PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 20 maja 2015

Kłamczoholizm



Motto:
„Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne,
to byśmy nigdy niczego nie mieli”
Jarosław Kaczyński


Polska ma dwa generalne problemy społeczne. Na nizinach społecznych alkoholizm, a na wyżynach politycznych kłamczoholizm. Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki. Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS i jego odpadów, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić. Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi). Na kłamczoholików, takich jak Jarosław Kaczyński, Jacek Kurski czy Zbigniew Ziobro nie działają nawet takie kuracje odwykowe jak liczne przegrane procesy o kłamstwa.
Charakterystyczny jest zresztą stosunek kłamczoholików do związanych z kłamstwem wpadek. Najlepiej sformułował to sam Jarosław Kaczyński w Sokołowie Podlaskim w 2013 roku: „Wycofamy przepisy o ochronie dóbr niematerialnych. Michnik mógł wytaczać procesy i wygrywał, Gudzowaty mógł wytaczać procesy i wygrywał. Jak wszyscy zobaczą, że można o nich mówić ostro, to może się uspokoją” (źródło: Newsweek nr 29/2013). A więc, by nie przegrywać procesów o kłamstwa, nie trzeba nie kłamać, tylko zmienić prawo tak, by udowodnienie kłamstwa nie powodowało przegrania procesu. Oczywiście kłamczoholicy uważają, że oni nie kłamią, a procesy przegrywają, bo prawo jest złe i ci, na których nakłamali są źli.
Postaram się przedstawić poniżej główne metody i przykłady notorycznego nałogowego kłamstwa. Zaczniemy od nawiązania do poprzedniego akapitu. W oczach kłamczoholika on sam nigdy nie jest winien. Winien jest ten, kto go na kłamstwie złapał. I tu pojawia się pierwszy rodzaj kłamstwa:


Kłamstwo odwracające

Andrzej Duda zaczął kampanię wyborczą od niefortunnego tekstu, iż należy poważnie rozważyć wysłanie polskich wojsk na Ukrainę. Myślę, że trochę palnął bez zastanowienia zaskoczony pytaniem. Oczywiście rzucili się na niego inni politycy i dziennikarze. Duda mógł się z tego wycofać mówiąc po prostu, że trochę niefortunnie się wyraził, ale chodziło mu o to, że każdą opcje można rozważać, co nie znaczy, że akceptować. No tak, ale nie byłby wtedy wiernym synem swojej partii, w której przecież kłamstwo jest orężem głównym i niemal jedynym. A więc Duda zamiast tego zaczął kłamać, najpierw że wcale tego nie powiedział. No, ale leciało niemal na okrągło we wszystkich telewizjach, więc trzeba było wymyślić coś innego. Wymyślił więc z niejakim Mastalerkiem, że on to powiedział „w języku dyplomatycznym” (o którym to języku Duda ma pojęcie jak krowa o Kilimandżaro), a w tym języku rzekomo, to co powiedział, oznacza zupełnie co innego, niż powiedział. Wypadło to blado, więc Duda zaczął grozić pani premier sądem, za to, że o jego wypowiedzi powiedziała prawdę. Grożenie sądem jest dosyć częstą formą kłamstwa odwracającego. Złapał mnie na kłamstwie, więc go pod sąd, by postronni myśleli, że skoro go pozywam, to znaczy, że to on kłamie (ale w rzeczywistości wcale sprawy do sądu się nie wnosi, bo by się przegrało).
Podobną metodę zastosowano, gdy wydały się przekręty z kilometrówkami trzech posłów PiS. Natychmiast oskarżono o nadużycia na tym tle Radosława Sikorskiego, czyli tego, kto ich ścigał. Oskarżenie nie miało żadnych podstaw w faktach, ale bębniły o tym przez tygodnie wszystkie media. Gdy w końcu prokuratura nie znalazła żadnych dowodów na jakąkolwiek nieprawidłowość w rozliczeniu Sikorskiego, można było o tym przeczytać tylko w niektórych telewizjach na pasku przez jeden dzień. I w ten oto sposób skutecznie odwrócono uwagę od oczywistego kantu trzech posłów PiS, oskarżając o to samo kompletnie niewinnego człowieka. W dodatku pomówienie o to, że dopuścił się przekrętów zostało rozkolportowane niezwykle szeroko, a ostateczne stwierdzenie, że żadnego przekrętu nie było, mało kto zauważył.
Gdy wydała się afera SKOK-ów i tego, że senator PiS wyprowadził ze SKOK-ów na swoje prywatne konto olbrzymią sumę pieniędzy, politycy PiS zaczęli twierdzić, że ze SKOK-ami powiązany jest Bronisław Komorowski. Powód: był obecny na premierze filmu, na której byli też dwaj działacze SKOK-ów i zrobiono mu z nimi zdjęcie. To nie szkodzi, że zdjęcia z prezydentem przy różnych okazjach robiło sobie bardzo wielu ludzi, których on najczęściej w ogóle nie znał, że byli tam też liczni politycy PiS, że z pieniędzy SKOK-ów finansowano sporo przedsięwzięć właśnie PiS, w tym niemal całą prasową szczujnię PiS-u, że senator Bierecki był jednym z najbliższych ludzi Jarosława Kaczyńskiego – winien Komorowski i już. Typowe kłamstwo odwracające. I wsparte przez drugie: pojawił się argument, że PiS ma aferę SKOK-ów, a PO ma aferę Amber Gold. A to, że politycy PO nie mieli z aferą Amber Gold nic wspólnego? Nie szkodzi, PiS kłamał że mieli, to mieli. Argumentacja: dlaczego tak było, skoro wcale nie było? Bo my kłamaliśmy, że było! Tak zwany dowód z siebie samego: dowodem na prawdziwość mojego kłamstwa jest moje wcześniejsze kłamstwo.
Jakiś czas temu politycy PiS zaczęli kłamać, że rząd chce prywatyzować lasy państwowe. Kompletne kłamstwo wzięte z sufitu. Nikt tego nie planował, nie powstał żaden projekt ustawy, czy choćby rozporządzenia, nikt nawet nad takim projektem nie pracował, nie podjęto w tym kierunku żadnych działań, nikt z rządu ani partii rządzącej czegoś takiego nie zapowiadał. Kompletnie zmyślona banialuka.
Mimo to, a może celowo, działacze PiS zaczęli zbierać podpisy pod wnioskiem o referendum przeciw prywatyzacji lasów państwowych. Istne curiosum. To tak jakby wnioskować o referendum przeciw przenoszeniu Sahary na Antarktydę. Ponieważ powstała oparta na fikcji histeria, PO zgłosiła w Sejmie poprawkę do Konstytucji, mówiącą, że lasy państwowe nie mogą być prywatyzowane. Jest dokładnie odwrotnie, niż PiS twierdzi. Nie ma projektu prywatyzacji lasów, jest projekt poprawki do konstytucji, by tego zabronić. Nawiasem mówiąc można by uchwalić parę równie absurdalnych poprawek przeciw urojeniom, np.: „nie będzie przeniesienia Wawelu do Gdańska”, „Kasprowy nie może być wyższy niż Rysy”, „nie skieruje się koryta Wisły przez Wrocław”…
Ponieważ Bronisław Komorowski nie sprzeciwił się poprawce, mówiącej, że lasy państwowe nie będą prywatyzowane, PiS twierdzi, że Komorowski popiera ich prywatyzację. Dlaczego popiera prywatyzację? Bo nie sprzeciwił się zakazowi prywatyzacji. Ptak jest nielotem, bo lata, a ryba się utopi, bo pływa, ot co. PiS kłamie => winien Komorowski.
Co więcej, winą Bronisława Komorowskiego, prezydenta, ma być to, że na temat prywatyzacji lasów (której wcale nie miało być) oraz sześciolatków do szkoły, obniżenia wieku emerytalnego, itd., nie odbyły się referenda. Rzecz w tym, że o odbyciu, lub nie, referendum decyduje Sejm, a nie prezydent. Prezydent nie ma tu nic do rzeczy. Może być inicjatorem referendum, ale nie może go zakazać. Według kłamstwa PiS-u, „prezydent zlekceważył miliony podpisów obywateli”. Tym czasem prezydent w ogóle się tym nie zajmował, nie jego kompetencja.
A swoją drogą to czemu miałby takie pomysły popierać? Referendum przeciw projektowi, którego nie było? Referendum za tym, by polskie dzieci były gorzej wykształcone? Referendum za tym, by polscy emeryci dostawali głodowe emerytury, a pracujący mniej zarabiali (bo taki były by skutki cofnięcia tej reformy emerytalnej)? Miałby popierać tak głupie pomysły?
Ale kłamstwo działa. Mój znajomy wrócił z USA i mówi, że całe „Jackowo”, czyli Polonia, jest przekonane, by nie głosować na Komorowskiego, „bo będzie sprzedawał lasy”. Amerykańska Polonia słucha niestety głównie Radia Maryja, obficie wspomaganego przez SKOK-i i senatora Bieleckiego. Podobnie było u mnie na wsi. U fryzjera w Wydminach zbierano podpisy o referendum przeciw prywatyzacji lasów i straszono wiejskie kobiety, że nie będą mogły chodzić na grzyby.
Dalej poszedł jeszcze poseł PiS Krzysztof Szczerski, który na spotkaniach przedwyborczych na rzecz Andrzeja Dudy głosił, iż „prywatyzować będą rzeki, by trzeba było płacić prywatnym właścicielom za wodę”. Z kolei Antoni Macierewicz na takich spotkaniach mówił: „Komorowski powiedział sędziom – dobrze, że fałszujecie wybory, róbcie tak dalej”.
Agitatorzy PiS-owscy w terenie głosili też, że na rynek „rzucono znikające długopisy”, których pismo po 4 godzinach znika (wszystkie te wypowiedzi wyemitowała telewizja TVN24). O co chodzi? Właśnie o kłamstwo odwracające. Gdy PiS przegrywa wybory, za każdym razem głosi, że były sfałszowane, choć nie ma na to żadnych dowodów. Woli więc na wszelki wypadek, nie wiedząc jaki będzie wynik, zawczasu robić atmosferę fałszerstwa, a nuż się przyda.
Metoda nie jest nowa. Zastosował ją Zbigniew Ziobro, gdy wydało się, że będąc ministrem sprawiedliwości powołał do ministerstwa prokurator Krystynę Bartnik, która w stanie wojennym oskarżała opozycjonistów, między innymi mnie. Prokurator Bartnik została negatywnie zweryfikowana za rządów Tadeusza Mazowieckiego i usunięto ją z prokuratury. Przywrócił ją do prokuratury minister Aleksander Będkowski z PSL. Gdy Ziobrze wytknięto tę nominację, natychmiast skłamał, że „to wina Mazowieckiego i grubej kreski”.
Gdy później doszła do władzy PO i powołano na ministra sprawiedliwości prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego, Ziobro natychmiast walnął kłamstwem, że w 1968 roku Ćwiąkalski „robił karierę w PZPR podczas gdy Ludwik Dorn był w areszcie bity przez milicję”. Ćwiąkalski nie „robił kariery” w PZPR, a Dorn miał wówczas 13 lat, chodził do szkoły, nikt go nie bił i w żadnym anclu nie siedział.
Coś mi to wszystko przypomina; Gdy w PRL władza narozrabiała, zawsze winne były ofiary. Milicjant bez powodu strzelał do Narożnika, aresztowano Narożniaka, a nie milicjanta. Tak samo w IV RP. Zaszczuta przez nagonkę Kaczyńskiego i Ziobry Barbara Blida popełniła samobójstwo, Kaczyński i Ziobro „są prześladowani (Trybunał Stanu)”, bo „walczyli z przestępczością” (Ziobro w TVP 2, 4 maja 2015). Jak Ziobrę postawią przed Trybunałem Stanu, to z winy Blidy i ofiar aresztów wydobywczych.
I jeszcze gdzieś to widziałem. Był taki satyryczny film „Sędzia z Teksasu”. Sędziemu zabrakło 5 dolarów do puli w pokerze => zastrzelił przypadkowego faceta i skazał na 5 dolarów grzywny „za leżenie w miejscu publicznym”. Módlmy się, by PiS nie doszedł do władzy, bo jak im zabraknie do puli…

„Odnowa moralna” i „wzmożenie moralne”

PiS jest swego rodzaju fenomenem na polskiej scenie politycznej – pierwszą od czasów PZPR partią, której cała propaganda oparta jest na kłamstwie, konfabulacji, insynuacji, oszczerstwie. Mimo pozorów spontaniczności, PiS-owskie kłamstwo jest świadome, starannie przemyślane i rozpisanie na role. Całe działanie tej partii oparte jest na złych emocjach, zawiści, kompleksach, zainteresowaniu innym człowiekiem tylko po to, by mu zaszkodzić, znaleźć na niego haka, zgnoić, poniżyć, skompromitować, zabrać (jeśli się czegoś dorobił). Żeruje na najniższych ludzkich instynktach, przede wszystkim zawiści, myśleniu, że ważniejsze od tego, bym ja miał, jest to, by inny nie miał. Dla małych zakompleksionych ludzików, kompletnych miernot, nieudaczników, nie ma większego szczęścia niż oczernienie, oplucie kogoś, komu do pięt nie dorastają. Stąd rozpuszczanie plotek, zbieranie „haków” i cała zorganizowana „szczujnia”, począwszy od gazetek, które niczym innym się nie zajmują, poprzez całą armię sterowanych internetowych trolli.
Ile razy PiS przystępuje do jakiejś wyjątkowo krętackiej akcji, ogłasza „odnowę moralną” lub „wzmożenie moralne”. Szef partii Jarosław Kaczyński przedstawiany jest jako kryształ, niemalże wzorzec uczciwości, jednocześnie człowiek żyjący skromnie, niemalże asceta, który o żadnych korzyściach własnych nie myśli.
Zacznijmy od uczciwości krystalicznej. Pytam: czy człowiek, który notorycznie kłamie, po prostu łże jak PiS, jest człowiekiem uczciwym? Czy człowiek, który kolportuje swój w dużym stopniu zmyślony życiorys, jest człowiekiem uczciwym?
Można też zapytać, czy człowiek żyjący w wygodnej willi otoczony licznym dworem, u którego sprząta pani lipnie zatrudniona jako asystentka europosła (co niedawno opisał Newsweek), człowiek wszędzie wożony limuzyną, człowiek któremu partia i klub parlamentarny robią liczne podarki zatajone w jego oświadczeniu majątkowym, od których nie płaci podatków, a kreujący się na skromnego ascetę, jest człowiekiem uczciwym?
A czy jest wielkim patriotą? Moim zdaniem patriotyzm zaczyna się od płacenia podatków, uznawania demokratycznie wybranych władz państwa, uznawania wyniku wyborów, nie tylko wtedy, gdy jest dla niego korzystny. Moim zdaniem taka „uczciwość inaczej” to po prostu rozwiązanie słynnego problemu: co by tu robić, by nic nie robić i jeszcze zarobić.
„Odnowa moralna” zarządzona w IV RP objawiła się w aresztach wydobywczych, samobójstwie Barbary Blidy, dorabianiu przestępstw do z góry wybranych osób, notorycznym kłamstwie i obelgach rzucanych wprost z trybuny sejmowej na lekarzy („pokaż lekarzu, co masz w garażu”), pielęgniarki, inteligentów („lumpeninteligenci”) i elity intelektualne („łże-elity”).
Jakoś nigdy nie słyszałem, by człowiek naprawdę porządny ogłaszał swoją „wzmożoną moralność”. Wygrałem natomiast kiedyś proces z niejakim Stanisławem R., który pisał, gdzie tylko mógł „Stanisław R. nigdy nie kłamie”. Wygrałem, bo udowodniłem, że kłamie nałogowo. To jest tak, jak z garbatym. Człowiek, który nie jest garbaty, nie głosi przy każdej okazji: „nie jestem garbaty” i nie ogłasza „wzmożenia wyprostowanej sylwetki”. Nie ma takiej potrzeby. Tak samo człowiek uczciwy nie ma potrzeby ogłaszania moralnych „odnów” ani „wzmożeń”. Taką potrzebę mają tylko krętacze.

Kłamstwa życiorysowe

To takie ludzkie i zrozumiałe, że każdy chciałby mieć piękny życiorys. Gdy się jest politykiem, to wręcz pożądane. Dość powszechnie życiorysy się troszeczkę naciąga, coś przemilcza, coś uwypukla… Wszystko jest do wytrzymania, dokąd nasz życiorys nie zamienia się w całkiem cudzy. U kłamczoholika rzecz ma się następująco. Zaczyna się od drobnych korekt, ale co roku życiorys pięknieje, przybywają nowe „fakty”, praca w biurze zarządu zamienia się w pracę w zarządzie, podoficer w oficera, tata biuralista w tatę legionistę, itd. Po paru latach w życiorysie pojawiają się czyny, o których słyszało się w telewizji, czytanie parokrotne podziemnej prasy zamienia się najpierw w kolportowanie tejże, później w wydawanie tejże, a paniczny strach przed udziałem w podziemiu z czasem staje się byciem przywódcą tegoż.
Jarosław Kaczyński rzeczywiście był współpracownikiem KOR, a ściślej Zofii Romaszewskiej. Rzeczywiście brał udział w tworzeniu tak zwanego Raportu Madryckiego. Zofia Romaszewska przyznała po latach, że pracował w filii UW w Białymstoku i „dostarczał cennych informacji o tym, co działo się na tym terenie”. Inna sprawa, że „na tym terenie” niewiele się działo, ale tego fragmentu życiorysu Kaczyńskiego nikt poważny nie kwestionuje. Cuda zaczęły dziać się później. Według oficjalnego życiorysu Prezesa, zamieszczonego swego czasu na stronie PiS, w czasie strajków sierpnia 1980 roku, Jarosław Kaczyński „zakładał Solidarność”. Gdzie ją „zakładał”? Zagadka. I co to znaczy „zakładał”? To znaczy, że co konkretnie robił? Brał udział w strajku? Nie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Zresztą, gdzie, w którym? To pierwsza tajemnicza wersja. Gorzej, że nie jedyna.
Druga wersja pojawia się w wywiadzie udzielonym przez Jadwigę Kaczyńską Newsweekowi. Według tej wersji, Jarosław Kaczyński był przez cały lipiec i sierpień 1980 roku aresztowany w Pałacu Mostowskich (KS MO w Warszawie) i został zwolniony dopiero po podpisaniu porozumień rządu z MKS w Gdańsku. Jest to z całą pewnością nieprawda. Jednym z postulatów MKS w Gdańsku było zwolnienie osób zatrzymanych w związku z pomocą strajkującym. Była sporządzona lista tych osób, Kaczyńskiego na niej nie ma. Zresztą dlaczego miałby być zatrzymany? SB w ogóle nim się nie interesowała (teczkę założono mu dopiero w 1982 roku, i to z innego powodu).
Jest i wersja trzecia. Tym razem z życiorysu w Encyklopedii Solidarności. Był na krótko zatrzymany 28 sierpnia (czyli tuż przed końcem strajków) we Wrocławiu. Trudno to sprawdzić, może był, może nie. A tym bardziej nie wiadomo, czy z powodów politycznych. Milicja w tym czasie starała się zablokować łączność między dużymi ośrodkami strajkowymi. Mogli zatrzymać do wyjaśnienia przyjezdnego, tylko dlatego, że był z Warszawy. To możliwe. Wysoce wątpliwa wydaje mi się dalsza część tej wersji. Kaczyński ponoć był „czymś w rodzaju łącznika między strajkującymi załogami”. Według mnie, uczestnika wydarzeń tamtego czasu, jest to zupełnie nieprawdopodobne. Po pierwsze nie przypominam sobie istnienia takich „łączników”. Po co? Nie było takiej potrzeby. Tym bardziej, jeśli już komuś powierzono by taką misję, to raczej nie Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był w środowisku ówczesnej opozycji kompletnie nieznaną postacią. Jeśli już, to wysłano by Lecha, który skromnie, bo skromnie, ale w opozycji na Wybrzeżu działał. Lecha tam znano, Jarosława – wysoce wątpię.
Jeszcze by uszło, gdyby nie wersja czwarta wygenerowana przez biuro PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie: Jarosław Kaczyński w sierpniu 1980 roku „prowadził punkt informacyjny dla strajkujących załóg na ul. Bednarskiej w Warszawie”. No to już kłamstwo szerokotorowe. Taki punkt rzeczywiście istniał, ale już po zakończeniu strajków, we wrześniu. Doskonale go pamiętam, bo w drukarni Teatru Wielkiego powielałem na użytek tego punktu setki egzemplarzy statutu Solidarności. W dodatku punkt ten prowadziła Katarzyna Zon, a nie Kaczyński. Kaczyński mógł tam być, bo było tam wielu ludzi, ale na pewno nie „prowadził” tego punktu podczas strajków sierpnia. Punkt ten istniał krótko, przestał być potrzebny gdy tworząca się Solidarność zaczęła mieć własne lokale.
No i co o tym myśleć? Co myśleć o człowieku, który nie potrafi w sposób jasny i zrozumiały powiedzieć co robił w krótkim, ale ważnym okresie czasu? Dla mnie jest to niezrozumiałe. Ja potrafię dokładnie powiedzieć co wówczas robiłem, gdzie byłem i kto to może potwierdzić. A tym bardziej nie mam czterech wersji życiorysu, w dodatku sprzecznych ze sobą. Nie byłem jednocześnie we Wrocławiu, w Pałacu Mostowskich i na Bednarskiej.
Powstała Solidarność. Po latach Jarosław Kaczyński nagle palnął, że na zebraniu 17 września 1980 roku, to on, wbrew Wałęsie, zadecydował o powstaniu jednego związku Solidarność, a nie kilku związków regionalnych (publiczna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego 17 września 2011 roku po godz. 12, transmitowana przez radio). Ręce i szczęka opadają do podłogi i to z szelestem.
Wałęsa był wówczas niekwestionowanym przywódcą ogromnego ruchu, a Jarosław Kaczyński kompletnie nieznaną postacią. I ten nikomu niemal nie znany osobnik „zadecydował wbrew Wałęsie” o powstaniu Solidarności. Zapewne też wcześniej zadecydował wbrew konklawe o wyborze Karola Wojtyły. Przez imaginację pojechał chłop na koronację. Szkoda prądu na dyskusję z tą brednią.
Jarosław Kaczyński pojawił się w Regionie Mazowsze jako pracownik biurowy (być może wolontariusz) w Ośrodku Badań Społecznych przy Zarządzie Regionu, którym kierował Antoni Macierewicz. Podkreślam, Kaczyński nie był pracownikiem biura Zarządu Regionu, lecz Ośrodka doradczego przy zarządzie. Podczas wyborów parlamentarnych w 2007 roku, Kaczyński podawał, że był „doradcą Zarządu Regionu”. Natychmiast po wyborach ta informacja zniknęła ze strony PiS. I tak z pracownika biurowego jednego z ciał doradczych, stał się doradcą Zarządu Regionu. To tak, jakby urzędnik dziekanatu jednego wydziałów głosił po latach, że był doradcą rektora.
Dodam od siebie: byłem na wszystkich 62 zebraniach Zarządu Regionu Mazowsze w latach 1980-81, – Kaczyńskiego nie przypominam sobie na żadnym. Na liście doradców zarządu nie figurował.
Nastał stan wojenny. Co robił Kaczyński nie wiadomo, prawdopodobnie nic. Gdy w czasie przedwyborczej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem został zapytany przez Tuska: „Co pan robił w stanie wojennym?”, zamilkł. Nic nie odpowiedział i był wyraźnie zagubiony.
Ja jednak wiem, że coś robił, uczestniczył w zakładaniu Komitetu Helsińskiego, ale Komitet Helsiński to wszak „łże-elity”, „wykształciuchy” i „lumpeninteligenci”, wiec kłopot, o tym się nie mówi. Tak jak o udziale w Okrągłym Stole, bo to wszak była „zdrada okrągłego stołu”, wedle obecnej wersji.
Ale czas mijał. Przyszły kolejne wybory i Kaczyński w kolejnym życiorysie był już „członkiem i doradcą władz krajowych podziemnej Solidarności”. Encyklopedia Solidarności podaje kolejną wersję: był członkiem i doradcą „w składzie sekretariatu Krajowej Komisji Wykonawczej”. Kaczyński podawał też, że był „sekretarzem podziemnej KKW”. Wszystkie te same funkcje przypisywał też sobie Lech Kaczyński.

No to ustalmy fakty.

22 kwietnia 1982 Zbigniew Bujak, Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk i Władysław Hardek powołali Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność”. Działała ona w niezmienionym składzie do 25 października 1987 roku. Jak widać żadnego z Kaczyńskich w niej nie było. Tak więc żaden z Kaczyńskich w żadnych podziemnych władzach Solidarności przez pierwsze 6 lat podziemia nie uczestniczył.
Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” została powołana 25 października 1987 roku. W skład KKW weszli: Lech Wałęsa (przewodniczący), Zbigniew Bujak, Jerzy Dłużniewski, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Andrzej Milczanowski, Janusz Pałubicki, Stanisław Węglarz; następnie dokooptowano Jana Andrzeja Górnego (15 XI 1987), Antoniego Stawikowskiego i Antoniego Tokarczuka (5 XII 1987), Stefanię Hejmanowską, Henryka Sienkiewicza, Grażynę Staniszewską (9 IV 1988), Zbigniewa Romaszewskiego (25 IX 1988). Jak widać nie było w niej ani jednego Kaczyńskiego.
Osobna kwestia, to nadużyciem jest nazywanie tego ciała „podziemną Solidarnością”. Solidarność nadal była teoretycznie nielegalna, ale KKW działała już całkiem jawnie, nikt jej nie ścigał, nikogo nie aresztowano, miała publicznie znaną siedzibę w Gdańsku, na zebrania żadna SB-cja nie wpadała. W połowie sierpnia 1988 roku władze rozpoczęły z Solidarnością rozmowy, które zakończyły się obradami Okrągłego Stołu od 6 lutego do 4 kwietnia 1989 roku. Sierpień 1988 roku można uznać za definitywny koniec okresu przejściowego między podziemiem a pełną jawnością i uznawaniem (jeszcze nieformalnym) przez władze.
Jedno można na pewno ustalić: żaden z Kaczyńskich nie był „członkiem władz krajowych podziemnej Solidarności” nawet przez sekundę. Nie był nawet członkiem władz tego okresu przejściowego: październik 87 – sierpień 88.
A co z tym sekretariatem i „sekretarzem”, do której to funkcji przyznawali się obaj Kaczyńscy? Faktycznie, od listopada 1987 roku istniał sekretariat KKW i pracowali w nim Kaczyńscy. Czy mogą jednak na tej podstawie podawać się za „członków władz krajowych”?
Sprawę jednoznacznie określa statut NSZZ „Solidarność”. Rozdział IV, paragraf 17 statutu określa jednoznacznie władze związku. Są to: Zjazd Delegatów, Komisja Krajowa, Komisja Rewizyjna. Koniec, więcej nie ma. Sekretariat nie był władzą, a jego pracownicy nie byli członkami władz.
Jarosław Kaczyński uczestniczył w zebraniach KKW jako „sekretarz” nie będący członkiem KKW (gdyby był kobietą pisano by „sekretarka”) od jesieni 1988 roku, czyli pół roku po wyjściu Solidarności z podziemia, po spotkaniu Wałęsy Kiszczakiem, po rozmowach w Magdalence, po powołaniu rządu Rakowskiego. Ogłaszanie się na tej postawie „sekretarzem podziemnej KKW”, to czyste nadużycie, zwłaszcza że sugeruje funkcję sekretarza zarządu, czyli drugiej osoby w zarządzie po prezesie. A tu faktycznie tylko „sekretarz” a nie „sekretarka” ze względu wyłącznie na płeć.
Muszę przyznać, że Lech Kaczyński uprawiał życiorysowej mitomanii znacznie mniej, ale później, po jego śmierci, nadrobił za niego jego brat. Nie znalazłem ani jednej wzmianki autorstwa Lecha Kaczyńskiego, w której przypisywał by sobie istotną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Wręcz przeciwnie, na początku lat 90, w prywatnej rozmowie powiedział mi, iż żałuje, że nie brał w tym poważniejszego udziału. Nie chcę rozstrzygać, ile czasu i kiedy Lech Kaczyński w stoczni był. Są na ten temat rozbieżne relacje, a dokumenty nie są jednoznaczne. Pozostańmy przy tym, co jest jednoznaczne.
Na liście doradców MKS Lech Kaczyński nie figuruje. Adam Borowski powiedział mi, że Lech Kaczyński „był doradcą, ale Mazowiecki nie zgodził się na wpisanie go na listę doradców”. Dla mnie jest to jednoznaczne: nie ma go na liście doradców, to doradcą nie był. Muszę tak kategorycznie rozstrzygać, bo dziś bardzo wielu ludzi, którzy kompletnie nic nie robili, podaje się za doradców Solidarności. To jest pojęcie wysoce niejasne i mgliste. Jeden z prawicowych posłów, pod koniec dekady Jaruzelskiego, przychodził do nas do domu, pił herbatkę i mówił do mojej żony: „niech Krzysiek uważa, bo to co robi jest bardzo niebezpieczne”. Niedawno słyszałem, że był „doradcą podziemnej Solidarności”. No właśnie takim był doradcą.
Pomińmy powszechnie znany incydent w czasie obchodów rocznicy strajku w stoczni, gdy Jarosław Kaczyński wygadywał ewidentne kłamstwa na temat roli swojego brata w tym strajku. Zajmijmy się kłamstwami poważniejszymi.
Wedle najnowszej wersji kłamstwa życiorysowego, która go dotyczy, Lech Kaczyński był „autorem 21 postulatów” strajkowych i „autorem tekstu porozumień sierpniowych”. Myślę, że głosząc te kłamstwa Jarosław Kaczyński pobił absolutny rekord świata.
21 postulatów strajkowych sformułowała w nocy z 3 na 4 dzień strajku specjalna komisja wyłoniona z członków komitetu strajkowego. Nie było w niej (ani w komitecie) Lecha Kaczyńskiego. Komisja była potrzebna, bo w zakresie postulatów panował kompletny chaos. Domagano się na przykład wystąpienia z Układu Warszawskiego, głoszono: „precz ze Związkiem Radzieckim”. Takie postulaty groziły natychmiastową inwazją milicji i końcem strajku.
Odpowiedź na pytanie, kto był autorem 21 postulatów, jest następująca: bardzo wielu strajkujących zgłaszało postulaty, a komisja jedynie dokonała wyboru i uporządkowania. Żadna jedna osoba nie była „autorem tekstu 21 postulatów”. Żadne źródła z tamtych dni nie potwierdzają obecności w tym czasie w stoczni Lecha Kaczyńskiego.
Podobnie jest z autorstwem tekstu porozumień kończących strajk. Żadna jedna osoba takim autorem nie była. Tekst porozumień był negocjowany punkt po punkcie z delegacją rządową. Jeśli w ogóle mówić o autorstwie tego tekstu, to autorami byli zbiorowo wszyscy uczestnicy tych negocjacji, a tych dokumenty wyliczają jednoznacznie:
Po stronie strajkujących: Lech Wałęsa, Andrzej Kołodziej, Bogdan Lis, Lech Będkowski, Wojciech Gruszewski, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kwiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Anna Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz, Florian Wiśniewski.
Po stronie rządowej: Mieczysław Jagielski, Zbigniew Zieliński, Tadeusz Fiszbach, Jerzy Kołodziejski.
Koniec, nikt więcej. Jak łatwo zauważyć, Lecha Kaczyńskiego tu nie ma.

Kłamstwa o stanie Polski

Kłamstwa o stanie polskiej gospodarki i poziomie życia Polaków są jednym z głównych elementów propagandy PiS. Ostatnio, 12 maja, Andrzej Duda wypalił w Polsat News, że „PO likwiduje przemysł, nie dając nic w zamian”. Gdy kilka miesięcy temu podałem prawdziwe dane statystyczne o polskiej gospodarce, cała PiS-owska szczujnia internetowa dostała furii, a jeden z trolli dostał nawet takiego zapału, że wypisywał swoje brednie pod kolejnymi moimi artykułami, choć były na inny temat. Ale trudno, podam te dane raz jeszcze, niech szczujnia wyje, niech trolle trzeszczą. Niech tam.
Według kłamstw PiS-owskiej propagandy, stan polskiej gospodarki jest fatalny, Polska „nie ma przemysłu”, rolnictwo wymaga „defeudalizacji”, a wspomniany Andrzej Duda parę dni temu kłamał, że „ostatnio sytuacja na polskiej wsi znacznie się pogorszyła” (w rzeczywistości żadne inne środowisko nie skorzystało tak bardzo na przemianach jak wieś i rolnicy).
Więc jak to jest z tą gospodarką? Według danych z CIA Word Factbook, raportów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB Polski w dolarach z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej wynosił w 1990 roku 172 mld USD. W 2014 roku wynosił 941 mld USD (552 mld USD po oficjalnym kursie wymiany, bez uwzględnienia siły nabywczej), w tym produkcja przemysłowa 301 mld USD, a więc znacznie więcej, niż cały produkt krajowy w 1990 roku, kiedy to według PiS przemysł był, a obecnie go „niema”.
PiS bazuje tu na archaicznym wyobrażeniu o przemyśle, który jest, gdy dymią kominy i huczą turbiny, a stal się leje i moc truchleje. Tymczasem przewaga przemysłu ciężkiego i wydobywczego jest charakterystyczna dla gospodarek zacofanych. Tacy ludzie jak Jurek Zelnik, który mało się nie popłakał powtarzając w telewizji „Polska nie ma przemysłu, Polska nie ma przemysłu…”, nie rozumieją, że dzisiejszy przemysł jest inny, że dominują w nim mniejsze firmy o ogromnej rentowności, elektronika, mechanika precyzyjna lub takie, jak stocznia jachtowa w Olecku produkująca luksusowe jachty, które w metrach są małe, ale pieniądzach ogromne. Zelnik jest aktorem i się na tym nie zna, ale powtarza kłamstwa za swoja partią. Specjalistką od gospodarki w PiS jest Beata Szydło, etnograf, i to, co o gospodarce plecie, to rzeczywiście ekonomiczny folklor.
Jeśli chodzi o produkt krajowy per capita (na obywatela), wyrażony w tych samych jednostkach (dolarach z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), to w 1990 roku wynosił on 5976 USD, a w 2013 roku 23257 USD (źródła: Newsweek nr 44/2014, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy).
Jednym słowem, jakby Kaczyński i Duda nie kłamali, jakby szczujnia nie wyła, a trolle nie zawodziły, polska gospodarka nie tylko nie kona, nie tylko się nie wali, ale ma się bardzo dobrze, najlepiej w naszej najnowszej historii, i porządnie się rozwija.
Przy okazji dodam, że wspomniane źródła klasyfikują polską gospodarkę na 21. miejscu w świecie i 6. w Europie.
A co z tą PO, co „likwiduje przemysł”? Dwie rzeczy, które najszybciej rosły za rządów PO, to produkcja przemysłowa i eksport. Malało Dudzie: szarych komórek.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch bardzo istotnych kłamstwach PiS z pogranicza polityki społecznej i gospodarki.
PiS i jego kandydat Andrzej Duda głoszą, że cofną reformę emerytalną i obniżą wiek emerytalny. Jest to pomysł niezwykle niebezpieczny i wykraczający poza zwykłą ekonomiczno – społeczną głupotę. To jest głupota na granicy zbrodni.
To, co jest tu przemilczane, jest akurat najważniejsze. Gdyby ten zamiar wykonano, za 10-15 lat zacznie drastycznie brakować pieniędzy na emerytury. Budżet ZUS się po prostu zawali. W konsekwencji, aby do tego nie dopuścić, trzeba będzie, i to już niedługo, robić dwie rzeczy: obniżać emerytury (za 15-20 lat do poziomu głodowego – 200, 300 złotych), oraz podnosić składki na ZUS, czyli obniżać płace netto, i to znacznie.
Tego oczywiście ani Kaczyński, ani Duda, nie mówią. I podkreślam, to nie są prognozy, to wynika z matematyki. Dziś na jednego emeryta pracuje dwóch zatrudnionych, wówczas (bez tej reformy) będzie 4 emerytów na jednego pracującego. Ludzie, którzy za 18-20 lat wejdą na rynek pracy już się urodzili. Wiadomo ilu ich jest i więcej nie będzie. Nie da się dorobić dzieci do roczników, które już są.
Kłamczoholik nie liczy się z konsekwencjami swoich kłamstw. Można okłamać ludzi, zrobić referendum i przegłosować matematykę. Ale pieniędzy od tego nie przybędzie. Najbardziej podstawową prawdą ekonomiczną jest to, że pieniądze i dobrobyt biorą się z pracy. Z nieba nie spadną. Przegłosować można wszystko, że 2+2=7, czemu nie. Ale jak realnie weźmiemy dwie dwuzłotówki, to siedem złotych nie będzie, mimo głosowania. Ci panowie myślą tak: niech się ludzie cieszą, że przegłosowali, z gołą d… zostaną dopiero później, a wcześniej na nas zagłosują.
Kaczyńskiego i Dudę nie obchodzi to, że emeryci mogą głodować, że całe społeczeństwo może zbiednieć. Oni chcą tylko dorwać się do władzy, a że bieda przyjdzie za kilka lat… Za kilka lat to może będzie już rządził kto inny. Nie ich kłopot. Ale nasz, obywateli, kłopot.
Drugi oparty na kłamstwie niebezpieczny pomysł to plany PiS wobec służby zdrowia. Kaczyński głosi, że zlikwiduje NFZ i będzie służbę zdrowia finansował z budżetu, ale tylko państwową, prywatną nie. Co to oznacza w praktyce? W praktyce oznacza likwidację niemal 90 procent placówek służby zdrowia.
W tej chwili niemal wszystkie gabinety lekarzy rodzinnych, placówki podstawowej opieki zdrowotnej, są prywatne. Funkcjonują, bo istnieje NFZ i pacjent w nich nie płaci. Według pomysłu PiS w takim powiecie, jak mój powiat Giżycko, znikną prawie wszystkie ośrodki zdrowia. Starych ludzi ze wsi nie stać na płacenie po 100 zł za wizytę, gdy nie będzie NFZ, a państwowe są tylko 2 szpitale w Giżycku, zresztą fatalne, na wsiach nic.
To już nie są żarty. To już nie jest zwykła kaczystowska głupota, to jest pomysł na zbrodnię. A wszystko oparte jest na latami powtarzanym kłamstwie, że prywatna służba zdrowia jest dla bogatych i trzeba ją zlikwidować. Wiadomo najskuteczniejszym lekiem na ból głowy jest amputacja. Nie będzie kolejek do lekarzy… i lekarzy. Pacjentów też będzie mniej, bo wymrą.

Jak to się robi w polskiej polityce

O kłamczoholizmie w polskiej polityce mógłbym jeszcze długo. Ilość tego kłamstwa jest taka, że można by o nim napisać grubą naszpikowaną faktami książkę i jeszcze by się wszystkiego nie ogarnęło.
Skąd się to wzięło? Z koncepcji walki politycznej polegającej na tym, by o przeciwniku mówić zawsze tylko źle, niezależnie od prawdy. Ale mówić zawsze tylko źle nie kłamiąc się nie da. Więc lepszy jest ten, kto bardziej brutalnie kłamie, jest bardziej chamski, bardziej bezczelny i to on najszybciej w takiej partii awansuje. A dalej już idzie. Ludzie żyjący środowisku, w którym ciągle się kłamie, po pewnym czasie mają w głowach głównie fałszywe informacje o wszystkim, co ich otacza. Żyją w matriksie, w fałszywej rzeczywistości i nie odróżniają jej od prawdziwej. Nie wiedzą już, że kłamią. Uważają swoje kłamstwa za prawdę, a jeśli twarde zderzenia z rzeczywistością są bolesne, to znaczy, że świat jest zły, a my cierpimy, my szlachetni. Wierzymy w prawa fałszywej ekonomii, fałszywej fizyki, w fałszywą historię, a jeśli to się nie sprawdza, to źli są ci, którzy mówią, że jesteśmy w błędzie. PiS i jego zwolennicy, to nie tylko kłamiący politycy, to też cała masa okłamanych ludzi, tak już okłamanych, że tych co mówią prawdę chcą niemal zabić.
To smutne niestety. Walka z plagą alkoholizmu jest trudna, a z plagą kłamczoholizmu może być beznadziejna. Oczywiście kłamczoholizm występuje nie tylko w PiS-ie, ale tylko w tej partii przybrał rozmiary plagi. Rolnik z pobliskiej wsi, zwolennik PiS, ma co roku coraz droższy samochód i mówi, że biednieje, dostaje potężne dopłaty z Unii i twierdzi, że Unia go okrada. Matrix, proszę państwa, matrix. Ale jest skuteczny, co widać po wynikach Dudy.

Krzysztof Łoziński

ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz