PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 20 lipca 2014

Jajecznica po Słupsku



Był konflikt. Potem spłonęły samochody i omal nie wybuchł dom z dwójką ludzi. Czy miał z tym związek facet z jajami, jak mówi o sobie wieloletni prezydent Słupska?

Ryszarda Socha

Adwokatka Anna Bogucka-Skowrońska nie ma wątpliwości: - Od kilku tygodni mam świado­mość, że żyję w mieście, w którym jest gorzej, niż przypuszczałam. Obroń­czyni solidarnościowej opozycji, senator, sędzia Trybunału Stanu, od lat słupska radna (bezpartyjna, klub PO), włączyła się pro bono w sprawę Aleksandra Jacka. To miejscowy przedsiębiorca i działacz Sto­warzyszenia Nasz Słupsk, które dwukrot­nie (2012 i 2013 r.) angażowało się w akcję referendalną, aby odwołać prezydenta Macieja Kobylińskiego. Rok temu Aleksan­drowi Jackowi podpalono dwa samocho­dy. Śledztwo się ślimaczyło, więc poszko­dowany i prawniczka zaczęli dochodzić prawdy na własną rękę. Teraz oboje mówią o słupskim „układzie zamkniętym”. Bogucka-Skowrońska napisała do prokurato­ra generalnego Andrzeja Seremeta skargę na bierność prokuratury. Przekazała ją też ministrowi sprawiedliwości.
Prezydent Słupska jest oburzony tym, że - jak powiada-włącza się go w gang­sterskie porachunki. Twierdzi, że to dla tego, że walczy z układem i wrogów ma całą masę.

Imć Pupcio i reszta świata
Bogucka-Skowrońska do niedaw­na postrzegała słupską rzeczywistość bardziej satyrycznie niż dramatycznie. Świadczą o tym noworoczne szopki jej autorstwa. Prezydent Kobyliński był przedstawiany w tych szopkach pod różnymi postaciami. Na przykład jako paw, przekonany, że jest orłem; komisja śledcza zwierząt badała, jakiego gatunku ma pióra. Ostatnio jako Imć Pupcio urzą­dzał bal w Biedronkowie. To w związku z gromadzącymi słupskie wyższe sfery balami w ratuszu, w intencji dobro­czynnej, pod patronatem prezydenta. W Biedronkowie, bo w Słupsku mnożą się sklepy wiadomej sieci.
Prezydent Kobyliński rządzi Słup­skiem nieprzerwanie od 2002 r. (wcześniej też był tu prezydentem, a także wojewodą słupskim). W ostatniej kam­panii wyborczej reklamował się jako „fa­cet z jajami’’. Te, z którymi dał się uwiecz­nić na plakacie, pochodziły od strusia.
Należy do ludzi krewkich. Nie prze­biera w słowach. Gdy w maju 2013 r. rad­ni (prezydent ma mniejszość w radzie) przegłosowali uchwałę o referendum, by odwołać go ze stanowiska, wydał oświadczenie. Pisał o radnych „upar­tyjnionych bez miary lub zatwardzia­łych w swych kompleksach”. Jednych recenzował po nazwisku: „niezbyt lot­ny emerytowany strażak o niechlubnej przeszłości”, innych anonimowo: „zapo­mniała o swoich amoralnych zachowa­niach w latach siedemdziesiątych”, „ko­rzystała z prawie bezpłatnych wycieczek do Egiptu na koszt przestępczej szkoły zatrudniającej jej męża”. Przepraszał słupszczan za takich radnych. Tłuma­czył, że to oni są winni jego nieładnych zachowań. Wykorzystują, że jest cholerykiem, i prowokują zaczepkami. O jego drażliwości już pisaliśmy („Obrażalscy”, POLITYKA 21/12).
W efekcie w Słupsku raz po raz ktoś czuł się czymś dotknięty. Biegł do sądu lub prokuratury. I prezydent, i jego ad­wersarze. Z różnym skutkiem. Głównie takim, że otoczenie traktowało te po­tyczki z coraz większym dystansem, jako zawracanie głowy. Kobyliński podkreśla, że z Aleksandrem Jackiem dwie sprawy wygrał. Jedną z powództwa Jacka - sąd je oddalił, uznając, że społecznik, jak polityk, powinien mieć grubszą skórę i mniejszą skłonność do obrazy. Dru­gi proces był z powództwa prezydenta przeciwko działaczowi i sąd częściowo uznał racje Kobylińskiego. Nakazał Alek­sandrowi Jackowi przeprosić za słowa o odbywających się w ratuszu libacjach alkoholowych, grach hazardowych oraz nielegalnych zbiórkach pieniędzy - bo w ten sposób lider Naszego Słupska ob­raził wspomniane już prezydenckie bale charytatywne. Jacek wyroku nie wyko­nał, za to, psując krew prezydentowi, pokazuje zdjęcia balowych stołów-jest alkohol i ruletka, ku uciesze uczestni­ków. Uważa, że między innymi właśnie podczas takich imprez przez lata tworzył się system lokalnych powiązań.

Samochody w ogniu
Obie potyczki sądowe prezydenta z działaczem poprzedziła data 9 kwiet­nia 2013 r. Tego dnia Aleksander Jacek i jego żona nie poszli na mecz, jak plano­wali. Dzięki temu ona zauważyła, że palą się ich auta stojące pod wiatą, która przy­lega do domu. On wybiegł gasić pożar.
Nad kołami były wciśnięte butelki z ła­twopalnym płynem. Wyciągał je gołymi rękami. Ma ślady oparzeń. Straż pożar­na przyjechała szybko, opanowała sy­tuację, ale żaden z dwóch samochodów nie nadawał się do naprawy. Stratę wy­ceniono na 95 tys. zł. Strach pomyśleć, co by było, gdyby dostrzegli ogień póź­niej. Wiata jest drewniana, auto było za­tankowane do pełna, obok zawór gazu, gospodarze w domu...
Jacek odczytał podpalenie jako próbę zastraszenia. Parę dni wcześniej złożył w Wydziale Kontroli Urzędu Miejskie­go pismo dotyczące nieprawidłowości na styku biznes-urząd. Jedna z kwestii dotyczyła biznesmena Andrzeja O., słup­skiego dilera aut i dewelopera. Andrzej O.
jest dobrym znajomym prezydenta miasta (gości u niego w domu, prezydent i jego rodzina kupują u O. samochody). Jackowi chodziło o należący do dewelopera bu­dynek biurowo-usługowy przy ul. Sobie­skiego 31 (naprzeciwko komendy policji). Choć formalnie nie został oddany do użyt­ku - co oznaczało, że do kasy miasta nie wpływały należne z tego tytułu podatki - od kilku lat działały w nim różne firmy, w tym placówka SKOK Wybrzeże.
Kilka dni po pożarze Andrzej O. wraz ze znanym słupskim zawodnikiem spor­tów walki zaczepił Jacka na kortach teni­sowych. Wyraźnie wiedział o doniesie­niu do urzędu. Działacz Naszego Słupska nagrał jego groźby telefonem komórko­wym i przekazał organom ścigania.
Nieruchomością przy Sobieskiego za­jął się nadzór budowlany i lokalne media. Telewizja Kanał 6 ustaliła, że biurowiec był gotowy do użytku od czterech lat. W maju 2013 r. dziennikarze stacji sfil­mowali przygotowania poprzedzające wizytę inspektorów nadzoru budow­lanego, którzy mieli dokonać odbioru budynku - zdejmowanie z drzwi SKOK informacji o godzinach otwarcia, likwi­dowanie oznak bytności innych lokato­rów. Chodziło o to, by obiekt sprawiał wrażenie nieużytkowanego. Aktywność reporterów nie przypadła do gustu biz­nesmenowi. Ze swoim biegłym w sztu­kach walki aniołem stróżem zaczepił ich przed siedzibą stacji.
„Głos Pomorza” donosił: „urzędników nadzoru nie interesuje fakt, że w weryfi­kowanym przez nich budynku ktoś mógł wcześniej mieszkać lub wynajmowano w nim pomieszczenia. Liczy się stan faktyczny w dniu kontroli, a - jak zazna­cza Bożena Sobczyńska-Kozłowska, po­wiatowy inspektor nadzoru dla miasta Słupska - tego dnia żadne pomieszcze­nie w budynku przy ulicy Sobieskiego wykorzystywane nie było”.
Także Andrzej Kaczmarczyk, zastępca prezydenta Słupska, tłumaczy, że postę­powanie nadzoru budowlanego nie po­twierdziło nieprawidłowości - i to ma zamykać sprawę.

Policja szybko ustaliła, gdzie moż­na kupić butelki z cieczą, której użyto do podpalenia. Sklepowy monitoring utrwalił twarze dwóch mężczyzn kupu­jących 4 denaturaty i 3 podpałki do gril­la. Bracia Jurij i Czesław M. mają krymi­nalną przeszłość. Już 12 kwietnia zostali wytypowani jako potencjalni sprawcy podpalenia. Ale potem śledztwo siadło. Do przesłuchania braci (jako świadków) doszło dopiero na przełomie września i października 2013 r. Wtedy też pobra­no im odciski palców i próbki DNA oraz zrobiono przeszukanie u Jurija.
Na taśmie, którą oklejono butelki z podpałką, był odcisk palca. Wniosek o wykonanie badań daktyloskopijnych wysłano dopiero 14 października 2013 r. A 30 grudnia 2013 r. prokurator, nie czekając na wynik ekspertyzy daktyloskopijnej, postanowił umorzyć docho­dzenie. Poszkodowany złożył zażalenie - z sukcesem, ekspertyza wykazała bo­wiem, że ślad palca pozostawił Jurij M.
W marcu br. mężczyzna trafił do aresz­tu, ale nie przyznał się do winy. Twier­dził, że gdy doszło do podpalenia, był na meczu koszykówki i podawał świad­ków, w tym człowieka, który parę dni później został asystentem prezydenta miasta. Do adwokatki i poszkodowanego dotarło, że jest o jedynym podejrzanym w tym śledztwie, choć telefon drugiego z braci, Czesława M., w porze podpalenia logował się w rejonie zdarzenia, a z billingów wynika, że w krytycznym dniu Czesław M. dziesięciokrotnie kontak­tował się z Andrzejem O. Także - krótko po podpaleniu samochodów.
Z kolei w billingach Andrzeja O. zna­leziono powtarzający się charaktery­styczny numer telefonu prezydenta Kobylińskiego. Adwokatka Aleksandra Jacka odnalazła także połączenia do wi­ceprezydenta Kaczmarczyka.
Zwrot akcji nastąpił, gdy Aleksander Jacek zapowiedział w jednej z gazet, że nie będzie dochodził roszczeń za spa­lone samochody 95 tys. zł, jeżeli podpa­lacz wskaże zleceniodawcę. No i zgłosił się do niego Czesław M. 6inajabr. złożył pisemne oświadczenie: „Dokonałem czynu na zlecenie Andrzeja O. w zamian za umorzenie długów mojej matce przez Urząd Miejski Słupsk. Czynu (podpale­nia) dokonałem sam bez udziału innych osób”. Czesław M. zgodził się na to, by Ja­cek nagrał ich rozmowę. Twierdził, że O. zabrał go ze sobą do restauracji Nostal­gia w Poganicach. Tam mieli się spotkać z prezydentem Kobylińskim i rozmawiać m.in. o Aleksandrze Jacku. Któremu trze­ba by „obciąć pazurki”. Prezydent Słup­ska stanowczo zaprzeczył, by odbył ta­kie spotkanie.

Brakujące ogniwo
Swoje przyznanie do winy Czesław M. tłumaczył faktem, że brat siedzi, rodzina ma mu to za złe, a Andrzej O. nie kwa­pi się z pomocą. Do tego na horyzon­cie pojawili się jacyś obcy gangsterzy, < więc M. czuje się zagrożony. Anna Bogucka-Skowrońska po tych rewelacjach u zadzwoniła do prokuratury, że M. chce złożyć ważne zeznania, ale nie było zainteresowanych. Z kolei policjanci twierdzili, że bez prokuratora nie mogą przesłuchiwać. Ostatecznie zeznanie przyjęła policja w Lęborku.
O tym, że miasto, a konkretnie wice­prezydent Kaczmarczyk umorzył mat­ce Jurija i Czesława M. dług w kwocie 19,2 tys. zł, słupscy radni dowiedzieli się w marcu 2014 r. z dostarczonego im sprawozdania. Kobieta prowadziła sklep w lokalu należącym do miasta i miała zaległości czynszowe. Wiceprezydent Kaczmarczyk zapewnia, że nigdy nie kojarzył pani M. z jej synami. Że mię­dzy podpaleniem a umorzeniem nie ma żadnego związku.
Pani M. od 2010 r. wnioskowała o to umorzenie, komisja opiniowała jej prośby negatywnie i kończyło się to de­cyzją o rozłożeniu zobowiązań na raty. Tak też się stało w maju 2013 r. Kilka miesięcy później pani M. ponowiła swą prośbę, komisja znów była na nie (jej stanowisko nie jest dla prezydenta wią­żące), ale wiceprezydent Kaczmarczyk zdecydował się do prośby przychylić. POLITYCE tłumaczy, że pani M. ma mizerną emeryturę, choruje, zmarł jej mąż. No i przede wszystkim-że 31 maja 2013 r. zwróciła lokal miastu, zaprze­stając działalności gospodarczej. Jest przyjęte, że w Słupsku umarza się długi osobom, które rezygnują z prowadzenia działalności i w związku z tym nie rokują nadziei na spłatę.
Faktycznie sklep, w którym dawniej działała firma pani M., jest nieczyn­ny, ale kartka na drzwiach kieruje pod inny adres - a tam wszystko funkcjonu­je w najlepsze. Wdowa jest właścicielką tego lokalu. Podobnie jak dwóch dużych mieszkań w Słupsku.
Kiedy Aleksander Jacek ujawnił me­diom oświadczenie Czesława M., pre­zydent Kobyliński odpowiedział kontr- oświadczeniem, że Jacek „jest oszustem i malwersantem finansowym”. Teraz twierdzi, że Jacek podobnie jak An­drzej O. też coś użytkował bez oddania do użytku, a Aleksander Jacek zareago­wał na wypowiedź wniesieniem do sądu prywatnego aktu oskarżenia.
W sprawie o podpalenie wiarygodność zeznań Czesława M. będą teraz wery­fikować prokuratorzy spoza Słupska. Sprawa trafi do okręgu gdańskiego. Jest raczej pewne, że w całej tej historii nie chodzi o zdyskredytowanie obecnego prezydenta w zbliżającej się kampanii wyborczej do samorządu. Maciej Koby­liński dość dawno zapowiedział, że nie będzie już kandydował.


ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz