PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 24 maja 2016

Dlaczego pis walczy z całym światem



Problemem jest prowincjonalizm tej ekipy, która nie bierze się pod uwagę tego, jakie będą zagraniczne konsekwencje prowadzonej polityki. Zamiast tego | obowiązuje postawa, że nie damy sobie w kaszę dmuchać i nikt nam nie podskoczy mówi politolog, szef Fundacji Batorego, Aleksander Smolar

Rafał Kalukin

NEWSWEEK:Jaki będzie efekt odesłania Billa Clintona do psychiatry przez Jarosława Kaczyńskiego?
ALEKSANDER SMOLAR:Nie sądzę, aby ta wypowiedź dotar­ła wysoko w hierarchii Departamentu Stanu. Kaczyński nie jest postacią aż tak ważną na politycznej mapie USA. Jest to natomiast istotny element szerszej układanki, która stano­wi obecną polską politykę zagraniczną. Pozwala też zrozu­mieć samego Kaczyńskiego. Warto tu przypomnieć niektóre jego wcześniejsze wypowiedzi. Chociażby tę z 2011 roku, kiedy sugerował, że pani Merkel była agentką Stasi.

Napisał to w swojej książce, więc na pewno nie był to lapsus.
- Z całą pewnością nie był to lapsus. Można sobie wyobrazić, co politycy niemieccy - nawet niesprzyjający pani kanclerz – musieli sobie pomyśleć o polityku z sąsiedniego kraju, który insynuacyjnie atakuje ich przywódcę.
Kolejny przykład, jeszcze więcej mówiący o tym, jak Kaczyński widzi świat: jako premier odbył w 2007 r. podróż do USA, w trak­cie której przyjął zaproszenie konserwatywnego think tanku He­ritage Foundation. Takie spotkania są ważnym elementem wizyt przywódców państw, którzy mają okazję przedstawić w poważ­nym gronie ekspertów i polityków swoje poglądy na temat sto­sunków międzynarodowych, problemów regionalnych, kwestii strategicznych itd. Jaki temat poruszył Kaczyński? Lustrację w Polsce! Tyle miał do przekazania ów­czesny szef polskiego rządu ludziom, któ­rzy mają realny wpływ na amerykańską politykę zagraniczną.

Uznał, że lustracja to ważny temat, czy może czuł się niepewny na obszarze stosunków międzynarodowych?
- Na pewno uważał lustrację za ważny te­mat polityki PiS. Co innego jest tu dla mnie ważne; jego bezradność w określeniu te­matu rozmowy, która w waszyngtońskich realiach służyłaby polskim interesom. Do tego dochodzi problem anachronicznego widzenia stosunków międzynarodowych, szczególnie w Europie.
On jest pasjonatem historii i czyta mnó­stwo książek historycznych. O historii wie na pewno więcej niż o dzisiejszym świecie.
Kaczyńskiego wizja polityki zagranicznej wprost odwołuje się do tradycyjnej geopo­lityki, z wieku XIX i międzywojnia. To wi­zja gry sił, nieustannej walki toczonej przez państwa narodowe; wizja świata, w którym panuje chaos, wielcy próbują zdomino­wać małych, a mali budują koalicje prze­ciw wielkim. Podejrzewam, że duża część niechęci Kaczyńskiego do Niemiec wynika z imperatywu organizowania oporu prze­ciw najsilniejszemu krajowi w Europie, który dąży do dominacji nad innymi. Jego zdaniem Unia Europejska nie wprowadzi­ła żadnej modyfikacji do takiej wizji świata.

Te wyobrażenia Kaczyńskiego zdomino­wały myślenie całej polskiej prawicy.
- Bez nich nie sposób zrozumieć ministra Waszczykowskiego. Cokolwiek by o nim myśleć, jest zawodowym dyplomatą i trochę o świecie wie. Od­noszę jednak wrażenie, że określając kierunki polskiej polityki zagranicznej, cały czas patrzy w oczy Kaczyńskiego i sprawdza, czy spojrzenie pryncypała jest łaskawe i aprobujące.

Ale wyobrażenia to jedno, a kalkulacja polityczna to drugie. Clintonowie są ostatnią nadzieją na powstrzymanie katastrofal­nej dla polskich interesów ofensywy Trumpa. Podobnie w Niemczech alternatywą dla Merkel jest prorosyjska SPD.
- Niestety polityka nie opiera się wyłącznie na racjonalnych kalkulacjach. Nie wykluczam też, że PiS z zasady nie przykłada wagi do słów i gestów, w przekonaniu, że dobre stosunki z Pol­ską po prostu będą się opłacać naszym partnerom. Jeśli Waszczykowski w ostatniej chwili rezygnuje z zapowiadanego udziału w debacie w Berlinie z czołowymi politykami przed 25. rocznicą traktatu o dobrym sąsiedztwie z Niemcami - i tłumaczy to tym, że za późno położył się spać! - to tego nie sposób racjonalnie uzasadnić. Przypuszczam, że on po prostu sądzi, że wszystko da się potem jakoś nadrobić. I pewnie uważa to za sposób okazywa­nia godności i niezależności polskiej poli­tyki. ,A- co tam, mogą mi naskoczyć” - jak charakteryzowała politykę Kaczyńskiego Jadwiga Staniszkis.
Cały ich język „powstawania z kolan” na­suwa zresztą podejrzenia, że ludzie rzą­dzący Polską mają jakiś emocjonalny problem z własną godnością. Przecież Bill Clinton, porównując ewolucję Polski i Węgier do putinizmu, nie powiedział ni­czego nowego. Ta opinia, nawet jeśli prze­sadna, krąży po świecie od miesięcy. Ale rozgłos, jaki temu u nas nadano, był nie­zwykły. Być może wzięło się to z tego, że Clinton cieszy się dużym autorytetem, więc jego słowa szczególnie zabolały.

Kaczyński nieraz podkreślał, że Zachód ma wobec Polski zobowiązania za wojnę, za Jałtę. Tymczasem Clinton powiedział coś odwrotnego: to Polska ma zobowiązania wobec Ameryki, która wniosła największy wkład w obalenie komunizmu. Powinna więc dochować wierności promowanym przez USA demokratycznym standardom.
- Akurat wobec Ameryki nasza prawica nie wysuwała do tej pory tego typu rosz­czeń. To się zmieniło dopiero teraz. Naj­bardziej ekstrawagancki był oczywiście Macierewicz, który stwierdził, że nie będą nas pouczać kraje, które mają demokra­cję raptem od 200 lat. Niebywałe w ustach szefa resortu obrony, czyli obszaru priory­tetowego dla tego rządu!
Albo wicepremier Morawiecki, który o prezydenckiej elekcji w USA mówi, że to wybór między dżumą a cholerą. Jak można tak powiedzieć o przyszłym przywódcy kraju będącego gwarantem naszego bez­pieczeństwa? I jak poważnie traktować ludzi, którzy wypowiada­ją takie opinie?

Po co więc to gadulstwo?
- Kluczem dla zrozumienia polityki zagranicznej PiS jest poli­tyka wewnętrzna. Gwałtowna degradacja opinii o Polsce też nie bierze się z tego, co mówią Kaczyński i Waszczykowski, a z tego, co się robi z Trybunałem Konstytucyjnym, mediami, prokuratu­rą, administracją. Krótko mówiąc - podstawowym problemem również dla oceny polityki zagranicznej Warszawy jest osłabie­nie demokratycznych fundamentów.

Jaka jest perspektywa Zachodu? Czy „dobra zmiana” jest uważana za anomalię w procesie prozachodniej modernizacji? Niedawno jeden z liderów opozycji przekonywał mnie, że jego zagraniczni rozmówcy coraz częściej zdają się hołdować opinii, że anomalią była raczej modernizacja, a prawdziwa Polska odsłoniła się dopiero teraz.
- Na Zachodzie ciągle widać wiele dezorientacji i niezrozumie­nia, dlaczego kraj, który odniósł tak ogromne sukcesy, teraz gwałtownie zboczył z drogi demokracji i praworządności. To ro­dzi opinię o Polsce jako kraju nieprzewidywalnym, który kieru­je się jakąś własną, irracjonalną logiką. Dlatego Warszawa spada do drugiej ligi państw, z którymi aż tak nie trzeba się liczyć. Wi­dzieliśmy to przy okazji listu w sprawie Ukrainy, pod którym za­brakło polskiego podpisu, gdyż Amerykanie nawet się o to do nas nie zgłosili.
Polska dyplomacja robi zresztą wiele, aby wizerunek kraju nie­przewidywalnego podtrzymać. Niedawno Waszczykowski po­wrócił do sprawy obecnie wstydliwej, czyli utrzymywania się formatu normandzkiego w sprawie Ukrainy. Po to, aby raz jesz­cze obciążyć Tuska za brak miejsca dla Polski przy stole, przy którym dyskutują Rosja, Niemcy, Francja i Ukraina. Nowoś­cią było, że powołał się na słowa Łukaszenki... Oto białoruski dyktator i krętacz stał się autorytetem dla polskiego ministra! Żenujące!

Dlaczego Węgrom udaje się tak manewrować, że to Polska bierze dziś na siebie odium za trendy polityczne silne w całym regionie?
- Orban jest, jaki jest, ale z całą pewnością o wiele lepiej zna świat niż Kaczyński. Za młodu dużo jeździł, był m.in. stypen­dystą Sorosa w Oksfordzie, zna angielski i wie, jak rozmawiać z przywódcami Zachodu. Niedawno portal Politico.eu opubli­kował ranking krajów europejskich pod kątem ich skuteczno­ści w polityce zagranicznej. Polska była daleko w tyle, a Węgry w czołówce! To smutna recenzja już nie treści polskiej polityki jest ona zbieżna z węgierską - ale profesjonalnej zdolności do jej realizacji.

Za Tuska graliśmy nieco ponad polski potencjał, teraz poniżej. Efektem są pikujące opinie na temat Polski - co dla jednych jest istotne, a dla innych niekoniecznie. Odwieczny problem: Polska pawiem czy papugą narodów...
- Opinie są istotne, zwłaszcza teraz, gdy Europa ulega proce­sowi daleko idącej transformacji. Jeżeli w sejmowym expose Waszczykowskiego Niemcy są redukowane do roli kluczowego partnera gospodarczego, a Wielka Brytania urasta do roli czoło­wego partnera, to jest jasny sygnał, że Polska widzi siebie na ze­wnętrznym kręgu Unii Europejskiej. A gdy minister ogłasza, że jego zdaniem należy powrócić do poziomu integracji z końca lat 50., czyli do swobodnego przepływu dóbr, usług, kapitału i ludzi, to wpisuje Polskę w wizję anachroniczną - takiej Europy już nie ma. Polska musi dzisiaj odpowiedzieć napytanie strategiczne: ja­kie powinno być nasze miejsce w Europie przechodzącej głęboką transformację, której przyszłego kształtu jeszcze nie znamy, ale dostrzec już można silne tendencje.
A czy Polska papugą, czy pawiem? Fundacja Batorego właś­nie opublikowała raport Adama Balcera, Piotra Burasa, Grzegorza Gromadzkiego i Eugeniusza Smolara, w którym zwraca się uwagę nie tylko na polityczne odwrócenie od Euro­py, lecz także cywilizacyjne. W pogardliwych wypowiedziach Waszczykowskiego o cyklistach, wegetarianach i multi-kulti brzmią podobne tony, co u rosyj­skich słowianofilów z XIX w. Albo słowa wpływowego intelektualisty prawicowe­go prof. Legutki, że Parlament Europejski jest zdominowany przez lewaków. Prze­cież tam dominuje frakcja EPP, gdzie są niemieccy chadecy, francuscy postgaulliści, hiszpańscy konserwatyści! Jeżeli prawica głównego nurtu to lewacy - a na pewno Legutko zalicza do nich również brytyjskich konserwatystów, którzy uzna­ją małżeństwa homoseksualne - to gdzie znajduje się PiS? Gdzie są jego prawdziwi europejscy partnerzy? Nie jest przypad­kiem, że gdy premier Szydło przemawiała w Strasburgu, to klaskały jej tylko skrajne partie prawicy. Nie można więc się dziwić izolacji PiS i jego polityki.

PiS twierdzi, że broni europejskiej cywilizacji.
- Tej z przeszłości, na dodatek wyimagi­nowanej! Na tej płaszczyźnie wyraźny jest sojusz PiS z polskim Kościołem. W obecnej Europie to archaizm. Ten aspekt ma mniejsze znaczenie w naszych relacjach ze Sta­nami Zjednoczonymi. Amerykanie nie zrezygnują z dozbrojenia naszej części Europy. Stawką jest bezpieczeństwo kontynen­tu, więc słowa mają tu mniejsze znaczenie. Jednak na obszarze stosunków europejskich jest inaczej. Niedawno Komisja Euro­pejska odpuściła Portugalii i Hiszpanii restrykcje za nadmierny dług. Doceniła dobrą wolę tych krajów. Obawiam się, że zobaczy­my znacznie bardziej rygorystyczny stosunek Brukseli do pol­skich postulatów.

Tym bardziej niezrozumiałe jest postępowanie rządu, który za priorytet gospodarczy uznał realizację planu Morawieckiego, uzależnionego przecież od europejskich funduszy.
- Cóż, jego słowa o „dżumie i cholerze” pokazują, że Morawiecki nie jest subtelnym, znającym świat technokratą, ale ekstremistą z gatunku Macierewicza czy Kamińskiego.

Być może w tym kręgu nie sposób inaczej funkcjonować?
- Nie sądzę. Język ministra ds. europejskich Konrada Szymań­skiego pozostał umiarkowany i cywilizowany. Wypowiedź Morawieckiego, o ile dotrze do kręgów wspólnoty ekonomicznej, nie pozostanie bez wpływu na ocenę jego osoby. Inna sprawa, że w jego planie jest pełno sprzeczności. Z jednej strony mówi się, że Polska musi zmniejszyć ekonomiczne uzależnienie od Zacho­du, a z drugiej strony wiadomo, że poziom oszczędności krajo­wych jest niewystarczający; tymczasem robi się wiele, aby zrazić do siebie kapitał zachodni i ośrodki, które oceniają ekonomicz­ną wiarygodność Polski.

Polski rząd samotnie nie jest w stanie zrealizować żadnego ze swych strategicznych celów, a jednocześnie odpycha zagranicznych partnerów i instytucje.
- Sądzę, że to wynika z nieokreśloności hierarchii państwa. Mamy niesformalizowany ośrodek władzy, który nieponosi odpowiedzial­ności za decyzje. Mam oczywiście na myśli Jarosława Kaczyńskiego. On jest w stanie wypowiedzieć dowolną opinię, co destabi­lizuje politykę prowadzoną przez oficjal­ne władze. Nie istnieje nawet koordynacja działań w rządzie. Niektórzy ministrowie spoglądają wyłącznie na Nowogrodzką, traktując panią premier jak buchaltera. Drugą przyczyną jest niesłychany prowincjonalizm tej ekipy. Nie mam na myśli bra­ku wiedzy, bo nie brakuje w rządzie ludzi kompetentnych, ale przyjmowanie polity­ki wewnętrznej jako jedynego punktu od­niesienia. Polega to na tym, że nie bierze się pod uwagę konsekwencji za granicą, lecz obowiązuje postawa, że nie damy sobie w kaszę dmuchać i nikt nam nie podskoczy.

Bo „prostowanie kolan” odpowiada na realne zapotrzebowanie społeczne...
- Wszystkie badania pokazują, że kom­pleksy to problem mniejszości społe­czeństwa. Potrzebę godności można zaspokajać w inny sposób. Nie pyskówkami, lecz aktywną poli­tyką międzynarodową. Tusk z Sikorskim pokazali, że to możliwe. Obecny rząd odwołuje się natomiast do najgorszych cech - do kompleksów, strachu, zawiści. Polskie społeczeństwo stopniowo się prostowało i dorastało do standardów europejskich. PiS niwe­czy teraz te osiągnięcia przez nadawanie histerycznego rozgłosu temu, że jakiś pismak gdzieś napisał o polskich obozach śmierci. Polityczne decyzje z mniejszym lub większym trudem można od­kręcić, ale z zabiegami dokonywanymi na zbiorowej świadomo­ści jest trudniej. To może być najtrwalszy osad po tej władzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz