PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 1 maja 2016

Kariery PiSmaków



Za biurkiem siedzi gruby facet z cyga­rem w ustach i kie­liszkiem Jagermeistera w dłoni. Na imię najpewniej ma Hans i jest właścicielem większości polskich mediów. Dzięki nim zza swojego biurka w Berlinie opluwa „dobrą zmianę”. Tak to widzi pra­wica... A jak jest naprawdę?
   Prawicowi politycy i dzienni­karze straszą Niemcem - że ma wpływać na linię programową większości mediów. Czyli zniem­cza Polaków. To, że nasi sąsiedzi są właścicielami dużej części gazet, portali internetowych czy stacji ra­diowych jest, niestety, prawdą. Ale doszukiwanie się jakiegoś spisku czy tworzenia proniemieckiej po­lityki to kompletna bzdura. Bracia Karnowscy z tygodnika „W Sieci” oraz portalu Wpolityce.pl posunęli się do stwierdzenia, że „niemiecki właściciel nie pozwoli, aby w prasie wydawanej w Polsce pojawiały się teksty niezgodne z linią polityczną Berlina”. Czy aby na pewno? Czy istnieje jakaś „linia polityczna Ber­lina”? Analogicznie - czy istnieje „linia polityczna Warszawy”? Czy jakikolwiek rząd w Polsce ma ła­twy wpływ na polskich prywatnych wydawców? Wiadomo, że ma bar­dzo niewielki. Zatem skąd wiado­mo, że Berlin manipuluje media­mi niemieckimi? I to na dodatek w Polsce!
   Ale jeśli - jakimś cudem - na­prawdę istnieje „linia polityczna Berlina”, to liczni publicyści zarów­no tygodnika „W Sieci”, jak i in­nych prawicowych bulwarówek ją właśnie reprezentowali, gdyż pra­cowali „u Niemca”. Dopóki zga­dzały się pieniądze, to żaden z nich nawet nie zająknął się o jakimś ok­ropnym procederze oddziaływania na Polskę zza Odry.
   Najgłośniej ostatnio krzy­czy nieco zapomniany Mariusz „Max” Kolonko. W swoim ka­nale na YouTube przekonuje, że Polska jest zniewolona przez nie­miecki kapitał. Ten zaś może ku­pić każdego dziennikarza, który za pieniądze napisze wszystko, co chcą usłyszeć. Kolonko mie­niący się niezależnym dziennika­rzem dotąd przez wiele lat praco­wał dla Niemców. Był publicystą „Focus Historia” (wydawnictwo Gruner+Jahr Polska) i tygodnika „Newsweek” (Ringier Axel Sprin­ger). W 2008 roku był twarzą kam­panii reklamowej „Angielski na Maxa” w telewizji, radiu, Interne­cie. Także w wydawnictwach Axel Springer Polska: „Newsweek”, „Forbes”, „Dziennik”, „Fakt”, „Auto Świat”, „TV Kultura” i „Przegląd Sportowy”. Z kolei w 2012 roku komentował dla por­talu Onet.pl (Axel Springer) wy­bory prezydenckie w USA. Swoją kampanię nienawiści zaczął Ko­lonko dopiero wtedy, kiedy stracił dochody w tych tytułach. Obecnie poza komentowaniem w Interne­cie bieżących wydarzeń zajmuje się sprzedażą tureckich i perskich, a więc muzułmańskich (?!) dywa­nów. Rzeka jadu wylana w ostat­nim czasie przez Kolonkę na muzułmanów z biznesem jakoś się nie kłóci. Jeśli pieniądz się zgadza, to mu nie śmierdzi.
   Kolejnym zaciekłym obrońcą polskości w mediach jest prawico­wy dziennikarz Rafał Ziemkie­wicz. Zdarzyło mu się pisać dla nie­mieckiego Onetu i „Newsweeka”, ale to już przeszłość. Teraz „nie­pokorny” pismak publikuje m.in. na portalu Interia.pl należącym do niemieckiego przedsiębiorstwa Heinrich Bauer Verlag Kommanditgesellschaft z Hamburga. Jego kolega po prawicowych fachu Ce­zary Gmyz pracował w „Dzienni­ku Polska-Europa-Świat” będącym własnością Axel Springer. Miał również krótki epizod w Onecie. Swoją karierę za niemieckie pie­niądze budował także Łukasz Wa­rzecha (na zdjęciu). Przez dekadę publikował w „Fakcie” (Axel Sprin­ger). Napisał kilka książek, a dwie z nich, w tym „Całą prawdę o Smo­leńsku. Nowe fakty” także wydało to niemieckie wydawnictwo.
   Jarosław Kaczyński, guru wspomnianych wyżej dzienni­karzy, również jest zagorzałym krytykiem niemieckiego kapitału w polskich mediach. W 2008 roku publicznie skrytykował radio RMF FM właśnie za zachodniego inwestora. Jednak rok wcześniej prezes nie widział nic zdrożnego w tym, aby spotkać się z Mathiasem Dopfnerem, prezesem Axel Springer. Obaj panowie zjedli ko­lację w rządowej posiadłości przy ul. Parkowej w Warszawie. Ów­czesny rzecznik rządu Jan Dziedziczak potwierdził, że takie spot­kanie miało miejsce. Kaczyński opowiadał Dopfnerowi, że Polska jest... „otwarta na inwestycje za­graniczne”. Dzień później pre­zes zjawił się w redakcji „Faktu” i wziął udział w debacie z Donal­dem Tuskiem.
   Znienawidzony przez PiS i poddanych mu dziennikarzy „Newsweek” wbrew obiegowej opi­nii wcale nie pojawił się na naszym rynku wskutek niemieckiego spi­sku. Wydawnictwo Axel Springer w ogóle nie planowało wydawa­nia tego tytułu nad Wisłą. Dopie­ro Tomasz Wróblewski (obec­nie naczelny pro-PiS-owskiego „Wprost”) wyprosił to u Wiesła­wa Podkańskiego, honorowego prezesa Springera.
   Dziennikarze i politycy, któ­rzy przez lata budowali niemieckie media w Polsce postanowili wypo­wiedzieć im wojnę. Starcie ma się odbyć dopiero teraz, bowiem stru­mień euro znad Renu przestał tra­fiać na „niepokorne” konta banko­we. Jeszcze w tym roku PiS planuje debatę w sprawie repolonizacji mediów. „W tej kwestii będziemy zachowywać się dokładnie tak, jak Niemcy wobec obcych koncernów, które działają na terenie ich kra­ju” - grzmi posłanka PiS Barbara Bubula. „U naszych zachodnich sąsiadów dokładniej bada się ryn­ki właściwe. W ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów znaj­duje się ostrzejszy wymóg dotyczą­cy stanu własności, który pozwala na uznanie, że nastąpiło przekro­czenie zasad konkurencyjności” - dodaje. PiS planuje zmniejszenie dozwolonego udziału obcego kapi­tału w środkach masowego prze­kazu. Pomysł nie jest zły, ale czy intencje to wyłącznie ratunek dla polskich mediów? Będąc u władzy Kaczyński nie zrobił nic, chociaż już raz miał szansę, żeby je zrepolonizować. Nie robił tego, bo nie był przez nie specjalnie krytyko­wany. Wówczas na przykład „Fakt” był w rękach przychylnych preze­sowi dziennikarzy i problemu nie było.
   Doskonałym przykładem takiej PiS-owskiej pielęgnacji „obcych” jest „Gość Niedzielny” ze sprzeda­żą średnio 136 tys. egzemplarzy ty­godniowo (najwięcej ze wszystkich tygodników). Wydaje go Kuria Me­tropolitalna w Katowicach - podle­gająca bezpośrednio Watykanowi, a więc obcemu kapitałowi. To nie wszystko. Redaktorem naczelnym „Gościa” jest ksiądz Marek Gan­carczyk, a to już kuriozum. Bo o ile niektóre polskie gazety mają wprawdzie niemieckich właścicie­li, to jednak ich naczelni są oby­watelami Polski. W przypadku ka­tolickiego pisma za wydanie, treść o dobór artykułów odpowiada kato­licki ksiądz, czyli bezpośredni funk­cjonariusz instytucji mającej sie­dzibę w Watykanie. Od niej zależy nie tylko pensja Gancarczyka, ale podobno nawet jego wieczne zba­wienie. To samo dotyczy innych ka­tolickich tytułów, co jakoś nie razi PiS-u. Ani nie krępuje go popar­cie udzielane z ich strony, najgor­liwsze bodaj ze strony tygodnika „Niedziela” (właściciel - kuria czę­stochowska, czyli też Watykan).
   Obecne działania PiS wygląda­ją zatem na chęć przywrócenia eta­tów „niepokornym” w prywatnych mediach, a nie promocję polskiego kapitału. A to żadna repolonizacja gazet, radia i telewizji, lecz zwykły skok PiSmaków na kasę.
Łukasz Lipiński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz