PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 7 maja 2015

Dziesięciu na jednego



Paradoks wyborów 10 maja polega na tym, że mimo marnej kampanii, ich stawka jest wysoka. Chodzi oto samo co od 10 lat. Górą ma być PO czy Kaczyński, III czy IV RP?

Wiele o tej kończące] się kampanii mówi to, że właści­we w żadnym przypadku nie była udana, jeśli wziąć pod uwagę punkt startu kandydatów. Andrzej Duda, z wielkim wysiłkiem, po pół roku od zgłoszenia i przez kilka miesięcy intensywnej kampanii uciułał około 10-12 proc. ponad to, co miał na początku batalii, a i tak (według sondaży) nie osiągnął poparcia, jakie ma samo PiS. Gdyby wystartował Jarosław Kaczyński, od razu zapewne zyskałby te swoje żelazne 30 proc. bez wydawania milionów złotych z partyjnej kasy. Tyle kosztowało zachowanie prestiżu prezesa, czyli uchronienie go od porażki.
Bronisław Komorowski z trudem wyhamował spadki w noto­waniach i zatrzymał się na poziomie około czterdziestu, czter­dziestu kilku procent. Niewykluczone, że i bez żadnej kampanii tyle by osiągnął - bo taki jest mniej więcej zasób Platformy plus zwyczajowa premia dla urzędującego prezydenta - a uniknąłby coraz bardziej przykrych sytuacji podczas wyborczych wieców.
Przyrostu praktycznie nie miał Janusz Korwin-Mikke, Magda­lenie Ogórek kampania przyniosła spadek rankingu (zaczynała od 6 proc.), podobnie jak Adamowi Jarubasowi. Jedynie Paweł Kukiz, na którego nastała po prostu moda, miał zwyżkę notowań. Ten bilans pokazuje jałowość starań, słabość pretendentów do zajęcia miejsca Komorowskiego i brak pomysłów na autokreację. Może ostatnie dni przed głosowaniem zmienią coś jeszcze w preferen­cjach wyborców, ale przełomu trudno się spodziewać.
Także dlatego, że treści i estetyka tej kampanii były głęboko roz­czarowujące, pisaliśmy niedawno wręcz o wrażeniu żenady, największej w ćwierćwieczu. Kompetencje dużej części kandydatów nie upoważniały ich w żaden sposób do startu w tych wyborach. Ogłaszali oni „programy”, których spełnienie nie od nich zale­ży, i atakowali obecnego prezydenta, że nie zrealizował swoich rzekomych obietnic, czyli że za mało wetował. Spoty wyborcze w wielu przypadkach w swojej stylistyce cofnęły się do lat 9 0. Poziom zrozumienia spraw międzynarodowych i obronnych, a więc najbardziej leżących w gestii głowy państwa, był zastraszająco niski. Pojawiły się dawno niesłyszane w polskiej polityce motywy antysemickie.

Nikt z pretendentów do zajęcia miejsca Komorow­skiego nie pokazał charyzmy, siły osobowości, wdzięku, umiejętności komunikowania się, które wykraczałyby ponad przeciętność. Ujawniła się nato­miast jakaś prowincjonalność, małostkowość, wsobność nasze­go życia publicznego. Sami oddalamy się od światowej debaty, skazujemy na zaścianek. Jak to trafnie określił niedawno jeden z publicystów, polska polityka mentalnie jest na poziomie „gazu i jabłek”. Podobnie jak w czasie negocjacji przed wstąpieniem
Rozpoczęcie sezonu turystycznego na Zalewie Zegrzyńskim. Na pokładzie: prezydent Bronisław Komorowski z Mateuszem Kusznierewiczem.
do Unii Europejskiej, gdzie sprawa cywilizacyjnego awansu mogła się rozbić o mleko i cukier. Polska polityka wciąż nie jest w sta­nie „produkować" więcej osobowości niż dwie, trzy na dekadę. Po Kwaśniewskim przyszedł Tusk, po całej prawicowej chmarze nastał Kaczyński, postać duża i organizująca katolicko-narodową wyobraźnię, ale akurat oni nie stanęli do tych wyborów.
Bronisław Komorowski wykonał dużą pracę nad sobą, ale przy­szło mu stanąć do walki z tymi, którzy nie wykonali żadnej pracy. Nie ujawniły się nowe postaci, mogące wyjść poza żelazną pre­mię 10 proc. za nowość, zbieraną najczęściej od dość naiwnych wyborczych debiutantów. Kiedyś był to Janusz Palikot, teraz jest nim Paweł Kukiz, ale to wszystko jest prowizoryczne, bez żadnej gwarancji trwałości i solidności, a akurat urząd prezydencki jest „klasyczny", smokingowy, w swojej istocie zachowawczy: albo ta funkcja na kimś leży, albo smętnie wisi, i to widać od razu.
Nasze życie publiczne cierpi właśnie na dotkliwy brak polityków prezydenckiego kalibru. Takich, którzy już na etapie kampanii za­chowują się jak przyszli prezydenci, powstrzymują język, unikają sądów radykalnych i niemądrych, zachowują powagę. Nie udało się to nawet niby poważnemu Andrzejowi Dudzie, któremu dzi­siejsza Polska przypomina „państwo totalitarne". A tylko ten ro­dzaj umiarkowania i odpowiedzialności jest w Polsce premiowany dwiema kadencjami prezydentury: najpierw Kwaśniewskiego i te­raz, zapewne, Komorowskiego. Nieprzypadkowo politycy bardziej „wyraziści” i ekspansywni, jak Lech Wałęsa i Lech Kaczyński, mieli z drugą kadencją - oględnie mówiąc - spory kłopot.
Pięć lat temu o nominację Platformy starali się Komorowski i Sikorski, i przy rezygnacji Tuska były to oczywiste kandydatury. Ale gdyby sięgnąć po inne, okazałoby się to trudne. W PiS, kie­dy zabrakło Lecha Kaczyńskiego, który przy wszystkich swoich słabościach był postacią odpowiedniego formatu, problem jest jeszcze większy. Funkcjonują setki polityków, posłów, działaczy, specyficznych pracowników polityki, ale nie ma ludzi, którzy zde­cydowanie wyrastają ponad innych. Jakby ujawnił się nieoczeki­wany aspekt demokracji, każący zrównywać polityków do jakiejś niskiej średniej, żeby nikomu nie było przykro.
Może ostatnimi postaciami w kampaniach uosabiającymi cechy prezydenckie (choć nie wygrywającymi) byli Andrzej Ole­chowski, Włodzimierz Cimoszewicz czy Marek Borowski. Takich postaci teraz zabrakło, stąd wrażenie stagnacji czy wręcz cofnię­cia się polskiej polityki, i to w czasie kiedy światowe wyzwania są największe od dekad.

W efekcie jedynym istotnym pytaniem tej kampanii było to, czy kandydat PiS stanie się rzeczywistą kon­kurencją dla urzędującego prezydenta. Duda rozpoczął swoją kampanię z impetem, na bogato. Nie brakowało słów za­chwytu, że oto pojawił się polski Kennedy, młody, dynamiczny po­lityk. Zaczął Duda przy pełnym wsparciu Jarosława Kaczyńskiego, ale też wyraźnie chciał spodobać się szerzej, przekonać do siebie opinię publiczną albo unikającą zaangażowania politycznego, albo ostrożnie nieufną wobec PiS. Chciał być pisowcem, ale takim, który się nie zaciąga. Zatem unikał sztandarowych tematów swojej formacji, często nie wiedział, co ma myśleć, jak też co myśli jego partia. Miał opracowany zestaw haseł i ogólnie słusznych stwierdzeń, że gdy będzie prezydentem, to wszystkim będzie lepiej, państwo będzie sensowniej zorganizowane, gospodarka bardziej wydajna. Gorzej jednak było, gdy przychodziło do szcze­gółów i gdy musiał Duda brać poprawki na kurs, który przyjęła jego partia, kiedyś albo dzisiaj.
W końcowej fazie kampanii, kiedy okazało się, że wciąż mu bra­kuje do notowań PiS, sztabowcy wyraźnie go utwardzili i posłali do mediów o. Rydzyka, gdzie opowiadał już typowo pisowskie klechdy. Upisowienie kandydata wydawało się jego sztabowi ko­nieczne, bo zauważyli, że może być problem nawet z zebraniem elektoratu PiS. Mocno zaniepokoiło się środowisko „niepokor­nych”, którzy po początkowych fanfarach i zastanawianiu się tylko nad rozmiarami zwycięstwa Andrzeja Dudy nagle zaczęli dostrze­gać marazm jego kampanii, ogłaszać konieczność przyspieszenia, włączenia drugiego biegu itd. To nie nastąpiło. Sukcesem Dudy ma być więc teraz sama druga tura, o końcowym zwycięstwie mówi się już wyraźnie mniej. Można więc powiedzieć, że kam­pania Dudy, której celem było przecież, poza przejęciem całego pisowskiego elektoratu, mocne wyjście poza niego - tylko wtedy udałoby się pokonać Komorowskiego, co uznawano za pewnik - zakończyła się porażką.

Prezydent Komorowski rozpoczął dość wolno, ale potem szedł krokiem równomiernym i stanowczym.
Podkreślając konieczność „zgody i bezpieczeństwa", rysował swój urząd na skromną, realistyczną miarę, taką jaką skrojono w konstytucji, ale wydaje się, że trafiał tym w intuicyjne oczekiwa­nia wobec tej funkcji. Prezydent w polskim systemie to w istocie urzędnik od spraw zgody i bezpieczeństwa, ciągłości państwa, namysłu nad głębszymi politycznymi procesami. To funkcja w dużej mierze godnościowa i reprezentacyjna, gdzie nie ma miejsca na ekstrawagancje, ostentacyjne rywalizowanie z rządem, a na­si wet na nadmierną aktywność, nadobecność „Zmiana wszystkiego”, co postulowało wielu kandydatów, to nie jest cecha polskiej prezydentury.
« Przewidywalność i doświadczenie są zatem walorami wybor­czymi Bronisława Komorowskiego, który, mimo trudnych począt­ków, dorósł do urzędu i- w odmienny sposób niż Kwaśniewski, ale podobnie jak on – spełnia wyobrażenia o roli głowy państwa. Nie­jako z urzędu rozpoczął od bardzo wysokich sondaży, by- w kon­kurencji z dziesiątką bijących przecież tylko w niego, a nie w sie­bie nawzajem, konkurentów - obniżyć swoje notowania, co było zupełnie naturalne. Walka oczywiście zradykalizuje się w drugiej turze, która jest bardzo prawdopodobna. Wtedy to będzie jeszcze bardziej wałka PO z PiS, a dokładniej PiS z „nie-PiS-em”. W drugiej turze ważne będzie, na kogo przerzucą swoje sympatie wyborcy „antysystemowi”, zwłaszcza Pawła Kukiza. Komorowski wydaje się bardzo systemowy i establishment owy, ale PiS, ze swoim pro­gramem scentralizowanego, poddanego kontroli służb, prokura­tury i policji państwa, też się mocno kojarzy z systemem, w dodat­ku opresyjnym. Dopiero zatem wyniki drugiej tury pokażą, kim są naprawdę wyborcy rockmana-polityka.
Paweł Kukiz to niewątpliwie mała sensacja tych wyborów. Z po­mysłu na jednomandatowe okręgi wyborcze, o których już mało kto chciał słuchać, zrobił koło zamachowe dla zmiany ustroju i zła­mania Systemu. Nieoczekiwanie kupuje tym względnie niemałą część wyborców, także z mainstreamu, którym nie przeszkadzają jego stwierdzenia, rodem z PiS, o „eksterminacji polskości” i „wy­gaszaniu Polski”. Może dlatego, że emanuje pasją, że chce robić wrażenie apolitycznego, antyelitarnego. Na tej fali może powstać jakiś ruch operujący prostymi pojęciami i niewolny od wdzięku naiwności i szczerości. To taka polityka dla początkujących. Jakieś plus minus 10 proc. w wyborach parlamentarnych można na tym utargować i przy ich pomocy układać się z innymi pomniejszymi, choćby z Korwin-Mikkem, bądź targować się z większymi.
Lewica de facto nie wystawiła w tych wyborach kandydata. Dokonała samo marginalizacji. Nominowanie i późniejsze wy­stępy Magdaleny Ogórek to największy blamaż tej kampanii, tym większy, że dotyczący partii z głównego nurtu. To historia tak kłopotliwa i zawstydzająca, że nie bardzo wiadomo, co wy­borcy Sojuszu, i nie tylko oni, mają z tym zrobić. Kandydatka SLD, o czym pisaliśmy od samego początku, kiedy inni pró­bowali jeszcze dostrzec w tym jakiś genialny ruch przewodni­czącego, okazała się zjawiskiem modowo-obyczajowo-towarzyskim. Tutaj największą karę poniesie zapewne - i słusznie - mentor Ogórek, czyli Leszek Miller. Polska polityka wybacza wiele, ale tego nie powinna.
Drugi niewypał to kandydat PSL Adam Jarubas. To kolejny dowód na to, że politycy lokalni, cieszący się na swoim terenie popularnością, jakoś sprawni w tamtym wymiarze, przeniesieni na inny pułap zawodzą, nie potrafią powtórzyć sukcesu. Wcze­śniej widzieliśmy to na przykładzie kilku znanych prezydentów miast. Niezręczności i wręcz niemądrości, jakie wygłaszał ten kandydat, przyrastały z każdym dniem kampanii, podobnie jak jego nielojalność wobec rządowego koalicjanta. Nie udał się Ja­nuszowi Piechocińskiemu ten kandydat, tym bardziej że po wy­borach samorządowych można było mieć nadzieję, że PSL idzie do przodu, że ma młodą kadrę działaczy, która za chwilę wejdzie w role rządowe, ministerialne. A tu okazało się, że - niestety - nie bardzo. Ludowcy po tej kampanii cofnęli się, oddali zbyt duży dla nich kapelusz.
Praktycznie niezauważalna była kampania Janusza Palikota, którego po zdziesiątkowaniu jego partii wspierała w mediach wła­ściwie tylko Barbara Nowacka, może przyszła kandydatka za pięć lat. Korwin-Mikke swoim zwyczajem postanowił działać szokiem, ale znalazł młodszego konkurenta w postaci Kukiza, który dostał nieoczekiwanie mocne wsparcie ze strony tzw. celebrytów. Nie przebił się kandydat narodowców, śladowe poparcie zdobył śle­dzący wpływy Żydów Grzegorz Braun.

Wszyscy mniejsi kandydaci padli ofiarą zasadnicze­go konfliktu politycznego W kraju, wobec którego zresztą coraz więcej ludzi manifestuje obrzydzenie i krańcowe znużenie. To jednak, że coś staje się nudne, nie oznacza, że przestaje być prawdziwe. Nieprzypadkowo podczas kampanii prezydenckiej wyraźnie wzrosły notowania zarówno Platformy (bardziej), jak i PiS (mniej). A notowania Komorowskiego i Dudy - w pierw­szym przypadku z góry, w drugim od dołu - zaczęły zmierzać w kierunku notowań partyjnych, bo taka jest logika politycznej sceny w Polsce. Wybory skracają perspektywę, oddzielają to, co incydentalne, kilkudniowe, od tego, co sięga mentalnej isto­ty polskiej polityki. Wybór Komorowskiego oznacza odsunięcie od władzy nie tyle Dudy, ile Kaczyńskiego. Duda zaś to Kaczyński, Macierewicz, Brudziński, Kamiński i Rydzyk w Toruniu. Ta świa­domość politycznych realiów, im bliżej wyborów, tym zapewne będzie powszechniejsza.
Pokazuje to, że tylko ten konflikt jest prawdziwy, reszta nie ma znaczenia, choć może powinna. Jakoś dziwnie ten pojedynek zarazem i nudzi, i interesuje publiczność. Może także dlatego, że to konflikt podstawowy, kulturowy, nie tyle pomiędzy Komo­rowskim a Dudą ani nawet PO a PiS. To starcie pomiędzy dwiema wielkimi społecznymi grupami, które teraz akurat obsługiwane są przez te dwie główne partie, choć za jakiś czas mogą to być dwa zupełnie inne ugrupowania, bo chodzi tu bardziej o stany umysłu niż o konkretne logo. Te dwie Polski, w tym pokoleniu, już się nie dogadają, sprawy zaszły za daleko, może tylko jedna rządzić drugą. Przy takim podziale jest się albo po jednej, albo po drugiej stronie, na subtelności - może niestety - ale nie ma miejsca. Ten mocno zakorzeniony w przeszłości cywilizacyjny konflikt wykracza daleko poza partyjne identyfikacje i konkretne personalne pojedynki. Wybory prezydenckie są kolejną, jedena­stą, jego odsłoną. Dwunasta już w październiku.

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz