwi w rodzinnym Przecieszynie

Michał Krzymowski, Anna Szulc

Lato 2015 r., PiS kroczy po zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Współ­pracownicy Beaty Szydło zaczynają pompować balon oczekiwań. - Jeszcze się wszyscy zdzi­wicie - sączą dziennikarzom. - Beata nie pozwoli sobą tak łatwo dyrygować. To uparta córka górnika.
   Świat męskiej polityki, ciągną, jej nie przerazi. Stworzy rząd autorski, będzie twarda. Wszystko ma przemyślane: na­wet to, żeby wzorem kanclerz Niemiec do żakietów nosić spodnie.
   Pół roku po przejęciu władzy przez PiS te zapowiedzi brzmią zabawnie. Nawet życzliwi przyznają, że Beata Szydło jest premierem bezbarwnym, sterowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Regu­larnie melduje się w partyjnej siedzibie u prezesa.
   - Beata inaczej to sobie wyobrażała - wzdycha jej znajomy. - Od kilku miesię­cy robi wszystko, żeby nie dać prezesowi pretekstu do podejrzeń. Jeździ na Nowo­grodzką, sama do niego wydzwania, kon­sultuj e każdą ważną decyzję. A mimo to czuje, że Jarosław nią gardzi i może uni­cestwić jednym plaśnięciem, tak jak kie­dyś Marcinkiewicza. Bardzo to przeżywa.

PERORA PROFESORA
Luty. Beata Szydło szykuje się do spotkania ze śląskimi posłami PiS.
Chce ich zaprosić do kancelarii premie­ra i opowiedzieć o rządowym planie dla kopalń. Szydło wie, że górnictwo to becz­ka z prochem. Zanim posłowie dostaną zaproszenia, wiadomość o planowanym spotkaniu dociera do władz klubu PiS. Wtedy nagle Szydło wycofuje się z pomy­słu spotkania. Dlaczego? - Interweniował szef klubu Ryszard Terlecki, zapewne po konsultacji z naczelnikiem. Zabronił za­praszania posłów do kancelarii.
   - Dlaczego?
   - Żeby się nie rozochociła i nie zaczęła budować własnego środowiska - śmieje się jeden z posłów PiS.
   Polityk, który pracował w rządzie PiS w latach 2005-2007: - Wszyscy mini­strowie jeżdżą na audiencje na Nowo­grodzką. Do kancelarii premiera mało kto zagląda, bo i po co? Mam deja vu, jest jak za Marcinkiewicza. Wtedy Zio­bro przyjeżdżał do niego raz na dwa tygodnie. A gdy premierem został Jaro­sław, nagle się okazało, że spraw do omó­wienia jest tyle, że Zbyszek musi bywać w kancelarii codziennie.
   Jeden z ministrów (prosi o anonimo­wość): - Dziś to Beata zabiega o dobre re­lacje z Ziobrą czy Macierewiczem. Być może ma nadzieję, że nie będą jej oczer­niać u prezesa. Na posiedzeniach rzą­du nikt z nią nie polemizuje, bo wszyscy wiedzą, że Beata jest tylko długopisem, który porusza się w granicach instrukcji Jarosława. A, i jeszcze raz na jakiś czas prof. Gliński raczy panią premier swoimi perorami. On jako jedyny ma potrzebę przypominania Szydło o swojej ważności.
   Ile dziś znaczy głos szefowej rzą­du, wie nawet polityczny nowicjusz Witold Bańka, minister sportu. Je­den z jego współpracowników opowia­da „Newsweekowi”, że Bańka chciał dofinansować budowę akademii Le­gii Warszawa, ośrodka treningowe­go w Grodzisku Mazowieckim. W skali budżetu to drobna suma (chodzi o kil­kanaście milionów złotych), ale mini­ster woli poprosić szefostwo o zgodę.
- Myślicie, że wpisał się do kalenda­rza pani premier? Nie, pojechał do pre­zesa. Musiał go zapewnić, że szefowie Legii nigdy na nas nie pluli. Jarosław w końcu skinął głową - opowiada nasz rozmówca.

PREZES GROZI PALCEM
Siedziba PiS, Jarosław Kaczyński opowiada współpracownikom o spot­kaniach z Beatą Szydło. Jest zdenerwo­wany: - To jak rzucanie kamieni do wody. Ja coś do niej mówię, ona ciągle potaku­je, a potem cisza, nic się nie dzieje!
   Pytamy działaczy PiS z Nowogrodz­kiej (to oni opowiadają nam tę sce­nę) o sprawy, w których szefowa rządu stawiała prezesowi opór. Według nich zbuntowała się przy ustawie kompe­tencyjnej, która przekazuje wicepre­mierowi Mateuszowi Morawieckiemu nadzór nad sześcioma państwowymi in­stytucjami i spółkami. Kaczyński miał żądać zmian jeszcze przed zaprzysię­żeniem rządu, ale ustawa została przy­jęta przez rząd dopiero 15 marca, a do Sejmu przesłano ją po kolejnych trzech tygodniach. - Jarosław dostał białej go­rączki. Uznał, że to zabawa w kotka i myszkę i że nie będzie się dłużej patycz­kować z Beatą. Postanowił ją publicz­nie zdyscyplinować - wspomina jeden z działaczy.
   Reprymenda została udzielona w wy­wiadzie dla tygodnika „wSieci”: Kaczyń­ski oświadczył, że powołanie rządu było eksperymentem i że pojawiły się „resor­towe kłopoty, które muszą zostać twardą ręką przełamane”. A na pytanie o relacje z Szydło odparł: „Pani premier na pewno tym premierem chce być”. Później upoko­rzył ją po raz drugi: gdy Szydło przyjecha­ła na Nowogrodzką, Kaczyński poświęcił jej sześć minut. Zrugał ją za zbyt wolne tempo reform i odesłał do pracy.
   Człowiek z Nowogrodzkiej: - Jarosław ma pretensje o wszystko. Dlaczego mi­nister finansów tak się szarogęsi? Gdzie uszczelnienie VAT, program mieszka­niowy? Co ze zmianami w podatkach? Ostatnio wściekł się, że Szydło opowia­da na konferencjach o jakimś programie „Gospodarka plus”. „Jaka gospodarka plus? Przecież to plan Morawieckiego, tak mamy mówić!”.

PRZEDSZKOLE Z UJAZDOWSKICH
Poseł sympatyzujący z Szydło: Może to wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby Beata miała poważniej­sze otoczenie. Spójrzcie na doradców poprzednich premierów: profesoro­wie od analizy socjologicznej, ludzie biznesu, dawni opozycjoniści zahar­towani w podziemiu, PR-owcy, którzy zjedli zęby na partyjnej polityce. Atu jest przedszkole.
   Gabinet polityczny Beaty Szydło, któ­rym kieruje minister Elżbieta Witek, rzeczywiście wygląda skromnie. To lista ludzi nagrodzonych za działalność dla partii. Wśród asystentowi doradców premier RP przeważają ludzie znikąd: jest 23-letni student Piotr Mazurek, starszy o dwa lata Michał Kania z Telewizji Re­publika. Magdalena Beyer, powiatowa radna z Pruszkowa. Magdalena Milczarczyk też do tej pory pracowała etatowo w PiS. Jacek Ozdoba, warszawski rad­ny PiS, do niedawna zajmował się inter­pelacjami w sprawie dziur w jezdniach. Najbardziej znany wśród doradców jest Rafał Bochenek, partyjny wodzirej z Wieliczki. - Gdyby mierzyć polityczne wpływy czasem spędzonym z panią pre­mier, to razem Z witkową byłby w czubie. Do powiedzenia nie ma nic, ale ładnie się uśmiecha - mówi działacz z Nowogrodz­kiej. - Dostał jeszcze na boku fuchę, jest małopolskim koordynatorem do spraw Światowych Dni Młodzieży. To błąd. Je­śli na SDM wydarzy się coś złego, to Ra­fał się nie pozbiera. Jeśli, nie daj Boże, dojdzie tam do tragedii, to ktoś pójdzie siedzieć.
   Na liście asystentów i doradców w KPRM jest Natalia Grządziel, była makijażystka prezesa Kaczyńskiego.
   Barwniejszą postacią w tym gro­nie jest Paweł Rybicki, kiedyś znany jako bloger Rybitzky. Zasłynął tym, że po cichu odpowiadał za media społecznościowe Andrzeja Dudy w jego kam­panii prezydenckiej, a w oficjalnych publikacjach krytykował prezydenta Komorowskiego.

ANEGDOTA? O BEACIE?!
Wśród nowych ludzi w szefostwie kancelarii znalazł się Paweł Ma­jewski, do niedawna dziennikarz „Rzeczpospolitej”. Jest pełnomocni­kiem rządu ds. Światowych Dni Mło­dzieży. - Zestresowany młody człowiek. Nie dziwię się. Wszyscy myśleli, że
ŚDM to samograj, a okazało się, że to jakaś mina - uważa jeden z naszych rozmówców.
   Inny sekretarz stanu, Paweł Szefermaker, trafił do kancelarii w nagrodę za sprawne przeprowadzenie kampanii PiS w sieci. - Zdolny chłopak. Pomoże zało­żyć konto na Snapchacie, ale na wielką politykę jeszcze ma czas. Zresztą to czło­wiek zorientowany na Joachima Bru­dzińskiego, a nie na Beatę.
   Wśród konstytucyjnych ministrów Szydło może liczyć na cztery osoby: Annę Zalewską (MEN), Henryka Ko­walczyka (komitet stały), Andrzeja Adamczyka (infrastruktura) i Pawła Szałamachę (finanse). Ale każda z nich jest zajęta swoimi sprawami. Do tego los dwóch ostatnich wisi na włosku.
- Adamczyk ma wielu wrogów, a alergia prezesa na Szałamachę jest legendarna. To człowiek na pograniczu politycznego autyzmu. Powiedzmy sobie jasno, Beata nie ma żadnego środowiska - przyznaje jeden z posłów.
   Działacz PiS z Małopolski (wiele mie­sięcy pracował z Szydło), kiedy pytamy go o dykteryjki na temat szefowej rządu, milknie i długo wpatruje się w ścianę ka­wiarni: - Anegdoty o Beacie? Oj, to nie takie proste. Dajcie pomyśleć.
   Dzień później, rozmowa przez tele­fon: - Nie, jednak nie dam rady. O niej nie ma żadnych dykteryjek. Jest, jaka jest. Na waszym miejscu pojechałbym w jej rodzinne strony, może tam coś wam powiedzą?
   Być może więcej niż o tym, jaka pry­watnie jest Beata Szydło, można by po­wiedzieć ojej kolekcji słynnych broszek. Ale te broszki to ścierna. - Nigdy nie by­łam fanką broszek. Jak prawie każda ko­bieta jakieś miałam, ale nie był to gadżet, który specjalnie lubiłam. Pomysł naro­dził się w kampanii wyborczej - wyzna­ła Szydło w jednym z wywiadów.

CUDA W PRZECIESZYNIE
Beata Szydło mieszka w Przecie- szynie w gminie Brzeszcze w woje­wództwie małopolskim. W marcu 700 metrów wybojów, które prowadziły do domu Szydłów, znienacka zamienia się w gładki asfalt. Utwardzenie drogi od­bywa się w trzy dni, chociaż nie ma go w planach gminy. Skąd wzięło się prawie 140 tys. złotych? Burmistrz Brzeszcz Ce­cylia Ślusarczyk nie rozmawia o drodze z dziennikarzami. Przysyła nam suchy komunikat: „Wykonanie zadania zosta­ło poprzedzone zapytaniami ofertowy­mi rozpisanymi 1 marca”.
    - Wszystko tajne przez poufne, zero konsultacji społecznych. Bali się bun­tu czy co? - zastanawia się Grzegorz Andruszko, radny miejski z Brzeszcz. O tym, że gmina wyremontowała drogę, dowie­dział się z telewizji. Resztę dopowiedzie­li mu sąsiedzi. Że panowie z BOR, którzy w niedzielę sprawdzają ludziom kiesze­nie przed kościołem (ale tylko gdy pre­mier wybiera się na mszę), zwierzyli się, że wszystko przez oponę prezydenta, która wybuchła na autostradzie. Chodzi o to, żeby rządowe limuzyny nie wpada­ły w dziury.
   Drogę do pani premier wyasfaltowa­ła Agencja Komunalna, gminna spółka z Brzeszcz. Żona prezesa agencji od lute­go jest szefową nowego biura poselskie­go Beaty Szydło w Oświęcimiu.
    „Dobra zmiana”, która wyniosła Szyd­ło do rządu, zaskakująco często dotyka znajomych pani premier. Do rady nad­zorczej spółki zarządzającej Stadionem Narodowym trafiła Sabina Bigos-Jaworowska, dyrektorka szpitala w Oświęci­miu. Z Szydło zna się od dwóch dekad. Gdy Szydło pracowała w ośrodku kul­tury w Brzeszczach, Bigos-Jaworowska była szefową tamtejszej przychodni.
- Stadion? Wystarczy, że pojawi się w Warszawie raz na miesiąc. I już za­rabia kilka tysięcy - mówi nam nieofi­cjalnie urzędnik Ministerstwa Sportu.
- A że się nie zna na sporcie? A musi się znać?

ULUBIENICA OJCA RYDZYKA
Inny protegowany Szydło, Rado­sław Włoszek, jej były asystent i nauczyciel historii, kieruje od nie­dawna portem lotniczym Kraków-Ba- lice. Nie ma żadnego doświadczenia w branży lotniczej, na kierowniczym stanowisku pracował w Centrali Zaopa­trzenia Hutnictwa w Katowicach. Od niedawna jest za to członkiem rady nad­zorczej TVP.
   Inny kolega Szydło z podstawów­ki Zdzisław Filip, kiedyś kopalniany ko­wal, objął posadę prezesa spółki z grupy Tauron. A Waldemar Klisiak, słynny ho­keista z Oświęcimia, dziś radny powiato­wy PiS, został doradcą ministra sportu. Z kolei Magdalena Szczerbowska z biu­ra Szydło w Brzeszczach otrzymała sta­nowisko w kancelarii premiera.
   Z rodziną Szydłów przyjaźni się Ewa Filipiak, była burmistrz Wadowic. Tuż przed zeszłorocznymi wyborami Regio­nalna Izba Obrachunkowa podejrzewa­ła ją o działalność na szkodę miasta, a do prokuratury trafiło doniesienie o prze­stępstwie. Filipiak może jednak spać spokojnie, bo od pół roku sprawuje man­dat posła. Początki ma raczej nieśmiałe: zero wystąpień, zero pytań, interpelacji, oświadczeń. Głosuje tak jak partia.
   W czasach gdy Szydło rządziła gminą Brzeszcze, mówiono o niej, że jest osobą powściągliwie antyklerykalną. Miejsco­wi księża wyrzucali jej bierność.
W 2007 r., tuż po tym jak weszła do PiS, podczas głosowania w Sejmie nad poprawką do konstytucji gwarantującą ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci, Szydło wstrzymała się od głosu.
   - Czy pani słucha Radia Maryja? - za­pytali ją w tamtych czasach dziennikarze.
   - Nie.
   - Czy jest zapraszana na toruńskie „Rozmowy niedokończone”?
   - Nie.
   Dziś zapewne powiedziałaby inaczej. Przy kolejnych próbach zmiany prawa aborcyjnego Beata Szydło głosowała już za zaostrzeniem ustawy. Pod koniec mar­ca przyznała w radiowej Jedynce, że jest za całkowitym zakazem aborcji. Z czasem zaczęła gościć też w Radiu Maryja, sta­jąc się jedną z jego ulubienic. - Niedawno zleciła urzędnikom znalezienie formuły, dzięki której toruńska uczelnia dostanie dofinansowanie z budżetu - twierdzi roz­mówca zbliżony do radia.

EDWARD NOSI WIADRA
Bez wątpienia i wahań blisko Koś­cioła synowie Beaty Szydło: 22-letni Błażej, student medycyny, i 24-letni Tymoteusz, kleryk. Obu ro­dzina posłała do Liceum Pijarów, szkoły z internatem w Krakowie. O szkole chęt­nie plotkują sąsiedzi Szydło - że internat stał się koniecznością, gdy Beata wyje­chała do Warszawy robić politykę.
   Liceum Pijarów to szkoła elitarna. Obowiązkowe mundurki, modlitwa na pierwszej lekcji i na ostatniej. Msza raz w tygodniu.
   Błażej nie wyróżniał się w liceum, w gimnazjum wygrywał konkursy wie­dzy o Biblii. O nim z całej rodziny wiado­mo najmniej.
   Tymoteusz to kleryk aktywny, podpi­sywał listy przeciwko promocji satani­zmu w TVP. Przygotowuje się do święceń kapłańskich. Ostatnio w seminaryjnej gazetce wypowiedział się za pełną ochro­ną życia poczętego.
   Jeszcze kilka miesięcy temu na Facebooku Błażej Szydło miał profil, na którym opublikował swoje zdjęcie z ko­leżanką. Dziś trzeba nie lada umiejęt­ności, żeby go odnaleźć. Podobnie jak artykuły Tymoteusza Szydły. Informa­cje o rodzinie giną w sieci. - To zasłu­ga Pawła Szafernakera - nie kryje dumy nasz rozmówca z kancelarii. - Beata chce chronić rodzinę. Paweł zadbał o to, żeby to, co już trafiło do sieci, skutecznie się w niej rozpłynęło.
   Tylko informacji o mężu Edwardzie nie udało się usunąć. - Strasznie wielkie chłopisko, o łagodności dziecka, i taki kruchy w środku - opowiadała dzien­nikarzom dyrektorka szkoły w Nawsiu, Krystyna Paryś (mąż pani premier po­chodzi z Nawsia).
   Szydłowie biorą ślub w latach 80. Nie mają związków z opozycją. W latach 90. Edward zakłada KLD, do dziś uważany jest za liberała. Jedną kadencję jest rad­nym, ale szybko odchodzi z polityki. To on zajmuje się domem i dziećmi.
Szydłowie żyją dziś na odległość. Ona wyprowadziła się do stolicy, brylu­je w świetle reflektorów, w eleganckich garsonkach, z broszką. On został w Przeciszewie, gdzie polują na niego paparaz­zi. Tabloidy skrzętnie donoszą, gdy znów wybierze się do lumpeksu. Albo gdy bę­dzie nosić po obejściu ciężkie wiadra pod okiem znudzonych BOR-owców.

Z GŁOWĄ W BRZESZCZACH
Mówi pracownik kancelarii pre­miera: - W sensie mentalnym Beata nigdy nie wyjechała z rodzinnych stron. Przecieszyn w niej siedzi, ta spe­cyficzna okolica, ni to Małopolska, ni to Śląsk. Zauważcie, jeśli już gdzieś jedzie z mniej oficjalną wizytą, to do domu opieki w Kętach, po sąsiedzku. Jeśli do kancelarii przyjeżdżają z Polski dzieci na Święto Flagi, to są to dzieci z okolic pani premier. W tym ciśnieniu, w jakim dzia­ła, musi mieć punkt, którego się trzyma, który przypomina jej stare życie. To chy­ba jest rodzinny dom.
   Beata Szydło kilkanaście dni temu była ze swoją pierwszą premierowską wizytą w USA. Kalendarz politycznych spotkań był wyjątkowo skromny, zna­lazł się czas na odwiedzenie amerykań­skiej Częstochowy, w której, jak rzadko kiedy, mówiła od siebie - od serca i bez kartki: - Nie mogłam tu nie przyjechać, żeby z wami porozmawiać, uścisnąć dłonie i żeby się wam pokłonić. I nie ukrywam, że nie mogłam tu nie przy­jechać, skoro ojciec przeor jest z mojej miejscowości.
Współpraca Wojciech Cieśla

1 komentarz:

  1. Wpisuję broszka, a tu temat polityki, ją to chyba do każdego tematu można podczepić.

    OdpowiedzUsuń