PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 21 maja 2015

Zupa z konfetti



Kampania Andrzeja Dudy jest oparta na kilku prostych, czytelnych chwytach, jak z elementarza politycznego marketingu. To jednak wystarczyło, aby zagrozić urzędującemu i łubianemu wcześniej prezydentowi.

Jeszcze w październiku zeszłego roku mało kto o nim słyszał, a za parę dni może zostać prezy­dentem. Co zbudowało Dudę?
- Czy z każdego nieznanego polityka bez większego dorobku można w parę miesięcy zrobić prezydenta lub prawie prezy­denta Polski? Nie. Ale jak się ma fajnego kandydata, niezłe pomysły i kilkanaście milio­nów złotych, to jak najbardziej - ocenia działania konkurencji polityk ze sztabu Komorow­skiego. Być może zatem była to pierwsza kampania tak wy­raźnie potraktowana jak ca­sting na prezydenta, robiona według podręcznika: konfetti, balony, uściski, żona, dzieci,
„empatia wobec prostych lu­dzi”, obietnice wobec wszyst­kich grup społecznych.
W pierwszej turze Duda zrobił swoje. Miał dostać ok. 35 proc. głosów i doprowadzić do dru­giej tury - i tak się stało. Ale to katastrofalnej kampanii Komorowskiego, który stracił 2 min wyborców z 2010 r., oraz wystrzałowi Pawła Kukiza kan­dydat PiS zawdzięcza przewagę w pierwszym głosowaniu, a nie swojej kapitalnej formie. Przecież od początku kampanii wia­domo było, że wynik Dudy będzie zbliżony do poparcia PiS. Poprzedziła go poprawna kampania: efektowna konwencja, spoty, wywiady, trochę opowieści o rodzinie.
10 maja dostał milion głosów mniej niż Jarosław Kaczyński w 2010 r. Politycy PiS tłumaczą, że to przez niższą frekwen­cję; niby tak, ale to oznacza, że nie potrafił tak jak prezes PiS zmobilizować wyborców, zresztą również wynik procentowy Dudy (34,76 proc.) był słabszy niż Kaczyńskiego pięć lat temu (36,46 proc.).
W pierwszej rundzie Duda nie rozbił szklanego sufitu nad PiS. Dostał mniej głosów niż partia w przegranych wyborach do Sejmu w 2007 r. Dlatego fanfary towarzyszące kampanii Dudy w du­żej mierze wynikają z niespodziewanych kłopotów Komorow­skiego niż z jakichś fajerwerków Dudy, który w pierwszej debacie
z prezydentem ujawnił mielizny swojej retoryki, brak konkretów, unikanie odpowiedzi, niejasności swoich poglądów.
- Sukces Dudy oceniam jako umiarkowany. To najgorszy rezultat zwycięzcy pierwszej rundy w historii wyborów pre­zydenckich - przypomina poli­tyk z okolic sztabu wyborczego kandydata PiS.


Jednak w pierwszym tygo­dniu kampanii przed drugą turą to Duda był na fali; niosły go gęstniejące tłumy na spotka­niach z wyborcami, przychylne głosy komentatorów i anoni­mowych internautów. Znalazło to potwierdzenie w pierwszych dwóch sondażach przed drugą turą, w których zdobył kilkupunktową przewagę nad urzę­dującym prezydentem.
lak do tego doszło? Kaczyński wskazał Dudę jako przyszłego kandydata 11 listopada i nie miał on wówczas praktycznie żadnego kapitału politycznego. Powolny marsz w górę sondaży zaczął w styczniu - miał wów­czas średnio 21 proc. popar­cia. Miesiąc później - 23 proc. W marcu słupki podskoczyły do 29 proc. i w zasadzie się ustabilizowały.
Duda stopniowo poprawiał też swój wynik w sondażu zaufania do polityków CBOS – w kwietniu był już drugi za Komorowskim. Ufało mu 44 proc. Polaków, nie ufało - 24 proc. W grudniu, gdy znalazł się w tym zestawieniu po raz pierwszy, ufało mu 18proc. badanych, a nie ufało -14 proc. Dwie trzecie Polaków wówczas albo go nie znało, albo był im obojętny, nie można też wyklu­czyć, że część badanych mogła go mylić z szefem Solidarności Piotrem Dudą.
W ostatnich dniach przed pierwszą turą wszystko co ciekawe w sondażach poparcia działo się na linii Komorowski-Kukiz. Prezydent gwałtownie spadał, Kukiz ostro szedł w górę, a Duda był trochę obok tego procesu. Wynik wyborów sugeruje co naj­wyżej, że kandydat PiS był lekko niedoszacowany w sondażach, a niska frekwencja raczej mu sprzyjała, niż przeszkadzała, bo dotyczyła bardzie regionów, gdzie tradycyjnie mocniejsza jest Platforma.
Także z wyników badania exit poll firmy Ipsos wyłania się obraz mało zaskakujący, bo społeczne zaplecze Dudy jest dokładnie takie, jakiego się wszyscy spodziewali. Najlepsze wyniki osiągnął na wsi i wśród starszych wyborców. Popierali go częściej ludzie z wykształceniem podstawowym niż wyższym; raczej rolnicy, robotnicy i bezrobotni niż członkowie kadry kierowniczej czy przedsiębiorcy. Wśród uczniów i studentów pokonał wprawdzie Komorowskiego, ale obaj bardzo wyraźnie przegrali z Kukizem.
Natrętnie powraca więc myśl, że to nie Duda dokonał w pierwszej turze czegoś wielkiego, lecz raczej wyżyny kam­panijnej nieudolności osiągnął prezydent Komorowski. Ale to byłaby jedynie półprawda. Duda okazał się dobrym wybo­rem Kaczyńskiego, który wykazał się intuicją, choć po prawdzie dużego wyboru nie miał.
To była pierwsza kampania - pomijając samorządową, która rządzi się jednak nieco inną logiką - w której rozbrojony został strach przed PiS. Nie udało się sztabowcom Komorowskiego wy­starczająco skleić Dudy z Kaczyńskim, wypuszczony w ostatniej chwili spot z kandydatem przeistaczającym się w prezesa nie przestraszył i nie przyciągnął do urn wyborców Komorowskiego.

Prezydent w oczywisty sposób stracił na niskiej frekwencji, a Duda potrafił o tę niską frekwencję zadbać. Bo jak tu się bać uśmiechniętego, sympatycznego człowieka, który emanu­je grzecznością i przez większość kampanii mówi rzeczy miłe? Na wysokości zadania stanęła jego partia z prezesem na czele. Nie było wspólnych występów Kaczyńskiego i Dudy, prezes wspierał go dyskretnie, a wiceprezes partii Antoni Macierewicz wychy­nął na krótko tylko przy piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Na pierwszy plan wysunęła się natomiast Beata Szydło, która ma raczej - jeśli już szukać wad - pewien deficyt charyzmy niż wi­zerunek pisowskiego jastrzębia. Dudzie nie przeszkodził nawet rzecznik partii Marcin Mastalerek, który na dzień przed wywia­dem w TVP z kandydatem wyszedł ze studia „Wiadomości”, za­rzucając telewizji niesprawiedliwe traktowanie rywali.
Ale to wszystko było przed drugą turą. Teraz Duda musi do sie­bie przekonać kilka milionów nowych wyborców, z dystansem lub wręcz niechęcią podchodzących do PiS. I pierwsze sondaże mówią, że to mu się udaje. Wciąż działa mechanizm z pierwszej tury-Dudy trudno się bać. Rozbroił poza tym bomby, które mo­gły mu zaszkodzić - złagodził swój przekaz o metodzie in vitro, jakoś wybronił się przed powiązaniem ze SKOK. By przekonać nowych wyborców, otworzył kampanijne biuro darmowej pomo­cy prawnej, wzmocnił socjalny ton kampanii, kokietuje związki zawodowe, także OPZZ, stale wraca do sprawy obniżenia wieku emerytalnego; zapewne sztabowcy PiS wyczuli, że jego podnie­sienie zaszkodziło Platformie jak nic innego.
Duda dużo obiecuje, nie patrząc na skutki finansowe dla budżetu, bo wie, że chodzi o emocje, a nie rachunki. I dużo krytykuje rząd, ale czy powiedział w tej kampanii coś godnego uwagi? Dobrze się go zwykle słucha, mówcą jest lepszym niż Komorowski, ale te przemówienia przelane na papier trącą ba­nałem. Cóż bowiem ma nam do powiedzenia kandydat?
Na przykład, że „prezydent ma obowiązek bronienia społe­czeństwa i pamiętania o ważnych dla Polaków kwestiach” albo „powinniśmy szanować innych i nam też należy się szacunek"? Duda, co tu kryć, jest strasznym gadułą, jakby potokiem słów chciał zakryć brak treści: „Zbyt wielu ludzi dzisiaj żyje w biedzie; zbyt wielu ludzi, zwłaszcza młodych, mówi, że w Polsce nie ma dla siebie żadnych szans rozwojowych, że nie ma płacy godnej, jeżeli w ogóle jest praca, bo najczęściej nie ma pracy poza wielki­mi miastami". I w tym stylu bez końca, jakby miał przygotowane kilkaset zdań, które obsłużą praktycznie każdą sytuację.
Już po pierwszej turze mówił na jednym z wieców o urzę­dzie prezydenta: „Dla mnie to nie tylko nazwa, to nie tylko symbol. Dla mnie to przede wszystkim kompetencje zapisa­ne w konstytucji. To istota tego urzędu, szczególny mandat, który prezydent ma, który jest dla niego wielkim zaszczytem, zobowiązaniem, a zarazem wielką legitymacją. Jest od tego, żeby współdziałać z rządem, bo tak mówi konstytucja, z drugiej strony musi o swoim mandacie pamiętać i o ważnych spra­wach społecznych powinien twardo mówić, a zwłaszcza nie pozwalać okłamywać społeczeństwa, a już broń Boże samemu społeczeństwa okłamywać”.
Tego da się od biedy słuchać, ale tego się nie da czytać. Nie da się też z tym zbiorem słów polemizować, bo nie niosą one żad­nej treści, podobnie jak deklaracja „umiłowanie do naszej flagi, naszego orła wynieśliśmy z naszej tradycji i naszych wartości”.
Kandydat ucieka w taki język także wtedy, gdy jest przyciskany przez dziennikarzy. Panuje nad sobą, trudne pytania przyjmuje z uśmiechem, ale odpowiedzi unika. Pytany o politykę imigracyjną Unii i czy Polska powinna przyjąć imigrantów, odpowia­dał o akcji sprowadzenia Polaków z Donbasu. Gdy zaś nie chce zdradzić się ze swoimi poglądami, zawsze może wybrać drogę ewakuacyjną: „Potrzebna jest w tej sprawie debata, ja jestem zawsze gotów do debaty, należy wysłuchać głosu społeczeństwa”.
W rezultacie sztabowcom Komorowskiego trudno Dudzie przypisać jakieś wyraziste wady. „Plastikowość”, „przezroczy­stość”, „budyniowatość”, „brak autentyczności”-to w zasadzie wszystko.

Duda - dzięki swojemu charakterowi, ale także sprytnej tak­tyce sztabu - zbudował również dobre relacje z wieloma dziennikarzami mediów, które na co dzień PiS atakują. Kan­dydat potrafił w środku kampanii zadzwonić do dziennikarki na półgodzinną sympatyczną pogawędkę. Budowaniu relacji służył też pierwszy tweetup, czyli spotkanie Dudy z użytkowni­kami Twittera. - Wiedzieliśmy, że nie przekonamy do Dudy i jego poglądów wielu liderów opinii, ale chodziło o to, by osobiście poznali kandydata i zobaczyli, że nie jest strasznym pisowcem, tylko sympatycznym człowiekiem, z którym można przegadać cały wieczór, a jeśli się spierać, to kulturalnie-mówi POLITYCE sztabowiec Dudy. Ta taktyka w stosunku do wielu dziennika­rzy, w ten sposób dowartościowanych, okazała się skuteczna. Jeździli za Dudą wszędzie i relacjonowali każdy jego krok, naj­częściej w sympatycznym tonie. Wobec Komorowskiego na­tomiast zapanowała moda na bezlitosny, permanentny hejt, zwłaszcza w internecie.
- Duda bywa porównywany z Kwaśniewskim, aleja widzę w nim raczej Tuska z 2005 r. Kim był wtedy Tusk? Niezbyt uda­nym wicemarszałkiem Sejmu z wizerunkiem piłkarza w krótkich spodenkach - wspomina polityk Platformy.
Rzeczywiście, jeszcze w lipcu 2005 r. Tusk miał 9 proc. popar­cia w sondażu prezydenckim CBOS. Wyprzedzali go Włodzi­mierz Cimoszewicz, Lech Kaczyński, Zbigniew Religa i Andrzej Lepper. Po miesiącu Tusk był już pierwszy. - Billboardy, spot biograficzny i duże pieniądze wpakowane w kampanię w parę tygodni zmieniły wszystko. Tusk wygrał w pierwszej turze i gdyby nie sprawa dziadka z Wehrmachtu, zostałby prezydentem - do­daje rozmówca POLITYKI. Jego zdaniem z Dudą jest podobnie. - Nie każdego polityka da się wypromować, niektórym nie pomo­gą żadne pieniądze. Ale Duda ma tę bardzo pożądaną przez piarowców i trudno definiowalną cechę„fajności”. Kwaśniewski był fajny, Tusk był fajny i on też jest fajny - uważa polityk Platformy. Pojawiają się też opinie, że Duda, jeśli teraz przegra, powinien wystartować za pięć lat. Jeśli przez ten czas, już jako znany polityk, wykaże się jakimś dorobkiem, będzie miał znacznie lepsze papiery na ubieganie się o najwyższy urząd niż teraz, jako wyciągnięty z tylnych partyjnych rzędów kandydat.
A o wyniku wyborów zdecyduje zapewne to, czy Komorow­skiemu uda się obudzić swoich wyborców. Prezydent wciąż ma bowiem rezerwy, tyle że kandydat PiS okazał się niezłym usypiaczem.

Wojciech Szacki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz