PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 19 maja 2016

Wszystko jest propagandą



O rządach Platformy mówiło się, że są piarowe. Ale w porównaniu z PiS była to amatorszczyzna.

Nie jest ważne, czy się robi, czy się tylko mówi – tę prawdę PiS odkryło już 10 lat temu (samą maksymę przypisuje się Kazimierzowi Marcinkiewiczowi). Teraz ją rozwija. Nieistotne, jaki jest realny stan rzeczy, ponieważ liczy się sam przekaz. On zawiera w sobie szlachetny zamiar i ofiarność władzy, ideowy podtekst i, najważniejsze – listę wrogów, którzy chcą storpedować dobre intencje rządzących. Tak jak projekt 500+, któremu na długo przed realizacją miała zagrażać cała opozycja i Trybunał Konstytucyjny. Czyli: stwórz pomysł, określ jego przeciwników, dorób im wredne intencje, pokaż własne poświęcenie, a i tak wszystko będzie zapłacone z budżetu państwa.
   Pisowski przekaz, choć technologicznie już z zupełnie innej epoki, w istocie bardzo przypomina propagandę PRL. Wtedy też nie było neutralnych politycznie i ideologicznie wydarzeń; każde posunięcie socjalistycznej władzy było znakiem, gestem wobec ludu-narodu, krokiem na drodze ku świetlanej przyszłości, mimo kłód rzucanych pod nogi przez szkodników, zdrajców i sabotażystów. To w PRL pojawiła się najdoskonalsza koncepcja władzy heroicznej, przesiąkniętej wizją powszechnego szczęścia, która wychowuje obywateli do nowego ustroju. Ale to wszystko musi potrwać. PRL był zawsze w drodze – jeszcze chwila, w następnej pięciolatce, tylko pokonamy trudności i wrogów.  Staramy się, choć walka klasowa się zaostrza.
   Te metody widać teraz na każdym kroku. Gdy padają pytania o realizację kampanijnych obietnic prezydenckich i partyjnych (np. pomoc frankowiczom czy obniżenie wieku emerytalnego), mówi się, że są w stadium realizacji, że PiS „nigdy z nich nie zrezygnuje”, a opozycja („źli ludzie”) tylko mnoży trudności.
Ale trwają prace, projekty są przygotowane. Poprzednia władza wciąż jest oskarżana o niedotrzymanie obietnic, a PiS mówi, że ich dotrzyma, i tym ma się radykalnie różnić od poprzedników. Wyda­je się to nieprawdopodobne, ale ta socjotechnika na razie działa.

Metoda „mówienio-robienia" ma różne zastosowania.
Na jej użytek zorganizowano wielkie imperium przekazu, nadawania treści, szerzenia propagandy. Obok wspierających mediów Tadeusza Rydzyka oraz treści płynących z Kościoła, od hierarchów i proboszczów, centralne miejsce zajęły, przejęte przez PiS, media publiczne, a zwłaszcza TVP.
   TVP, mimo że jej programy informacyjne tracą widzów od mo­mentu ich przejęcia przez PiS, nadal zachowuje dużą moc raże­nia. Około 3 min odbiorców ogląda codziennie główny program informacyjny władzy „Wiadomości”, ułożony według klasycznych zasad propagandowych. Nie bez przyczyny starsi widzowie po­równują dokonania „Wiadomości” do dzienników peerelowskich, zwłaszcza z czasów stanu wojennego. Wtedy „Dziennik Telewizyj­ny” rozpoczynał się z reguły od tego, co powiedziała i z kim się spo­tkała ostatnio władza, potem relacja z otwarcia kolejnej fabryki lub nowej linii produkcyjnej, a następnie zaczynały się złe wieści - z za­granicy, bo na Zachodzie kryło się zło, przed którym polskie społe­czeństwo było chronione przez monopartię i jej rząd. Ale i tam byli „dobrzy ludzie”, komuniści, pacyfiści, „kraje niezaangażowane”.
   Teraz widać znamienne podobieństwa: w „Wiadomościach” ma najpierw wybrzmieć prawda, że rząd ciężko pracuje dla zwy­kłych ludzi. Potem - że skłócona i bezideowa opozycja bruździ (to nowość, choć w latach 70. też czasami wspominano o „ele­mentach antysocjalistycznych”). A na koniec - że Unia Europej­ska, podburzona przez opozycję, przeszkadza, wadzi i buntu­je, ale i tam są teraz „dobrzy ludzie”, eurosceptycy oraz „kraje niezaangażowane”, jak Węgry czy Wielka Brytania. Pseudoinformacje z offu przypominają do złudzenia publicystykę z za­angażowanych pisowskich pism. Ważną rolę odgrywają obrazy i komentarze, odpowiednio dobrane i wyrażające te brużdżenia i przeszkadzania. Tworzone są w ten sposób pożądane związki frazeologiczne i wizerunkowe. Utrudzona i prostolinijna Beata Szydło, uśmiechnięty, ale i wzruszony prezydent, mądry i re­fleksyjny prezes, spocony ze zdenerwowania, z niepewną miną Grzegorz Schetyna, niezdrowo podekscytowany Ryszard Petru, wyglądający na wiecznie przestraszonego Kosiniak-Kamysz. Po­dział na olbrzymów i karłów moralnych jest klarowny.
   Kiedy pokazywano wielki marsz KOD i opozycji 7 maja w Warszawie, tak kadrowano obraz, by nie pokazywać jego ogromu, a stwarzać wrażenie, że ulicami stolicy maszerują jakieś luźne, chciałoby się powiedzieć po dawnemu, „gromady agresywnych wyrostków”. W dodatku nie za bardzo rozgarnięte, na co był wi­domy dowód, bo ludzie wypowiadający się do mikrofonu mówili mętnie i niezgrabnie - przeciwnicy władzy socjalistycznej też nie mogli być za mądrzy, bo gdyby byli, doceniliby jej wysiłki. Towarzyszył temu komunikat, że jest to w gruncie rzeczy marsz za przyjmowaniem do Polski uchodźców. Więc zaraz potem po­kazano dramatyczne, odstręczające obrazy tychże uchodźców, szturmujących europejskie granice, przepychających się z policją. Te metody pochodzą ze stałego zbioru propagandowych technik. Jakie są jego składniki? - spróbujmy je trochę uporządkować.

Nieustająca racja prezesa. Prezes Kaczyński podrzuca odpo­wiednio przystrojone słowa, epitety, podpowiada, jakimi tropami ma iść aparat wykonawczy i medialny. Buduje autorskie figury pojęciowe (choćby ostatnio finezyjny „wstępny zarys prawdy”, jaki ma się niedługo ukazać w kwestii Smoleńska, brzmi jak go­towy tytuł eseju), którymi żywią się później rzecznicy, publicyści. Potrafi zaskoczyć nawet najbardziej wsłuchanych współpracow­ników, bo z nagła zmienia tonację. Tak było, gdy znienacka zapro­sił opozycję do dialogu w czasie wizyty prezydenta Dudy w Ame­ryce. Także ostatnio, gdy zapewniał, że Polsce zależy na obecności w Unii Europejskiej, a wszystkich zachęcających do przeprowa­dzenia referendum „wyprowadzkowego” nazwał politycznymi awanturnikami. Europoseł prof. Krasnodębski musiał się mocno gimnastykować, by powiedzieć, że on, kiedyś domagający się tego referendum, co innego tak naprawdę mówił i miał na myśli.
   Jeszcze bardziej zabawna była reakcja prorządowego portalu wPolityce.pl na niedawny sondaż pokazujący, że większość Pola­ków nie chce nowej konstytucji, którą prezes Kaczyński przecież z takim zapałem postulował w przemówieniu 2 maja. Otóż portal braci Karnowskich znalazł wyjście: „Złe wieści dla Pawła Kukiza. Polacy sceptyczni wobec pomysłu zmiany konstytucji”.
   Wydaje się, że taka zagrywka jest szyta zbyt grubymi nićmi, aby można ją było stosować, ale propagandyści PiS wiedzą swoje o elektoracie. Wszak niedawno jedna z działaczek tej partii po­wiedziała: „Co matkę dwanaściorga dzieci obchodzi Trybunał Konstytucyjny?”. Dlatego władza i jej medialna drużyna dostoso­wują komunikaty do tak postrzeganego odbiorcy. Prezes ma więc zawsze rację, tyle że demonstruje ją od czasu do czasu. Dlatego potrzebne są przekazy dnia, po których rozesłaniu działacze PiS mówią wszędzie to samo.

Kadry są wszystkim. Aparat, by tak posłusznie reagował na na­kazy propagandowe, musi być szczególnie starannie dobrany. Nie inaczej jest z frontem propagandowym PiS, a już zwłaszcza od wygranych podwójnych wyboróww2015 r. Persony są najważ­niejsze, bo to one mają dzisiaj stać na froncie i walczyć, a potem opanować media. To jest też system nagród i kar, jakie rozdziela Jarosław Kaczyński, unikający kontaktów z wieloma redakcja­mi i stacjami (co też jest odległe od europejskich standardów), a chwalący ostentacyjnie inne, na przykład media o. Tadeusza Rydzyka oraz „Gazetę Polską”, z imienia i nazwiska niektórych dziennikarzy. A spośród nich wybiera osoby do kariery wprost po­litycznej, choćby Joannę Lichocką czy Krzysztofa Czabańskiego.
   Propagandę na co dzień uprawiają też politycy sensu stricto, posłowie i senatorzy, ministrowie i oczywiście rzecznicy. Można wymienić dziesiątki działaczy PiS, którzy mówią jak z jednej sztancy, a na ich tle prawdziwe gwiazdy. Sasin i Sellin, trzy Beaty: Szydło, Kempa i Mazurek, rzeczniczka PiS (ta od „kolesi”), marszałkowie Sejmu i Senatu, zawsze Brudziński i Waszczykowski, Błaszczak i Ziobro z zastępcą Jakim, gdzieś w tle Gliński, na pewno też Ma­cierewicz. Także na przemian hamowana i wypuszczana Krystyna Pawłowicz. Nawet Mateusz Morawiecki coraz częściej wychodzi z roli chłodnego technokraty, jaką dano mu w obsadzie, i staje się prostym ideologiem. To najlepszy przykład, że od propagandy PiS żaden z jej polityków nie ucieknie, że wszyscy grają tę samą me­lodię, a podziały na dobry i zły PiS nie mają ani uzasadnienia, ani sensu. Nowa władza stanowi absolutną jedność, czego dowodem choćby kompletnie zunifikowana propaganda.
   Nawet jeśli wcześniej ktoś zdobywał jakiś kredyt sympatii swoim miłym obyciem, jak Elżbieta Witek, szybko był wtłaczany w tryby całej propagandowej machiny, która nie pozwala na indywidu­alizm i własne zdanie. Rzecznik rządu Rafał Bochenek, choć nie może pamiętać PRL, wytłumaczył decyzję Beaty Kempy o pracu­jącej sobocie 4 czerwca, w dniu planowanych manifestacji KOD, z maestrią Jerzego Urbana: to właśnie pracą społeczeństwo najle­piej uczci rocznicę wyborów z 1989 r. To zatem kwestia nie tyle pa­mięci, co mentalności, którą nasiąka się we własnym środowisku.

Inwektywy i insynuacje. Mówi się, że Jarosław Kaczyński nie potrafi politykować bez nakręcania konfliktu. Te nieustanne ataki mają swoje instrumenty i propagandowe chwyty, głównie inwek­tywy i insynuacje. Lider PiS stosował je zawsze, jak choćby jego najsłynniejsze: „są tacy, którzy...”. Czasami próbuje się wszystko dodać do siebie: Tuska do komunistów, Wałęsę do KOD, świnie do koryta, wegetarian do cyklistów, uchodźców do Kijowskiego. Chodzi o to, aby za tym nie nadążyć. Poza tym w optyce PiS nie ma spraw, problemów, procedur, a tylko konkretni ludzie, ze swo­imi życiorysami, rodzinnymi obciążeniami, genetyczną zdradą. Za czymś i za kimś zawsze stoi coś i ktoś. Ostatnio wypomniano przeszłość sędziom Sądu Najwyższego (za uchwałę wspierającą TK) oraz szefowej polskiego oddziału firmy Nielsen (za badania oglądalności, w których słabo wypadają „Wiadomości”). Nikt poza PiS nie stosuje tej metody. Podobnie jak żadna siła polityczna w ostatnim ćwierćwieczu poza PiS nie tworzyła tzw. ciągu tech­nologicznego, czyli szkalującego mechanizmu, w który zaangażo­wane są służby, wymiar sprawiedliwości oraz sprzyjające media.

Straszenie. Każda władza trochę straszy, ale PiS niemal wyłącz­nie. Promowanie strachu jest głównym elementem jego propa­gandy. W jej repertuarze są wrogowie wewnętrzni (KOD i opo­zycja, agenci wpływu, śląscy separatyści, uchodźcy, lewactwo, banki, resortowe dzieci itd.) i zewnętrzni (Unia Europejska - mimo w niej uczestnictwa, a zwłaszcza Niemcy, Rosja, wielka finansjera i tzw. rynki, zachodni liberalizm itp.). Straszenie ma jeden cel: zgromadzenie „bojących się” pod skrzydła­mi partii-matki, która mówi, że obroni (zno­wu „mówienio-robienie”). Paradoks polega na tym, że retoryka „obrończa” jest nakiero­wana wyłącznie na politykę krajową, ale jej skutki mają międzynarodowe konsekwen­cje i realnie nie wzmacniają, ale osłabiają pozycję Polski, coraz bardziej wyłączają ją ze wspólnot ekonomicznych i obronnych.

Odwracanie znaczenia słów. W PRL sło­wem odwracającym znaczenie był przy­miotnik „socjalistyczny” i „ludowy”. So­cjalistyczna sprawiedliwość, socjalistyczna gospodarka, demokracja ludowa to były przeciwieństwa pierwotnych pojęć. PiS sto­suje podobną metodę. „Przywracanie plu­ralizmu w mediach publicznych” to ich całkowite zawłaszczenie, „naprawa” Trybunału Konstytucyjnego oznacza próbę jego uni­cestwienia, „demokratyzacja Sejmu” - hegemonię pisowskich marszałków, a „eurorealizm” to w rzeczywistości głęboka antyunijność. Sama nazwa partii PiS, biorąc pod uwagę, co to ugru­powanie robi z wymiarem sprawiedliwości, brzmi jak żart. Może wrócić nawet dosłownie „sprawiedliwość ludowa”, jeśli wżycie wejdzie plan powołania przy sądach specjalnych izb ludowych, które będą weryfikować wyroki zawodowych sędziów.
   Wszystkie te metody posiłkują się radykalnymi tezami, przy użyciu słów bardzo ostrych. Hańba, zdrada, zaprzaństwo, targowica to tyl­ko przykłady. Takie epitety i oskarżenia tworzą natychmiast swoisty terror moralny, spychają zaatakowanych do głębokiej defensywy. Powstaje wrażenie, że racja jest po jednej tylko stronie, bo w jakiś sposób siła, zdecydowanie i podniesiony głos zmieniają się w rację.
   Na tym polega główna propagandowa strategia PiS: wyko­rzystać strach, konformizm, budować przekonanie o miałkości i beznadziei opozycji, a więc o nieuchronności długich rządów PiS, którym nie ma sensu się sprzeciwiać. Ma to nie tylko skłaniać sceptyków do zmiany zdania, ale też utwierdzać zwolenników, że mają wiernie służyć i nie bać się późniejszych rozliczeń, bo ich nie będzie. Ale popycha też do takich deklaracji, wyrażanych coraz częściej przez internautów na różnych forach, że w następnych wyborach oddadzą głos, kierując się tylko jednym kryterium: kto zamierza najsurowiej i bezpardonowo rozliczyć ludzi PiS za dzi­siejsze i przyszłe ekscesy. Tak, aby już teraz nikt z tej partii nie czuł się bezpieczny i bezkarny. Wydaje się, że ten stan rzeczy, jeśli nawet nie przecieka do zajętych wykazywaniem lojalności funkcjonariu­szy rządowych i medialnych, powoli dochodzi do świadomości liderów PiS, w tym Jarosława Kaczyńskiego.

Wciskanie klawiszy. Władza i opozycja zdają sobie zatem spra­wę z powagi sytuacji i faktu, że polityczna walka przechodzi w kolejne stadium, a realia IV RP sprzed dekady zostały daw­no przekroczone. Teraz jest prowadzona i nagłaśniana akcja audyt, czyli będzie się jeszcze długo mówiło o katastrofalnej, zbankrutowanej, złodziejskiej, korupcyjnej, bałaganiarskiej, oligarchicznej spuściźnie rządów Platformy. Zaraz po wygranej PiS przewidywaliśmy, że przy pierwszych trudnościach nowa władza stwierdzi, że stan państwa, jaki odziedziczyli, jest gor­szy, niż przypuszczali. Dokładnie takim określeniem posłużyła się ostatnio szefowa Kancelarii Premiera Beata Kempa.
   Propagandowe wrzutki dzieją się bez przerwy. Na marsz 7 maja - audyt, wcześniej, na spodziewany komunikat o ratingu - list ministra Szałamachy do prezesa TK i nominacja na szefa NBP dla „umiarkowanego” Adama Glapińskiego. Wrzuca się wątek konstytucji, tak zwane konsultacje w sprawie „zażegnania kry­zysu wokół Trybunału”, sprawę sądów. Te wszystkie tematy nie mają samoistnego znaczenia, są tylko ele­mentami złożonej propagandowej akcji. To jest wciskanie odpowiednich klawiszy w odpowiednim czasie, nagłaśnianie, wy­ciszanie, znowu nagłaśnianie, w zależności od ruchów opozycji. A opozycja jeszcze nie złapała swojego rytmu.
   Donald Tusk zapewne zakładał, że obywa­tele docenią wysiłek modernizacyjny jego rządów, będą jakoś wdzięczni rządzącym, że wlali miliony ton betonu na polskie dro­gi. Ta optyka zniekształciła Platformie spo­łeczne realia, bo nie uwzględniała zarówno braku szerszego rozeznania, jak i prostych potrzeb symbolicznych. Poprzednia władza w sferze socjotechnicznej okazała się całko­wicie niewydolna, zwłaszcza kiedy zabrakło Tuska. Platforma nie kontrolowała ideologii, bo jej nie miała, poza tym jej się nie chciało. A czysty pragmatyzm nie jest fotogeniczny. Okazuje się - i PiS po raz kolejny to odkrył - że inny beton się liczy, ten, który wlewa się do głów Polakom. Bo ważna jest tylko ta rzeczywistość, która utrwala się w umysłach wyborców. Reszta, zwłaszcza dla tej mitycznej „matki dwanaściorga dzieci”, tak na­prawdę nie ma żadnego znaczenia. Czy się robi, czy się mówi...
   Tyle że PiS w lekceważeniu inteligencji odbiorców może prze­sadzić. Propaganda tej partii jest tyleż skuteczna, co prostacka. Bazuje na tym co złe, małe, niesympatyczne, egoistyczne. Eks­ploruje zawiść, podejrzliwość, nieufność, wsobność, umysłowe lenistwo i schematy. Ta swojska, „nieinteresująca się Trybuna­łem” publiczność, na którą postawiła w propagandzie nowa władza, zapewne istnieje, ale w każdej chwili może poczuć się obrażona tym, jak się ją traktuje. Prymitywizm przekazu ser­wowanego przez formację rządzącą, przekonanie, że pieniądze rozdawane z kasy państwa i grubo szyte manipulacje zastąpią szersze refleksje, jest balansowaniem na cienkiej linie. Nagle, nawet w ciągu kilku tygodni, wiele może się zmienić, sympatie mogą odpłynąć, życzliwość przeistoczy się w nienawiść.
   W PiS o tym wiedzą. To z tego powodu konflikt jest tak bar­dzo brutalny. PiS wie, że musi utrzymać władzę za wszelką cenę, bo tym razem litości dla nich nie będzie. Dlatego propaganda władzy jest de facto propagandą stanu wyjątkowego, rewolucji. Wtedy nie obowiązują normalne kryteria wstydu, obciachu, śmieszności, przyzwoitości. Za dużo jest do stracenia. To jest gra o wszystko.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz