PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 4 lipca 2014

Nietykalni



Co roku Skarb Państwa wypłaca ok. 5 min zł za niesłuszne aresztowania. Prokuratorzy za błędne decyzje praktycznie nie ponoszą odpowiedzialności.

Krzysztof Wójcik

Brudna i zimna cela z soplem zwisają- cym na wewnętrznej stronie okna pa­mięta jeszcze początek XX w. Na dworze siarczysty mróz - ponad 20 stopni poni­żej zera, a w środku śmierdzi mieszanka potu, moczu i starych petów. Wzdłuż sza­rych ścian unoszą się chmury pary, ulatu­jące z ust dwóch mężczyzn siedzących na brudnych pryczach. Z kranu kapie zimna woda. Cela mieści się w narożniku i jest przygotowana dla szczególnie niebez­piecznych bandytów - meble są na stale wbetonowane w podłogę.
Jak mówią klawisze, cela ma tradycje - w stanie wojennym siedział w niej An­drzej Milczanowski (późniejszy minister spraw wewnętrznych III RP). Na 14 więź­niów w tym pionie połowa siedzi za za­bójstwa.
Jest Wigilia 1995 r. w ciężkim Zakła­dzie Karnym w Braniewie.

Cela
Piotr Zaleski - kilkanaście godzin wcze­śniej król życia - jednego dnia zamienia skórzany fotel szefa świetnie prosperują­cego gdańskiego kantoru Conti na 12 me­trów kwadratowych kryminału. Branie­wo to ostatnie polskie miasteczko na trasie do Kaliningradu. Choć z prokura­tury, która decyduje o aresztowaniu Za­leskiego, do aresztu na Kurkowej w cen­trum Gdańska jest spacerkiem 10 minut, śledczy umieszczają właściciela kantoru pod granicą z Rosją (w 1995 r. to prokura­tor, a nie sąd decydował o aresztowaniu). Z Gdańska to 104 kilometry.
Decyzję o skierowaniu do więzienia w Braniewie podpisuje prokurator, któ­ry nie prowadzi jego sprawy. Potem po­wie, że nie wie, dlaczego. Zaleski wie: - Tak wygląda typowy areszt wydobyw­czy. Gdy tam siedziałem, miałem wra­żenie, że czas się tu zatrzymał 50 lat temu. To wyjątkowe miejsce. Na wolno­ści nieźle mi się żyło, a tu człowiek spa­da na samo dno. Jest traktowany gorzej niż pies. Jak pies chce siku, to staje pod drzwiami i człowiek może z nim wyjść. W Braniewie były zasady. Otwiera się klapa i ktoś krzyczy: „spacer”! Jest pan gotowy, zdąży założyć buty czy kurtkę, to pan wychodzi. Jeśli nie zdąży - nie wychodzi. Proste.
Zaleski nie ma kontaktu ze światem - gazety dostaje po tygodniu, o radiu i tele­wizji może zapomnieć. Otrzymuje status więźnia niebezpiecznego i początkowo nie może nawet wychodzić do świetlicy. Wyjazd do szpitala w Elblągu to konwój pod bronią antyterrorystów.
- Prowadząc biznes żyłem w perma­nentnym stresie - mówi Zaleski. - liczyły się coraz większe zyski i obroty. Złodziej
zakłada, że może wpaść, a ja prowadziłem normalny interes i nagle znalazłem się w innej rzeczywistości. Po kilku dniach odsiadki zjawili się funkcjonariusze z przestępczości zorganizowanej. Rzucili kilka zdjęć, w tym „Nikosia” (domniema­nego szefa pomorskiej mafii). Tłumaczyli, że jak mam jakiś temat na tych gości, to zaraz uwolnią mnie od zarzutów i wyjdę.
Zaleski milczy. Jego wspólnik w interesach, Adrian Nowak, ma więcej szczę­ścia: podczas pokazowej akcji policji jest akurat za granicą. Postanawia nie wracać i unika aresztu.

Kasjer
Antyterroryści rzucają Zaleskiego na zie­mię w centrum Wrzeszcza. Wchodzą do jego kantoru. Akcji towarzyszą kamery. Potem przedsiębiorca słyszy zarzuty: nie­legalne posiadanie broni (choć ma pozwo­lenie, tylko przez nawał pracy jednego pi­stoletu nie wpisał do rejestru) i pranie ma­fijnej gotówki.
W lokalnych gazetach, „Wieczorze Wybrzeża” i „Glosie Wybrzeża”, poja­wiają się artykuły z mocnymi tytułami: „Pralnia Conti”, „Kasjer mafii”, „Księgo­wy mafii za kratkami”. Policja wypuszcza przecieki na temat współpracy Zaleskie­go z Nikodemem Skotarczakiem, ps. „Nikol”.
W mediach bryluje ówczesny zastępca prokuratora okręgowego Jacek Spyt, któ­ry nadzoruje wydział przestępczości zor­ganizowanej i śledztwo w sprawie Conti. Kreuje się na szeryfa, który złapał groź­nego przestępcę. Może być dumny, bo to pierwsze w Polsce śledztwo w sprawie prania pieniędzy, w którym antyterrory­ści tak spektakularnie zatrzymują podej­rzanego. Szef Conti nie może się bronić, bo po zatrzymaniu prowadzący śledztwo Ryszard Paszkiewicz stawia zarzuty i de­cyduje o tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące.
Zaleski nie wypiera się znajomości z gangsterem: - Do mojego kantoru przy­chodził ówczesny szef policji, sędziowie, prokuratorzy. Przychodził też Nikodem, którego znałem 20 lat. Ale czy znajo­mość to zarzut? - pyta retorycznie. - Mój zły wizerunek był kreowany, dopóki nie mogłem się bronić. Na konferencjach pro­kuratury pojawiały się tylko insynuacje o milionach dolarów i marek. Prokuratorzy wskazywali na gigantyczne obroty. Gdy już mogłem się bronić, mówiłem, że pranie gotówki to kłamstwo. Wtedy pro­kuratura zamilkła.
Po decyzji o aresztowaniu Zaleski przez 57 dni siedzi w więzieniu w Braniewie. W tym czasie poza dwoma wizytami śled­czych nic się nie dzieje. Wspomina: - Dzięki Bogu trafiło na mnie, a nie na Adriana. Jego już na świecie by nie było. To człowiek o wrażliwej psychi­ce. W Braniewie by nie wytrzymał.
Po sześciu latach śledztwa prokurator Paszkiewicz oskarża Zaleskiego i Nowaka - pranie pieniędzy mafii. Mieli zalegalizo­wać gigantyczną kwotę 61 min dolarów - 55 min marek niemieckich. Dochodzą do tego zarzuty o nielegalne posiadanie broni i unikanie płacenia podatków. Na potrzeby śledztwa prokurator zabezpiecza w kanto­rze waluty warte ponad 2 min zł.
Po kilku latach procesów Zaleskiego i No­waka uniewinniono. Sąd uznaje, że Conti nie było pralnią mafijnej gotówki. Zarzuty dotyczące oszustw podatkowych umorzo­no, bo się przedawniły.
W udowodnieniu rzekomej winy nie po­mogło nawet umieszczenie „kreta” w Con­ti - w ochronie kantoru przez kilka miesię­cy pracuje były komandos, a potem funkcjonariusz wydziału przestępczości zorga­nizowanej Komendy Wojewódzkiej Poli­cji w Gdańsku o pseudonimie „Majami”. Ostatecznie sprawę zamyka wyrok Sądu Najwyższego, który uznaje szefów Conti za niewinnych.

Kariera
Mimo kompromitacji przed sądem w spra­wie Conti, kariera Ryszarda Paszkiewicza nabiera tempa. Najpierw zostaje zastęp­cą prokuratora okręgowego w Gdańsku. W 2007 r., pod koniec kadencji, Zbigniew Ziobro awansuje go na prokuratora Pro­kuratury Apelacyjnej. To prezent ministra sprawiedliwości dla 15 śledczych w Polsce tuż przed upadkiem rządu PiS. Nominacja wiąże się z prestiżem i wyższą pensją.
Drugi rozgrywający w tamtej sprawie, ówczesny zastępca prokuratora okręgowe­go Jacek Spyt odszedł z zawodu. Zostaje rad­cą prawnym, a potem adwokatem. Dziś nie ma ochoty rozmawiać o tamtej historii.
- Jestem po drugiej stronie barykady - mówi mecenas Spyt. - Pranie gotówki to nowy przepis, który wtedy pojawił się w ko­dyfikacji. Nie było orzecznictwa ani prak­tyki.
- Nie było dowodów na pranie gotówki, a wsadziliście człowieka do więzienia - mó­wię.
- Nie jestem w stanie powiedzieć, jakie decyzje bym dzisiaj podejmował - odpo­wiada Spyt. - Jednak nadal jestem przeko­nany, że tak gigantyczna gotówka w normalny sposób nie mogła przechodzić przez tak niewielki kantor. To były kwoty, jakimi obraca duży bank
W 1995 r. kantor Conti dziennie przeka­zuje do Banku Gdańskiego około miliona jednostek walut - 500 tys. dolarów i podob­ną kwotę w markach niemieckich. Obra­ca też funtami i guldenami holenderskimi. Kwoty rozpalają wyobraźnię prokuratorów. Skąd taka gotówka w kantorze na ulicy Grunwaldzkiej? Choć nie mają dowodów, twierdzą, że muszą to być pieniądze mafii. Zaleski mówi, że dogadał się z innymi kan­torami i klientami. W ten sposób zamiast detalicznie handlować z bankiem, Conti sta­ło się hurtownią.
Zastępca prokuratora okręgowego w Gdańsku Ryszard Paszkiewicz dziś nie chce rozmawiać na temat Conti. Ma po­wód - jest nim jego wypowiedź w progra­mie „Państwo w państwie”. Przed kamera mi telewizji Polsat Paszkiewicz stwierdza: „Współczuję panu Zaleskiemu, że robił za królika doświadczalnego. Uważam, że pan Zaleski dopuścił się przestępstwa prania brudnych pieniędzy. Niestety, nie udało mu się tego udowodnić”. Mówi tak, choć 13 lat wcześniej sąd uniewinnił szefa Conti.
Na jego głowę sypią się gromy: - Co ten człowiek robi w prokuraturze? - pyta bio­rąca udział w audycji była minister sprawie­dliwości Barbara Piwnik.
Za komentarze w telewizji Paszkiewicz zostaje ukarany upomnieniem. Teraz, kie­dy chcę rozmawiać o Conti, odsyła do rzecz­nika prasowego lokalnej prokuratury.
- Co ciekawe, Paszkiewicz został ukara­ny nie za krzywdę, którą mi wyrządził, ale za to, że do tego publicznie się przyznał. Po­wiedział, co myśli, i miał problem - komen­tuje Zaleski.

Zatrzymanie, aresztowanie, zabezpieczenie - min zł w różnych walutach - tale proku­ratura niszczy spółkę Conti, która jest w sta­nie upadłości.
Po latach Zaleski otrzymuje tylko jed­no zadośćuczynienie - 75 tys. zł za 157 dni w ciężkim więzieniu w Braniewie.
Mówi: - Wypłacono mi dosyć szybko go­tówkę za tymczasowe aresztowanie. Żad­nych innych odszkodowań nie otrzymałem, bo zbyt późno zgłosiliśmy sprawę do sądu, a przecież nikt, gdy walczyliśmy o wol­ność, o tym nie myślał. Sąd oddalił pozew, bo sprawa się przedawniła. Chcieliśmy 5 mi­lionów za wieloletnie przetrzymywanie na­szych pieniędzy. To nie była wygórowana kwota, ale według sądu również się spóźni­liśmy.
Już po otrzymaniu zadośćuczynienia za niesłuszny areszt szef Conti domaga się od­szkodowania od prokuratorów odpowiedzialnych za zarzuty: Spyta i Paszkiewicza. Chce, by oddali podatnikom 75 tys. zł, które musiał mu zapłacić Skarb Państwa. Na nie­wiele to się zdaje. Postępowanie regresowe nie odnosi skutku: Prokuratura Apelacyjna we Włocławku uznaje, że nie ma możliwo­ści regresu wobec śledczych.
- Obowiązująca ustawa o odpowiedzial­ności majątkowej funkcjonariuszy publicz­nych za rażące naruszenie prawa nie ma za­stosowania do prokuratorów prowadzących śledztwa - mówi Grażyna Wawryniuk, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdań­sku. - Prokurator nie jest funkcjonariuszem publicznym w rozumieniu tej ustawy. Nie ma też podstaw do działań wobec śledcze­go przez jego przełożonego dyscyplinarnego z uwagi na przedawnienie, które nastąpiło w 2003 r., jeszcze przed prawomocnym wy­rokiem w sprawie Conti.

Temida
To nie koniec zamieszania wokół Conti: z 2 min zł zabezpieczonych w sądowym depozycie ginie ponad 750 tys. Pieniądze kradnie pracownik sądu (zostaje za to pra­womocnie skazany). Po trzynastu latach od zatrzymania, w latach 2005-2008, Piotr Za­leski otrzymuje więc w ratach 1,25 min zł. A kompromitacja wymiaru sprawiedliwo­ści trwa nadal: sąd nie chce oddać depozy­tu skradzionego przez pracownika Temidy. Jego władze z rozbrajającą szczerością przy­znają, że gotówki po prostu nie mają. Pod­czas procesu o zwrot depozytu sędziowie stosują kruczki prawne: już nie ma gulde­nów i marek niemieckich, więc nie ma cze­go oddawać.
Zdesperowany Zaleski wynajmuje nawet komornika z południa Polski, by ściągnął gotówkę z konta sądu. W końcu w 2013 r. (18 lat po zatrzymaniu), gdy egzekutor wkracza do akcji, sąd ustępuje i realizuje zaległy przelew na kwotę zwiększoną o od­setki - 858 tys. zł.

Dlaczego ja?
Piotr Zaleski ma dziś 5 3 lata. Wysportowana sylwetka, eleganckie spodnie i markowa koszula. Przyjmuje w działającym znów kanto­rze Conti w Gdańsku Wrzeszczu.
-To, że tak dzisiaj siedzimy, zawdzięczam rodzinie i znajomym - mówi. - Państwo, a raczej jego konkretni przedstawiciele chcieli mnie zniszczyć. Teraz myślę, że takie było zapotrzebowanie. Prokuratura chcia­ła mieć spektakularny sukces w wydziale przestępczości zorganizowanej - pierwsze w Polsce śledztwo z zarzutami o pranie go­tówki. Założyli absurdalny zarzut - kan­tor Conti ma wielokrotnie wyższe obroty niż inne podobne placówki, a w związku z tym kasa musi pochodzić od mafii. Jeśli już chcieli iść tą drogą, to powinni pokazać źródło. Skąd pochodzi ta kasa? Nie potrafili tego udowodnić. Potem prokurator na po­trzeby mediów wymyślił historię, że w cią­gu dziesięciu lat wielokrotnie zmieniało się prawo i dlatego padły zarzuty. Każdy łapał się za głowę, ale firmę udało się zniszczyć.
Prokurator Ryszard Paszkiewicz, poza upomnieniem za „królika doświadczalne­go”, nie poniósł odpowiedzialności za wielo­letnie działania w sprawie Conti. Podobnie mecenas Jacek Spyt.
Kończy Zaleski: - Ktoś powinien ponieść karę. Ważna jest odpowiedzialność Skarbu Państwa za urzędników. Na tym, że osoby odpowiedzialne za zniszczenie mojej firmy są nadal na stanowiskach, cierpi wizerunek prokuratury. Cieszę się, że dzięki rodzinie i znajomym udało mi się wyjść z tej traumy, ale pamiętajmy, że w normalnym układzie nie udałoby mi się stanąć na nogi.

KRZYSZTOF WÓJCIK




Jak areszt, to „wydobywczy"

Kompromitacją prokuratury zakończy! się w ubiegłym tygodniu proces w sprawie tzw. układu warszawskiego - urzędników dawnej gminy Centrum oskarżonych o korupcję.

To jedno ze sztandarowych śledztw za rzą­dów PiS zakończyło się uniewinnieniem b. wiceprezydenta gminy Centrum Paw­ła Bujalskiego, sekretarza Ludwiki Wujec (działaczki opozycji w PRL, na zdjęciu) oraz trojga byłych samorządowców.
W uzasadnieniu wyroku sąd podkre­ślał, że prokurator nie panował nad śledz­twem, bezkrytycznie oskarżał, a areszty kilku oskarżonych można nazwać „wy­dobywczymi”. Najdłużej, bo aż 14 miesię­cy, spędził w kryminale Paweł Bujalski, zastępca prezydenta gminy Centrum. Sa­morządowiec opowiadał, jak przyjeżdżał do jego celi ówczesny szef Centralnego Biu­ra Śledczego Jarosław Marzec i namawiał do obciążania innych urzędników. Zezna­nia miały być przepustką na wolność. Po­zostali samorządowcy, poza Ludwiką Wu­jec, również spędzili po kilka miesięcy za kratkami.
Urzędników oskarżono o branie łapó­wek na przełomie wieków, gdy Warsza­wą rządziła koalicja Unii Wolności i SLD (prezydentem był Paweł Piskorski). Mieli m.in. ustawiać przetargi dla prywatnych firm. Prokuratura oparła oskarżenie na zeznaniach b. urzędniczki, karanej za oszustwa, która po kolejnym aresztowa­niu zdecydowała się na współpracę z pro­kuraturą.
Drugim filarem oskarżenia były zezna­nia nieżyjącego już radnego Bogdana Tysz­kiewicza. Samorządowiec chętnie opowia­dał agentom CBS o korupcji, bo sam był za­grożony więzieniem za łapówki. Przez lata był uważany za łącznika lokalnej władzy z gangiem pruszkowskim. Jeszcze przed oskarżeniem warszawskich urzędników został zamordowany. Jego zeznania były czytane z protokołów i nie można było ich zweryfikować w sądzie.


Ile płacimy za błędy Temidy

Co roku Skarb Państwa wypłaca miliony za niesłuszne skazania, tymczasowe aresztowania i zatrzy­mania. Wszystkie koszty pokrywają podatnicy. W 2013 r. za bezpodstaw­ne areszty tymczasowe zasądzono ponad 5,5 min zł odszkodowań
(164 osobom). Rok wcześniej - ok. 4,5 min zł (171 osobom). Za nie­słuszne skazania sądy przyznały w ubiegłym roku prawie 180 tys. zł (8 osobom).
Jeszcze więcej kosztowały podatni­ków zadośćuczynienia za błędy sądów i prokuratur. W 2013 r. Skarb Państwa musiał wypłacić ponad 12 min zł zadośćuczynień (306 osobom) za aresztowania oraz ponad 700 tys. za niesłuszne skazania.
Rok wcześniej kwoty były niewiele mniejsze - 9 min i 600 tys. zł.
W kodeksie postępowania karnego jest przepis o tzw. regresie zwrotnym. Prokuratury mają obowiązek badać, czy po wypłacie odszkodowania nie da się sięgnąć do kieszeni konkretnego prokuratora czy sędziego, który jest winien niesłusznego aresztowania.
Według Prokuratury Generalnej takich procesów' - o zasądzenie
zwrotu wypłaconych przez Skarb Państwa kwot — praktycznie nie ma. Jest jedynie kilka spraw, dotyczących kilkunastu tysięcy złotych.
Prokurator generalny Andrzej Seremet w 2012 r. zwrócił się do ministra sprawiedliwości, by doprecyzować kwestię regresu. Pracuje nad tym komisja kodyfikacyjna prawa karnego.
Jak dotąd, bez przełomu.

Nie tylko Piotr Zaleski
300 tysięcy za 17 miesięcy

Kilka tygodni temu Paweł Guz z Lublina wywalczył prawie 300 tys. zł odszko­dowania za 1,5 roku w areszcie. Pomówiony przez prawdziwego zabójcę, był niesłusznie podejrzany o morderstwo. Domagał się 5 min zł od­szkodowania. - Ten wyrok to kpina - mówi. - Do końca życia będę żył z piętnem mordercy. Być może moja rodzina też będzie się z tym zmagać. Czy każdej nowo poznanej osobie muszę się tłumaczyć, że nic złego nie zrobiłem? Straciłem firmę i dziewczynę. W więzieniu współosadzeni złamali mi nogę. Tak naprawdę żadne pieniądze tego nie zrówno­ważą, zwłaszcza że mimo błędów nie usłyszałem słowa „przepraszam”. Na pewno będę apelować, bo kwota jest zbyt niska. Nawet jak będę musiał iść do Strasburga na piechotę, to dalej będę walczył. Taka sytuacja może spotkać każdego człowieka w Polsce, więc nie mogę tej sprawy odpuścić.
Prokurator uwierzył bandycie
O tym, jak działa prokura­tura na podstawie zeznań świadka koronnego, przekonał się Krzysztof Stańko, właściciel ośrodka Kormoran w Turawie. Na oczyszczenie z zarzutów czekał prawie 10 lat.
Katowicka prokuratura oskarżyła go o to, że w 2002 r. wyprodukował nawet 200 kg amfetaminy w kuchni swojego ośrodka. Zarzut postawiono mu na podstawie zeznań świadka koronnego z Częstochowy Macieja B., ps. „Gruby”.
W końcu sądy uznały, że prokuratura nie miała żadnych innych dowodów winy Stańki. „Gruby” pomówił kilkadziesiąt osób, potem żądał gotówki za odwołanie zeznań. Obecnie prawdopodobnie ukrywa się w Australii. Żaden z prokuratorów nie odpowiedział za oskarże­nie i areszt biznesmena. Stańko do dziś walczy o odszkodowanie za 27 miesięcy spędzonych w areszcie. Chce 3 min zł.


Kiedy policja przychodzi o świcie

MARCIN KOŁODZIEJCZYK, RZECZNIK STOWARZYSZENIA NIEPOKONANI 2012: Areszty wydobywcze to metoda przejmowania firm lub niszczenia konkurencji.
KRZYSZTOF WÓJCIK: Jestem niewin­ny, ale o szóstej rano wpada do mnie policja. Słyszę zarzuty i jestem areszto­wany. Czy w starciu z państwem jestem na straconej pozycji?

MARCIN KOŁODZIEJCZYK: Każda sprawa jest inna. Mimo wszystko wierzę w wymiar
sprawiedliwości, który powinien wszystkie wątpliwości rozstrzygać na korzyść oskar­żonego.
Najgorsze sytuacje są wtedy, kiedy docho­dzi do konfliktu interesów. Nie chciałbym nadużywać określenia „układ”, które zosta­ło wyświechtane przez polityków. Możemy mówić o jakichś lokalnych układzikach, ko­teriach czy klikach.

Co, jeśli przykładowy przedsiębiorca stanie na drodze takiej lokalnej koterii?
Nie ma szans. Sytuacja, w której do niewinnego człowie­ka wpada o szóstej rano policja, jest total­nym szokiem, a przy prowadzeniu biznesu wszystko rozgrywa się błyskawicznie. Biz­nesmen ma pozaciągane kredyty, a tu słyszy zarzuty... Kontrahenci i banki się wycofują, bo media nagłośniły, że to przestępca; wcho­dzi syndyk i jest bankructwo. Ktoś, kto tego nie przeszedł, nie jest w stanie wyobrazić so­bie, co może się stać.

Co robić, gdy znajdziemy się w takiej sytuacji?
Po pierwsze: wykonać przysłowiowy te­lefon do przyjaciela. Powiadomić adwoka­ta, media i znaleźć sprawnego menedżera, który w czasie naszych problemów popro­wadzi biznes.
Duże korporacje mają firmy, które poma­gają w kryzysowych sytuacjach. Są sztaby ludzi, którzy zaczynają działać, gdy mamy pożar na pokładzie.
Ale w Polsce większość przedsiębior­ców prowadzi małe i średnie biznesy. O ta­kich kwestiach, jak aresztowanie i zarzuty, w ogóle się nie myśli. Nie mówiąc o aresz­tach wydobywczych jako sprawnej meto­dzie przejmowania firm lub niszczenia kon­kurencji.

Jak odbywa się takie przejęcie?
Wszystko dzieje się błyskawicznie. Po za­trzymaniu pojawia się komunikat w lokal­nych mediach. Zwykle jest lakoniczny, bo prokuratura po postawieniu zarzutów podaje informa­cje, które są dla niej wygodne, zasłaniając się tajemnicą śledztwa. Artykuły mówią, że za­trzymano pana K., który dokonał malwersa­cji na 3 min zł. Jest news, a sąsiedzi takiego delikwenta myślą: „No ładnie, taki porząd­ny sąsiad był, a zrobił przewal na 3 miliony”. Zatrzymany jest już stygmatyzowany. Póź­niej, jeśli przysłowiowy K. ma kredyty i ro­dzinę, wszystko dzieje się ekspresowo. Ktoś przychodzi i proponuje przepisanie firmy za półroczną pensję. Mając zobowiązania, delikwent nie ma wyjścia i się zgadza. Biz­nes zostaje przejęty za grosze, bo właściciel miał nóż na gardle.

Nie chcecie wysadzić państwa i systemu prawnego w powietrze?
jesteśmy za legalizmem i nie chcemy pa­raliżować państwa.
Ale siła państwa powinna polegać na tym, że możemy kogoś oskarżyć tylko wte­dy, kiedy mamy dowody: nie może być tak, że na podstawie jedynie zeznania świadka koronnego, najczęściej przestępcy, aresztu­jemy pomówioną osobę. Siła państwa de­monstrowana w ten sposób to nieporozu­mienie.

RUCH SPOŁECZNY NIEPOKONANI 2012 tworzą ludzie pokrzywdzeni przez organy państwa, które w sposób bezpodstawny doprowadziły do upadku ich firm. Niektórych, bez zebrania wystarczającego materiału dowodowego, oskarżono o przestępstwa, a innych sądy w sposób bezkrytyczny osądziły i skazały na podstawie niesprawdzonych dowodów.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz