PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 12 maja 2016

Idzie na ostro



To wojna pozycyjna. Siedzimy w okopach. Linia frontu przecina nasze rodziny. Wykańcza nas prowadzenie walk zaczepno-obronnych

Małgorzata Święchowigz, Renata Kim, Ewelina Lis

To jest trójkąt dramatycz­ny: mama, brat i ja - mówi Anna. Jest nauczycielką ję­zyka polskiego, działaczką wrocławskiego KOD. Brat prawicowy - pianista, robi habilitację w Akademii Mu­zycznej. Mama, lat 81, działaczka solidarnoś­ciowej opozycji, internowana, zawsze mocno zaangażowana w sprawy polityczne.
   - Pomagała tworzyć PO, ale po dwóch latach wystąpiła. Kiedy PiS doszło do władzy po raz pierwszy, była absolutnie przeciwko. Teraz jest absolutnie „za”. Ma te same poglądy co brat. Co­dziennie odbywają długie rozmowy telefonicz­ne, później mama mi opowiada, czego się od brata dowiedziała: że wszystkiemu jest winna Platforma, że w Trybunale Konstytucyjnym są pozostałości systemu komunistycznego, że KOD rządzą byli ubecy - opowiada Anna.
   Gdy Jarosław Kaczyński wygłosił przemówie­nie z okazji wyboru Anny Marii Anders na sena­tora, w którym obrażał ludzi KOD i odmawiał im prawa do noszenia biało-czerwonej flagi, Anna napisała do niego list: „Modlę się szczerze, aby Bóg Panu wybaczył, bo sądzę, że wielu Polakom trudno będzie się na to wybaczenie zdobyć”.
   - Później od mamy usłyszałam, że KOD to lu­dzie, którzy potracili stołki, dlatego wychodzą na ulice. Nawet rozmowy dotyczące konstytucji już nam nie wychodzą. Pytam: „Czy naprawdę uważasz, że porządek prawny, który proponuje PiS, jest zgodny z konstytucją?”. W odpowiedzi słyszę: „Bo wy, koderzy, elity salonowe, ludzie oderwani od koryta, jesteście nienawistni, za­jadli, obrzucacie prawicę obelgami...”.
   Ten sam brak porozumienia widać, gdy roz­mawiamy o narodowcach. Mówię mamie: „Miałaś mnóstwo przyjaciół wśród Żydów. Jak możesz teraz patrzeć, gdy na rynku wroc­ławskim pali się kukłę Żyda? Nie razi cię to?”. Mama: „Oczywiście, to jest okropne”. Ja: „Nie przeszkadza ci, że takie akcje nie są potępiane przez rząd?”. Mama: „A może to jest takie de­likatne puszczenie oczka? Nie bardzo nam się to podoba, ale z drugiej strony rozumiemy en­tuzjazm chłopców”. Ja: „Zdumiewające, że cię to nie razi”. Mama: „Oczywiście, że mnie razi, ale PO...”. I tu zaczyna się wyliczanie wszyst­kich grzechów Platformy. I tak jest za każdym razem. Ja mówię: „Zobacz, znowu z radiowej Trójki wyrzucili dziennikarza”. A mama na to: „Platforma też wyrzucała. Oni to wszystko zaczęli”.
   - Pytam: „Czy uważasz, że jeżeli sąsiad coś mi ukradł, to ja mogę ukraść sąsiadowi trzy razy więcej?”. A ona na to: „Jak ty nienawidzisz tego PiS”.
Z bratem też już nie ma spokojnej rozmowy. Gdy dzwonią do siebie, zaczyna się od przekrzykiwania, a kończy tym, że on rzuca słuchawką. - Myślę, trudno, mieszka daleko, na szczęście widujemy się tylko w święta. Z mamą jest inna sytuacja, miesz­kamy razem, muszę się nią opiekować, bo jest chora. I zawsze była dla mnie autorytetem, wzorcem intelektualnym i moral­nym. Jest profesorem, oczytana, inteligentna. I nagle stała się tak impregnowana na argumenty. To przerażające. Nie mogę się z tym pogodzić.

JEDEN DRUGIEGO NIE ROZUMIE
Sytuacja jest nieznośna. Ludzie tak się podzielili, że jeden drugiego już nie ro­zumie - przyznaje prof. Marcin Król, filo­zof polityki i historyk idei. To, że silnie się skonfliktowaliśmy, nie byłoby aż tak nad­zwyczajne, gdyby nie to, jak biegnie li­nia podziału. - Jeśli przyjrzeć się historii, także przypadkom w innych krajach, to konflikty wybuchały zwykle między róż­nymi grupami, także rodzinami, ale nie wewnątrz nich - tłumaczy profesor.
   Uważa, że takich pęknięć w rodzinach jak dziś nie było nawet w czasach komuni­zmu. - Choć zdarzało się, że w jednej był i ten, kto działał w podziemiu, i ten, kto pracował w UB. Niemal każdy miał jakie­goś wujka czy kuzyna w milicji. To może nie było pochlebne, ale też nie skandalicz­ne. A często wręcz wykorzystywane. Ten, kto był umocowany w państwowych strukturach, mógł pomóc temu, kto umocowa­ny nie był - tłumaczy prof. Król.
   W Polsce był zawsze wysoki poziom tego, co socjologowie nazywają familizmem - rodzina trzymała ze sobą, ufała sobie. Chwaliliśmy się zawsze świetnymi relacjami rodzinnymi.
   A teraz? - Pyskówki. Jedni drugich obwiniają o to, co się sta­ło w kraju. Atmosfera napięta, nerwowa - dr Maciej Dębski, so­cjolog z Uniwersytetu Gdańskiego, szef Centrum Doradztwa i Badań Społecznych Socjogram, opowiada, jak rodziny potrafią sobie popsuć święta, spotkanie imieninowe, uroczystość z okazji Pierwszej Komunii. Każda okazja jest dobra, żeby się pokłócić.
   Na własnej skórze odczuł, jak polityka potrafi rozsadzić rodzi­nę. Ci, którzy zawsze chcieli siedzieć przy stole obok siebie, teraz chcą być od siebie jak najdalej. Tak jak on z wujkiem. A zaczęło się od tego, że wujek wszedł na temat poprzedniego rządu, na­rzekał, że to było osiem zmarnowanych lat, że układ, że kolesie, że załatwiali swoje interesy, a dla ludzi nic nie zrobili.
   - Nie było przestrzeni do dyskusji - wspomina dr Dębski. Można się było tylko albo z wujkiem zgodzić, albo w ogóle nie odzywać. Gdy się odezwał, usłyszał: „Jesteś jak tamci!”, „Jesteś z tamtego układu!”.

SIOSTRA NIE WYTRZYMUJE, WYCHODZI
Paweł, 40 lat, ekonomista z Krakowa: - Mama to wyznawczyni Jarosława. Trzyma z ciocią, która myśli tak samo. Z kolei wujek ma alergię na PiS, podobnie jak moja lewicująca siostra. Zawsze lubiliśmy się spotykać - latem wspólne ogniska, zimą gry planszowe. Teraz siadamy nad planszą i wystarczy drobna aluzyjka, jakieś z pozoru niewinne nawiązanie do polityki i już podniesione głosy, rzucanie kąśliwych uwag, aż w końcu lecą in­wektywy. Próbuję to napięcie rozbrajać żartami, ale siostra nie wytrzymuje, warczy, wychodzi.
   Iwona, 20 lat, studiuje dziennikarstwo w Warszawie: - Każ­da impreza rodzinna to kłótnia. Dziadek atakuje. Gdy w ramach praktyk studenckich robiłam wywiad z Henryką Krzywonos, le­gendą Solidarności, powiedział, że to żadna legenda. Gdy pochwa­liłam się, że rozmawiałam z Bronisławem Komorowskim, prychnął, żebym jeszcze zrobiła wywiad z samym diabłem. Nie cier­pi Komorowskiego, Tuska, Wałęsy. Jego idolem stał się Zbigniew Ziobro. Gdy cza­sami patrzę, jak dziadek się zachowuje i co mówi, to widzę prokuratora general­nego. Już nie potrafimy się ze sobą poro­zumieć. Jest przekonany, że w Smoleńsku był zamach, a Kościół płaci podatki. Trybu­nał Konstytucyjny? Po co komu trybunał? Każda kłótnia z nim autentycznie mnie boli. Wcześniej zawsze był dla mnie dobry, opowiadał o historii.
   Agnieszka, nauczycielka z Poznania:
- Jestem rozwiedziona, mój były mąż to zdecydowany zwolennik PiS, podobnie jak jego rodzice i dalsza rodzina. Ze mną nie rozmawiają, ale moje córki widują się z nimi. Nasłuchają się, że wreszcie w kraju mamy porządek, tak właśnie trzeba rządzić, a PO i inne partie to złodzieje. Ojciec ostentacyjnie rozkłada na stole życiorys Beaty Szydło, próbuje córki wciągać w dysku­sje o polityce, ale obydwie to ucinają. Młodsza wraca potem do domu wkurzona i mówi o ojcu: „Idiota, pierdolony idiota”. Star­sza delikatniej: „Ha, ha, idiota”. To jest ich ojciec, więc nie chce, żeby zerwały z nim kontakt. Trzeba to jakoś poukładać.

SYN STAJE PRZECIWKO OJCU
Karolina, graficzka z Katowic (45 lat, dwoje dzieci, mąż), jest zwolenniczką PiS. Mówi, że musiała zweryfikować listę tych, z którymi kontakt jest jeszcze możliwy. Rodzinę ma licz­ną, rozpolitykowaną. Na Facebooku stworzyli grupę, w sumie ze 30 osób. -1 tam idzie na ostro, brat staje przeciw bratu, syn prze­ciw ojcu. Nad tym już chyba nie sposób zapanować - mówi.
   Wielu krewnych, którzy głosowali na PO, poblokowała. Także wielu znajomych. - Nie chcę patrzeć na to, jak ta elita teraz pa­nikuje. Elita oczywiście w cudzysłowie. Atakują ostro, odgryzają się, są przerażeni, nie mogą się pogodzić z przegraną. To koniec ich świata. Czasami, gdy na siebie wpadniemy, traktują mnie z pobłażaniem, powiedziałabym nawet, że z pogardą. Mają się za lepszych. Nie chce mi się z nimi rozmawiać, szkoda czasu i wysiłku - tłumaczy. - Są okopani na swoich pozycjach. Tak jak moi ro­dzice. Jak tylko do nich przyjeżdżam, zaczynają nadawać na PiS w kółko to samo: Jak możesz ich popierać? Jak możesz myśleć tak jak oni? Jak możesz tak mówić? Nie rzucamy w siebie sałatką jarzynową, bo to nie ten poziom - mówi. Mama jest tłumaczką, ojciec - wykładowcą akademickim, więc u nich rzuca się staran­nie dobieranymi słowami. - Ale poziom emocji jest tak wysoki, że nie wytrzymuję, wstaję, wychodzę. Ojciec coś mi tam wpisu­je na Facebooku, odgraża się, że nikt, kto jest za PiS, nie ma już wstępu do jego domu. Kilka razy go zablokowałam.
   - Od wyborów skasowałam ponad 60 osób - mówi Olga (33 lata, popiera PiS, mieszka w Warszawie, pracuje w branży IT). Usunęła głównie „platfusów”. A „platfusy” z kolei ją, jako „pisówę”. - Wstajesz, wchodzisz na fejsa, a tam lista znajomych krótsza niż wczoraj. Okazuje się, że już nie masz rodziny, znik­nęli kuzyni, pousuwały się kuzynki. Znaliśmy się od dziecka, a teraz przestaliśmy się znać. Wszystkie te lata, gdy byliśmy ze sobą tak blisko, można wyrzucić do kosza. Może to i dobrze? - twierdzi Olga, - Przynajmniej jest w rodzinie jasność, kto jest po czyjej stronie.
   Jedna z kuzynek, która mieszka w USA, zawsze, gdy przylaty­wała do kraju, wpadała na kawę, ciacho, ploteczki. Teraz już nie wpada. Ostatnim razem zatrzymała się u kuzynki, która nie jest za PiS. Rodzina tak się podzieliła, że widuje się tylko, jak nie ma wyjścia. Ostatnio na pogrzebie. I nawet wtedy jedni od drugich trzymali się z dala, tylko „cześć”, „cześć”.
   - Polityka wepchnęła się już chyba wszędzie. Ostatnio w pra­cy szef rzucił, że nie lubi „Kaczora”. Odpowiedziałam, choć tylko pod nosem: Jestem pisiorem i co się tak gapisz? Znajoma z pra­cy zdradziła mi, że głosowała na PO. Dostałam od niej zaprosze­nie na Facebooku, nie przyjęłam. Po co mam przyjmować, skoro ona nie dźwignie tego, co się dzieje na moim wallu? Lepiej, żeby jedni nie trzymali z drugimi. Jak ktoś zajdzie na nie swoje po­dwórko, to jest niczym prowokator. Są kłótnie, nie tylko o wpi­sy, ale nawet zdjęcia. Ktoś z jednego obozu wrzuci zdjęcie Petru, a drugi obóz się wścieka. Jak drugi wrzuci zdjęcie Kaczyńskie­go, to wściekają się tamci. A żeby wejść w jakieś bliższe relacje z kimś, kto nie jest z twojego obozu? Nigdy w życiu! - mówi Olga.
   Miała kilka dziwnych randek. - Umawiamy się na kawę, jest miło, tematy niepolityczne, potem dodajemy się do znajomych czar pryska. Ja widzę, że on polubił stronę „Nie lubię PiS-u”.
   On widzi, co ja myślę. Jeśli jeszcze jest jakaś rozmowa, to jedynie w stylu: „ale jesteś głupia”, „sam jesteś głupi”, „masz spra­ny mózg”, „sam masz sprany mózg”. Kiedyś zdarzyła mi się rand­ka z kodziarzem. Masakra. Zachwycony tym całym KOD, chodzi na te marsze. Nawet rzucił pomysł, żebyśmy poszli razem. Zabi­łam go wzrokiem. Już nigdy się nie spotkaliśmy.
KTOŚ NAS OBRAZIŁ!
- Te spory nie byłyby aż tak bardzo niebezpieczne, gdyby była możliwość uzgodnienia stanowiska. Niestety, nie ma tej możliwo­ści - mówi prof. Król. - To nie jest kłótnia o jakąś konkretną rzecz. To nie jest też żaden z klasycznych sporów ideowych. Tu chodzi o sposób postrzegania świata. Dlatego spór jest tak gwałtowny.
   - To, że jesteśmy już prawie non stop on­line, jeszcze tylko podgrzewa kocioł po­litycznych emocji - twierdzi Jakub Kuś, psycholog nowych technologii z Uniwer­sytetu SWPS. - Nie musimy czekać na­wet tych kilku godzin, aż wrócimy z pracy, żeby móc pokłócić się z kimś o politykę. Je­steśmy permanentnie załogowani, więc możemy kłócić się cały czas. Wystarczy kil­kanaście sekund i już ktoś dostaje od nas wiadomość. Ta natychmiastowość i ła­twość, z jaką można przekazać swoją opinię, pociąga za sobą ogromne skutki. Wydaje nam się, że ktoś nas obraził, to natychmiast pod wpływem wzburzenia też musimy mu dowalić.
   - Partia rządząca porusza czułe struny, podrzuca nam tematy, które wiążą się z najbardziej głębokimi wartościami: religia, pra­wo do życia, wolność, sprawiedliwość społeczna. Ale przy tym robi to tak, że akcentuje podziały - tłumaczy psycholog dr Rafał Jaros, prezes agencji badań społecznych INSE Research. - Ostatnie pół roku to koncentrowanie się na tym, co nas jako społeczeństwo dzieli. Podziały to temat w telewizji, w gazetach. O podziałach mówi się na imieninach, przy obiedzie. W ogóle już nie mówi się o tym, co nas łączy. To dla społeczeństwa duży krok wstecz. Trudno będzie go odrobić. Zostanie w nas taki sposób patrzenia na innych: pokaż, na ile różnisz się ode mnie - mówi dr Jaros.
   A z tym, kto się różni, coraz trudniej będzie znaleźć wspólny język. - Ci, którzy czytają„wSieci”, nie zajrzą do „Gazety Wybor­czej”. W internecie interesuje ich to, co podaje Republika i Nie- zależna.pl. Tam znajdują informacje, które potwierdzają ich tok myślenia - tłumaczy dr Konrad Maj, psycholog społeczny z Uni­wersytetu SWPS - Później, gdy natkną się na kogoś, kto czerpie wiedzę z innego źródła, będzie przerzucanie się: „twoje media kłamią”, „nie, to twoje kłamią”, „jesteś zmanipulowany”, „nie, to ty jesteś zmanipulowany”.

KAŻDA ROZMOWA KOŃCZY SIĘ KŁÓTNIĄ
Mama nie chce oglądać nic innego niż publiczna telewi­zja, Republika i Trwam, więc każda rozmowa o polityce kończy się kłótnią. To jest naprawdę straszne, bo ja miałam z nią za­wsze świetny kontakt. Byłyśmy kumpelkami, rozmawiałyśmy o wszystkim. W tej chwili to się połamało. Od pół roku nie ma normalnej rozmowy, nie potrafimy posiedzieć ze sobą 40 minut, zjeść obiadu bez emocji. Za dużo słów już padło - mówi Marta, działaczka KOD z Wałbrzycha.
   Gdy przedstawia mamie argumenty, cytuje wypowiedzi polity­ków, pokazuje ustawy, tłumaczy, że źle je w Sejmie przeprowadzo­no, ona nie przyjmuje tego do wiadomości. - Mówi, że to dobra zmiana. Może nie wszystko się udaje, ale czasami musi być naj­pierw gorzej, żeby potem było lepiej. A kiedy już nie wie, co po­wiedzieć, zaczyna płakać. I powtarza: „Nie tak cię wychowałam”.
   Mam lewicowe poglądy, mama zawsze popierała prawicę, była działaczką opozycji, działała w Solidarności. Rodzina - szlache­cka tradycja, herbowa - zawsze zaangażo­wana historycznie. KOD to ich zdaniem zdrada. Mama nie może znieść, że z bra­tem tam działamy. Gdy mamy wyjść na de­monstrację KOD, natychmiast źle się czuje, ktoś musi z nią zostać w domu. Śmieję się, że moja PiS-matka stosuje takie same me­tody, z jakich korzysta jej partia: techniki manipulacyjne, granie na emocjach, wy­muszanie poczucia winy - mówi Marta.
   Ostatnich świąt wielkanocnych nie spę­dziła z rodziną. Uciekła. Nie zniosłaby wi­doku płaczącej mamy. - Bo mama robi przy stole przepiękne sceny, wręcz oscarowe. To jest okazja, by kolejny raz po­wiedzieć, że działalność w KOD to zdrada. Nie tylko niszczenie Polski, ale również niszczenie rodziny. Lu­dzie tacy jak moja mama nie robią tego specjalnie. Nie wywołują awantur, żeby dowalić kodowcom. Ich naprawdę boli, że my my­ślimy inaczej. Traktują to w kategoriach osobistej porażki.
   - Mamy front, na którym strony się okopały - mówi dr Maciej Dębski. - Przesunięcie linii frontu wydaje się niemożliwe. Każ­dy siedzi w swoim okopie. Cyprian Kamil Norwid mówił, że po­winniśmy się różnić pięknie, ale w tej chwili mamy tylko swoje pięknie usypane rowy.
   Co będzie dalej? Pobijemy się? - Boję się tego - mówi dr Jaros.
- To dużo bardziej prawdopodobne niż kiedykolwiek.
   - Czekają nas marne czasy - dodaje prof. Król. - Przełama­nie barier jest możliwe tylko wtedy, gdy pojawi się bunt. Nie chcę mówić, że rewolucja. Bunt społeczny, absolutnie pozasystemowy. Inaczej będziemy tkwić w tym, co teraz mamy. Jeśli PiS przegra następne wybory, to zapewne poprawi się sytuacja Trybunału Konstytucyjnego, ale nie zasypie się podziałów mię­dzy ludźmi. One będą nadal. Chyba że znajdzie się ktoś taki jak kiedyś Charles de Gaulle we Francji... Może ktoś taki jak Wałęsa w 1980 roku? Tacy ludzie pojawiają się czasami przypadkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz