PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 27 maja 2015

Państwowe czyli niczyje



Za późnego Gierka kradzieże w zakładach pracy stały się wręcz plagą. Dlatego sądy zaczęły wydawać w tych sprawach drakońskie wyroki.

HELENA KOWALIK

W drugiej połowie lat 70. XX w. do sądów spłynęła fala procesów o przy­właszczenie społecznego mienia. Z państwowych zakładów pracy wynoszono wszystko, złodziejstwu towarzyszyła korupcja, bo żeby wynieść poszukiwany towar za fa­bryczną bramę, trzeba było kogoś przekupić. W jednym tylko roku milicja zarejestrowała 43 793 przypadki zagarnięcia „mienia uspo­łecznionego” o łącznej wartości 708 min zł.
Głównym powodem było to, że w tym czasie sklepy zaczęły świecić pustkami. Tymczasem majątek państwowy traktowany był jak niczyj. Władza nie chciała jednak tego przyznać. Za kryzys obwiniała zdemorali­zowane elementy społeczne, które okradały społeczeństwo.
Rozpoczęły się pokazowe procesy. Jeden z nich dotyczył CPN, skąd na lewo wywożono ogromne ilości paliwa. Poszcze­gólne sprawy nagłaśniano, żeby narastające negatywne emocje wobec rządzących prze- kierować na „nieuczciwych pracowników”. Z inicjatywy KC PZPR nad problemem epidemii kradzieży mienia państwowego po­chylili się socjolodzy. Ankietami z pytaniem: „Skąd się biorą aferzyści?” zostali objęci nie tylko statystyczni Polacy, ale i więźniowie odsiadujący wieloletnie kary z paragrafu o przestępstwach gospodarczych.
- Stosunek społeczeństwa do afer, zwłaszcza tych mniejszego kalibru, jest pobłażliwy - odpowiedzieli opracowujący ankiety. - Powtarzają się odpowiedzi, że: „Każdy powinien robić to, co do niego na­leży, a zwykły obywatel nie ma obowiązku wyręczać władzy, która ma wyszkolonych prokuratorów”.
W tej sytuacji do walki z nadużyciami zaprzęgnięto dziennikarzy.

DZIENNIKARSKA MISJA
- W kadrach pokwitowałem odbiór watowanej kufajki, pary gumowych butów, płaszcza impregnowanego i jednego wkładu do długopisu. Przyjęli mnie na procentmistrza w cukrowni „Klemensów” koło Zamościa - zwierzył się na łamach „Tygodnika Kul­turalnego” dziennikarz Janusz Hańderek. Była jesień 1972 r.
Pomysł na reportaż wcieleniowy podsu­nął redakcji lubelski Komitet Wojewódzki PZPR. Towarzysze byli zaniepokojeni: ceny cukru na rynkach światowych skoczyły kilkakrotnie, a „Klemensów” od kilku lat, niezależnie od urodzaju, nie robił planu. Zamiast zysków wychodziły duże straty, w 1971 r. wyniosły prawie 20 min zł. Do komitetu dotarły sygnały, że w cukrowni kwitnie łapówkarstwo, ale milicja żadnego tropu nie znalazła.
Reporter odkurzył swoje świadectwo maturalne i pojechał do Klemensowa. Nie przyznał się, kim jest. Przyjęty na procent - mistrza miał oceniać, ile na wyładowywa­nych burakach przylega gleby.
Punkt skupu to tak naprawdę był kawałek pola wydzierżawiony na sezon od chłopa. W błocie stała waga pomostowa, obok prymitywna płuczka do wykonywania prób na określenie procentu zanieczyszczenia. Hańderek był trochę rozczarowany; myślał, że będzie kierownikiem. Potem zrozumiał, że bez wręczenia kadrowemu koperty (z mi­nimum 30 tys. zł, w 1971 r. to średnia pensja miesięczna) było to niemożliwe.
„Buraki odbierało się non stop, całą dobę - napisał po odejściu z cukrowni w »Tygodniku Kulturalnym« - nocą, gdy ruch zamierał, pobierałem praktyczne nauki od wagowego, pana Władzia. Wprowadzał mnie w tajniki zawodu. Przede wszystkim - jak się wystawia lewe kwity zaufanym plantatorom”.
Jednym ze stałych klientów był pewien dyrektor z Lublina, którego ojciec prawie cały areał zakontraktował pod uprawę buraków, ale zasadził tylko kilka arów. Syn, który miał głowę do interesów, jeździł po punktach skupu z symboliczną ilością bura­ków i dogadywał się z obsługą, jaką dostawę wypiszą mu na lewych kwitach. Za cudowne rozmnożenie buraków (do pryzm nalewano wody, surowiec się opił i skoczył na wadze) była ustalona łapówkowa taksa: kierownik punktu skupu dostawał 40 zł od kwintala, rzekomy plantator 46 zł. Jeśli z jednej kampanii wagowy Władzio nie zagarnął na lewo co najmniej 100 tys., uważał się za pokrzywdzonego przez los.
Innym sposobem było wystawianie zaufanemu rolnikowi kwitu odbioru, choć nie przywiózł ani jednego buraka. Operacja odbywała się w ubikacji baraku postawionego na czas kampanii na placu
skupu. Do wypisywania lewych kwitów była upoważniona tylko pani Funia. Gdy załatwiała interes z klientem, zamykali się w ubikacji, wyjmując zewnętrzną klamkę.
Harasimiuk: „Przyjeżdżały drogie auta, wysiadali z nich tuż koło baraku eleganccy panowie z kurczowo zaciśniętymi pod łokciem teczkami i po paru minutach wy­chodzili stamtąd w pośpiechu z tą samą teczką, w której kursowały w jedną stronę pliki banknotów, a w drugą nienagannie spreparowane lewe dokumenty. Potem wy­starczyło tylko się zgłosić w odpowiedniej kasie SOP, by pobrać pieniądze”.
Dziennikarz pod przykryciem nie zdołał zebrać więcej materiału do reportażu o pra­cy procentmistrza, bo został karnie prze­sunięty do brudnej roboty przy wyładunku buraków. Potknął się na ustalaniu wielkości zanieczyszczeń płodów. Zgodnie z naukami pana Władzia zawyżał procenty, oszukując w ten sposób faktycznych plantatorów. Oni dostawali mniej pieniędzy, a procentmistrz różnicą między należną zapłatą za zakon­traktowane płody a tą wypłaconą dzielił się z pracownikami punktu skupu.
Któregoś dnia Hańderek jak zwykle podniósł zanieczyszczenie dostawy do 60 proc. Niespodziewanie na placu pojawił się agrotechnik cukrowni i kazał mu wpisać 12 proc. Reporter się opierał, nie rozumie­jąc, o co chodzi. Okazało się, że punkty skupu wystawiły za dużo lewych kwitów odbioru buraków, których faktycznie nie było na placu. Tymczasem nastały deszcze, pola zamieniły się w grzęzawiska i dostawy nie napływały. W parę dni wszystkie punkty zostały rozładowane do zera. Ale z doku­mentacji wynikało, że na placach powinny jeszcze stać wielkie pryzmy. Agrotechnik obawiał się zewnętrznej kontroli, tak duże manko na samym progu kampanii mogło zainteresować nawet prokuratora. W tej sytuacji kierownicy i wagowi postanowili usypać pryzmy z ziemi, jako tako przykrytej burakami. A do raportów wpisywać tylko 10-12 proc. zanieczyszczeń. Oszustwo pozwalało wyprowadzić na prostą staty­styki i na pewien czas odsunąć podejrzenia kontrolerów.
Hańderek wkrótce miał się przekonać, że taki manewr stosowano w cukrowni od dawna, w rezultacie po sezonie pole wy­dzierżawione od chłopa na punkt skupu było tak wydrążone, że nadawało się na staw.
„Tak oto w strumieniach cukrownianych pieniędzy coraz łapczywiej zanurzali ręce rozbestwieni latami bezkarności gang­sterzy, dziesiątki przestępców. Zebrana przez nich kwota musiała być duża, warta przekupywania kontrolerów, którzy zatwierdzali bilans cukrowni” - zakończył swój demaskatorski reportaż Janusz Hańderek.

DOKTORANT WAGOWYM
Dwa lata po wykryciu przez dziennikarza łapówkarstwa w cukrowni (zarobione na le­wo pieniądze autor reportażu ofiarował na dom spokojnej starości w Lublinie) zaczęły się w „Klemensowie” aresz­towania. Prokurator uznał łapówkarzy za gang przestępczy. Władysławowi W., wielolet­niemu dyrektorowi cukrowni, postawiono zarzut zagarnięcia z pomocą najbliższych pracow­ników prawie 4 min 300 tys. zł.
W. był w Klemensowie osobą honorowaną, w czasie pochodów pierwszomajowych zasiadał na trybunie. Jego tors ozdabiały krzyż Virtuti Militari - partyzancki Krzyż Walecznych.
Po ujawnieniu afery partia na­tychmiast odcięła się od swego protegowanego, wyrzucając go ze swych szeregów. Włady­sław W. stracił też stanowisko naczelnego cukrowni. Na kilka miesięcy znalazł schronienie w lubelskim Zjednoczeniu Przemysłu Cu­kierniczego, ale długo się tam nie zasiedział, bo został aresztowany.
Był oskarżony o branie łapówek nie tylko od potiomkinowskich plantatorów, ale i od ubiegających się o pracę w cukrowni. I tak na przykład wziął 10 tys. zł od Kazimierza K., doktoranta na Uniwersytecie Warszawskim, który chciał się zatrudnić jako sezonowy wagowy. Ponieważ to najbardziej oblegane stanowisko było już zajęte, K. został inspek­torem plantacyjnym. Ale kosztowało go to 20 tys. zł.
Prokurator dociekał, co w cukrowni ro­bili kontrolerzy z różnego szczebla, że przez osiem lat nie wpadli na dowody fałszowania kwitów. Okazało się, że swego czasu kontrola ze Zjednoczenia Przemysłu Cukrowniczego w Warszawie wykryła przestępcze wysta­wianie przez pracowników rachuby po kilka zleceń wypłaty zaliczek dla tych samych plantatorów. Na wniosek inspektora czworo pracowników tego działu (w tym Cezary O.) otrzymało wymówienia. Ale przed upływem terminu dyrektor Władysław W. wszystkie zwolnienia anulował.
W czasie śledztwa byli pra­cownicy rachuby przyznali się, że pod koniec każdej kampanii zbierali dla swego dyrektora po 100-150 tys. zł. Przekazywali te pieniądze za pośrednictwem Mariana K., zastępcy kierownika działu rachuby plantacyjnej, totumfackiego naczelnego. Część szła do kieszeni W., reszta była dla kontrolerów z Lublina. Przynajmniej tak im tłumaczył Marian K. Wierzyli, bo żadna z inspekcji nie doszukała się lewych kwitów. Co najwyżej w protokołach pokontrolnych wspominano o drobnych uchy­bieniach w sprawozdawczości. Problem był w tym, że dyrektor chciał coraz więcej. Opierających się bezwzględnie niszczył.
Kolejny oskarżony, Cze­sław L., kierownik rachuby plantacyjnej, który zagarnął wspólnie z podległymi mu pracownikami i plantatorami ponad 3 min zł, spadł ze stoł­ka, bo nie chciał się podzielić łapówkami ze zwierzchnikiem. Został skazany na banicję w za­pylonym archiwum. Miał jeszcze szansę odzyskać dawną pozycję, gdy dostał od podwładnych propozycję wzniecenia pożaru w archiwum, gdyż kontrola ze zjednoczenia deptała cukrownikom po piętach. Czesław L. się nie zdecydował, choć w archiwum były również dowody jego przestępczej działalno­ści. Naczelny znowu dostał zbiorową łapówkę, a L. wylądował pod jesiennym niebem jako robotnik placowy.
Do aresztu trafił w końcu Cezary O., ten, który na wejściu dał dyrektorowi K. 50 tys. zł łapówki. Po pięciu latach wspinania się po urzędniczych szczeblach w cukrowni wspólnie z innym pracownikami i plantatorami zagarnął 2mln 300 tys. zł. Już indywidualnie, będąc okresowo kasjerem, przywłaszczył 64 tys. zł.
W czerwcu 1977 r. Prokuratura Gene­ralna na specjalnej konferencji praso­wej    poinformowała o wielkiej walce z przestępstwami gospodarczymi          
W czerwcu 1977 r. Prokuratura Gene­ralna na specjalnej konferencji praso­wej    poinformowała o wielkiej walce z przestępstwami gospodarczymi          
W czerwcu 1977 r. Prokuratura Generalna na specjalnej konferencji prasowej    poinformowała o wielkiej walce z przestępstwami gospodarczymi
6902
w tylu sprawach o przestępstwa go­spodarcze w zakła­dach pracy zakoń­czono postępowania przygotowawcze
93200
tyle spraw określono jako przestępstwo przeciwko mieniu społecznemu
3000
tylu osobom na kierowniczych stanowiskach posta­wiono zarzuty



Wobec naczelnego dyrektora Cezary O. był bardzo dyspozycyjny. Gdy szef potrze­bował pieniędzy, urzędnik z gotowymi, już ostemplowanymi kwitami na fikcyjne dosta­wy natychmiast jechał do swych zaufanych plantatorów po podpisy. Podrzucał ich do kas SOP i na miejscu odbierał dwie trzecie wypłaty.
Akt oskarżenia obejmował też kilkudziesięciu rolników. Wincenty G. pobrał z kasy SOP na lewe dowody płatności 740 tys. zł. Jeszcze bardziej obłowił się Tadeusz K. W sumie zarzucono mu przywłaszczenie prawie 900 tys. zł. Mimo ukończenia zale­dwie czterech klas szkoły podstawowej ten 32-latek wykazał się wielkim talentem do przekrętów. Choć nie uprawiał ani jednego zagonu buraków, w papierach zrobił z siebie plantatora na wielką skalę. Mistyfikacja przyszła mu o tyle łatwo, że prowadził punkt skupu w położonej blisko cukrowni Borowinie Sitanieckiej. W jednym tylko roku w zasobach przyjętego w punkcie surowca wystąpiło manko w wysokości 5422 kwintali. Nie było buraków, ale były lewe dowody zapłaty za nie na kwotę 325 320 zł. Sfałszowane dokumenty wystawiali wagowi, kierowcy wypełniający karty drogowe, a także kierownik punktu skupu, który tylko w jednym sezonie zgarnął ponad ćwierć miliona.
W czasie procesu wyszło na jaw, że prawdziwym szefem łapówkarskiego gangu z centralą w Klemensowie był nie dyrektor cukrowni - Władysław W., ale jego totum­facki, Marian K., będący w zmowie z Czesła­wem L. Uniknął jednak odpowiedzialności karnej, bo nim zapadł wyrok, pewnego dnia nie obudził się ze śpiączki cukrzycowej. Jego wspólnik został skazany na 20 lat więzienia. Były dyrektor cukrowni za brak nadzoru poszedł za kratki na cztery lata.
Zdemaskowanie buraczanego eldorado na Lubelszczyźnie zachęciło prokuratorów innych województw do szukania podobnych afer na swoim terenie. W rezultacie wszczęto 20 śledztw, a dalsze były w przygotowaniu.
W roku 1977 w całej Polsce zapadło 81,5 tys. wyroków w sprawach gospodar­czych dotyczących zakładów państwowych. Zazwyczaj orzekano kary od 10 lat więzienia w górę. Przed kolegiami ds. wykroczeń stanęło aż 30 tys. osób.

KORZYSTAŁAM Z RELACJI PRASOWYCH O PROCESIE PRACOWNIKÓW CUKROWNI „KLEMENSÓW”, Z OMÓWIONEJ PRZEZ MICHAŁA BEREZIŃSKIEGO ANKIETY SOCJOLOGICZNEJ Z „PRAWA I ŻYCIA” ORAZ Z WYNIKÓW BADAŃ PROF. KRYSTYNY DASZKIEWICZ ZAWARTYCH W JEJ PUBLIKACJACH „KLIMATY BEZPRAWIA” I „TRAKTAT O ZŁEJ ROBOCIE”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz